Sobota.
Kochany położył się do łóżka gdzieś o piątej nad ranem i zamówił budzenie na jedenastą. W nocy nie uchyliłam okna w sypialni (jak mamy to ostatnio w zwyczaju), ale i tak marzłam pod kołdrą. Przyczynę poznałam dopiero rano: przyszedł do nas mroźny, słoneczny wyż znad Skandynawii, w ogrodzie jeszcze jakiś czas utrzymywał się szron. Na zewnętrznym parapecie znowu pojawił się Bán (pewnie skuszony moimi niezbornymi ruchami podczas przygotowywania owsianki), a nawet bezczelnie zamiauczał. Dopóki się nie odzywa, okno jest zasłonięte, a w słońcu widać jego uszy, mogę sobie wyobrażać, że to Rysio, i to jest bardzo przyjemne uczucie.
Fred musiał przed obiadem odebrać u dostawcy części do autka (łożyska do tylnych kół), więc wyjechaliśmy do miasta z planem kulinarno-zakupowym w głowie. Najpierw łożyska, TK Maxx, potem parking przy dworcu autobusowym, a stamtąd spacer do CG. Dobry obiad (dla Kochanego był to pierwszy normalny posiłek), kawa w Czarnej, następnie zakupy spożywcze w Tesco. Gdy dojeżdżaliśmy do domu powoli zapadał zmrok.
Z przyjemności niespodziewanych: Kochany postanowił kiedy dokładnie leci do Polski załatwić swoje sprawy artystyczne i zabiera misia w teczkę, czyli mnie, na jeden weekend (sam wraca po dwóch tygodniach, ale podróż z mężem oznacza, że spędzę dwa dni u rodziców, co jest zawsze miłe). Daty wybrane, bilety kupione, rodzice poinformowani. Oprócz tego Fred rozmawiał z koleżanką z Mallow, szykuje się mu nocowanie u znajomych ... może tym razem i ja się wybiorę? I jeszcze, małżonek kupił duuużo rzeczy w Empiku na sumę niebagatelną. Styczeń zaczyna wyglądać nieco dynamiczniej.
Wieczorem Sherlock, 3.02 (2014). W grudniu niechcący obejrzeliśmy ostatni odcinek sezonu, więc teraz trzeba było zaliczyć środkowy i zrobiliśmy to z przyjemnością, bo okazał się zabawny.
Niedziela.
Budzik zaryczał o 3:30 (nadal nie wyłączyłam powiadomienia ustawionego na wyjazd do Polski w grudniu). Kochany o wpół do drugiej wyjeżdżał do pracy, więc obiad zjedliśmy wcześniej niż zwykle, a poranek spędziliśmy na serfowaniu w sieci, rozmowach i piciu herbat. Pogoda była tak jasna i przejrzysta, że gdy Fred odjechał wyszłam na spacer do morza. Fotografowałam swój długi cień i mrużyłam oczy, ciężko się szło pod słońce, szybko mnie to zmęczyło.
Musiałam przygotować zajęcia na jutro, najpierw jednak zajadając jogurt z granolą obejrzałam czwarty odcinek Death of an Expert Witness (1983). Wstawiłam małe pranie, zrobiłam plan na jutro, umyłam włosy, przekonałam samą siebie do zerknięcia na piąty odcinek Dalgliesha podczas kolacji.
W piątek zaczęłam czytać E.E. Olgi Tokarczuk (Wyd. Literackie, 2020), ukończyłam ją dzisiaj po dziesiątej wieczorem. Bardzo satysfakcjonująca lektura do suszenia włosów (jest psychologia, jest Breslau), podczas czytania moje myśli wracały do Empuzjonu.