Strony

czwartek, 30 listopada 2023

1445. Ostatni dzień listopada.

Budzę się przed dzwonkiem i na poły w duchu, na poły werbalnie marudzę, że wolałabym zostać w domu. Jest to jednak prawda połowiczna. Fred słusznie zauważa, że nie chcielibyśmy być na miejscu paru osób, które znamy, a które nie muszą dzisiaj iść do pracy. Kochany wychodzi jak zwykle, robię sobie kanapki i żuję, pomiędzy wrzucam oczywiście dwie witaminy. Za oknem wieje i od tego wiatru ma być odczucie minusowej temperatury. Na razie o siódmej rozpadał się ... grad. 
___
edit 15:50 czekam na dworcu i staram się nie myśleć o papierkach do odhaczenia po obiedzie. Kochany napisał mi z pracy, że w nocy zmarł Shane McGowan. Też czytałam. Człowiek-opowieść, umierał przez ostatnie 30 lat, i technicznie rzecz biorąc częściowo nie było go od dawna, tym bardziej więc dziwne wydarzenie. Poza tym szimno jak dyjabli. Rano, po wyjściu z autobusu, dogoniłam Sprzedawcę Butów. 

środa, 29 listopada 2023

1444. Miesiąc.

Ponownie wstałam jako zombie, obudziłam się minutę przed budzikiem, ale dopiero po pół godzinie naprawdę poczułam, że chodzę i wykonuję czynności (ocuciła mnie chyba rozmowa z Fredem i przytulenie przed jego wyjazdem do roboty 6:30). 

Chłodny, jasny dzionek, na popołudnie zapowiadali deszcz, więc w ostatniej chwili wskoczyłam w kurtkę przeciwdeszczową. Niepotrzebnie, bo nic takiego się nie wydarzyło. Dzień po raz kolejny minął jak z bicza strzelił (Kalem świetnie udaje akcent starego Irlandczyka; Timo, Lorenco i Adam out). Zaczęłam czytać kupione w miniony weekend Sanditon Austen. Po powrocie z pracy od razu wstawiłam pranie, włączyłam Charliego Hadena Quartet West, Haunted Heart (1991) i leniwie przeglądałam internety (dzisiaj obiad z pudełka, więc nie musiałam się napinać). Gdyby nie zdjęcia u znajomych, nie pamiętałabym, że tu i ówdzie były już odhaczane Andrzejki. Dysk zewnętrzny przypomina mi epickie Andrzejki sprzed lat 8. Dysk wewnętrzny pamięta, że miesiąc temu zmarł Rysio. Marillion soundtrackiem wieczornym (po wysłuchaniu drugiej płyty poszłam pod prysznic i Kochany czekał na mnie z odpaleniem pierwszej; Derek Dick zwany Fishem nadal brzmi super).

Z technikaliów: wykupiłam program antywirusowy na kolejny rok. Poza tym powoli, wiosło za wiosłem do brzegu, jeszcze chwila i będzie sobota rano.

wtorek, 28 listopada 2023

1443. Z przyjemnością.

I po co do pracy? Na dworze ciemno i zimno, proponowałam Kochanemu, żebyśmy może zwiali dzisiaj do Szwecji (to byłoby coś nowego). Tuż przed obudzeniem śniłam, że dziadek Bronek kierował samochodem (gdzieś w naszej wsi uciekaliśmy przed policją), poza tym w innym odcinku (gdy wracałam z uczelni, bo chyba uciekłam z egzaminu) na środku drogi spotkałam eM. 

Przy lodówce zniknął jeden serek. Ach, czyli nasz mały współlokator rzeczywiście biega regularnie między Kuchniosalonem a sypialnią (wieczorem na pewno słyszałam go pod szafką nocną). 

Dzień w pracy upłynął mi bardzo szybko, połaziłam tu i tam, i już. Przyjechałam do domu pierwsza, więc zaraz zaczęłam robić prosty obiad z deserem (jogurty); Kochany pojawił się jak zwykle po szóstej, jakąś godzinę po mnie, głodny i zmęczony, więc mu z przyjemnością zaserwowałam, co tam dzisiaj było w menu. Po obiedzie zanurzyłam się w skrobaniu listu dziękczynnego do dr Pierzastej.

Jeszcze wczoraj bardzo dobrze się mi czytało Drugie imię Fossego (ArtRage, 2023), na tyle dobrze, że dzisiaj skończyłam, choć nie jest to łatwa, typowo prowadzona fabuła. Jedną kartkę przeczytałam przy kawie w Czarnej, kilka innych w drodze z pracy, dokończyłam w łóżku, w świetle nocnej lampy, z Ryszardem obok. Miałam robić coś innego (nagryzmolić szkic egzaminu, którym zamierzam zakończyć ten tydzień), ale lektura była ważniejsza. Tak trzymać. 

poniedziałek, 27 listopada 2023

1442. Odpoczywam.

Mysz wczesnym porankiem chrabęściła papierami w sypialni (powiedziałam jej, żeby wróciła do kuchni, nawet jej drzwi otworzyłam, a potem zostawiłam kawałek sera przy lodówce - Kochany nic nie komentuje, widomy znak, że jesteśmy stuknięci oboje). 

Budzik wrzasnął o piątej, żeby obudzić Kochanego do pracy. Po tym fakcie zapadłam się jeszcze w sen i wstałam dopiero po ósmej. Zachciało się mi ugotować kartofli, tylko po to, żeby je potem usmażyć z rozmarynem. W ogóle to cały dzień mielę ustami i trudno mi było cierpliwie doczekać do wspólnego z Fredem obiadu. 

Obejrzałam 23.3 odcinek Midsomer Murders

Zagadałam do Martaszki, bo się mi przypomniało, że w zeszły czwartek, gdy wyszłam na lunch do B&B, Izolda zapytała, czy mam z nią kontakt (między wierszami sobie powiedziałyśmy, że z jej głową było nie ten teges od dawna). Martaszka jest w Polsce i pisała normalnie, jak gdyby nigdy nic (nie zapytam przecież, czy już nie ma świra, ale tak pisała, jakby trochę nie miała, z kolei jej feed na fb mówił mi co innego). Rozmawiałam też z Fredem, gdy miał przerwę w pracy.

Kochany przyjechał nareszcie po szóstej i mogliśmy omówić wydarzenia dnia. Zadzwoniłam do mamy, żeby się chwilę pośmiać z nowego rządu, zapytać o zapowiadaną w mediach śnieżycę. Mame się przyznała, że ostatnio po obiedzie raczą się z tatkiem Jägermeisterem, ale dzisiaj nie piła, bo była w pracy. Taka sytuacja rodzinna, alkoholowa. Zmęczona jestem nicnierobieniem. Lektura i spać.

niedziela, 26 listopada 2023

1441. Odpoczywamy 2.

Mam zaburzenia równowagi, na szczęście niewielkie - co się pochylę, wracam do pionu po elipsie zamiast normalnie. Nic to. Dzisiaj dla odmiany szaro i mokro, chyba nawet trochę cieplej, nie mam jednak okazji przekonać się w ciągu dnia, bo Kochany pojechał po podstawowe zakupy sam, a ja po południu zapadłam w długą, przyjemną drzemkę.

Zastałam Freda w Kuchniosalonie, gdy już zaczął robić obiad (pieczona kaczka, kartofflen, rzodkiewka w śmietanie) i dostałam od męża bukiet kwiatów - żółte róże i drobne, biało-różowe goździki. Poza tym serfowałam w necie, odpowiadałam na komentarze, zerkałam na genealogię, dwa razy rozmawiałam z Amber, która wlazła przez okno i nieśmiało sprawdzała otoczenie. Wieczorem byliśmy umówieni z Ka&Jot (o czym zapomniałam): nad serem i winogronami rozmawialiśmy o ślubach i in (widać, że Jot coś tam sobie w głowie układa). Kochany wcześnie jutro wstaje, ja też nie miałam ochoty na dłuższy pobyt (mimo wszystko nadal męczyła mnie senność), więc nie zostaliśmy długo (wróciliśmy do domu z zapasem czosnku ;)).

sobota, 25 listopada 2023

1440. Odpoczywamy 1.

Wczoraj Fred pierwszy raz po letniej przerwie nasypał ziarna do karmników i wystawił kulki dla szpaków. W sam raz, ponieważ poranek przyprószył ogród szronem. Przy śniadaniu zdarzyła się wspaniała rzecz: zadzwonił elektryk i zapowiedział się z wyprzedzeniem (świat się kończy - zazwyczaj specjaliździ dzwonią stojąc już przed domem, albo na 10 minut przed wizytą). Elektryk przyjechał w samo południe, postukał, popukał, wlazł na strych i z góry przetknął nowy przewód. Poza tym przyjechał, bo jest podwykonawcą (jego firma, jego piniądz). Elektryk naprawił, Kochany zrobił jeszcze dwie dziury w ścianie, żeby zawiesić na niej odkurzacz (tak jak miało być na początku) i ponieważ na zewnątrz jeszcze tliło się chłodne, słoneczne popołudnie, wyszliśmy na spacer nad morze:


Po spacerze od razu pojechaliśmy do Drołdy, najpierw na kawę do zatłoczonej Costy, potem na spacer po TK Maxxie (w celu obczajenia potencjalnych prezentów dla sąsiadów). Stało się więc tak, że z zaskoczenia kupiłam Sanditon Jane Austen ze wstępem-esejem Janet Todd (Fentum Press, 2019).

Muzycznie dzisiaj znowu Jethro Tull, Minstrel in the Gallery (1975/2002) oraz Van der Graaf Generator z Pawn Hearts (1971). Małżonek zrobił obiad, którym opchałam się do rozpęku. Późniejszym wieczorem obejrzeliśmy rodzinno-egzystencjalny dramat psychodeliczny z życia wampirów, Tylko kochankowie przeżyją Jarmuscha (2013). Recenzja: ptasie mleczko.

piątek, 24 listopada 2023

1439. Kontakt.

Z rana wydrukowałam materiały i na chwilę poleciałam do pani z housingu; chyba się mi trafiła ta sama, co wczoraj Fredowi (po zrobieniu kilku min postanowiła być jednak miła i zadzwoniła przy mnie do pana elektryka, żeby nas wziął pod uwagę jakby co). Reszta dnia pracowniczego taka sobie. Mamy jednego zdiagnozowanego adehadowca i pewnie drugiego niezdiagnozowanego, a ta odmiana ludzka męczy otoczenie na równi z sobą samym. Zostałam też na dodatkowe godziny i nadrobiłam pracę dla Safron (ucieszyła się, gdy wieczorem zobaczyła emilki ode mnie, najs). Elektryka się nie doczekaliśmy, za to Kochany przyjechał do miasta, gdy skończyłam po trzeciej, i obwieścił, że czuje się jak Pat & Mat w jednej osobie - wprawdzie teraz mamy w ścianie dziurę, ale nie działa już tylko jeden kontakt. Pokrzepieni takim obrotem sprawy poszliśmy najpierw do Cedar Gate na obiad, a potem na kaffkę do Czarnej. Gdy wracaliśmy do domu, najpierw spacerem, a potem konno, świecił nad nami księżyc.

Podczas wczorajszej posuchy internetowej na nowo zagłębiłam się w Drugie imię Fossego (ArtRage, 2023). Bardzo przyjemne zagłębienie.

Anne zagadała przez messengera, czy Rysio już wrócił (opowiedziała mi, że Anita, mama dwóch piesków, rozpłakała się na wieść o jego śmierci). Rozmawiałyśmy o świętach, wymieniłyśmy się grafikami wyjazdów, sąsiadka zapytała, czy mogłabym wpadać do Junony, gdyby zaszła taka potrzeba podczas jej ponad miesięcznej nieobecności. Oczywiście, że bym mogła (w południe idąc pod górę z Czarnej minęłam Majkela - no good, Junona faktycznie może potrzebować pewniejszego opiekuna). 

czwartek, 23 listopada 2023

1438. Jasność.

Kochany robiąc dziurę w ścianie (w zbożnym celu), pozbawił nas prądu na czas jakiś (co za tym idzie internetu domowego). Cóż, ciemność nie do końca, bo akurat górne światło jest, a nawet ostało się nam takie rozpasanie jak podgrzewacz prysznicowy. Nie za bardzo wiadomo, kiedy pojawi się naprawiacz - zapewne po tym czasie część zaopatrzenia lodówki pójdzie na śmietnik. Nie tracę jednak ducha, robię sobie herbatę z cytryną, książki będą czytane ;)

środa, 22 listopada 2023

1437. Zalegam.

Porankami, akurat gdy czekam na autobus, nad osiedlem przelatują stada mew i gawronów robiących pierwszy rekonesans śniadaniowy. 

Dzień umiarkowanie nudny, pod koniec jeden meltdown nadobnej Emmy, ale to było do przewidzenia i nadal nie rozumiem dlaczego bardziej doświadczeni ode mnie ludzie popełniają podstawowe błędy. Cuszzz, jak napisałam, umiarkowanie nudno. Rano kaffka i krótki czat z panią Stempelek, lunch w Moorlandzie, czytanie książki na dworcu (wróciłam do Fossego). Świekra dobijała się do mnie whatsapowo dwa razy i dopiero wieczorem dowiedziałam się powodu. Życzenia! A ja zapomniałam. No i super, to się mi przypomniało, życzenia przyjęłam. W związku z tym zadzwoniłam do moich rodziców, żeby im przypomnieć, że też mogliby życzyć ;D Mama mnie poinformowała, że dentysta znalazł jej w siódemce wiertło, które drzewiej jakiś fajtłapa zostawił i się nie przyznał (i jeszcze: ma teraz w zębie włókno szklane wg najnowszej technologii i podług rozumu). Poza tym objawiłam rodzicom plany teatralno-muzyczne. Poza tym w Polsce pogoda była piękna, jakby styczniowa, tak mówi mama. Po południu ból języka wrócił na miejsce startowe (czymś podrażniam? ale czym? zagadka). Nie wiem nic; na razie zalegam na dwóch krzesłach i piję kolejną herbatę. 

wtorek, 21 listopada 2023

1436. Rozgrzebanie.

Język tak nie boli, ale nadal drażni i w nocy kaszlę więcej niż mam ochotę to znosić. Oboje musieliśmy zwlec się do pracy, Kochany wcześniej (wczoraj Kieran menadżer zadzwonił do Freda z zapytaniem, czy by się nie przejechał - zlecenie nie jest bardzo daleko, więc mąż się zgodził). Zabrałam ze sobą lekturę, rozgrzebane Bielmo Gutowskiego, bo postanowiłam je dokończyć przed rozgrzebanym Fossem. Poza tym wczoraj na duolingo dodałam nowy język - rosyjski (na razie przypominam sobie alfabet, przyda się mi w genealogii). I cóż, kaszlę, przełykam gulę nie do przełknięcia, chichram się, mądrzę też od czasu do czasu, bo miałam podopiecznego one-to-one do przyciśnięcia. Oficjalnie złożyłam podanie o urlop, gdyż Bridżet się objawiła. Ciężki ma ten rok, bliscy jej umierali i pewnie to odchorowuje. Jak już nie można płakać, to można się śmiać, akurat trafiłam na taką atmosferę w kanciapie kadrowo-księgowej i się pośmiałam z Bridżet i Alis. Przy okazji odkryłam, że potrzebuję o jeden dzień urlopu mniej, bo Centrum jest wcześniej zamykane przed świętami. Fair enough.

Po powrocie do domu oczywiście robienie obiadu z oglądaniem w trakcie Louth Looking Good'23 (to ostatnie z powodu Katlin na którą natknęłam się otwierając drzwi z myślą, że Kochany już wrócił). Świekrze wysłałam trochę moich (w sensie: moimi ręcami zrobionych) zdjęć ze ślubu oraz opracowanie wyników mgr. To chyba wszystko na dzisiaj. Gardło gniecie. Ach, i jeszcze skończyłam czytać Bielmo (Agora, 2022).

poniedziałek, 20 listopada 2023

1434-1435. Wawa/Lub/Dub/home.

U Kaś w niedzielę do południa chodzę w podomce i zwierzątkowych papuciach. Jem tak śniadanie, piję herbaty, dostaję prezenty bez wyraźnego powodu (stopki w koty oraz papucie na nogach noszone z radością). 

W nocy język bardzo mnie bolał, w dzień łatwiej to ignoruję, ale po śniadaniu położyłam się do łóżka "na chwilę", czyli do momentu, gdy na bazę wpadła Kręcona Aśka. We czwórkę wybraliśmy się z buta do warszawskiej dzielnicy azjatyckiej, na ulicę Bakalarską, gdzie zjedliśmy dobry lunch w restauracji Hanoi (zamówiłam makaron udon z wołowiną), po czym jeszcze trochę spacerowaliśmy, chociaż pogoda nie zachęcała (w jedną i w drugą stronę szliśmy w chłodzie i sypiącym śniegu). 

Ciekawy zakątek stolicy, trzeba tu będzie wrócić przy lepszej pogodzie. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia przysiadamy przy herbacie na godzinę, żeby ostatecznie gdzieś tak wpół do szóstej wyjechać w kierunku Lublina, byle zdążyć na styk.

Resztą niedzieli to mozolne przemieszczanie się do domu. Najpierw w padającym śniegu musieliśmy dojechać do Świdnika, po prawie dwóch godzinach Kochany zatankował autko i na lotnisku oddał klucze. Gdy już rozpłaszczyliśmy się w samolocie, który niby był punktualny, przez dłuższy czas nic się nie działo i wylot nastąpił z opóźnieniem. Lot był zajęciem niesamowicie nudnym, siedziałam między dwoma facetami (wytatuowany brojler zerkający na książkę motywacyjną i żylasty chłoporobotnik z własnym pomidorem w sreberku; Fred miał miejsce w rzędzie za mną), którzy, jak to faceci, zawłaszczali moją przestrzeń. Z nudów próbowałam drzemać, trochę też odkrywałam nowe możliwości telefonu.

Fred idący ulicą Bakalarską

Na niebieskim parkingu w Dublinie byliśmy z Kochanym dopiero po pierwszej w nocy. W Irlandii niebo klarowne, żadnych opadów, poza metropolią drogi puste. Gdy po drugiej weszliśmy do domu, znalazłam zatkniętą w szparze listowej kopię kartki z przewodnika Louth Looking Good - nasz dom ponownie został wybrany jako ilustracja ogrodowych osiągnięć naszej ulicy. Dobrze jest być u siebie. Po trzeciej spać.

Poniedziałek był czasem na odpoczynek, przy czym wstałam wcześniej (gdzieś po ósmej) i zajęłam się relaksem na pół gwizdka, jak to ja (po podróży lubię porządkować zdjęcia, wspominać, cieszyć się tym, co było). Fred wstał o jedenastej, wypił kawę, mieliśmy czas wspólnie przemielić różne wydarzenia ostatnich dni, relację ze świekrą, i takie tam. A to wracałam do łóżka, a to wstawałam, w końcu pomogłam Kochanemu zrobić listę zakupów i wytoczyliśmy się z domu. Kiedy byliśmy na mieście zadzwonił Perlisty; Fred kontynuował tę rozmowę później, przy robieniu obiadu - może zobaczymy się z Fredowym kumplem w okolicach świąt, bo też zjeżdża ze świata do kraju. A może będziemy go gościć w następnym roku u nas? Kto wie. Rozmowa z moją mamą (już niedługo się widzimy). Rozmowa z Anną (martwiła się, że choruję). Rozmowa z Usz (czyżby kolejni goście w nowym roku?). Ogólnie pozytywy przeważają nad negatywami, na dworze zimno, ale nas tam nie ma. Pewnie pójdziemy spać wcześniej niż zwykle.

sobota, 18 listopada 2023

1433. Dzień ślubu.

Wczoraj odkryłam, że na iPhonie mogę publikować tutaj posty, ale nie mogę komentować, bo telefon mnie wylogowuje. Ot taki glitch pomiędzy jabłkiem i gugielem, znany, zgłaszany przez wielu, nadal odgórnie nierozwiązany.

Sporo się w nocy budziłam, głównie przez ból gardła i małość kordłową. Nad ranem z kolei obudziło mnie niecierpliwe tuptanie świekry przygotowującej śniadanie - wg polskiego czasu spaliśmy do „po ósmej”, na stole wędliny, puławianki, herbata wiśniowa już zaparzona. Kochany jeszcze przewracał się w łóżku, ja byłam dobrą synową. Po śniadaniu kawa w ćmielowskich filiżankach i szarlotka. 

Myśląc z wyprzedzeniem o tej krótkiej podróży miałam nadzieję, że przed wyjazdem do Warszawy odbędziemy spacer w kierunku pałacu, ale nic z tego nie wyszło. Grzebaliśmy się ze śniadaniem do południa, świekra chciała jeszcze przygotować obiad przed podróżą i zmyślnie wysłała nas po kwiaty (nie wiem, czy włączyła Radio Maryja żebyśmy się energiczniej ruszali, ale podziałało). Kochany kupił bukiet piwoniowych róż u Edyty za rogiem, trochę szliśmy naokoło osiedla, żeby spacer wydłużyć i byliśmy z powrotem w sam raz na obiad (który był bardzo dobry, jak zwykle u świekry). Okolica ta sama co zwykle, różnica taka, że komitet blokowy po odhaczeniu dzieci jako wrogów miru domowego (pod blokiem nie wolno się bawić) wziął się za zwierzęta - teraz jeszcze nie wolno dokarmiać ptaków, bo srajo i brudzo oraz kolegujo się ze szczurami. 

Do stolicy ruszyliśmy po drugiej po południu; podróż odbyła się bez większych przeszkód w coraz bardziej szarzejącym krajobrazie (śnieg, śniegu, śniegowi).

Przed głównym wydarzeniem przysiedliśmy we troje w Ciasteczkooo na ulicy Alternatywy, gdzie Fred dokończył dyktowanie mi dedykacji dla nowożeńców. Gdy dotarliśmy do urzędu, z ważnych gości brakował tylko Stu - na szczęście impreza opóźniła się na tyle, że szwagier zdążył w ostatniej chwili. Poza tym Usz ze Szwagrowskim wybrali najprostszą wersję ceremonii dzięki czemu szybko było po. No i było jeszcze zaskoczenie świadkowie - jednym ze świadków był wczesny recenzent Fredowego scenariusza. Spotkanie przeniosło się do Balkany Od Kuchni, znanej nam już z dobrej strony bałkańskiej restauracji na ulicy Strzeleckiego, która nasyciła nas po uszy. 

Już po siódmej wzięłam się za deser. Opuściliśmy zgromadzenie jakiś czas po Wu i świekrze, czyli świętowanie z jedzeniem zabrało nam około trzech godzin. Na końcu dnia wylądowaliśmy w ekskluzywnym mieszkanku Kaś i byliśmy rozpieszczani jak para królewska (dostałam własną podomkę i bamboszki z rogami), wygłaskałam aksamitne futerka Kacperka i Leosia, pogadałam o polityce i kotach (bo przecież wiadomo).


Język nadal bardzo boli, no good.

* zdjęcia wklejone po powrocie z wyprawy.

piątek, 17 listopada 2023

1432. Wyjazd jak powrót.

Od rana na ściśniętych pośladach, pastuję buty, bo nie wypastowałam, pakuję plecak, bo nie spakowałam do końca. Męczy mnie, że jeszcze muszę trzy godziny w pracy odpękać. 

Po odpękaniu jazdy obowiązkowej i wysłaniu rozliczenia godzinowego zmieniam spodnie w toalecie i ruszam ulicą na spotkanie Kochanemu. Zachodzimy do Il Forno - niewiele się nam podoba, zamawiamy cannelloni, nawet jadalne, ale bez finezji (sos pomidorowy dominuje smak). Po obiedzie idziemy do Czarnej (Pani Stempelek 2 jest chojna, druga baristka czyta Grahama Nortona, A Keeper). 

W drodze do samochodu jeszcze kupuję tabletki na gardło i lecim. W stolicy byliśmy w sam raz, tak, że nie trzeba się było z niczym spieszyć. Kupiliśmy kartkę okolicznościową dla młodej pary, reszta to same przyjemności. Lot częściowo z turbulencjami, na końcu zaś zaskoczenie: Lublin przywitał nas śniegiem. Wypożyczonym autkiem (mała mazda na automacie) sprawnie doturlaliśmy się do NA około jedenastej wieczorem. Świekra (już w papilotach, opatulona szlafrokiem) nakarmiła nas śledziami, wygrzałam się pod gorącym prysznicem i kuruję gardło balsamem jerozolimskim (jeszcze od świekra). Plan: myć zęby i spać.

* zdjęcie wklejone po powrocie z wyprawy.

czwartek, 16 listopada 2023

1431. Czwartek.

Delektuję się poranną samodzielnością. W sypialni rozproszone światło nocnej lampki. Na palnikach jajecznica i kartofle z rozmarynem. Jeszcze trochę mało kontaktuję, Kochany już w drodze do Naas. Dzień się budzi.
___
edit 18:35 Pomimo zapowiadanej deszczowej pogody dzień pracowniczy zaczął się mi dość przyjemnie: zaspana baristka z niebieskimi włosami, najwyraźniej Pani Stempelek 2, dała mi kawę za darmo, choć nie powinnam jej dostać, bo brakowało mi stempelka. Don't worry about this. Nie zamierzam ;). W pracy przybył nam Aleks, który twierdzi, że mówi czterema językami (w co wątpię, bo nie zareagował właściwie na como estas?). Z pomocą Katriny udało się mi doliczyć należnego mi płatnego urlopu, więc nie ma przeszkód, żebym urwała się z Centrum na kilka dni przed Bożym Narodzeniem (hura!). W autobusie siedziałam obok chłopaka z Termon, którego w duchu nazywam Rorym. Świetne miał dzisiaj spodnie - dżinsy w gwiazdy - i czytał Topographia Hibernica. Autobus był oczywiście spóźniony, zmarzłam, do domu doturlałam się, gdy było już zupełnie ciemno. Zaczęłam robić obiad, a gdy zadzwoniłam do Freda z pytaniem, czy jest już blisko domu, mąż zaskoczył mnie informacją, że prochy są do odebrania. Tak więc Rysio nasz kochany zaraz wraca. 
___
edit 21:40 Kochany przywiózł prochy. Nie dokończyłam obiadu, zadzwoniłam do rodziców, pokazałam im skrzynkę i odbicie Rysiowej łapki. Jestem kompletnie rozbita. Ubranie na jutro nie za bardzo przygotowane, teraz z mokrymi włosami biorę się za plan jutrzejszych zajęć. Odprawieni, przynajmniej to.

środa, 15 listopada 2023

1430. Podobnie.

Grafik dnia podobny do wczorajszego, poza tym jest trochę chłodniej i jaśniej. Mysz nadal ma się dobrze, szeleści w papierach, po czym słyszę podchodząc do kuchenki jak frenetycznie tupta za moimi plecami, żeby dobiec do swojego ulubionego miejsca zanim się odwrócę. Po pracy idę do polskiego sklepu (np. herbata malinowa). Wracam do domu (ciemno), odpalam piekarnik, bo wiem, że Kochany wiezie kacze nóżki. No i cuszzzz, jemy obiad (okazuje się, że bardzo dobry) i już jesteśmy zmęczeni. Kaś Matka Kotom dzwoni z zapytaniem, czy podróżnicy spakowani i śmieje się, gdy Fred zgodnie z prawdą jej relacjonuje, że w domu pierdolnik, a my odpoczywamy. Wstępnie umawiamy się z przyjaciółką na spotkanie i szamę w chińskiej dzielnicy. Nareszcie kończę czytać Nasz bieg z przeszkodami Woydyłło (2023). Podobnie jak z poprzednią jej lekturą, nie jestem adresatką tej książki.

wtorek, 14 listopada 2023

1429. Od wschodu do zachodu.

Oboje z Kochanym brniemy z wysiłkiem przez listopad. Niby nic złego się nie dzieje, ale rzeczywistość odrobinkę gniecie. Rankiem (kompletnie zamroczonym) Fred do Dublina, godzinę po nim ja do Drołdy. W drodze do pracy testowałam słuchawki na Obronie Sokratesa Platona, tekście czytanym przez Andrzeja Chyrę. W pracy ciekawie, połowa dnia wyjściowa, pokręciliśmy się tu i tam, był spacer pod górkę, masaż dłoni, przemówienie specjalisty od bezdomności (jezuity, który mówił w większości z sensem - widziałam na własne oczy sławnego ojca McVerry) oraz głaskałam konie policyjne, które miały na imię Aillen i Bradán. Po południu trochę letargu, była też wyprawa do sklepu arts & crafts (co żeśmy się z Luizą pochichrały, to nasze).

Gdy wracałam do domu w autobusie zaczepił mnie Dżejmi, złożył kondolencje i wspominaliśmy Rysia. Sąsiad opowiadał jak mówił kotu, że jest "chubby" i chyba z tego powodu Rysio go nie lubił, chociaż przecież dostawał od niego wołowinkę (sąsiadka z osiedla domków na kółkach, choć Ryszarda osobiście nie znała, potwierdziła, że nie mówi się kotu takich rzeczy prosto w wibrysy, bo to niegrzecznie). Kiedy wysiadam przy naszym osiedlu jest już prawie zupełnie ciemno. 

Robiąc obiad zaczęłam słuchać kolejnego Platona, Ucztę, tym razem czytaną przez Andrzeja Seweryna - skończyłam na pierwszej godzinie, bo Kochany wrócił z pracy (nie wiem, czy całość dokończę, pilnie przytupuje na mnie jeszcze jedna rozgrzebana lektura). Obiad nawet niezły, na deser granola, żeby życie było znośniejsze. Długo rozmawiamy o opiniach ojca McVerry. Czytanka. Spać.

poniedziałek, 13 listopada 2023

1428. Sztorm Debi.

Pomiędzy piątą i ósmą rano alarm czerwony dla hrabstwa. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie mi się zapodział Ciarán, który miał być przed Debi. Okazuje się, że naprawdę już był, akurat gdy zaczęłam chorować na początku listopada i pisałam, że pogoda się skiepściła. Wiatr nie przyniósł wówczas aż takich szkód, poza tym miałam to w nosie. 

Wyraźnie słyszałam nadejście wiatru, który uderzył w nasz dom. Po śniadaniu dostałam wiadomość tekstową od Saren, że Centrum otwierają dopiero o 10, potem drugą, że dzisiejsze zajęcia zostają odwołane po całości. Ponieważ już byłam ubrana w ciepły sweterek i gotowa na wszystko, co najlepsze, pojechaliśmy z Kochanym do miasta, drogą nad Boyne, żeby sprawdzić stan rzeki. Wiatr wiał na szczęście od lądu, więc woda się nie spiętrzała i trasa była przejezdna. Zaszliśmy do Costy. Andrea nadal na warcie, zrobiła nam napoje i nawet przyszła do nas na piętro, żeby porozmawiać o zmianach (przy czym w tym miejscu niewiele się zmienia: nowe twarze znikają szybko z powodów oczywistych, widać było, że koleżanka chciała się choć na trzy minuty zrelaksować). Po napitkach postanowiliśmy się z mężem szwendać. Nadal brakowało mi etui do telefonu, a ponieważ nie wchodziło w grę kupienie tego, które się mi podobało, zaczęliśmy z Fredem szukać czegoś w zastępstwie (z wyłączeniem oryginalnych opakowań Apple'a, które są prawie bez wyjątku koszmarnie brzydkie). W ten sposób znaleźliśmy się w pawilonach Swords. Po dłuższym spacerze kupiłam chińszczyznę imitującą ekskluzywne opakowanie, coś w sam raz na kilka miesięcy - przynajmniej będę mogła zacząć używać nowego telefonu, bo z moim rękami skłonnymi do upuszczania rzeczy po prostu bałam się dotykać iPhone'a bez stosownego zabezpieczenia przed wypadkami. Zadowoleni z osiągnięcia wyznaczonego celu poszliśmy na obiad - Kochany zaprosił mnie na pizzę do Milano:

Wróciliśmy do domu dopiero o trzeciej. Oboje byliśmy bardzo zmęczeni i chociaż początkowo nie zamierzałam drzemać, wyszło tak, że położyłam się obok Freda i ... minęły dwie godziny. Wieczorem wałęsanie się domowe, aktualizowanie telefonu i odkrywanie nowych funkcji, mówienie brzydkich rzeczy, poza tym trochę blogowania i krótka rozmowa z rodzicami (minął rok od śmierci babci Mani). 

niedziela, 12 listopada 2023

1426-1427. Odmiana.

Sobota
Zaraz po przebudzeniu zadzwoniłam do mamy powiedzieć jej, że w grudniu przylatujemy razem z Kochanym (żeby też mogła się cieszyć i już układać sobie w głowie detale). Na śniadanie Fredowa sałatka grecka, smażony ser halloumi, reaktywowane resztki obiadowe (do ryżu z pieczarkami i cukinią wbite dwa jajka). Pokroiłam jeszcze brie i kiełbasę, ale wszystkiego było dla nas za dużo. Po sytym posiłku wytoczyliśmy się z domu w kierunku północnym. 

Okazuje się, że kilka dni temu Carlingford zalane zostało wodą spływającą ze Slieve Foy, w miasteczku były jeszcze ślady po tym wydarzeniu. Zanim dołączyła do nas Aś chwilę oglądaliśmy biżuterię u Gareta, potem poszliśmy we trójkę do graciarni Williego, gdzie obok piętrzących się talerzy i zarosłych brudem filiżanek stały tanie jak barszcz toaletki i używane kije golfowe. Albo Williego nie zalało, albo nie wpłynęło to zauważalnie na wystrój:

Chłodno i jasno; spacer przez ruiny opactwa i fotografowanie naszych super butów maszerujących po cmentarnej trawie:


Obiad zjedliśmy u Ruby Ellen's, tradycyjnie po pieczonym ziemniaku dla każdego. Dobre były przy tym rozmowy: o traumach, śmierci, miłości, nałogach. Przed czwartą Aś chciała ruszać dalej, my byliśmy umówieni na wieczór filmowy, a że było jeszcze trochę czasu, zjechaliśmy do Costy pod Omniplexem:

Myjnia, gapienie się jak szczota szoruje po autku. Szwendanie się po Tesco. W końcu wizyta u Ka&Jot, gadulstwo przy herbacie, a na deser seans na Netflixie: nowy Znachor Gazdy, nawet znośny, inny niż się spodziewałam. Pieseł-terapeuta towarzyszył nam nieomal cały czas, przyklejając się to do Kochanego, to do mnie:

Nie było nas w domu z 12 godzin, po powrocie żadnych kocich wyrzutów.

Niedziela
Pogoda odmieniona, cieplej, ale ponuro, w Kuchniosalonie półmrok. Na śniadanie do wczorajszych zmiotek (kiełbasa, brie, plastry wołowiny, sałatka grecka) zrobiłam guacamole (niestety bez kolendry, za to z potężną dawką czosnku), ugotowałam jaje na twardo oraz dorzuciłam polskiej sałatki jarzynowej ze sklepu. Na spadek energii zrobiłam sobie kawę i zajęłam się ożywieniem słuchawek bezprzewodowych Bang & Olufsen, których techniczne rozgryzanie tak Freda zniechęciło, że sprzęt od miesięcy (jeśli nie lat) zalegał nieużywany. Fajny gadżet, i działa.

Zauważyłam na dworze kulejącą Amber. Żal mi się jej zrobiło, koteczka dostała wołowinę ze śniadania (nie pojmuję, jak rodzina może się nie interesować kotem z widoczną kontuzją). 

Kiepsko u mnie z decyzyjnością, więc zostawiłam Fredowi rozstrzygnięcie, czy jedziemy do Omniplexa na film, który wczoraj wypatrzyliśmy. Pojechaliśmy, zdążyliśmy nawet zajść do Costy na mince pie. Seans Killers of the Flower Moon (2023) poraża długością, ale z drugiej strony podoba się mi takie niespieszne kino. Wróciliśmy do domu przed siódmą (nad nami rozgwieżdżone niebo i Wielki Wóz). Do tego stopnia nie chciało się nam robić obiadu, że Kochany przyniósł ze skryty ogrodowej słoiki-gotowce; padło na bigos, który okazał się jadalny. 

W ten sposób przebimbaliśmy weekend. Towarzyszyło mi poczucie bezsiły i zniechęcenia, jakbym gdzieś coś miała zrobić, ale zapomniałam co i teraz już po ptokach. Przede mną pięć kolejnych dni w pracy aż do naszego wylotu do Polski. Jak sobie o tym pomyślę, od razu nic mi się nie chce. Ale będzie dobrze, krok za krokiem, musi być.

piątek, 10 listopada 2023

1425. Nie psuj.

Słonecznie; nad wybrzeżem płyną grube, szare chmurki pod smukłymi jasnymi chmurami. W pracy wzorcowo, chociaż grupa złaziła się po kawałku. Nie miałam poczucia przeładowania zmysłów, dzieciaki robiły, co miały robić, wszystko szło sprawnie i o dwunastej powiedzieliśmy sobie sajonara. Kochany wrócił dzisiaj po północy, więc odsypiał, ale przyjechał po mnie do miasta; kupił mi iPhone'a 13, którym zastąpię sobie Samsunga A71, potem szwendaliśmy się jeszcze po Tesco szukając ingrediencji na idealne sobotnie śniadanie. W domu zastałam pocztę optymistyczną: ostateczny dyplom za tegoroczne męczarnie z kursem TT, o którym już zdążyłam zapomnieć, że się mi należy jak psu buda. 

Tylko wiadomość od Aś zważyła nam dzień: jej szef poszukuje domu dla kotka. Kotek mały, czarny i śliczny. Gdyby Rysio żył, całkiem możliwe, że właśnie takiego braciszka byśmy dla niego szukali. Jak odpowiedzieć ludziom, że mając dobre chęci niekoniecznie robią dobre rzeczy? Bo sobie myślę, że gdyby nie śmierć Rysia, to nikt by nam o maluchu nie powiedział. Ludzie czasami dziwnie sklejają, ech.

Żeby o tym nie myśleć, po dobrym obiadku zajęłam się obczajaniem telefonu. Nawet wynalazłam futerał podobny do starego i zadałam pytanie o możliwość wytłoczenia na nim tego, co mam na starym. Wyprowadziłam się też z Androida do iOS (transfer danych trwał jakieś 50 minut). Słuchamy z Kochanym debiutanckiej płyty Aya RL (1985), z Kukizem, gdy nie był jeszcze obciachem, potem nowofalowej Siekiery. Jesteśmy już z przyjaciółmi po słowie, więc sobota szykuje się wyjezdna. Wisienka piątku: Kochany kupił bilety na grudzień i leci ze mną ^..^

czwartek, 9 listopada 2023

1424. Czekając.

Kiedy jeszcze byłam w pracy, Fred pokazał mi prezent jaki dostaliśmy od Anne - zdjęcie Rysia gotowe do zawieszenia na ścianie, podpisane jego polskim imieniem. Gdy na nie patrzę, śmierć wydaje się mi kompletnie nieprawdziwa. 

Od dawna nie widziałam Katlin, dzisiaj do mnie podeszła i potwierdziła, że też kontaktowała się z lokalną polityczką. Głowę przykrywała mi chmura jutrzejszych godzin przedpołudniowych, więc nie rozwinęłam tematu sprawnie wymigując się bardzo chłodną aurą. Prawda jest jednak taka, że sąsiedzkie pogaduchy mi ciążą - czuję, że zaraz z domu powinien wyjść kot ciepły jak piec i zapytać o co chodzi. Oczywiście nic takiego się nie dzieje i ogarnia mnie na to złość. 

Kochany po przywiezieniu mnie do domu zrobił sobie kanapki i wyruszył w kierunku stolicy. Wróci późno, nad ranem będzie pewnie odsypiał pracownicze ekscesy. Przygotowałam już sprawy na jutro i dopadł mnie bezwład, na szczęście dzięki zaglądaniu w m i e j s c a odkrywam zespół Fontaines D.C. 

środa, 8 listopada 2023

1423. Przed się.

Kochany zawiózł mnie do pracy i zabrał z pracy, czyli luksusów doświadczam nie każdej żonie dostępnych (po moim powrocie z Polski dwóch uczniów nam przybyło, Matju i Timo, ale niewiele mnie to obchodzi). 

Nie wróciliśmy od razu do domu, bo pojechaliśmy oglądać nowy telefony, potem jeszcze zerknęliśmy do TK Maxxa. W domu okazało się, że w Kuchniosalonie czeka na mnie prezent, kaszmirowy kardigan Tahari w pomarańczowym kolorze i miękkości niebiańskiej (będę się miała czym ogacać w czasie ślubu Usz i Szwagrowskiego). Kochany kupił go dzisiaj w TK Maxxie, ale za funty, czyli pojechał aż do Newry. Wszystko przez to, że byłam w pracy długo, a on nie mógł się doczekać. Wtedy jeździ się do Newry i z powrotem, żeby nie być samemu w domu, bo smutno. 

Radny napisał do mnie z informacją, że prasa podłapała temat i sprawa ruszyła (czy jednak będziemy mieli te progi spowalniające w naszej wsi to czas pokaże). 

Po obiedzie rozmawiamy telefonicznie z Aś. Ostatnio nie kontaktowaliśmy się z nią za często, może jest szansa na spotkanie w weekend. Przedwstępnie zaś wychodzą przyjemne fakty o naszej przyjaciółce, która się trochę wstydała, ale nam w końcu powiedziała: od jakiegoś czasu chłopaka ma i antydepresanty odstawia. Pogratulowaliśmy jej oczywiście, bo miło, gdy u ludzi dzieją się dobre rzeczy. 

Nadal kaszlę i nie wiem, jak będzie w piątek z mówieniem dłuższych tekstów, ale ogólnie nie czuję się gorzej, a nawet jestem o promil mniej zmęczona (czyli lepiej?). 

Rory.

wtorek, 7 listopada 2023

1422. Płasko.

Cały czas mając w głowie, że rozgrzebałam dwie inne książki i jeszcze się na dobre czytelniczo nie reaktywowałam, wsunęłam do torby czytankę Woydyłło Nasz bieg z przeszkodami (WL, 2023). W pracy ledwie ją napoczęłam, chwilę kartkowałam po powrocie do domu, jednak dzień był na tyle męczący, że jednak nie, jutro, innym razem, jak się naprawdę pozbieram do kupy z tej rozsypanki. Nie wiem czy ma na to wpływ fakt, że rano nie wzięłam kolejnej porcji antybiotyku (nie powinnam przerywać kuracji, ale źle się po nim czuję; tak źle, tak niedobrze), w każdym razie dzień mnie zmęczył, był jakiś taki wypłaszczony, a ja sunęłam w nim opatulona kaszmirowym szalem, niezdolna do większego wysiłku.

W Czarnej choinka już ubrana, a pod nią prezenty. Pani Stempelek podała mi zieloną herbatę prawie z czułością i sprawnie nawiązała do kociej śmierci (sama ma cztery koty).

Mąż miał pracować do późnego popołudnia, ale zrobił mi niespodziankę i pojawił się na tyle wcześnie, że mógł mnie zabrać na wieś. Przed domem przywitał nas Bán. A ty wiesz, że Rysio nie żyje? zagadnęłam gamonia. Miauuuu. Chyba wie. Rano mijałam jego i Amber, gdy wcinali suchy chleb wyrzucany przez sąsiada z prawej. Racje żywnościowe z pewnością zmniejszyły się im po śmierci Rysia, ale przecież te koty mają dom ... nie rozumiem. Poza tym białas chodzi ufafluniony. Przy takim stanie futra Ryszard, Najlepszy Kot, zaszyłby się w sypialni i umył do czysta, bo noblesse miau oblige.

Kochany nawet nie zdjął munduru i zaczął robić kuchenne eksperymenty z bakłażanem. I z tym związane jest moje zakłopotanie, bo nie bardzo zjadłam. Bakłażan wyszedł, ale sosu nie wcisnęłam, coś mi struktura nie odpowiadała, chyba nawet coś racjonalizowałam. Fred ma żonę z lekko uszkodzonym mózgiem, który wysyła jej różne dziwne sygnały. I tak o: małżonek mi wybaczył. W głośnikach płyta Calling Card (1976), potem Irish Tour '74.

poniedziałek, 6 listopada 2023

1421. Zmiana nastroju.

Ponownie kaszlem nie dawałam Fredowi spać. Zamówiłam telefoniczny kontakt z lekarzem, żeby mi przepisał coś dodatkowego. Czekałam, zadzwoniłam nawet jeszcze raz, ale się nie doczekałam. Przyszło mi do głowy kilka rasistowskich myśli, to fakt. Rozchmurzył mnie dopiero Kochany, który wrócił przed trzecią, przywiózł mi drugi test covidowy, zrobił nam obiad, podpowiedział jakie bilety kupić i poszedł spać. Najlepszy z mężów. Okazało się więc, że drugi test wyszedł mi bezsprzecznie negatywny, natomiast bilety do Polski na święta zamknęły się w znośnej cenie. Zadzwoniłam z tą ostatnią wiadomością do mamy akurat w momencie, gdy ona zamierzała zadzwonić do mnie, bo stresowała się wizytą u dentysty. Trochę nam mówiła, że jak to, osobno tak, może się Fred pogniewa, ale wiem, że była szczęśliwa, już mi rozdysponowała pieczenie wigilijnych krokietów (poza tym na pewno ma nadzieję, że Fred nie będzie jednak osobno). Pokazałam jej dzisiejszą przesyłkę z małym upominkiem od administratora strony na której umieściłam Rysiowe pożegnanie - kilka bomb siewnych z nasionami typowych irlandzkich dzikich kwiatów (czytaj: chwastów*). 

Mysz pod lodówką ma się dobrze. Kiedy wstaję napić się wody o różnych porach nocy, słyszę jak robi przemeblowania w swoich przypodłogowych komnatach. 

Wieczorem oglądam MM, 23.2. Kochany budzi się z drzemki wcześniej niż zapowiedział, jeszcze rozmawiamy, jeszcze się śmiejemy, jeszcze mama przekazuje, że nie dała sobie wyrwać zębów. Muzyka Gallaghera pasuje do śmierci Rysia, mówi mąż. Więc na dobranoc słuchamy solówki Rory'ego. Pomysł mam taki, że jutro idę do pracy i zobaczymy jak będzie. 

* bird's foot trefoil, chamomile, corn marigold, corncockle, cornflower, corn poppy, devils bit scabious, field scabious, lady's bedstraw, lesser knapweed, meadow buttercup, meadow vetchling, ox eye daisy, plaitain, purple loosestrife, ragged robin, red campion, red clover, scentless mayweed, sorrel, st. Johns wort, selfheal, tufted vetch, wild carrot, yarrow, yellow rattle.

niedziela, 5 listopada 2023

1420. Dzisiaj.

Noc nieco męcząca, w drugiej połowie więcej kaszlu. Oddzwoniłam do Anny, która usiłowała się ze mną skontaktować wczoraj wieczorem - dopiero dowiedziała się o Rysiu i chciała się upewnić, czy to nie plotki. Rozmawiałyśmy tylko chwilę, zaraz złapał mnie kaszel i szybko miałam dość. Mama też dzwoniła i doradzała mi w tematach zdrowotnych. Tak się złożyło, że właśnie Fred wrócił z szybkich zakupów, przywiózł test na covid i byłam w trakcie dłubania sobie w nosie. Test wyszedł mi słabo pozytywny (mglista kreska zniknęła po godzinie, bardzo dziwne), więc teraz nie wiem, co wiem i co mam z tym robić. Chyba kolejny test, bo można na nim oprzeć dalsze zwolnienie (a wolnych dni potrzebuję, kaszlę jak nieszczęście). 

To już tydzień mija od bezsensownej śmierci Rysia, ale nie podejmuję się pustej celebracji godzinkowej, bo dzisiaj jest dzisiaj. 

Po obiedzie zasiedliśmy do Dantona (1982) Wajdy (nigdy nie widziałam całego filmu, więc było to ciekawe; Pszoniak i Depardieu fantastyczni). Anna ponownie zadzwoniła, żeby zapytać o moje zdrowie (albo czuje się samotna, albo nie pamiętała, że już o tym dzisiaj rozmawiałyśmy). Na to ja dzwonię do mamy, w sumie tak sobie, nie mam nic do dodania, ani siły głosu, żeby dodać dużo. Na deser dnia mówię brzydkie rzeczy do Fredowego laptopa. Całe szczęście, że mąż postanowił go w końcu naprawić przez wyłączenie i włączenie, bo inaczej sprzęt oberwałby kubkiem. Kochany ma dzisiaj żonę wulgarną i skłonną do przemocy fizycznej ;) I jeszcze ten radny :I 

Marzenia do spełnienia: noc bez kaszlu.

sobota, 4 listopada 2023

1419. Sssobota.

Do nocnego repertuaru doszedł krwotok z nosa. Kaszlę jednak mniej, w nocy z dwie godziny spędziłam przy komputerze, bo zupełnie nie chciało mi się spać; mruczane halucynacje przychodzą dopiero nad ranem. Bardzo mnie to ostatnie uśmiechnęło, pomogło wstać o wczesnej porze, żebym mogła wziąć drugą dawkę antybiotyku. Za oknem fale sztormowego deszczu. Wróciłam do łóżka, przespałam kolejne trzy godziny w objęciach Kochanego i w końcu po dziesiątej, gdy Fred był już na nogach, wyturlałam się spod kordły. Nie jest tak najgorzej, powiedziałam do siebie.

Kochany zadzwonił do swojej mamy, żeby się upewnić, że sprawy z ubezpieczeniem zostaną wyprostowane. Dostaję życzenia zdrowia, ale temat naszej straty nie został przez świekrę poruszony. Nie byłam zaskoczona, nie sądzę, żeby mama Freda uważała to za wystarczająco ważne. W związku z tym jednak rozmowa była konkretna i krótka. 

W poszukiwaniu czegoś do obejrzenia wynalazłam dvd z Birdmanem (2014), jeszcze w oryginalnym opakowaniu. Oglądaliśmy film kilka lat temu u Ka&Jot, wtedy po angielsku. Po seansie Kochany stwierdził, że to był dobry dystraktor smutnych myśli.

Fred robi obiad i myje łazienkę; jem (wszedł cały normalnej wielkości posiłek, pierwszy raz od trzech dni) i wyleguję się w kokonie z koca przydrzemując jak kot, płytko i czujnie. Słuchamy Beatlesów i Perfectu. Z Kuchniosalonu znikają kolejne Rysiowe akcesoria: Kochany myje i wynosi do szeda kocią kuwetę oraz transporterek.

Późnym wieczorem dzwoni tatko, zapytać jak się czujemy.

piątek, 3 listopada 2023

1418. Ble piątek.

Kiepską miałam noc, kaszlałam i niechcący nie dawałam Fredowi zasnąć. Za którymś razem, gdy zupełnie schowana pod kołdrą szukałam dogodnej pozycji do snu, nagle usłyszałam mruczenie. Zamarłam i zaczęłam nasłuchiwać. Naprawdę wydawało się mi, że Ryszard drzemie gdzieś obok. Wspaniały omam. Fred też mówił, że miał halucynacje słuchowe (miauczenie kota, też coś takiego słyszałam przed zaśnięciem). Kochany wyjechał rano do pracy w Drołdzie; wyszłam do lekarza na dziewiątą, razem z wykupieniem antybiotyku wycieczka zajęła mi jakieś 45 minut. Wracając z przyzwyczajenia rozglądałam się naokoło w poszukiwaniu przemieszczającego się jasnego futra. Gdy otworzyłam drzwi buchnęło we mnie domowe ciepło. Ale teraz jest inaczej, coś zmieniło się na stałe i jest to zmiana na gorsze. 

Zanim jeszcze wzięłam się za śniadanie (granola, bo znowu mam żołądek zawiązany na supeł), nastawiłam pranie (Rysiowe posłanie i zakrwawiona torba cały czas leżały w pralce). Potem prasowanie z oglądaniem Midsomer Murders, pierwszy odcinek 23 sezonu. Dzień się wlecze, drzemię, mało jem, z wzięciem antybiotyku czekam, aż Fred będzie w domu (po uczuleniu w 2011 już nie jestem taka ufna), ogólnie rozprzężenie, zły nastrój i przydeptane kapcie. Kochany wrócił z pracy z obolałymi plecami i prawie od razu wszedł pod gorący prysznic. Dzwonię do mamy, żeby zeskanowała Kochanemu dowody ubezpieczenia i przepisania naszego samochodu (nie wiem, czy w grajdołkowie to PZU, czy jakaś inna instytucja zajmują się wypisywaniem do ludzi dlaczego nie ubezpieczyli i wyliczaniu ile w związku z tym mają kary za zwłokę, ale stan państwa z dykty zawsze mnie w takich sytuacjach wkurwia). Oboje nie mamy apetytu, na obiad jest więc mała, przeterminowana pizza. Wieczorem słuchamy składanki Beatlesów Love (2006). Super brzmi (w przeciwieństwie do tzw. ostatniej piosenki, Now and Then,  opublikowanej wczoraj - jej tekst jest jak napisany przez Zenka Martyniuka). Fred już w łóżku. Jem jabłko. Znowu nie mam ochoty spać. Ależ się to wszystko ciągnie. W głośnikach Strawberry Fields Forever.

czwartek, 2 listopada 2023

1417. Cz-czwartek.

W nocy tak mnie boli, że śnią się mi żyletki w gardle. W ciągu dnia nieco lepiej, chociaż szału nie ma. Wysprzątałam do końca Rysiową szafkę, teraz będą w niej herbaty i Fredowy zapas kawy na dni niepewne. Skontaktowałam się z niezależnym radnym, odpisał mi dość szybko, że wyda komunikat dla prasy o poruszonym problemie. Do Anne z kolei odezwała się lokalna posłanka Dáil Éireann (niższa izba irlandzkiego parlamentu) potwierdzając, że również zamierza odpalić kwestię progów spowalniających na najbliższym posiedzeniu rady (tym razem ze strony nacjonalistycznej Sinn Féin). Okazuje się, że w tym małym kraju sąsiedzi znają ludzi, którzy znają ludzi i jest to bardzo przydatne. Po obiedzie przespałam się z godzinę, obudziła mnie dopiero rozmowa Freda z Wu. Wieczorem dołączyłam do webinaru na temat języka irlandzkiego (Irish with Mollie), ale odpadłam po pół godzinie (złe samopoczucie sprawiało, że nie bardzo miałam ochotę się skupiać). W międzyczasie Ka do nas zadzwonił z kondolencjami, więc Fred miał okazję opowiedzieć całą historię od nowa (opowiadanie naprawdę pomaga). Oglądamy też Piosenki, które ryją banię. Jestem zmęczona czwartkiem, ale nie chce mi się spać.

Postscriptum #1416.

 Rozmowa wieczorna:

środa, 1 listopada 2023

1416. Kasłu kasłu.

Rano zatekstowałam do Saren, że dzisiaj nie przychodzę. Męczy mnie kaszel i ból głowy, zobaczymy jak będzie jutro (mówiłam sobie), na razie doktora mam umówionego na piątek, ale może się okazać, że poczuję się lepiej. Kochany też miał dzisiaj wolne, więc mogliśmy spędzić razem tę ponurą środę. Napisałam wspomnienie o Rysiu z przeznaczeniem na stronę z kondolencjami, poza tym kasłałam, gadałam, piłam płyny na poprawę ogólnego funkcjonowania, siedziałam też w genealogii (jakiś czas temu napisała do mnie potencjalna krewna z pytaniem-pretensją, czy bym mogła podać jej więcej szczegółów o praprapraprapraprababce, bo ona by chciała wiedzieć, a tu — na MyHeritage, wszyscy od siebie ściągają — gdy chciałam zobaczyć jej drzewo, okazało się, że było zablokowane; jednym słowem dej, poszukaj, to ja będę miała; głupia cipa niech czeka na odpowiedź do świętego nigdy). 

Od rana deszcz i chłód — w taką pogodę Rysio siedziałby w sypialni z nosem zakrytym ogonem. Po małym obiedzie (oboje nadal mamy żołądki zawiązane na supły), jedziemy do weta zapłacić za kremację (€382) oraz do Lidla, żeby kupić chleb, poza tym chce się mi jabłek. Przy wyjściu jest licznik zadowolonych klientów, można kliknąć w zieloną buźkę, więc jak zwykle klikam trzy razy, za siebie, za Freda, za Rysia. To się nie zmieni. Dzwoniliśmy do moich rodziców. Udekorowali groby, ale nie pojawili się w czasie oficjalnych obchodów, i bardzo dobrze. Nie dowiedzieliby się tam niczego nowego.

Trzy Rysiowe miseczki są umyte i gotowe do schowania. Błyskawiczne (żeby za długo o tym nie myśleć) sprzątanie Rysiowej szafki oraz zapasów skitranych w schowku przy piecu odbyło się wieczorem. Gdy Anne pojawiła się w domu, wyszliśmy do niej obładowani jak pomocnicy świętego Mikołaja. Sąsiadka dostała dwie paczki pierogów (ruskie i z jagodami), do tego pudełko kwaśnej śmietany i książkę o Jeleniej Górze (po angielsku). Od Rysia dla Junony przytargaliśmy trzy duże torby kociego żarcia najlepszego sortu. Gdy kończyliśmy opis stanu toreb, na horyzoncie pojawił się Majkel, może pijany, na pewno wzruszony. Też widać po nim, że kochał tego kota, choć jak sam twierdzi, niekoniecznie z wzajemnością ;)

Gdy skończyliśmy jeść lekką kolację, zadzwoniła Kaś Matka Kotom: rozmawiamy o jej kotach i gdzie będą stały ich urny z prochami, o ateizmie, nadchodzącym wyjeździe na ślub. W międzyczasie opublikowałam wspomnienie o Rysiu na stronie wsi, więc czytamy reakcje mieszkańców i oglądamy cudze zdjęcia. Ludzie go lubili, to był wyjątkowy kot.