Poniedziałek.
Opóźniłam poranne wstawanie o 45 minut, żeby ciało nadążyło za obrotem świata. Nie zjadłam śniadania w domu. Myśl się mi w głowie wykluwa, że dobrze byłoby zamiast od rana wgapiać się w laptoga, zaczynać dzień od szwedzkiej gimnastyki, jak pan Oleś Łupa (przez eł). Kochany wrócił nad ranem i ponownie wyjechał do pracy zanim ja wróciłam do domu, czyli mijanka.
Wtorek.
Nie mam kiedy wprowadzić genialnych planów w tematyce gimnastyki, bo budzik dzwoni o siódmej i przestawiam go na wpół do. Potem przygotowuję się do zajęć z irlandzkiego, do których finalnie i tak przygotowana nie jestem. Ale gdy kończę męki uczenia się gaeilge Fred się budzi i jest lepiej. Jemy obiad, powoli dochodzimy do siebie, każde na swój sposób. Mieliśmy na wieczór jechać do K&Jot, ale przyjaciel chory, więc pojechaliśmy do miasta, ożłopać się kawy i napełnić lodówkę dobrami doczesnemi. Założyłam spodnie w kratę, skarpety w jeże i czapkę z daszkiem na bok. Ach, byliśmy w TK Maxxie, dla zasady czapeczka kaszmirowa została kupiona (bo nikt nie chciał taniochy), oraz buty dla Ka, oraz zestaw miseczek made in Japan, które jeszcze nie wiemy do czego będę używane, ale się nam podobają. Wieczorem oglądamy Hair Formana (1979), dvd odleżane jakiś czas w polskim domu i przywiezione przez Freda szczęśliwie w sobotę.
Środa.
Turlamy się dalej. Z rana pogoda szara, z morzem szumiącym w oddali. Kochany podwiózł mnie do miasta przy okazji swojej drogi do onko. Wizyta była chyba ok, Kochany ma mieć jeszcze usg (z innej okazji). W drodze do domu zajechaliśmy do Woodiesa i Fred kupił kilka chabazi do ogródka (dwa zestawy po 6 wrzosów/wrzośców i trzy zdychające prymulki z przeceny, które wskoczyły już na miejsce zmarniałej lawendy hiszpańskiej, bo chciałam się po obiedzie rozruszać).
Ponieważ kota nie widzieliśmy od rana, wyszliśmy sobie na spacer nad morze, żeby przy okazji pozaglądać ludziom do ogródków. Wszystko fajnie, wieje, zakręcamy do wsi, i gdy byliśmy już na głównej drodze, Fred dostał kolejny telefon z nieznanego numeru. W taki sposób poznaliśmy Mary i Bernarda mieszkających po drugiej stronie wsi. Ryszard był u nich w korytarzu, zdumiony, że ojciec z matką przyszli po wyrodnego syna. Trochę go niosłam do domu, ale nieomal doszło do łapoczynów, więc w zasadzie szliśmy, kocim tempem, bardzo męczącym, bo Ryś był sfrustrowany i trochę obrażony. Marcuje się nam ten futrzasty osioł.
Wieczorem Fred dzwonił po kumplach, jednym z hospicjum i drugim, mieszkającym gdzieś ze 100 km od pierwszego ("osobowość niedojrzała ze znacznie upośledzoną umiejętnością komunikacji"). Zapowiada się, że małżonek będzie leciał zobaczyć kolegę, który znalazł się w ciężkiej sytuacji życiowej i zakotwiczy u drugiego kolegi (tego od trudności z komunikacją;)), Kochany już zabukował bilety do Frankfurtu-Hahn. Poza tym rozmawiam z mamą. Poza tym oglądamy czwarty odcinek Drogi z Gołasem (jak do tej pory najsłabszy). Poza tym zmęczona jestem. Jeszcze kilka zdań. Jeszcze mycie zębów.