Strony

środa, 31 stycznia 2024

1507. Najdobrzej.

Znowu nie pozbierałam mózgu na tyle, żeby w nocy zapewnić sobie komfortową temperaturę snu. Na szczęście w ciągu dnia aura zmieniła się na bardziej irlandzką: leje, jest cieplej (kilka lat temu nie uwierzyłabym, że deszcz może poprawiać nastrój). Wygląda też na to, że podczas nieobecności Freda przejdę na dietę bezmięsną (na tę chwilę w lodówce mam same falafele, sery, jogurty i zieleninę). 

Z Kochanym rozmawialiśmy dopiero pod wieczór; małżonek dzień miał przyjemny i aktywny (spotkał się z Tadkiem, dużo rozmawiali, spacerowali z psem i ogólnie było bardzo miło). Trzeźwe spojrzenie na życie, właściwe wybory, ostrożne stawianie kroków ... Gdy Fred zafascynowany przyglądał się dalekim światłom na zboczu Śnieżki, pewnie właśnie transportowano tych dwóch nieszczęśników, którzy zsunęli się wczoraj w Kocioł Łomniczki ze szlaku na którym nie powinno ich być. Dlaczego ludzie to sobie robią?

Jeszcze chwilę porozmawialiśmy jacy z nas są szczęściarze i każde poszło do swoich spraw drobnych — Kochany do pakowania butów dla szwagra, ja do robienia kolejnej herbaty, brzuszków i powolnego przemieszczania się w kierunku sypialni. Dooglądałam najnowszy odcinek opery mydlanej grubych sióstr z Kentucky, poza tym głównie czytanie.

***

I po styczniu ...

wtorek, 30 stycznia 2024

1506. Odtajam.

Zimno. Pierwsze minuty po pobudce strawiłam na ożywianiu osłupiałego termostatu. W końcu jakoś udało mi się włączyć ogrzewanie. 

Przed pracą pobiegłam do Czarnej na kawę. W Centrum było nawet spokojnie (z grupy jakby zeszło powietrze, temperatura bliska zeru może mieć z tym cośkolwiek wspólnego). Przecipiałam czas do trzeciej trzydzieści z przerwą na lunch w Moorlandzie i wyszłam po sprawunki, gdyż w domu też coś trzeba jeść. Gdzieś po drodze rozmawiałam z Bridżet, tyle by się dowiedzieć, że kontrakt mam do sierpnia. Z rzeczy dziwnych, zachciało się mi kisielu pomarańczowego, więc kupiłam. 

Kochany pokazał mi Jelenią i zdał relację z jedzenia pierogów w naszej ulubionej, jeleniej pierogarni. Kiedy w domu robiłam dla siebie obiad, połączyliśmy się jeszcze raz, tym razem małżonek był już w nowym miejscu zakotwiczenia, które będzie mu służyło przez kilka nocy. 

Dzisiaj chill out, żadnych pracowniczych obsesji. Korzystam z tego, że dom wrócił do normalnej temperatury i zajmuję się drobnymi sprawami życiowym i nieżyciowymi w kolejności dowolnej (jedzenie, prasowanie i pranie, gotowanie kisielu, videoczat z rodzicami, lektura).

W drodze z przystanku do domu krótka rozmowa z sąsiadką-Tajką przypomniała mi, że wczoraj minęły 3 miesiące od śmierci Rysia.

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Postscriptum weekendowo-poniedziałkowe.







1505. Droga powrotna.

Czuję wewnętrzny sprzeciw, rzekł Fred zerkając z łóżka na zegar ścienny. Jak na złość pogoda była ładna, zachęcała do niespiesznych ruchów; moglibyśmy się gdzieś przejść zamiast latać bez sensu, ale czas mnie gonił. Mama zostawiła mi na kuchni pomidorową (tak jak to robiła kiedyś babcia Mania), już przed dziesiątą wyjadłam z pół gara i wyruszyliśmy z Kochanym (ja spakowana w jeden plecak, Kochany z myślą, że wraca po tatę).

Sytuacja lotnicza bardzo przyjemna — wszystkie środki lokomocji na czas. Najpierw Fred dowiózł mnie do lotniska prawie bez przeszkód (karetka, która nas wyprzedziła, miała stłuczkę na własne życzenie), kawa, rurka z bitą śmietaną, uściski i całusy. Samolot wyleciał o czasie i przyleciał na miejsce z zapasem odpowiednim na tyle, że po wyjściu z portu lotniczego nie spóźniałam się na żaden autobus. W czasie podróży zaczęłam czytać Chrześcijaństwo tandemu Nowak/Ziemiński (Prószyński i S-ka, 2023). Oprócz tego wzięłam ze sobą jeszcze tylko jedną książkę, stare Polowanie na czarownice w Europie wczesnonowożytnej Levacka (to był mój drugi prezent od Izy na osiemnastkę, nigdy nie przeczytany; dlaczego? nie pamiętam, chcę to nadrobić).

W Irlandia mżawka, słońca brak. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu było nastawienie termostatu na odpowiednią temperaturę, drugą odszukanie w schowku ogrodowym pożyczonej pułapki na myszy i odniesienie jej do Anne (której akurat wysiadł bojler).

Od Freda wiedziałam, że w czasie mojej podróży nadeszła paczka z Helsinek. Nie było jej jednak pod drzwiami, pod domem nie było też samochodu Katlin. Sąsiadka zapukała, gdy akurat jadłam pierogi, i wręczyła mi pakunek. Meindle są zjawiskowe, czerwieńsze i wygodniejsze, niż to sobie wyobrażałam (już mam w głowie marzenia, gdzie w nich idę razem z Kochanym). 

Jak nigdy, zaskoczyła mnie różnica w ciśnieniu atmosferycznym — jeszcze dłuższy czas odczuwałam zdenerwowanie, które stopniowo przeszło w zmęczenie. Obiad i siódmy odcinek 1000-lb Sisters średnio mnie zrelaksowały. Postanowiłam wskoczyć wcześnie pod kołdrę, żeby pomóc sobie w unormowaniu pikawki.

W tym czasie małżonek w Polsce odjaniepawlił bardzo ważną rzecz: pomógł rodzicom zwiać przed kolędą. Najpierw wziął tatkę na cmentarz w Hochkirch, a gdy mama skończyła pracę, oboje zaprosił na obiad do Mozzarelli i na kawę do Kota.

Długi poniedziałek kończę planem minimum: spróbuję się wyciszyć i uratować przesuszoną bazylię, przestawianie kamieni musi poczekać do jutra.

niedziela, 28 stycznia 2024

1504. Niedziela w domu.

Róziaczek już się do nas przyzwyczaił, widuję ją od czasu do czasu, a nawet mogę pogłaskać, co jest sporą zmianą.

Byłam na spacerze z tatą i Maksiem. Gęsi migrują, żurawie gadają na bagnach.

Około południa niebo się rozpogodziło. Po obiedzie ponownie (czyli identycznie jak wczoraj) wyjechaliśmy z Kochanym do Kota; wypiłam tę samą Peru z aeropresu, oboje zjedliśmy też pyszne ciasto napoleonkowe słuchając latynoskiej muzyki i wyglądając przez okno na główny deptak Tcy.

Słońce nadal wisiało nisko, zaszło za lasek przed domem zaledwie po czwartej.

Przy herbatce obejrzeliśmy któryś odcinek pierwszego polskiego serialu, Barbara i Jan (rok 1964; postanawiam wrócić do ramoty w swoim czasie), zaprojektowaliśmy nasze awatary na fejsie (jak dzieciaki), jedliśmy, rozmawialiśmy, i inne takie tam sprawy domowe były robione.

Odprawiona. Chyba będę miała więcej miejsca na nogi.

sobota, 27 stycznia 2024

1503. Lenistwo.

Zbyt wczesna pobudka, kakofonia dźwięków, końcówka filmu Klątwa Królika (2005) z Wallacem & Gromitem.

Po obiedzie pojechaliśmy do miasta, do Kota i żeby pokręcić się po Rossmanie. W drodze powrotnej na chwilę zatrzymaliśmy się przy cmentarzu, żeby zapalić światełka dziadkom i cioci. Reszta dnia leniwa; drzemię; Kochany ustala kwestie dotyczące projektu, którego elementy mozolnie się klarują. Pewnie pójdę spać wcześniej niż wczoraj. Na razie dumam nad potencjalnymi lekturami (klęska urodzaju) i jednym okiem zerkam na powtórki Co ludzie powiedzą.

piątek, 26 stycznia 2024

1502. Znów w drodze.

Na przystanku poznałam nareszcie nową sąsiadkę, czyli 1/2 nowych sąsiadów z lewej. Iva pochodzi z Yorkshire, a jej partner (gość z długą, siwą brodą) był kiedyś rybakiem. Miła kobieta o steranej twarzy. Lubi zwierzęta. 

W Centrum miód i orzeszki, klasa się wypełniła, ale nikt nie wyprowadził mnie z równowagi (chyba znalazłam sposób na pracę z tą dziwną grupą). Po południu czekając na Kochanego poszłam na lunch do Il Forno (pizza, przynajmniej to u nich nie zawodzi … za bardzo).

Na dworcu zapadłam się w książkę Bator. Miałam też okazję porozmawiać jeszcze raz z Ivą zanim Fred wyłonił się w pełnej krasie z autobusu ze wsi (gdzieś ok. wpół do trzeciej).

Na lotnisku Café Nero w którym kiedyś Fred (prawdopodobnie) zgubił swój kaszkiet okazała się teraz nazywać Craft. Samolot podstawiony przed czasem (w gejcie obok awanturował się Polak spóźniony na Lublin), boarding ekspresowy, lot również (z dodatkowymi turbulencjami nad matczyzną, w trakcie dokończyłam lekturę Japońskiego wachlarza Bator). Zdążyliśmy nawet odebrać walizkę Freda, rodzice byli na miejscu chwilę później.

I tak to, objedzeni kanapkami i ciastem popitym gorzką herbatą oglądamy Zabójczą broń (1987). Mój bobrze, jak dawno to było. Na łóżku komitet powitalno-kanapkowy, Niunia & Wojtuś (Maksiu już śpi w fotelu chrapiąc jak stary).

czwartek, 25 stycznia 2024

1501. Chcę się wyspać.

Śniłam, że dostałam przeniesienie w pracy do innego miejsca (już we śnie nie zapamiętałam gdzie). Rano kosy śpiewały jak na wiosnę oraz ganiały się po krzakach erotycznie. Wstałam wcześniej niż ostatnio (wiadomo, autobus) i do ściśniętego żołądka upakowałam dwie parówki.

Dzień w pracy senny. 

W autobusie powrotnym pogadałam z Anne, która też turlała się z miasta z bagażem. W domu zastałam pralkę robiącą porządki i dwie fotografie Rysia zawieszone na ścianie. Z innych ciekawych rzeczy: dostałam pożyczkę. Odprawiliśmy nasze wyloty. Mała dłubanina na jutro. Granola. Ziew.

środa, 24 stycznia 2024

1500. Carry on ...

Kochany zawiózł mnie do domu, ale po pracy wracałam już autobusem — z samochodem wyniknęło więcej spraw i lepiej go oszczędzać na godzinę bardzo czarną. Ale pogoda po sztormie ładna, spokojna, bez problemu przespacerowałam się do polskiego sklepu, Tesco i bankomatu. Mimo wszystko jakoś tak pozytywnie; pomachał mi gość od chłopaka na wózku (czatowaliśmy chwilę), pani słuchająca audiobooków też uznała, że jesteśmy sąsiadkami (z drugiej strony wsi, ale przecież jednak). W drodze do domu towarzyszył nam księżyc w pełni, co zauważyła jedna ze starszych pań (o kuli), gdy puściłam ją przodem na naszym przystanku. Jego poświata pięknie odbijała się w łagodniejącym morzu. 

Po powrocie do domu (jeszcze przed obiadem zrobionym przez Freda) aplikowałam o pożyczkę. Kochany mieszając gnocchi ustalał z kolegą Zbyniem detale najnowszego projektu (który się będzie robił już po moim powrocie od rodziców). Ogólnie widoki miłe (może poza bankiem, chociaż i tutaj nie wiadomo, trzeba czekać), choć po posiłku oraz krótkim odpoczynku (herbata, mandarynki, kwadrans ćwiczeń, prysznic) trzeba mi się było zabrać za strupa na głowie (piątkowe zajęcia). I tak mi zeszło do teraz. Dalsze plany: mycie zębów, lektura, spać.

wtorek, 23 stycznia 2024

1499. Szczęścia i nieszczęścia.

Szukanie mechanika zaczęło się powoli stawać mission (almost) impossible. Kochany odwiózł mnie do pracy, a potem w deszczu wyruszył przed siebie. Efekty? No good. Już z rana zastanawiałam się, czy nie trzeba będzie kupić nowego samochodu. Po południu, gdy Kochany odebrał mnie spod Centrum, sprawa przedstawiła się jaśniej: ano, trzeba. Czyli będziemy spłukani. Czyli Gran Canaria w kwietniu odpływa w siną dal. Ech, ale się kochamy, tak? Ale Fred ma szczęście, że ma mnie, tak? I tylko Rysia brak, który mógłby mi powiedzieć widzę, że jesteście coś smutni, to możecie mnie pogłaskać i dać mi jeść

Wróciliśmy do domu w sztormie wzmagającym się powoli, acz nieuchronnie. Kochany miał dla mnie jeszcze jedną niespodziankę (tym razem pozytywną): przed wyjazdem do przedstawiciela Hondy kupił w TK Maxxie czerwoną lampę, tą która tak mu się podobała (czyli teraz mamy dwie lampy biurowe, srebrną i czerwoną). Mogę żyć z dwiema lampami, nawet już mam pomysł, gdzie postawić drugą, ale wprowadzę to w czyn później (czyli, gdy wrócę z Polski, bo dzisiaj mi się nie chce).

Rozmawialiśmy z rodzicami (o sztormach, autach, byciu milionerami) i z Ka, który zaangażował się w szukanie ciekawych ofert. Poszłam pod prysznic, sprawdziłam podatek do zwrotu za rok 23, wydrukowałam payslipy z trzech ostatnich tygodni, udałam się do łóżka w celu czytania powieści. W tym momencie zgasło światło, a ja z moim czytnikiem, szczęśliwa jak ta norka na wolności. Fred wyszedł z domu na chwilę, żeby odholować do ogrodu śmietnik przewrócony z hukiem przez sztormowe powiewy. I przyniósł mi do sypialni yankee candle od Jot (żeby się w końcu do czegoś przydała).

Za oknem wiatr; w Kuchniosalonie słabe światło świec.

poniedziałek, 22 stycznia 2024

1498. Pomiędzy.

Obudziliśmy się późno. W południe pojechaliśmy do miasta w poszukiwaniu mechanika i przy okazji na kawę do Aury (Andrea, miła, jak zawsze, podeszła do nas zagadać). Na tę chwilę nadal brak mechanika, który może zrobić, co ma być zrobione (jutro Kochany będzie kontynuował poszukiwania). Zajrzeliśmy do Woodiesa, więc teraz Fred ma na biurku nową lampkę, a ja trzy ciemnoszare doniczki, już wypełnione ziemią (po powrocie do domu od razu poszłam do ogródka i wyciągnęłam kiełkujące cebule Little Princess, oczywiście w natarczywej asyście niezrównoważonego Bána poszukującego strawy w ziemi ogrodowej — tulipany-karły zajęły mi aż dwie doniczki, ale przynajmniej to zostało odhaczone; do trzeciej zmieściła się tylko jedna duża, zdrowa wiązka narcyzów, które w zeszłym sezonie rosły w ziemi pod oknem ... czyli dokładnie nie wiem które, zakładam, że to moje kochane pipity, ale mogę się mylić).

Jemy kalafiora, słuchamy Siekiery, oglądamy film Mendesa, 1917 (2019). Na dworze nadal cisza. Na jutro zapowiadają sztorm o imieniu Jocelyn.

niedziela, 21 stycznia 2024

1497. Isha.

Od rana do wczesnego popołudnia słuchałam audiobooka Z pamiętników młodej mężatki Gabrieli Zapolskiej przeglądając przy tym obrazy niejakiego Żmurki. Fred zadzwonił do siostry z życzeniami, więc była też dłuższa rozmowa rodzinna (się dowiedzieliśmy co tam u Stu po niedawnej wyprowadzce oraz zdaliśmy relację z relacji z Lilką). 

(Kochany miałby dzisiaj szychtę w Limerick, dobrze, że wymówił się pogodą i stanem pojazdu)

Jeśli chodzi o nazwy, zdałam sobie sprawę, że gdzieś po drodze przegapiłam kolejny sztorm z listy w tym sezonie. Po Gerrit kończącym zeszły rok był jeszcze Henk (wiał w okolicach 2 stycznia, ale raczej nad Anglią). Dzisiejsze gwałtowne podmuchy znad Atlantyku nazwano Isha. Isha zgasiła nam światło po szóstej i ponad godzinę siedzieliśmy w ciemności, jedynie przy świetle trzech świec podarowanych nam przez sąsiadów z okazji różnych. Odkryłam, że w takiej sytuacji czytnik z automatycznie dobranym podświetleniem sprawdza się doskonale. Kiedy wiatr zaczął się wzmagać do średniej ponad 70 km/h, Fred akurat dzwonił do Stu (potwierdziło się to, co mówiła Usz: jest lepiej). Poza tym piec się nam zaciął i Kochany musiał go restartować (na szczęście obyło się bez przykrych sensacji). 

Podczytuję wspomnienia Bator z Japonii; przyjemna, ciekawa lektura (do tego kojące okoliczności: na zewnątrz wichura, ja pod kołderką, Fred w Kuchniosalonie słucha zespołu Kury).

sobota, 20 stycznia 2024

1496. W blokach.

Wyłączanie budzika na długi weekend jest przyjemnością samą w sobie. Skapitulowałam około północy, Kochany wrócił przed pierwszą i położył się spać o drugiej nad ranem. Wstałam oczywiście przed małżonkiem i coś tam sobie klikałam w ciszy, posilając się śniadaniem i pijąc kawę. Ruchy wolne, za oknem zimowa szarówka poganiana wiatrem (Kochany śniadał w południe). Nasz samochód ma mieć coroczny przegląd dopiero ok. siódmej wieczorem. Potem wyjazd do Elizabety, niezwykły, bo byliśmy tam, że ho ho ... a konkretnie razem z Fredem witaliśmy u niej rok 2018. Kiedy to było! (na zdjęciach widzę mój kubek z krową, gdy miał jeszcze ucho). Poza tym zamierzamy się przemieszczać do hrabstwa Kerry, a to ponad 300 km (nie zawsze szerokiej) drogi po zachodzie słońca. Fred wyjechał zrobić zakupy, które częściowo bierzemy ze sobą. Soundtrack: Masłowska, Świetliki. Ręczniki zapakowane, późny obiad zjedzony, samochód doprowadzony na miejsce i właśnie sprawdzany przez mechaników …
___
21:30 ... autko niestety nie przeszło NCT (wprawdzie możemy jechać dalej, ale do miesiąca Fred musi jeszcze raz pojawić się z samochodem na przeglądzie, a pomiędzy trzeba znaleźć dobrego specjalistę, najlepiej takiego, który nie jara zioła). Potem ruszyliśmy na autostradę i uderzył w nas silny wiatr z deszczem. A to coś nowego! Sprawdziłam weekendowe mapy wiatrów: jutrzejsza cała ładnie zamalowana na pomarańczowo. Po krótkim namyśle zawróciliśmy przez Julianów; w drodze odbyła się rozmowa z Elizabetą, która już przygotowała słowa powitania (ale z ciebie niezły kozak) i zamierzała posłać łóżko dla znużonych wędrowców. No i cóż, byliśmy ładnie odziani, ja w nowe bojówki, Fred retro i w czerwonej koszuli, ale do pochwał stylówy niestety nie dojdzie (coś za marnacja!). Przed dziewiątą z powrotem w domu. Świetliki kontynuują Las putas melancólicas (2005).

piątek, 19 stycznia 2024

1495. Zimne nóżki.

Sporo było dzisiaj przechadzki po zimnie. Kochany zawiózł mnie rano do pracy, po czym odstawił autko do mechanika. Po południu zdążyliśmy zjeść obiad w CG i dojść do warsztatu, a samochód nadal nie był gotowy. Wróciliśmy więc inną drogą do miasta (przez Cord Rd), żeby zatrzymać się na moment w B&B. Kupiłam Fredowi duże cappuccino, dla siebie zamówiłam małe w papierowym kubku, bo za 10 minut musiałam ruszać dalej.

Po powrocie z pracy zakopałam się pod kołdrę z kubasem gorącej, zielonej herbaty i nie spoczęłam dopóki nie skończyłam czytania ebooka Joanny Podgórskiej, Tak działa mózg. Jak dobrze dbać o jego funkcjonowanie (W.A.B, 2023). Długo dochodziłam do siebie, merdałam palcami pod kołdrą do ósmej, w międzyczasie nadrobiłam szósty odcinek 1000-lb Sisters, i inne takie (Gosia ze Szkocji, Ask a Mortician)Późniejszym wieczorem napocznę pewnie Japoński wachlarz Joanny Bator (Znak, 2021); czytnik już podładowany.

Kochany bardzo zmarzł i spóźnił się do pracy półtorej godziny (łożyska jednak wymienione i podobno nie wydają już tych niepokojących dźwięków; ale chyba trzeba znaleźć innego mechanika, mniej zjaranego marihuaną), poprosił mnie o zostawienie mu gdzieś na widoku polopiryny, żeby nie musiał jej szukać, gdy wróci.

czwartek, 18 stycznia 2024

1494. Błogosławieni, którzy ugościli, albowiem oni zostaną ugoszczeni.

Słońce zaczęło wschodzić akurat, gdy jechałam do miasta (Kochany mnie podwoził):

W pracy normalne turbulencje, oraz pięciokilometrowy marsz na Drzwi Otwarte; bardzo było ciekawie, wiadomo, bo zajrzeliśmy do klasy, gdzie się odbywał dog grooming (oraz w bonusie spotkałam interesującą rodaczkę, tłumaczkę pracująca w ambasadzie, która się przekwalifikowuje). Nasz gość wyjechał po południu. Fred zdążył przyjechać po mnie z Dublina i nawet zabraliśmy Saren po drodze. 

Sprzątałam po gościu, przygotowywałam się do jutrzejszego odbębnienia trzech godzin uczycielskich, rozmawiałam z rodzicami (chcąc nie chcąc temat zszedł na politykę, przecież kabaretu ciąg dalszy, ale też sprawdzaliśmy zawartość kolejnej paczki, która przyszła z Empiku). Plany na weekend się nam zmieniły — zamiast hrabstwa Cork i Marksistki, będzie hrabstwo Kerry i Marksistka. Też dobrze, a może nawet lepiej?

środa, 17 stycznia 2024

1493. Zimno.

Jeszcze zimniej, w nocy szyby samochodu zarosły mrozem, Kochany walczył z zimową powłoką świata do ostatniej chwili przed porannym wyjazdem. Dzień w pracy się mi dłużył, ale nie był nieprzyjemny (oprócz dłużyzn, pierwszy raz w tym roku pokazałam się w Moorlandzie na lunchu); Kochany z Lilką pojechali w tym czasie do Carlingford. 

Zanim ruszyłam do domu, zaszłam do Bootsa i zaopatrzyłam się w nową pomadkę o nazwie Montmartre, nr 129 (satynowe pomadki L’Oreala w cielisto-różowo-brązowawych odcieniach zostaną ze mną na dłużej). Wróciłam po piątej, a pół godziny później, gdy akurat przyprawiałam kurzynę do muzyki Gabriela z płyty So (1986), pojawiła się reszta domowników. Końcówkę dnia spędziłam przyjemnie, na wymądrzaniu się, testowaniu nowego kremu do włosów (z awokado), klikaniu na laptopie prosto z centrum dowodzenia w łóżku. Mąż zrobił obiad, zjadłam go i po dłuższej rozmowie z gościem ponownie zanurkowałam pod kołdrą. 

Na noc zapowiadają -4°C.

wtorek, 16 stycznia 2024

1492. Zmarznięta.

Mogło być ślisko, ale nie było i niestety musiałam jechać do pracy. Siedem godzin jakoś zleciało, Kochany w tym czasie zabawiał Lilkę spacerami po stolicy. Ponieważ mąż z bratanicą zjedli obiad na mieście, postanowiłam zrobić to samo i poszłam do Il Forno na cannelloni ze szpinakiem (jakieś małe tym razem, trudne do znalezienia pod serem). Miałam jeszcze iść do kawiarni, ale w ulubionej był ścisk, jak zwykle w popołudniowej porze. Odrzuciwszy nierozsądne pokusy wylądowałam na dworcu autobusowym. Stało się to akurat w czasie, gdy Fred zadzwonił z pociągu, że już wracają ze stolicy (zamiast powrotu autobusem wybrałam czekanie na wędrowców).

O siódmej byliśmy w domu i uzbroiliśmy się w rozgrzewające napoje (pomimo wrzącego prysznica nadal jest mi chłodno). Mąż kupił dla mnie w Dublinie ciemne bojówki Diesela i maziajkowaty sweterek Missoni (bardzo przy ciele, więc zobaczymy jak się będzie sprawował po praniu). Poza tym już w domu została dzisiaj przypieczętowana kwestia butowa na kilka następnych wypraw w góry: Kochany kupił mi przez internet czerwone Meindle (przyjadą z Helsinek).

Sprawy inne: dzwoniłam do rodziców (w Polsce znowu spadł śnieg; Niunia akurat próbowała z tatkiem zajadać kolację prosto z talerza); klarują się plany na weekend, była rozmowa Freda z Marksistką.

To urokliwe zdjęcie pojawiło się w Galerii Narodowej w Dublinie całkiem niedawno temu:

poniedziałek, 15 stycznia 2024

1491. Lovely Monday.

Zanim wyjechaliśmy na zachód, zatrzymaliśmy się na dziesięć minut na wsiowej plaży. Noc musiała być zimna, woda odpływu pokryła piasek cienką warstwą zmarzliny.

Do Moherów zaczęliśmy zmierzać nieco później niż to stało we wczorajszych planach, bo plaża, bo Fred jeszcze zajechał do mechanika (nie zastał go). Droga była długa, najpierw w kierunku Galway, potem przez torfowo-bagniste krajobrazy na lewo (obok ruin Learmenah Castle i zakręt w Kilfenorze). Pod centrum turystycznym zaparkowaliśmy przed drugą po południu (bilety podrożały, €12 za osobę) i prawie od razu ruszyliśmy na spacer pod górkę.



Podobnie jak ostatnio, nie doszliśmy do końca szlaku, ale tylko na tyle, na ile było to dla nas interesujące. Po trzeciej weszliśmy do centrum turystycznego, żeby skorzystać z toalety, zagrzać się chowderem z pajdą swojskiego chleba, wzmocnić kawą i rozejrzeć w sklepiku z suwenirami.


Wcześniej były różne pomysły na drogę powrotem i ewentualny posiłek, ale skoro kwestia jedzenia została załatwiona, pozostało nam wydobyć się ze skalistego krajobrazu przed zachodem słońca. Pojechaliśmy przez Corkscrew Hill, więc mogłam ponownie uwiecznić widok na wzgórza Burren płaskie jak krowie placki:

W tle David Bowie; młodzież na tylnym siedzeniu cichutka jak myszka; gwiazdozbiór Oriona prowadził nas gdzie trzeba. Już na swoich śmieciach skręciliśmy tylko na chwilę do Lidla i po ósmej witaliśmy się z domkiem. Zamiast zbyt późnego obiadu, każdemu dostała się upieczona kacza noga (młodzież dostała dwie, osobno na dwie półkule mózgowe, bo wiadomo, rośnie i mądrzeje), potem szybko wskoczyłam pod prysznic. Z pełnym żołądkiem jeszcze chwilę posiedzę usiłując trawić i nie myśleć o tym, że jutro (nie wiadomo po jakie licho) jadę do pracy. 

niedziela, 14 stycznia 2024

1490. Wizyta.

Do jedenastej mieliśmy być pozbierani i gotowi na wyjazd. Owszem, byliśmy. 

Rajd do Dublina. Samolot wylądował o właściwej porze, ale na Lilkę trochę poczekaliśmy, było akurat tyle czasu, żeby wypić zadziwiająco dobrą (jak na miejsce) kawę:


(w domu doczytałam, że Cloud Picker są palarnią specjalistycznej kawy z Crumlin, więc ich Jose nie jest przypadkiem)

Po przywitaniu najpierw udaliśmy na obiad do Swords, gdzie w Milano (pawilony) zjedliśmy bardzo dobre pizze. W trakcie posiłku zastanawialiśmy się, co jeszcze dzisiaj Lilce pokazać. Czas uciekał, słońce szybko chyliło się ku zachodowi, więc zamiast zagłębiać się ponownie w stolicę, pojechaliśmy w kierunku Ardgillan, żeby obejść naokoło znaną nam posiadłość.

Ogród stał nagi w zupełnej ciszy (zwiedzający raczej zmierzali do wyjścia, czyli w odwrotnym kierunku od naszego), za zaparowanymi szybami szklarń spały zimowym snem pelargonie, a gdy tylko weszliśmy na otwartą przestrzeń owionął nas lodowaty wiatr od morza. Niewiele rzeczy do delektowania się, poza tym nie chcieliśmy wchodzić do kawiarni, która i tak zaraz miała być zamykana. Następnie Costa w Drołdzie, sprawunki w Tesco i Lidlu, i do domu. Dla rozruszania atmosfery obejrzeliśmy pierwszy odcinek Ojca Teda. Przed dziewiąta Kochany zaczął przygotowywać krewetki.

Gość jest sympatyczny i nawet wymowny, chyba będzie dobrze (słyszę jak w Kuchniosalonie trwa dyskusja na temat polskiej polityki). Na jutro są ciekawe plany.

sobota, 13 stycznia 2024

1489. Wielkie sprzątanie.

Z Kochanym do późna w łóżku, jak zakopane w liściach jeże -- nie miało znaczenia, że wczoraj drzemałam większość dnia, śniłam barwnie i wstałam dopiero przed dziesiątą. Razem grzebaliśmy się do popołudnia ze śniadaniem (Ale kochanie, nie, że do tej wpół do pierwszej nic nie robiliśmy, poważnym głosem zaczął Fred, przecież spaliśmy).

Potem trzeba było zacząć sprzątać (oh, why?!). W tle grali Ralph Kamiński, Podsiadło, Mikromusic, Skubas, Zalewski, itd. Szybki obiad (spaghetti z gotowym pesto). Zadzwoniłam do mamy; rodzice na kamerce zdali relację, że w Polsce zimno, a tu wysiadł im piec, przez co nie ma ciepłej wody w kranach (w grzejnikach jeszcze jako tako). Ka zadzwonił z pytaniem jak tam, więc postanowiliśmy się wyrobić z kolędą do przyjaciół. A mieliśmy motywację: chcieliśmy obejrzeć na Netflixie serial 1670. Udało się, trzy odcinki całkiem spoko, dobra muzyka, ciekawe, młode twarze.

piątek, 12 stycznia 2024

1488. Ogłuszenie.

Potrzebowałam wolnego, to sobie zrobiłam. Coś mnie pokonało, nie wiem co, ale wstałam dopiero po dziesiątej, czegoś się napiłam, coś zjadłam, jeszcze chwilę bez sensu wędrowałam po domu, wróciłam do sypialni czytać o GABA, acetylocholinie i o zazębianiu się otyłości z depresją. Kochany wrócił tak, jak zapowiadał. Akurat spałam, chyba się przywitałam, potem nie wiem, ale jak poszłam do łazienki, to się okazało, że pod zlewem stoi nowa szafka (to już druga szafkopółka kupiona przez męża w tym tygodniu, pierwsza stoi przy lodówce). Fred kupił też dwa kaszmirowe sweterki dla dziewczyn Wu (trzeci, szary, sploty, Cynthia Rowley, dostał się mnie) oraz zrobił obiad. Lampiłam się trochę w internaty (piąty odcinek 1000-lb Sisters), rozmawialiśmy sobie o różnych rzeczach i obejrzeliśmy razem pierwszy w tym roku odcinek Gosi ze Szkocji (w międzyczasie do Kochanego zadzwonił Perlisty, tak sobie pogadać). Małe wakacje od rzeczywistości. Prysznic i wracam do lektury.

czwartek, 11 stycznia 2024

1486-1487. Dni jak codni.

W środę rano na przystanku pierwszy raz zobaczyłam jak Amber przebiega drogę i zajmuje miejsce Rysiowe na murku (też niebezpiecznie, też bez sensu). Tylko, że się ze mną nie witała :( Po południu moja kolej na przygotowanie obiadu (Kochany wrócił z pracy godzinę po mnie). Czas przecieka mi przez palce, a następnego dnia budzę się skonana.

(Czyli) w czwartek obudziłam się skonana. Może po prostu dziwnie niskie temperatury utrzymujące się w tym klimacie od kilku dni? Fred miał podobnie: gdy czekałam na autobus zadzwonił z pytaniem czy zostawił kawę w driperze, gdyż mu się wydaje, że w termosie ma raczej gotowaną wodę (dobrze mu się wydawało, po powrocie do domu ujawniłam driper pełen wystygłej kawy -- słowo "ujawnić" robi ostatnio karierę w terminologii policyjnej). Przez chwilę rozważaliśmy jakby było fajnie, gdybyśmy mogli być dziećmi. Spanie do ósmej, potem Domowe Przedszkole i wycieczka gdzieś, razem oczywiście, za rączki. 

-- pracka -- powrót do domu -- Kochany wraca po pracy z bukietem róż dla moi -- obiad -- przewalam papiery, żeby coś stworzyć na jutro -- mąż mnie pyta, czy już coś wpisałam, to wpisuję.

wtorek, 9 stycznia 2024

1485. Rozpieszczana.

Kochany ponownie miał długą noc. Wychodząc z domu znowu nieomal przewróciłam się o Bána. W ciągu dnia mąż odebrał moją paczkę od kuriera (tzn. usłyszał walenie w drzwi i zobaczył tył kuriera pakującego się do samochodu), potem przyjechał po mnie do miasta, gdy skończyłam pracę, zrobił zakupy w Tesco i sprawdził jeszcze w TK Maxxie, czy obniżyli cenę kaszmirowego szala, który sobie upatrzył. Rura im zmiękła, szal należy do Freda. Musztardowy ;)

W domu rodzinnym stało dzisiaj na termometrze -15°C (rozmawiałam ponad pół godziny z mamą, gdy Kochany tworzył obiad). Obiad zacny: smażone robaki + sałatka grecka à la Fred. Po posiłku (celebrowanym z jednoczesnym słuchaniem New Model Army) zasiedliśmy do filmu Jarmuscha, Noc na ziemi (1991). Bardzo mi pasował do klimatu dzisiejszego wieczora. Internetowe kalendrynki przekonują, że światła przybyło. Nadal wątpię.

poniedziałek, 8 stycznia 2024

1484. Back to work.

Kochany wrócił nad ranem. Gdy wstawałam uprzedził mnie, że powinnam uważać na drodze, bo na wybrzeże opadła mgła, która natychmiast zamarzła; przez jakiś czas żyłam więc nadzieją, że poniedziałek zostanie odwołany i będę mogła na powrót zakopać się pod kołdrą. Nic takiego się nie wydarzyło. Akurat przygotowywałam śniadanie, gdy usłyszałam skrobanie w okno. Niepojęte! Gamoń przyszedł, pogłaskałam, powiedziałam mu dzień dobry i poleciłam, żeby wracał do domu. 

Autobus przyjechał (lekko spóźniony), czyli trzeba było pracować. Well. Poznałam Ołena. Po trzech godzinach użerania się z rosnącą nadpobudliwością podopiecznych życzyłam wszystkim HNY (Krisowi-woźnemu też, jeszcze się załapał przy drzwiach wejściowych) i ruszyłam o dwunastej w drogę powrotną — polski sklep (pierogies) i patataj na przystanek. Byłam w domu po pierwszej, otworzyłam drzwi własnym kluczem i rozpłaszczając się w Kuchniosalonie przestraszyłam Kochanego, który akurat golutki wychodził z łazienki (od słuchania punkowej muzyki głuchy ten mój Fred jak pień).

Dojadłam resztki obiadowe z wczoraj, jogurt z granolą i mandarynkę. Jaki piękny jest ten świat! Wczesne powroty z pracy to cymes i orzeszki. Ciepło w brzuszku przyniosło senność, której nie miałam siły się opierać. Ucięłam sobie drzemkę; słyszałam lewym uchem jak Kochany zamyka drzwi i odjeżdża do wieczornej pracy. Potem rozmawialiśmy przez messengera, gdy mąż był już w Belfaście. 

Dokończyłam oglądanie Death of an Expert Witness z Marsdenem. Przeciętny z paroma kiepskimi aktorami w tle i równie odstającymi postsynchronami (ze względu na krindżową satysfakcję będzie kontynuacja). Jestem ciekawa nowej wersji.

niedziela, 7 stycznia 2024

1482-1483. Szósty & siódmy.

Sobota.
Kochany położył się do łóżka gdzieś o piątej nad ranem i zamówił budzenie na jedenastą. W nocy nie uchyliłam okna w sypialni (jak mamy to ostatnio w zwyczaju), ale i tak marzłam pod kołdrą. Przyczynę poznałam dopiero rano: przyszedł do nas mroźny, słoneczny wyż znad Skandynawii, w ogrodzie jeszcze jakiś czas utrzymywał się szron. Na zewnętrznym parapecie znowu pojawił się Bán (pewnie skuszony moimi niezbornymi ruchami podczas przygotowywania owsianki), a nawet bezczelnie zamiauczał. Dopóki się nie odzywa, okno jest zasłonięte, a w słońcu widać jego uszy, mogę sobie wyobrażać, że to Rysio, i to jest bardzo przyjemne uczucie. 

Fred musiał przed obiadem odebrać u dostawcy części do autka (łożyska do tylnych kół), więc wyjechaliśmy do miasta z planem kulinarno-zakupowym w głowie. Najpierw łożyska, TK Maxx, potem parking przy dworcu autobusowym, a stamtąd spacer do CG. Dobry obiad (dla Kochanego był to pierwszy normalny posiłek), kawa w Czarnej, następnie zakupy spożywcze w Tesco. Gdy dojeżdżaliśmy do domu powoli zapadał zmrok. 

Z przyjemności niespodziewanych: Kochany postanowił kiedy dokładnie leci do Polski załatwić swoje sprawy artystyczne i zabiera misia w teczkę, czyli mnie, na jeden weekend (sam wraca po dwóch tygodniach, ale podróż z mężem oznacza, że spędzę dwa dni u rodziców, co jest zawsze miłe). Daty wybrane, bilety kupione, rodzice poinformowani. Oprócz tego Fred rozmawiał z koleżanką z Mallow, szykuje się mu nocowanie u znajomych ... może tym razem i ja się wybiorę? I jeszcze, małżonek kupił duuużo rzeczy w Empiku na sumę niebagatelną. Styczeń zaczyna wyglądać nieco dynamiczniej. 

Wieczorem Sherlock, 3.02 (2014). W grudniu niechcący obejrzeliśmy ostatni odcinek sezonu, więc teraz trzeba było zaliczyć środkowy i zrobiliśmy to z przyjemnością, bo okazał się zabawny.

Niedziela.
Budzik zaryczał o 3:30 (nadal nie wyłączyłam powiadomienia ustawionego na wyjazd do Polski w grudniu). Kochany o wpół do drugiej wyjeżdżał do pracy, więc obiad zjedliśmy wcześniej niż zwykle, a poranek spędziliśmy na serfowaniu w sieci, rozmowach i piciu herbat. Pogoda była tak jasna i przejrzysta, że gdy Fred odjechał wyszłam na spacer do morza. Fotografowałam swój długi cień i mrużyłam oczy, ciężko się szło pod słońce, szybko mnie to zmęczyło. 

Musiałam przygotować zajęcia na jutro, najpierw jednak zajadając jogurt z granolą obejrzałam czwarty odcinek Death of an Expert Witness (1983). Wstawiłam małe pranie, zrobiłam plan na jutro, umyłam włosy, przekonałam samą siebie do zerknięcia na piąty odcinek Dalgliesha podczas kolacji.

W piątek zaczęłam czytać E.E. Olgi Tokarczuk (Wyd. Literackie, 2020), ukończyłam ją dzisiaj po dziesiątej wieczorem. Bardzo satysfakcjonująca lektura do suszenia włosów (jest psychologia, jest Breslau), podczas czytania moje myśli wracały do Empuzjonu.

piątek, 5 stycznia 2024

1481. Dzień piąty.

Po zrobieniu kawy dla Kochanego i zjedzeniu własnego śniadania (znowu jajka sadzone i fasolka w sosie pomidorowym, mężu mi uświadomił, że to przecież irish breakfast; jeszcze tylko zacznę łaknąć frytek z octem i jestem tutejsza jak w pysk strzelił) wyszłam nad morze. Zanim to się jednak stało, przed domem natknęłam się na Bána (gamoń najpierw siedział na zewnętrznym parapecie):

No i tak, daliśmy mu Rysiowy pasztecik (nie wiem, czy to był dobry pomysł, ale stało się). 

W drodze na plażę zadzwoniłam do tatki i pokazałam mu wybrzeże:

Słońce nadal wisi nisko, szło się przyjemnie (tata zadowolony akurat siedział w kuchni popijając kawę, ale miał już w głowie plan dnia). Kiedy wróciłam, Fred po sprawdzeniu wszystkiego oświadczył, że najbardziej zmarzła mi broda. 

Nie było dzisiaj wspólnego obiadu, bo Kochany po trzeciej wyjechał do pracy (zaczynał od szóstej, ale musiał jeszcze załatwić sprawy na mieście), zamiast tego zrobiłam sobie sałatkę po żydowsku (wzbogaconą resztkami selera naciowego i wczorajszym jogurtem obiadowym). Poza tym pielęgnuję maraźmik (nadrobiłam 1000-b Sisters i obejrzałam dwa kolejne odcinki Death of an Expert Witness), genealoguję, ćwiczę, czytam.

czwartek, 4 stycznia 2024

1480. Dzień czwarty.

Wstałam o siódmej (miałam poleżeć dłużej, ale w pięć minut uznałam to za bezcelowe przeciąganie nudnej sytuacji), napiłam się zielonej herbaty, zrobiłam dobre śniadanie (dwa jajka, mozzarella, pomidorki), wstawiłam Fredowe pranie (potem nawet wywiesiłam je na trochę w ogródku), na deser mała kawa i trochę winogron (walczę z podjadaniem słodkości). W końcu wyszłam na spacer:


Mimo słońca odczuwałam chłód większy niż wczoraj i zamiast do rumowiska doszłam tylko do zakątka z kamieniami. Pół godziny po jedenastej byłam już z powrotem -- po drodze spotkałam Amber (pod sklepem, przez moment myślałam, że to Rysio), a pod domem Bána, wiecznego optymistę (niczym go nie częstuję, ale i tak podbiega z powtarzalnym entuzjazmem).

Dokończyłam oglądanie miniserii Cover Her Face, a ponieważ wiem, że polecany przez Hebiusa drugi sezon nowego Dalgliesha zaczyna się od adaptacji powieści Death of an Expert Witness, postanowiłam najpierw obejrzeć wersję z Marsdenem (zerknęłam na jeden odcinek, w którym nawet jeszcze nie zginął ten, kto powinien). Zrobiłam prasowanie i obiad. Gdzieś pomiędzy nadrobiłam całkiem świeże dwa pierwsze odcinki piątego sezonu 1000-lb Sisters (prawie cały czwarty sezon przegapiłam bez żalu). Sporo dzisiaj tego lampienia się w ekran. Kochany wrócił zmęczony, zjedliśmy obiad, pogadaliśmy; herbata, ćwiczenia, prysznic, lektura, spać.

środa, 3 stycznia 2024

1479. Dzień trzeci.

Druga pobudka po ósmej (pierwsza była chyba wtedy, gdy Fred przygotowywał się do wyjścia, ale to tylko na czas obrócenia się na drugi boczuś).

Po śniadaniu, żeby zapobiec marazmowi, wybrałam się na dłuższą pieszą wycieczkę (pogoda sprzyjała, chłodno, ale bezwietrznie i bez deszczu). Minęłam Dżejmiego spacerującego z psem (hny). Rzeczka pomykała raźno, zrobiłam to zdjęcie niebezpiecznie bujając się na lichej kładce:


Krokodyle zastałam prawie zupełnie przysypane piaskiem:


Znalazłam parę dziwnych kamieni:



... i obfotografowałam skały Gondwany:



Podobnie jak rok temu o tej porze, na plaży pojawiły się duże muszle, a na nich mnóstwo pąkli, chyba jeszcze żywych. Może przypływ (który już zmierzał w naszym kierunku) zabrał je z powrotem:


Do domu wróciłam w południe (kiedy byłam już niedaleko naszej hacjendy zauważyłam kuśtykająca Moirę; pomyślałam, że ta mała starsza pani w swojej dziwnej czapce z powiewającymi wiązaniami wygląda jak irlandzki skrzat, a ona jakby usłyszała moje myśli, odwróciła się i machnęłyśmy do siebie). 

Włączyłam Rozmyślania (skończyłam je dzisiaj słuchać), trochę serfowałam w sieci, wyszłam na chwilę na dwór, żeby sfotografować ubezpieczenie samochodu Anne i wysłać jej zdjęcie messengerem (napisała do mnie z hameryki, bo nie mogła się dodzwonić do Majkela), więc zaraz wpadłam na Bána. Pogłaskałam go i zamknęłam mu drzwi przed nosem, sąsiad się jednak łatwo nie poddawał. Czy ten ryjek może kłamać?


Ramotowaty Dalgliesh mnie wciągnął, obejrzałam trzy kolejne odcinki Cover Her Face, ostatni tuż przed powrotem Freda do domu. 

Kochany zatrzymał się samochodem przed wjazdem do osiedla, bo trasę blokowały mu dwie karetki pogotowia. Zjedliśmy obiad wyglądając od czasu przez okno w mrok (światła nadal błyskały, ludzie zaczęli się zbierać przed domem sąsiada-rybaka; zły znak). Grało nam Pink Floyd, płyta Wish You Were Here (1975). Katlin właśnie zapukała, żeby nam powiedzieć (zapłakana i wstrząśnięta). Thomas umarł.

wtorek, 2 stycznia 2024

1478. Dzień drugi.

Padało większość dnia. Kochany wcześnie rano wyjechał do pracy. Skorzystałam po całości z czasu wolnego, tyle, że to u mnie oznacza także marazm i jedzenie zbyt duże ilości słodyczy. Kontynuowałam słuchanie Rozmyślań (księgi IV-VII) i czytanie ebooka (jeszcze w starym roku napoczęłam Tak działa mózg Joanny Podgórskiej). Znalazłam starą wersję Dalgliesha i obejrzałam pierwsze dwa odcinki adaptacji Cover Her Facer (brytyjski snuj z 1985, z rodzaju jaki lubię). Fred wrócił trochę wcześniej niż zapowiadał. Gdy tulałam się z mężem, zauważyłam Katlin kręcącą się przed domem, przywitałyśmy się, sąsiadka życzyła nam wszystkiego dobrego i oddała mikołajka, który jeździł z nimi na rajdzie jako dekoracja świąteczna. No to mamy ten 2024, wszystko wraca do normy, jedni sąsiedzi nadal dają w szyję (Majkel), inni już wrócili do pracy (Majk pojechał z transportem do Niemiec i wróci w piątek), deszcz pada, żyćko się kręci. Jutro wybywam pokazać się w Centrum. A na razie smażę naleśniki z resztek mleka i filozofuję.
___
edit 20:30 no proszę, ja nie wiem jak używając telefonu mogłam przez cały dzień nie zauważyć, że Saren mi odpisała iż w tym tygodniu nie muszę pojawiać się w Centrum wcale, bo wszyscy mają home office. Hm. Już ja znam ten ich home office :D No i git. Naleśniki nasmażone, ósma księga Rozmyślań wysłuchana.
___
edit 21:20 i sobie z Kochanym słuchaliśmy Tinę Turner i Annie Lennox śpiewających z Davidem Bowiem, i się wzruszaliśmy, bo tak (a ja jeszcze Madness, gdyż to dobry zespół jest).

poniedziałek, 1 stycznia 2024

1477. 01012024.

— Cześć Kochany, happy new year! Napisałeś coś?
caohfm kjfi,zksdsnvbm, zmdjf, zamruczał mi mąż do ucha.
Nie rozumiem (chyba napisał)
fskm mnjsd
Co powiedziałeś?
Jeszcze śpię.

Wstałam z bólem stawów, co mi dobitnie przypomniało o planie na rok 2024: dbać o siebie. Gdy Kochany pochrapywał zmyłam statki i obmyśliłam śniadanie: smażone halloumi i krewetki w marynacie pil pil. Początkowo chciałam jeszcze z samego rana usmażyć naleśniki, ale w końcu postanowiłam zrobić je na świeżo na drugie śniadanie (albo na deser śniadaniowy, jak kto woli patrzeć). Do naleśników był dżem z czarnej porzeczki. Marzyłam też o noworocznym spacerze, ale nadal pogoda psia, od rana przenikliwe zimno, po południu deszcz. Siedzieliśmy więc z Miłym w domu, pełni pikantnych krewetek i słodkich naleśników słuchając Mery Spolsky. 

Rodzice też wyspani i chyba zadowoleni, tatko robi plany (chciałby w tym roku pojechać nad Tanew, szukać zagubionej rodziny); z okazji zagubionej rodziny jakiś czas nurkuję w genealogii wypatrując wśród cyrylicy znajomych nazwisk. Obiadokolacja jest po szóstej. Pod wieczór Saren zaesemesowała, że dzieciaki wracają do Centrum dopiero w poniedziałek, więc mam wolny piątek, do tego pracuję w tym tygodniu bez grupy (luz! może wezmę domowego laptoga i porozsyłam cv ;D).

Wieczorem zaczęłam słuchać Rozmyślań Marka Aureliusza czytanych przez Marcina Popczyńskiego (wolnelektury.pl). Na razie trzy pierwsze księgi.

Postscriptum #1476.

Rok 2023 w perspektywie:

W ostatni weekend października straciliśmy kota Ryszarda i końcówka roku ugięła się pod ciężarem smutku. Już nie możemy snuć mrzonek, jak to kupimy odpowiedni dom, bo rysiowy. Inne rzeczy się natomiast układały, zazwyczaj nie same, bo bardzo im pomogłam odpowiednimi decyzjami (np. żeby brnąć dalej). I tak: nie wiem, jak i kiedy, ale w minionym roku skończyłam studia i obroniłam dyplom, który odebrałam w czasie ostatniej wizyty w Polsce. Oprócz dyplomu zakończyłam pozytywnie trzy kursy okołozawodowe, dwa TT i kurs języka irlandzkiego na poziomie drugim. Kiedy teraz o tym piszę, uświadamiam sobie dobitnie, co tak wstrzymywało mój rozwój bardziej prywatnych zachciejstw. Czytałam tyle co nic (pomimo szczerych planów z początku roku) i ani razu nie byłam z Kochanym w górach :( Leciałam nad Europą 10 razy (marzec, wrzesień, październik, listopad, grudzień). W zasadzie były to wyjazdy rodzinno-uczelniane, w okolice, które znam, ale raz wspólnie z Fredem zjechaliśmy z utartego szlaku, żeby spotkać się z kimś, kogo znaliśmy tylko z sieci (FrauBe!). Poza tym kilka razy rozmawialiśmy live przez messengera z Celtem (super fajnie jak ludzie, których znam ze świata pisanego dostają twarze).

Pracowniczo constans: główne zatrudnienie nadal to samo, ale w drugiej części roku rozwiązałam umowę z Gronją i podpisałam umowę na prowadzenie kilku godzin zajęć w Centrum (czyli pstryk, i płynnie zmieniłam zawód). 

Skoro już napisałam, że czytelnictwo miałam równie słabe jak rok wcześniej: idzie ku lepszemu, bo bardzo bardzo poprawiłam się w grudniu (prawie połowa dokończonych w tym roku książek przypada na grudzień), a podchoinkowy prezent (czytnik PocketBooka) jest zapowiedzią dużych zmian. Muzycznie-wyjściowo tak sobie — byliśmy z Kochanym na jednym koncercie muzyki współczesnej (Van Morrison) i dwóch operach (Kawaler srebrnej róży, Aida) w pierwszej połowie roku (i tu widać, że końcówka pracy nad magisterką kładła się cieniem na życiu kulturalnym, ale koniec z tymi bzdurami! :D). Ach, i byliśmy też z Kochanym na spotkaniach autorskich w ramach festiwalu książek (na pewno powtórzę doświadczenie).

Poza tym: założenie drugiego konta bankowego zaowocowało oszczędnościami, niewielkimi wprawdzie, ale system działa (brawo ja!). Na początku listopada chyba znowu przeszłam covida, w sumie trudno powiedzieć (przez to odkładam szczepienie, ale w styczniu trzeba się będzie tym zająć). Brałam udział w wyborach i jak to się skończyło dla pisdzielców, wiadomo ;D. Niestety, wojna w Ukrainie trwa drugi rok :I