Strony

niedziela, 31 stycznia 2021

411. Flota zjednoczonych sił.

Ostatni dzień stycznia zaczęliśmy od sytego śniadania, płyty Voo Voo Łobi jabi (1993) i wpłacenia kasy na WOŚP. Mija 1/12 roku. Ryję w językach jak szalona, w międzyczasie, w przerwach herbaciano-kawowych rozmawiamy o imionach dla naszych drzew. Szaro, buro, siąpi. Wieczorem ogladamy Tysiąc zakazanych krzaków (2008), średni metraż z Lubosem, i słuchamy składanki najlepszych kawałków Śmietanki.
___
edit 22:05 Właśnie wysłuchałam Allegretto z siódmej symfonii A-Dur, op. 92, Beethovena w wykonaniu Wiener Philharmoniker z panem Bernsteinem. To teraz mogę iść spokojnie pod prysznic.

sobota, 30 stycznia 2021

410. Pod wpływem Justine.

Obudził mnie silny wiatr, który uderzał bezpośrednio w nasze drzwi frontowe. Z zachodu nadszedł sztorm Justine — upiecze się nam, najbardziej i tak oberwie Kerry i Cork. Fred w Maynooth, ja dzień spędziłam na drobnicy, czytaniu, oglądaniu Poirota (przy śniadaniu Pudełko czekoladek, wieczorem Lustro nieboszczyka), robieniu sałatki jarzynowej, oglądaniu Gosi ze Szkocji, która teraz jest ze Szczecina, i na językach. Kochany wrócił dopiero po siódmej wieczorem, jest zmęczony, ale jeszcze chwila nawijki o wydarzeniach dnia po późnym obiedzie.

piątek, 29 stycznia 2021

409. Dobrze i źle.

Dzień obfitujący w zmiany nastroju. Najprawdopodobniej dostałam się do programu i mam szansę na pracę, niewielką na razie, ale rozwijającą w sensownym kierunku — trzeba najpierw przemielić papiery, co czeka mnie w przyszłym tygodniu. Oczywiście pochwaliłam się mamie i otrzymałam w zamian historyjki różne, np. o tym, że w zeszły piątek mama obudziła się o 1:30 i sądziła, że to już szósta pięć rano, więc pora zbierać się do pracy. Na froncie kocim niestety mniej zabawnie. Wprawdzie Mruczuś wychodzi z niezidentyfikowanej łomotaniny obronną łapą (je i nie zamierza na razie umierać), ale dzisiaj rodzice wrócili od weta z informacjami na temat Niuni. Z Berlina przyszły wyniki histo-badania usuniętego oka, i niestety klinika onkologiczna się kłania (nie jest daleko, jeśli szukać pozytywów). Niunię nic nie boli, zdjęto jej już kołnierz.

Wieczorem dla rozrywki Sprawa włoskiego arystokraty (1993), piąty sezon pewnie będę oglądała chronologicznie. Sporo czasu upłynęło mi na próbach rezerwacji biletów lotniczych i zapłacenia za nie voucherem — efekt nagłej, optymistycznej decyzji. Zmarnowałam na to z godzinę, bo voucher nie działał. Okazało się finalnie, że chodziło o ogonek w nazwisku. Mamy rezerwację, zobaczymy czy da się ją zrealizować, po szarpaninie ze stroną internetową Ryanaira nagle dopadły mnie wątpliwości. Przypomniała mi się dzisiejsza czytanka Halucynacji — po kilkudniowej przerwie skończyłam rozdział szósty, w którym autor rozmawiał o technicznych aspektach filozofii analitycznej z pająkiem, który siedział na ścianie w jego kuchni i odpowiadał mu głosem Bertranda Russella.

czwartek, 28 stycznia 2021

408. Relaks.




Poszliśmy z Fredem na dłuuugi spacer po dużej plaży (noc była bardzo męcząca, wylegiwałam się z dziesięć godzin i jeszcze przy śniadaniu utrzymywało mi się przyćmienie umysłu z bólem głowy włącznie, spacer był więc przyjemną koniecznością). Przyniosłam do domu kamień. Wcześniej rundka po osiedlu z Rysiem. 

Widziałam Anne, która na odległość rozmawiala z Katlin, pomachaliśmy jej z Fredem powitalnie. Dni gdy jesteśmy razem i nie skupiam umysłu na niczym szczególnym to najlepszy dar. Pod wieczór małżonek jedzie na zakupy, u mnie Zaginiony testament czyli kolejny Poirot z 1993 roku, 5.4. Męczą mnie zatoki.

Od wczoraj, po opublikowaniu wyroku TK, w Polsce znowu protesty. Niech hydra wygnije. Na tę okoliczność słucham fugi a 4 voci.

środa, 27 stycznia 2021

407. Zmęczona bardzo.

Wstałam, gdy Fred był już w drodze do pracy. W czasie śniadania zadzwoniła do mnie Katrina z zapytaniem, czy nie chciałabym jeszcze dzisiaj porozmawiać z dwiema paniami z zaprzyjaźnionego projektu, więc miałam umówioną rozmowę zoom na 13:30 z Saren i Lorejn. Tymczasem ciepła mgła wchodziła w wieś. Po piętnastominutowej rozmowie założyłam butki i wybrałam się samotnie nad morze. Butki były bez wysokiej cholewki, specjalnie dla mojej jednej nóżki bardziej (łagodna pogoda sprawiła, że wystarczyły). Nad morzem mleko, ludzie poruszają się sennie, we mgle słychać obiadowe nawoływania ostrygojadów. Wędrowałam sobie tak po południu na paliwie z jajecznicy z trzech jajek oraz małej kawy i marzyłam o owsiance. Gdy wracałam do domu zastałam Rysia siedzącego na zielonym kuble na śmieci wystawionym przez Katlin, obudził się w domu sam i zapewne poruszył go do głębi brak miseczek pełnych lunchu. W podskokach podążył za mną, żeby po zjedzeniu obiadu zabrać się za kocią pracę, dalszą część drzemki. Ja tymczasem byłam tak bez energii, że przy owsiance mogłam sobie pozwolić tylko na przeżuwanie z oglądaniem. Poirot, 5.3, Żółty irys (1993). Fred wrócił z pizzami, więc nie trzeba się było nadwyrężać przygotowywaniem obiadu. Baterie w głowie mam zupełnie wyładowane i idę poleżeć.

(w ciągu dnia dostałam dwie wiadomości, podziękowanie od Aś za wczoraj wraz ze zdjęciami z zatoki, i info od Anne, że rano podjechała na naszą ulicę i teraz ma dwa tygodnie kwarantanny w domu naprzeciwko).

wtorek, 26 stycznia 2021

406. Mroźne tchnienie stycznia.*

Rozmowa kwalifikująca do programu się odbyła, kandydatów oczywiście mnóstwo, Katrina i Bridżet były bardzo miłe, jak to w Irlandii. 

Rozmawiałam z tatą i babcią, kot Mruczysław znowu ma kłopoty, ma gulę pod szyją po utarczce z nieznanym przeciwnikiem. Mruczysława kojarzę coraz bardziej jako kociego Krisa, zawsze wybiera konfrontację zamiast zawarcia pokoju

Myran tycker om spindeln — to jest zdanie po szwedzku, które z pewnością mi się nie przyda. Dzień w którym Fred pichci coś w kuchni, kot cicho nam towarzyszy, przez dom szparami w oknach przechodzi chłód, ale to nic, bo jesteśmy razem, więc jest ciepło. Tak więc uczę się na duolingo, w głośnikach David Bowie ze swoim albumem live, Fred robi kotlety mielone na obiad dla nas przed planowanym wyjazdem z grupą wsparcia do Aś. W czasie obiadu gra Peter Hammill, w drodze do mojego ulubionego miasta chmura na drodze i Van Der Graaf Generator H to He. Who Am the Only One (1970), wracamy natomiast z panem Piotrem Bukartykiem.

U Aś czekały wielkie zasoby herbaty i Polaków rozmowy przy nierozebranej choince.



Wróciliśmy do domu po jedenastej wieczorem. Kot zamiast w domu siedział na zewnątrz, na parapecie, i czekał. Jeszcze po kotleciku.

* tytuł autorstwa Freda.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

405. Znowu poniedziałek.

A jednak dobrze, sytuacja z rozmową o pracę się wyjaśniła, mam ją jutro. Dzień jest słoneczny, Majk przyszedł ze sconesami, a ja, z mocnym postanowieniem poprawy swojej elastyczności na macie, łyczkami popijając południową kawę, zdecydowałam się przedtem zanurzyć w przedwojennej Anglii. Oglądam Poirota to tu to tam, więc sprawdziłam, które odcinki nie są mi zbyt dobrze znane — w końcu zdecydowałam się na następny w kolejce, pierwszy odcinek czwartego sezonu, A.B.C. morderstwa (1992). Wieczorem, już czekając na rychły przyjazd małżonka, obejrzałam jeszcze jeden, 5.2, zatytułowany Przegrany gość (1993). Trochę mnie jutrzejsze plany stresują, ale nie chcę się przygotowywać teraz, zrobię to jutro rano. W końcu to tylko rozmowa, zresztą o trudnym do przewidzenia skutku, więc nie ma sensu się za bardzo nakręcać, tak się pocieszam, wiercąc w kapciach paluszkami.

niedziela, 24 stycznia 2021

404. Czytam w myślach i kicham na kwiaty.

Śniło mi się, że Marek zaczął znowu pić, tak mną ten sen wstrząsnął, że obudziłam się, gdy Kochany był jeszcze w domu i mogłam miotającemu się mężowi pomóc robiąc mu kawę na drogę. Freda mój sen wcale nie zdziwił, oświadczył mi, że wczoraj słuchał Dyjaka całą drogę z i do pracy, a ja, wiadomo, czytam w myślach.

Przed południem spadł śnieg ... pokazałam go mamie. Obejrzałam kolejny odcinek Poirota z trzeciego sezonu, Morderstwo na Balu Zwycięstwa (1991), akcja ma miejsce w roku 1935.

Nie mogłam się dzisiaj skupić na jodze, najpierw zadzwonił Fred, potem kręciłam się w mniej wygodnych pozach i odczuwałam chłód ciągnący od podłogi, skończyłam złorzecząc pod nosem (zrobiłam się bardzo mało elastyczna i mi to przeszkadza). Generalnie niedziela minęła niepostrzeżenie i na błahych, mało praktycznych czynnościach. Słucham Fredka, nucę God Save the Queen, wieczorem zajadamy się z Fredem łososiem wytaplanym w ziołowym masełku, opowiadam małżonkowi jakieś niestworzone historie, a on nazywa mnie swoim skrzatem. Wazon z kwiatami w tym czasie już musi stać w łazience, tak bardzo pachną żonkile i hiacynt — nie mam serca wystawiać ich za okno, na mróz, więc jeszcze się trochę pomęczę. Jutro Fred wstaje trochę wcześniej niż dzisiaj, znowu pobudka, wolny rozruch, kawa do termosu, Kochany idzie już więc spać, u mnie herbata z miodem, prysznic i jeszcze jeden mały Belg, siłą rozpędu będzie to odcinek 3.11, Tajemnica Hunter's Lodge (1991).

sobota, 23 stycznia 2021

403. Konfuzje.

Żałosne miauknięcie obudziło mnie tuż po ósmej. Przed chwilą Fred musiał pewnie wyruszyć do Navan zostawiając Rysia w środku, a kot sygnalizował mi łapki nienadające się do otwarcia drzwi. Za oknem ponownie słoneczny mróz  — to jedyne, co zauważyłam z zapowiadanego Christopha, który szałał nad Anglią. W wazonie rozkwitły bez uprzedzenia żonkile i hiacynt.

Jestem pewna, że szpaki można od siebie odróżniać, gdyby poświęcić temu więcej uwagi. Jest jeden bully, większy, czas przy jedzeniu marnuje na odpędzanie od niego innych i kłótnie powietrzne. Jeden bardzo nakrapiany jest niezwykle odważny, podlatuje nawet do robaków przy oknie, gdy widzi mnie po drugiej stronie szyby. Przylatuje też gawron z leucyzmem, wydaje mi się zresztą, że jest takich w okolicy przynajmniej dwóch. Czarne ptaki niespodziewanie upstrzone białymi łatami zawsze mnie intrygują.

Siłą prasowania i rozpędu obejrzałam dwa odcinki belgijskiego detektywa, Tajemnicę hiszpańskiego kufra i Kradzież królewskiego rubinu (obydwa z trzeciego sezonu, 1991). Fred wrócił do mnie bardzo wzburzony — parkingowy duchołap wlepił mu karę za brak biletu, choć małżonek był przekonany, że bilet wydrukował. Wydrukował tymczasem anulowanie transakcji i rano nie zauważył pomyłki. Zanim załatwi tę sprawę do końca (wpłata kary lub odwołanie), musi jeszcze poczekać na wydruk z banku, że kasa naprawdę nie została ściągnięta z karty. Zajedliśmy to makaronem. Mnie z kolei się pomieszało, że jutro będę Freda miała tylko dla siebie, tymczasem Kochany pracuje jeszcze dwa dni i ponownie idzie wcześniej spać. Zostaję jeszcze na nogach i usiłuję się zmęczyć czytaniem.

piątek, 22 stycznia 2021

402. Męża mieć dobrze jest.

Rano za oknem szron i rażące słońce. Dokarmiłam szpaki, zrobiłam półgodzinną pogadankę z Luś i właśnie męczyłam się z batatem, gdy zadzwoniła pani w związku z ofertą pracy. No i ślicznie, przesłała mi link do zoomu na job interview, tylko ... nie do tej oferty pracy, do której się zgłaszałam. Z całą pewnością nie spełniam ich kryteriów, ale o tym dowiedzą się w poniedziałek, bo nie mam siły tego prostować dzisiaj. Bardzo mnie to przygnębiło, zupę dyniowo-batatową zjadłam na smutno. Albo wte, albo wewte, mieć dobrą pracę lub być milionerką, przyjmę najlepszą ofertę. Przez ponad pół godziny opadnięta z motywacji skrolowałam instagramy z pieskami, ale naprawdę humor poprawił mi dopiero Fred, który wrócił z pracy, zjadł moją zupę, poprawił głównym i sprezentował mi torcik wiedeński na deser.

Wieczorem wysłuchuję londyńskich akcentów na przestrzeni sześciu wieków w wykonaniu Simona Ropera. Pieski, obiad, deser, Fred, akcenty, już mi trochę lepiej.

czwartek, 21 stycznia 2021

401. Dzień Babci.

Spacer na plażę był (najpierw z Rysiem kółeczko po osiedlu, bo jakżeby inaczej — koci ogon jak sztandar uniesiony wysoko powiewał dumnie). Złożyliśmy babci Mani życzenia z okazji Dnia Babci. Ojedliśmy się obiadem jak bąki. Dzisiaj języki, dużo języków, krótki, aczkolwiek chłodny wypad do miasta po jedzonko, i rozpoczęłam lekturę Hallucinations Sacksa (Picador, 2013), pierwszy rozdział o syndromie Charlesa Benneta.

W ciągu dnia małżonek składał także życzenia Usz, oraz rozmawialiśmy telefonicznie z Aś, która podejrzewa, że miała już wiadomą chorobę. Akuratnież po nowym roku miała objawy, czyli mielibyśmy bliski kontakt. Oh, well. To byłby prawie tak zaskakujący news jak to, że Joe Biden jest skoligacony z Mieszkiem I. Nic nam, Fred kaszle od lat dziesięciu. A teraz kichaniem przywołuje mnie do łóżka — jutro wcześnie rano wyrusza do Dundrum, tym razem do prawdziwej pracy.

środa, 20 stycznia 2021

400. Zamiast piątku.

Kochany miał wczesny start. Obudziłam się w pustym domu, ale w czasie śniadania dostałam od Freda telefon, że już jest w ... Drołdzie, bo pomylił dni. Dojechał na miejsce (po drugiej stronie stolycy), wykupił parking na cały dzień, a tymczasem okazało się, że dzisiaj nie jest 22 stycznia i trzeba było wracać do domu :). Małżonek powrócił z bukietem tulipanów, pączkami hiacyntów i żonkili, resztę dnia przebimbaliśmy razem.

Fred usmażył nam steki (znowu udało się mu włączyć alarm przeciwpożarowy), potem zadzwonił do swojej mamy, która od jakiegoś czasu podsyłała mu różne spiskowe teorie na temat aktualny. Nic takiego się nie dzieje, może tylko zapominanie i niezgoda w sprawie szczepienia (teść ma zamiar się zaszczepić, teściowa nie).

Wieczorem chcieliśmy obejrzeć na Ninatece kilka dokumentów, ale udało się nam wysiedzieć jedynie na króciutkim Oblężeniu Bryana (1940), internet tak przerywał, że seans przestał być przyjemnością. Skończyłam za to czytać Will the Cat Eat My Eyeballs? (W.W. Norton, 2019), to sympatyczny prezent książkowy dla dzieci ciekawych świata. Po powrocie stabilnego łącza zerkaliśmy jeszcze na Mary Berry gotującą na wybrzeżu Yorkshire w serii Simple Comforts. Robię się od tego głodna i szczęśliwa. Jeść już raczej nie będę, ale herbatkę z miodem zrobię sobie, i owszem.

wtorek, 19 stycznia 2021

399. Szybko, wolno.

Wstałam przed szóstą, przez dwie godziny siedziałam przy świetle lampy, ze szczelnie zasuniętymi oknami, więc dowiedziałam się od kota o morskiej chmurze paradującej w naszej wsi. Szaro, mgliście, mokro. Po ósmej przez chat ustaliłam z niejaką Chloe, że chcę sobie zostawić mój stary numer telefonu. Umyłam włosy. Zjadłam jajecznicę. Ucieszyłam się z zapowiedzi rychłej dostawy książek, pomiędzy godziną 12 a 13:45. Pomyślałam ocho, założę majtki, zdążę wypić małą kawę. Akuratnież dolna część garderoby była na miejscu, ale zakaszlałam się coś i weszłam na moment do kuchni. A tam przez okno widzę, że w irlandzkim deszczu, ten co zawsze Paddy już leci z paczką, otwarłam mu drzwi przed nosem, akurat, gdy naciskał dzwonek u drzwi. 11:18. Proszę bardzo, dostawa z Easona:

Do rodziców doszła z kolei reszta Fredowego zamówienia z Empiku, mama pokazała mi przy okazji własny zapas pożyczonych książek. 

Kwestia przeniesienia numeru telefonu też potoczyła się błyskawicznie, miało być 3 do 5 dni roboczych, tymczasem karty SIM podmieniono mi po południu. Taki to wolny szybki dzień. Wszystko inne idzie sennie, deszcz ciapka, wieczorem przyjemnie mitrężymy dwie godziny w sypialni, a potem chce mi się czipsów, których nie ma w domu. Fred musi jeszcze po barłożeniu i prysznicu wybyć do rozmiękczonego, nocnego miasta, gdyż samochód miał przegląd w Drołdzie o idiotycznej godzinie 21:50. Wszystko poszło bardzo sprawnie, rozłożyłam się z pierwsza lekturą i herbatą, Will My Cat Eat My Eyeballs? Doughty i doszłam w niej do pięćdziesiątej strony, gdy mój Kochany jeszcze przed wpół do jedenastą wrócił do domu. Samochód chodzi super, następny przegląd za rok. Pogoda w ciemności nadal ciapata i relatywnie ciepła, na kilka następnych dni zapowiadają sztorm o imieniu Christoph.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

398. Blue Monday but still nice things happen.

Sieweczki przemieszczają się na piechotę jak pasażerowie spóźnieni na swój pociąg szaleńczo poszukujący właściwego wagonu, trudno je sfotografować.

Po spacerze Fred zrobił nam pyszny obiadek z tescowych girasoli ze szpinakiem, polał to beszamelem, podrzucając jako bonus szparagi i zbłąkane resztki zielonej fasolki szparagowej. Potem pojechaliśmy do Tesco wymienić mój stary Samsung J5 na nowy S A71. Pogoda bardzo zafajdana, wyspiarska, z wielką chmurą, która zaskoczyła nas zaraz za górką na drodze do Termon. Zapomniałam poprosić o przeniesienie starego numeru na nową kartę, zrobię to jutro. Tymczasem An Post wysłała mi maila na temat paczki na którą czekam z utęsknieniem — jest w drodze. A po Santanie ...
Co myszko? Puścić ci Ralpha Kamińskiego?
— Tak ...
— Dobrze.

Poniżej Cookey, sieweczki, mewy zagapione.


niedziela, 17 stycznia 2021

397. Zasiedziale.

Próbowalam stworzyć przepis na racuchy z jabłkiem na dwie osoby. Jadłam lepsze, ale przynajmniej mleko nie skiśnie. Ryszard ma kolejny dzień bycia grzecznym kotkiem, nadal rozkminia tajemnicze wydarzenia, aż mi go żal. Fred jest z kolei grzecznym mężem czasami. Gdyż obłapia mję i całuje; gdzie, tego nie napiszę (albo napiszę: w kuchni). Obejrzeliśmy Czwartą władzę (2017) z Meryl, nawet to łyknęłam, tylko muzyka i moralizatorstwo pod koniec zepsuło efekt. W zwiazku z filmem słuchamy później muzyki, która bardziej pasowałaby do tematu, The Velvet Underground & Nico (1967). To był kolejny dzień w domu i wiem już, że jutro muszę wyjść, bo zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością. Gulka na nodze nie zniknęła, marna pociecha, że przestała boleć, bo zacznie ponownie, gdy założę buty z cholewkami. Coś będzie trzeba z tym zrobić, ale odsuwam tę myśl na możliwie odległe później.

sobota, 16 stycznia 2021

396. O kocie.

Ryszard wrócił ... przed szóstą rano. Wkradł się przez okno i walnął na łóżku. Nawet, gdy człowiek nie chcę się martwić, finalnie nad ranem łeb mi pękał. Po śniadaniu i francusko-irlandzkiej terapii językowej zabrałam się za terapię prasowalniczą z Poirot i odcinkiem 1.10, Sen (1989). Kot tymczasem poprosił o drugie śniadanko, po czym przybierając na łóżku finezyjne pozy przedrzemał prawie do czwartej po południu. Mam wrażenie, że w nocy nie spał, być może utknął w czyjejś komórce lub samochodzie i właściciel otworzył mu drzwi dopiero nad ranem. Po lunchu Ryś wyszedł może na pół godziny, wrócił akurat, gdy Fred był już w domu, a na kuchni szykował się obiadek. Po posiłku (trzeci album Metallici w tle) postanowiliśmy coś obejrzeć na Ninatece — i tak weszlo nam kilka krótkich metraży, utytułowane Więzi (2016) Kowalewskiej, Wół (1977) Cyrusa oraz Kres świata (2010) Skalskiego, który widziałam już 5 lat temu. Oglądaniu towarzyszą raczej trudne emocje. Kot przespał to wszystko, potem trochę pokręcił się po kuchni i znowu drzemie, tym razem do Megadeth, Countdown To Extinction (1992). Ponownie wyszło, że piszę głównie o kocie. Małżonek w ciagu dnia był w Balbriggan i wrócił do mnie bardzo stęskniony, gdyż dawno się nie widzieliśmy ;)

piątek, 15 stycznia 2021

395. O kotach.

Niuniaczek miał dzisiaj operację oczka i po południu wrócił do domu bardzo zagniewany, że musi nosić kołnierz. Zabieg kosztował moich rodziców dziewięć stów, jakby i bez tego Niuniaczek nie był najdroższym kotem w gminie. Przy okazji rozmowy z mamą na ten temat wyszło też, że tydzień temu Mruczysław miał tajemniczy wypadek na jednej ze swoich zbrodniczych wypraw i potłuczony powoli zbiera się do chodzenia — tata zamyka go w garażu, żeby kot w spokoju doszedł do siebie. Tak to jest z kotami. Wracając na nasze podwórko, Ryszard po śniadaniu wybył na spacer i zniknął, początkowo nie było powodu do niepokoju — pogoda była znośna, całkiem spacerowa. Ale jest coś takiego, jak pora lunchu, odstępstwa od niej są podejrzane z definicji. Włączyło mi się martwienie i trzyma. Wieczorem wiatr zaczął się wzmagać i w końcu z południa nadszedł, zapewne krótki, ale jednak sztorm. Za oknem zacina deszcz, kota nie ma, jest wpół do jedenastej.

czwartek, 14 stycznia 2021

394. Rytuały.

Fred o świcie wyruszył w kierunku dublińskiego Blackrock, tym razem obyło się bez sensacji, a ja skoro już wylazłam z wyrka nastawiłam pranie i ... z laptopem wskoczyłam ponownie pod kołderkę. Nie wypuściłam się na plażę, po drugim śniadaniu odpaliłam za to kamerkę — porozmawiałam dłużej z babcią Manią i dowiedziałam się paru sekretów. Ciiii. Czyli nie mam nic do pisania poza tym, że dom przysypany śniegiem, babcia czuje się dobrze i rozmawia z sensem, tatko w zimowej czapce, uśmiechnięty, mówi, że nie myślał, że tak będzie miał na emeryturze — co 2 lata inny samochód.

Szpaki dostały swoje suszone robaki (wczoraj zapomniałam) i przyleciały od razu trzydziestką, widocznie dzisiaj wszystkie pilnowały pory karmienia skoro wczorajsza Zenkowa czujka (w ich mniemaniu) zawiodła. Lubię je obserwować, słuchać jak między sobą gadają, Ryszard chyba już też się pogodził z dziwacznymi rytuałami swoich rodziców w kwestii karmienia lokalnych darmozjadów. No nie poradzisz, w sumie nie jesteśmy tacy najgorsi.

środa, 13 stycznia 2021

393. Proszę pana, mój mąż powiedział, że Ferrari jest do dupy ...

Kręciłam się w łóżku, zbyt wczesne pójście spać kompletnie zdezorganizowało mi sen. Wstałam akurat, żeby dać buzi Fredowi, który zaraz frunął na zachód. No i dofrunął ... do Drołdy, z dwadzieścia minut później zadzwonił, że po ciemku wjechał w dziurę i rozwalił koło. Na szczęście nic mu się nie stało. Dość szybko autko zostało odholowane w ramach ubezpieczenia pod mechanika i udało się wymienić koła (wszystkie, wybiegając myślą do przeglądu) jeszcze dzisiaj. I tak to, zamiast kilku setek do przodu, kilka setek do tyłu. Fred dwa razy przewiózł się autobusem nr 168, a po jego powrocie, nad kopiastymi talerzami spaghetti, opowiadaliśmy sobie, co zrobilibyśmy z wielką kasą. Wychodzi na to, że trzeba byłoby to trzymać w sekrecie przed Wu. Jeszcze zapisuję, że mężowi podoba się Aston Martin, choć nie pogardzi też Mercedesem klasy G. I dostałam przez Freda pozdrowienia od Kristiny, dobra dziewczyna, widać wróciła już z macierzyńskiego. Anne zaś faktycznie przedłużyła wizytę u rodziców, ale pewne jest już, że wraca do domku po drugiej stronie ulicy pod koniec stycznia (teraz przypomniałam sobie jej nocną wiadomość).

Wieczór był syty i ciepły, ale Fred za długo trwał w napięciu, więc już przed siódmą poszedł odsypiać absurdalny czas pobudki. Zatopiłam się w oglądaniu Jane Austen: Behind Closed Door, dokumentu BBC z Lucy Worsley. Nie wiedziałam, że pierwszy dom Austen, w którym pisarka spędziła ponad połowę swojego życia, nie istnieje. Nadal jest za wcześnie na sen, ale jednocześnie czuję znużenie. To był długi, deszczowy dzień.

wtorek, 12 stycznia 2021

392. Drobne różności.

Spacer z Miłym do morza i z powrotem był bardzo przyjemny, temperatura przynajmniej w ciągu dnia wróciła do akceptowalnej normy.

Zagadałam do mamy, żeby ustalić czy w pierwszej paczce z Empiku przyszło to, czego Fred się spodziewał i dowiedziałam się o planach Niuniowych — koteczka będzie miała w piątek operację zaszycia oczu. Brzmi groźnie, mam nadzieję, że wszystko przebiegnie jak trzeba. Czas u nas wypełniony był drobnymi różnościami. Małżonek wybrał się do sklepu po brakujące pieczarki do jutrzejszego sosu do spaghetti, ja pichcąc obiad obejrzałam moje guilty pleasure, 1000-lb Sisters, bo właśnie trwa drugi sezon. Powoli brnę też przez język irlandzki, który nie przypomina niczego, czego się do tej pory uczyłam. Wieczorem odczytałam drugiego maila od Christine, tym razem w sprawie oferty, którą kliknęłam jeszcze w minionym roku. Christine do mnie pisze, może i ja napiszę do Christine. Fred z kolei wysłał maila do pewnej Lynn w sprawie domu — nie będziemy czekali na odpowiedź z zapartym tchem, młyny mielą powoli. Nadal czekam na trzy paczki wędrujące gdzieś po Irlandii, z maseczkami, książkami i kremami do twarzy. Jutro Kochany zmierza w kierunku Galway, w związku z tym wstaje cztery godziny przed świtem. Na razie jednak słucha Transformer (1972) Lou Reeda, na dobry sen.

Postscriptum #391.

Jest dobrze po północy, gdy mój ludzki pan mąż wpuścił mnie bez kolejki do łazienki, żebym mogła umyć zęby. Stoję więc w otwartej łazience ze szczoteczką umieszczoną w otworze gębowym, co mi nie przeszkadza nadawać.

— Nie mogę się już doczekać kiedy pojdę do fryzjera, kiedy znajdę pracę, kiedy pojedziemy do Polski ...
— Kiedy będziemy mieli większy domek,
pomaga Fred.
— Zauważ, że zaczęłam od rzeczy najbardziej realnych ...

A jeszcze, przed północą Kaś Matka Kotom wysłała mi zdjęcie dokumentu z planami jej obydwu szczepień. Dzisiaj było pierwsze kłucie, druga dawka na samiutkim początku lutego. A potem fruuuu.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

391. Dark times.

Katlin wróciła do formy, tuż po południu zapukał do nas Majk z dostawą sconesów. Ja tymczasem, poza pochłanianiem lekcji duolingo, zajęłam się zajęciami dobrej żony, ugotowałam rosołek i zrobiłam ryż po mojemu do rybki.

Irlandia w grudniu miała najniższą zachorowalność w Europie, teraz ma dla odmiany najwyższą. Tymczasem małżonek pomimo pandemii ma kilka zleceń i trochę mnie martwi, że będzie się musiał kręcić wśród różnych ludziów, także takich, którzy pracę-sracę cenią ponad własne zdrowie. Na wieczór ostatnie odcinki Dyzmy, joga z youtubem i wypaśna płyta MTV Unplugged Kultu (2010).

niedziela, 10 stycznia 2021

390. Nieco cieplej.

Sobotni mroźny spacer spowodował chyba, że coś mnie brało, bo na noc zapadłam w długą, pokrzepiającą śpiączkę przerywaną jaskrawymi, emocjonalnymi snami, których fabuły nie potrafię teraz przywołać. 

Po powrocie z zakupów spożywczych (dynia piżmowa się z nami przywiozła, będziem tworzyć) rozmawiałam z mamą i okazało się, że jest już nowe autko, mama kupiła sobie Suzuki. Tatko tymczasem zamierza naprawiać sprzęgło, więc samochodów finalnie będzie dwa.

Tymczasem u nas wsiowy spokój, nad ranem morska mgła odmieniła pogodę na szarą i cieplejszą, przynajmniej w porównaniu z ostatnimi dniami. Po Fredowym obiedzie obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki Dyzmy, z kotem wpychającym się między nas i chrapiącym jak stary. Kończę niedzielę z duolingo i z zieloną herbatą, która ma sobie poradzić z wieczornym bólem żołądka (połączenie cipsików z litewskimi ciasteczkami to zuo)

sobota, 9 stycznia 2021

389. Mróz nadal trzyma.

 — Może po prostu też byłaś dzikiem?, stwierdził w formie pytania Fred, gdy opowiadałam mu o swoim śnie, w którym wylegiwałam się wśród liści, żeby dopiero po dłuższej chwili zauważyć, że jestem otoczona stadem zakopanych w ściółce, błogo pochrapujących dzikich świń. Czemu się mnie nie boją?, przemknęło mi przez śpiącą głowę. Bycia dzikiem nie wzięłam pod uwagę. 

Pierwszy raz w tym roku chodziliśmy razem po małej plaży. Najpierw musiał się odbyć rytualny spacer z kotem po osiedlu, a poprzedziła go krótka pogawędka z Katlin, która ma się już lepiej. Siedziała w kwarantannie, bo rodzina syna miała kontakt z covidem, z kolei jej czerwony żuczek zniknął na kilka dni sprzed naszego domu z powodu wymiany skrzyni biegów. Artretyzm odpuszcza. Czyli u sąsiadów dobrze i to też jest powód do radości, poza tym było spóźnione happy new year z jeszcze jedną sąsiadką, która w mojej głowie ma ksywę Smutnej Palaczki (Anna Emerytka). A na plaży styczniowy tłum, lód i muszle pod lodem, zamarznięta meduza, bo zimno jak diabli.

Wieczorkiem Fred zapragnął obejrzeć Karierę Nikodema Dyzmy (1980) z Wilhelmim, od razu machnęliśmy trzy odcinki, taki mały binge-watching od czasu do czasu to miłe doświadczenie.

Na zdjęciach lód na plaży, muszla, zamarznięta rhizostoma octopus (barrel jellyfish):



piątek, 8 stycznia 2021

388. U nas bez protestów.

Błękitna strzała, samochód taty, którym jechaliśmy w naszą podróż poślubną, chyba powoli dokonuje swojego żywota — poszło mu sprzęgło i mama rozgląda się za nowym autkiem, tyle dowiedziałam się podczas popołudniowego chit-chatu.

Pomimo pogody identycznej z wczorajszą nie wybrałam się na spacer. Na kostce wyskoczyła mi bolesna gula, coś jak ganglion. But z nieznanych powodów od początku uraża mnie w tym miejscu, może mam jedną nóżkę bardziej. Zamierzam to zagadać, rozmasować i przeczekać, zakładając w międzyczasie buty z wyższą cholewką. Z rozmowy o roku lemowskim wyniknęło, że po obiedzie (łosoś z masłem ziołowym) obejrzeliśmy Przekładaniec z Kobielą (1968), film niekoniecznie wart wspomnienia sam w sobie, a zapisuję go ze względu na urodę Zelnika epicko-semicką. Był pan Zelnik pięknym Żydem. Tak w ogóle piątek był dniem przegadanym i trochę masowanym, ale nie w sensie zdrowotnym, tylko kremowo-seksowym, bo od gorących pryszniców bardzo schnę. Fred rozgrzewa krem w dłoniach. A potem jest lepiej. 

Trumpowi ze szczerego serca życzę impeachmentu.

czwartek, 7 stycznia 2021

387. A to było dziwne.

Obudziłam się w nocy mając wrażenie, że jestem na statku. Gdy jeszcze o zmroku wstałam otworzyć kotu drzwi do wolności okazało się, że to realia — przez chwilę chodziłam od burty do burty zanim złapałam azymut (Noc była niezwykle zimna. Wiedziona przeczuciem za dwie minuty, gdy ponownie odnalazłam klamkę, jeszcze raz otwarłam drzwi i bardzo słusznie, bo kot wparował do środka jak strzała. Mamo!). Zawroty minęły wraz z porankiem.

Pomimo zimna, okoliczności przyrody skusiły mnie spacerem. W osiedlu szłam prawie po gołoledzi. Trzy stoliki przy plaży były zajęte przez nostalgicznych kawowiczów, z wody wyszły dwa morsy, na morzu pracował kuter, widać to dobry czas na połów. 

Wypstrykaliśmy się z obiadów i Fred sam pojechał na zakupy, żeby przywieźć m.in. bukiet róż i kalafior na dzisiaj. A potem zrobił mi obiad słuchając do tego płyty z najgórniejszej półki po lewo, czyli z epoki najdzikszej młodości (półka zaczyna się od Marillionu, ale słuchaliśmy Camela). Wieczorem obejrzeliśmy Człowieka, którego nie było Coenów (2001), i to też było dziwne.

środa, 6 stycznia 2021

386. Pierwszy spacer i czekanie na Freda.

Kot z rana z piórem w pysku. Nie pytam. Zresztą odpowiedź dostaję, gdy wybieram się na pierwszy w tym roku samotny spacer nad morze — koci dar dla mamy leżał tuż za progiem.

Do spaceru zachęciło mnie słoneczko i zalotny zefirek. Odkryłam na plaży warowny zamek z piasku, który pewnie został zdobyty przez następny przypływ i nowy mostek, który, mam nadzieję, przetrwa dłużej, bo jest poręczny. Nie mogę się doczekać kiedy na dobre ruszy na naszej małej plaży kawiarnio-fiszendczipsiarnia. Markizy są już na miejscu.

Po powrocie rozmawiałam z Luś o jej nieszczęściu studiowania hiszpańskiego i o partnerce Keanu Reevesa, a listonosz w tym czasie przyniósł mi jedną część zamówienia z Easona, książkę The Boy, the Mole, the Fox and the Horse Mackesy'ego. Bardzo ładne wydanie przeczytane przeze mnie w kwadrans. Przez nieuwagę kupiłam ją w wersji click and collect i normalnie musiałabym ją odebrać osobiście w księgarni. Byłam ciekawa jak to zostanie załatwione, skoro księgarnie nieczynne. No i po irlandzku — ktoś zapakował, przysłano bez dodatkowej opłaty. 

Zrobiłam prasowanie oglądając Poirota, odc. 3.6 Tragedia w Marsdon Manor i odc. 3.7 Podwójny trop (1991), randomowe odmóżdżacze są nie do przecenienia. Chwilę rozmawiałam z mamą, która miała dzisiaj problemy z nerkami, obie mamy nadzieję, że to przejściowa drobnostka (mama jak zwykle gra kobietę nie do zdarcia i na razie nie waha się jutro zawitać do pracy). Fred wrócił do domu nawet później niż wczoraj, ale już jest, i tym razem nie martwi się o zajęte jutro. Możemy w kuchni podrzucać sobie myśli na temat tego, co dzieje się w USA i różnicy jak o tym informują media typu onet w porównaniu z przekazem anglojęzycznym, czyli świata wytrenowanego w wolności słowa.

wtorek, 5 stycznia 2021

385. Dzień z Andrzejem.

Fred o bardzo wczesnej porze wybył do Kildare. Praca. Ostatnio odwołano mu kilka zleceń z powodu ponownie rozszalałego covida, ale akurat to zostało. Beneficjentem ojcowskiej wyprawy był z pewnością kot — o wypuszczenie nie musiał się prosić, mokre jedzonko też pojawiło się w miseczce przedterminowo.

Po kawie, jeszcze z wilgotnymi włosami, zabrałam się za porządkowanie Fredowych segregatorów z papierzyskami, przy okazji oglądając/słuchając Billie Holiday w The Long Night of Lady Day (1984). Dokument wstrząsający. Mama dostała dzisiaj słoneczko, chociaż nie przeczytała jeszcze lekcji z "have got", w tle skoki w Bischofshofen i rozentuzjazmowany głos taty. 

Sporo czasu poświęciłam Bursie i jego Dziełom (prawie) wszystkim (Znak, 2018). Pod tym hasłem upłynął mi wieczór z przerwą na powrót męża przed siódmą i wspólną obiadokolację. Fred położył się wcześnie spać (o dziewiątej, czyli jakby był chory), bo niespodziewanie jutro ponawia wizytę w Kildare o równie niepoważnej porze, a ja definitywnie kończąc czytanie zbioru przypomniałam sobie, że gdy wracałam do domu w zimowych butach, nasza Bobisia, która zmarła w sierpniu przedostatniego roku, zawsze z radości tarmosiła mnie za sznurówki.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

384. Do przodu chcę.

Spróbowałam płukania zatok preparatem od Aś, dziwne uczucie, nie tak złe jak sobie imaginowałam. Skutków na plus lub minus na razie nie odczuwam, będę kontynuowała działanie przez kilka dni, aż się coś okaże.

Początek tygodnia był bardzo zimny, w ciągu dnia spadł nawet deszcz z rozciapanym gradem. W taki ziąb jedziemy do sklepu, żeby kupić różności w rodzaju nalepek na segregatory, kawy w ziarnach i szczoteczki do zębów. Po powrocie z zakupów Kochanego pochłonął Kosiński, Malowany ptak skończony, słyszę jak zagnieżdża się w głowie Freda na dłużej, sama nie wiem, czy kiedy przeczytam.

W Polsce Niunia była u prawdziwej kociej okulistki, która pooglądała jej oczodoły bajeranckimi urządzeniami i przepisała maść. Wetka nie mówiła złych rzeczy w temacie, ale narracja zmierza ku zabiegowi. Mama tymczasem zmęczona jest uczeniem się i już wzięła u mnie pierwszą kropkę (zawsze wiedziałam po kim mam leserstwo). Do domu w Polsce przyszła dzisiaj paczka ze Świata Książki, siedem tytułów, co jeden to lepszy, są wiersze Ginczanki, i Masłowska, i biografia brata Piłsudskiego, dwa Twardochy, jedna Tokarczuk oraz dzieło pod przewrotnym tytułem Mój rok relaksu i odpoczynku. Byłoby cudownie móc je tu przywieźć w okolicach wczesnej wiosny, czy takie rzeczy są jednak możliwe?

A Kaś nam się zapowiada. Dzisiaj obchodzi półwiecze, przy okazji składania życzeń porozmawiałyśmy o przyszłości. Kaś liczy na zaszczepienie za tydzień i poprawkę za kilka tygodni, to dałoby jej glejt na latanie i mogłabym spodziewać się jej w lutym lub marcu. To zawsze coś miłego, i Ryszard się ucieszy, a z Fredem nie będą mogli się nagadać.

niedziela, 3 stycznia 2021

383. Są też inne rzeczy.

Wstałam później niż Fred, co samo w sobie jest nietypowe, i ujrzałam za oknem grubą warstwę szronu. 

Niedziela została spędzona w środku. Mamę uczyłam dzisiaj angielskiego, na chwilę zobaczyłam też jak się ma oczko Niuni, żeby samej sobie obniżyć poziom stresu zastępując wyobrażenie rzeczywistością.

Wiem, co mnie drażniło we wczorajszej lekturze. Doszłam do rozdziału, gdzie mówi Konstancja i w mojej głowie przestał dialogować Pilch ze swoim imagem wykształconego humanistycznie cinkciarza. Gdy tylko się wyłączył ten hiperelokwentny głos nadający bez pauz zdaniami wielokrotnie złożonymi, pozostała literatura, a ta jest całkiem czytalna. Skończyłam Miasto utrapienia (Świat Książki, 2004), ale na przyszłość: nie chcę tak pochłaniać, są też inne rzeczy. Na obiad piersi kaczki z gnocchi z pesto i pomidorami w śmietanie. Fred w okularach dawał szansę Malowanemu ptakowi. Wieczór upłynął nam wśród szelestu kartek.

sobota, 2 stycznia 2021

382. Nieco goryczy i wzmożone czytelnictwo.

Dzisiejsza rozmowa z mamą była lepsza, bogatsza w treść — rozmawiałyśmy o uczeniu się języków, poza tym o chorobie Maksia (jest na antybiotykach) i oczkach Niuni (w poniedziałek do lekarza). Ta ostatnia sprawa martwi mnie przez resztę dnia bardziej i bardziej. Jutro dopiero niedziela.

Małżonek sam wyjechał po zakupy, wolałam posiedzieć w domu nad niemieckim.

Akurat  byłam w trzecim rozdziale Miasta utrapionego, gdy zachrobotał klucz w naszym koślawym, łatwo włamywalnym zamku, Fred wrócił do domu, a po chwili zmysłowo oparł się o  framugę drzwi sypialni i wkładając rękę w kieszeń wełnianych spodni (czarny płaszcz, kaszkiet i ciemny, kraciasty szalik) oświadczył Cześć żono, kupiłem wiadro robaków dla szpaków

Nie lubię stylu Pilcha. Po jednej książce i trzech rozdziałach drugiej chyba już mogę to napisać. Skończyłam w każdym razie rozdział piąty i przerzuciłam się na Pięcioksiąg z wydania Świętego Wojciecha. Robiłam śmiszne notatki myśli na fiszkach, poza tym odnoszę wrażenie, że czytanie porównawcze na stronie Biblie Polskie dostarczy mi sporo frajdy w tym roku.

Zapowiada się mroźna noc.

piątek, 1 stycznia 2021

381. Ładnie się zaczyna.

Dzień zaczął się przepięknie, tuż przed ósmą (poszliśmy spać o drugiej) widokiem na ośnieżoną górę Slieve Foy oświetloną księżycem w pełni. Aś nakarmiła nas jajecznicą zrobioną na bogato, z pieczarkami, wędliną, porem i odrobiną śmietanki. Wybyłam od niej z prezentem (zestawem z preparatem do płukania zatok) i pożyczoną książką Pilcha, Miasto utrapienia. Jeszcze na chwilę podjechaliśmy na miejski parking, żeby udać się z niego na nasze molo. 

Spieszyliśmy się do domu, bo kot czekał na nas zamknięty na cztery spusty, a słoneczna pogoda zachęcała go na pewno do spaceru. Gdy tylko zasiadłam do herbaty we własnej kuchni zadzwoniłam do rodzinki, żeby tym razem złożyć życzenia wszystkim. Mama miała swój moment negatywizmu i wieszczenia, że to będzie zły rok. Nie mogę jej pomóc, zresztą będąc na miejscu też bym nie mogła. Mogłam przesłać słowa miłości, co uczyniłam. Uważam teraz, że zupełnie zbędnie przeciągnęłam tę rozmowę. Miałam cały czas na głowie czapkę od Anny (Anna dostała ją od siostry i dała mi ją w ostatni dzień roku, ponieważ mam już rękawiczki i szalik, który pasuje do zestawu).

Trochę zdołowani maminym rantem (Fred to nie wiem, ale ja z pewnością), zrobiliśmy sobie wróżbę z Kinder niespodzianki. I tu, uwaga, uwaga, wróżba jest zajeświetna. Fred złożył sobie coś, co wygląda jak odrzutowa kosiarka (to podobno ciężarówka, ale zostanie przerobiona na kosiarkę), czyli dobrze, może większy domek z większym ogrodem, ja natomiast dostałam liska kotka! I ten kotek wyglądający jak lisek okazał się kocim stemplem (czyżby kariera biurowa? będę miała własny ekslibris? drugi kot do zestawu się pojawi?).

Obiadek zrobił się niechcąco dwudaniowy — zanim doczekaliśmy się rozmrożenia ryb od Thomasa Fred otworzył zbunkrowany gdzieś słoik zupy (okazała się jadalna). Przez większość piątku jestem niedospana i przed drugą częścią obiadu, który stał się kolacją, drzemkuję długo i skutecznie. Thomasowa ryba była chyba podwędzana, jak mniemamy. Na koniec oglądamy Wakacje Jasia Fasoli (2007), to pierwszy od dłuuugiego czasu tak zły film obejrzany przez nas od początku do końca.

Poniżej: Slieve Foy o poranku, nasza ławeczka, Slieve Binnian widziany z mola, wróżba z Kinder niespodzianki





Postscriptum #380.


Byliśmy rozpieszczani. Aś podała przegrzebki, gulasz z żołądków, szpinak ze skwarkami, szynkę na gorąco — zestaw uznaję za wart zapisania dla potomności. Zadzwoniłam do domu na Dolnym Śląsku  i chwilę porozmawialiśmy z tatą, mama w czasie polskiej północy spała. W tle randomowe nagrania Rory'ego Gallaghera i płyta The Man Who Sold the World Bowiego. Toast wzniosłam czarną herbatą z miodem i cytryną, a wejście nowego roku przywitaliśmy godnie i głośno, alarmem przeciwpożarowym.


Podsumownik za pamięci? Niekoniecznie mam chęć. Ten rok, wbrew czarnemu PR-owi, nie był dla mnie zły. To właściwe miejsce, dobry czas.