Strony

piątek, 31 marca 2023

1201. TGIF.

Mżawka, kapuśniaczek, morska mgła, plucha, chlapanina, siąpanie, szałerek, pompa. Rano jeszcze jakoś (Fred podwiózł mnie pod sam budynek), ale po południu zmokłam jak kura. W zasadzie jednak pogoda nie taka najgorsza (nie wieje) i moknięcie wcale by mnie nie martwiło, gdyby nie laptop pracowniczy dzierżony w ręce. Kochany bardzo mi pomógł podrzucając do Centrum telefon, który zostawiłam w kuchni. W pracy sporo spraw, z młodzieżą to jeszcze, ale potem spędziłam trzy godziny z Gronją dziobiąc w excelu i przenosząc pliki z miejsca na miejsce. Dzisiaj kończyło się aplikowanie o grant, w ostatniej chwili zainteresowani zlecieli się na epocztę jak muchy do gówna, więc resztę roboty dokończałam w domu i teraz mi mroczki latają przed oczami. Przez to gapienie się w ekran nie chce się mi chodzić za własnymi sprawami (TT, magisterka, gaeilge), ale teściowa mnie bardzo podbudowała zaangażowaniem pomocowym, chociaż już zapomniałam, że ją o nią prosiłam. Kochany jeszcze w pracy (dzisiaj w Trinity College), Ryszard grzeczny, kilka razy wychodził i zaraz wracał, na moknięciu mu nie zależy. Od wczoraj naokoło domu kręci się podobny do niego kot i głośno zawodzi. Chyba kotka (ale nie Amber), jej Weltschmerz wyraźnie źle na Rysia działa, bo stara się jej unikać. Słusznie. Ziew. Prysznic relaksacyjny będzie, potem się zobaczy.

***

Marzec śmignął.

czwartek, 30 marca 2023

1200. Jajo, Stanley, ploty.

Taskałam do pracy prywatnego laptopa w nadziei, że nic nie będzie do roboty, to sobie zrobię dzisiaj, co miałam zrobić przedwczoraj. Nic z tego. Całą grupą pojechaliśmy do fabryki Butlers Chocolates na Coolock w północnym Dublinie. Oglądaliśmy pracę linii produkcyjnych, potem był krótki film o historii marki, dekorowaliśmy też własne czekoladowe jaje, które każdy dostał na pamiątkę. Oprowadzała nas młoda, szczupła Niemka studiująca tutaj sztukę (tutaj, w sensie w Irlandii). 

Reszta dnia również zajęta, z Lorejn polazłyśmy do sklepu sprzedającego artykuły plastyczne, potem siedziałam w piwnicy, wycinałam pirackie denary i traktowałam je złotą farbą. Z njusów pracowniczych: Luiza źle się czuła po covidzie, a teraz na dokładkę dopadł ją wyrostek i koleżanka wylądowała w szpitalu z przeznaczeniem pod nóż (jest jedną z niewielu znanych mi osób, które tak ciężko przechodzą pocovidowe osłabienie, ale też była szczepiona raz, Johnsonem). Gronja zapodała mi temat pracy na popołudnie (po powrocie do domu spędziłam na tym osobno płatną godzinę). 

Kochany mój przyjechał po mnie o czwartej, zrobił nam obiad (pyszna ryba z portu) oraz wręczył dwa prezenty nieokolicznościowe: biały kubek termiczny Stanleya (sztos) i szczoteczkę oral-b pro 1 680 w zestawie z podróżnym etui (drugi sztos). Z njusów sąsiedzkich: z Anną Emerytką jest słabo, prawie nie wychodzi z domu, Katlin nosi jej zakupy (niestety także fajki), a Majkel wyjechał do Belfastu, do matki (rzekomo), i nie tylko Fred myśli, że sąsiad wygląda tak, jakby miał fiknąć w każdej chwili. 
___
edit 22:57 Parówki jak u Czubaszek. Przy okazji zajrzałam do szafki i się mi przypomniało, że Fred dokupił dzisiaj jeszcze trzy japońskie talerze, tym razem nieco głębsze. Oj, przygotowuje się małżonek psychicznie do powiększenia przestrzeni życiowej ;)

środa, 29 marca 2023

1197-1199. Toczy się.

Poniedziałek.
Opóźniłam poranne wstawanie o 45 minut, żeby ciało nadążyło za obrotem świata. Nie zjadłam śniadania w domu. Myśl się mi w głowie wykluwa, że dobrze byłoby zamiast od rana wgapiać się w laptoga, zaczynać dzień od szwedzkiej gimnastyki, jak pan Oleś Łupa (przez eł). Kochany wrócił nad ranem i ponownie wyjechał do pracy zanim ja wróciłam do domu, czyli mijanka.

Wtorek. 
Nie mam kiedy wprowadzić genialnych planów w tematyce gimnastyki, bo budzik dzwoni o siódmej i przestawiam go na wpół do. Potem przygotowuję się do zajęć z irlandzkiego, do których finalnie i tak przygotowana nie jestem. Ale gdy kończę męki uczenia się gaeilge Fred się budzi i jest lepiej. Jemy obiad, powoli dochodzimy do siebie, każde na swój sposób. Mieliśmy na wieczór jechać do K&Jot, ale przyjaciel chory, więc pojechaliśmy do miasta, ożłopać się kawy i napełnić lodówkę dobrami doczesnemi. Założyłam spodnie w kratę, skarpety w jeże i czapkę z daszkiem na bok. Ach, byliśmy w TK Maxxie, dla zasady czapeczka kaszmirowa została kupiona (bo nikt nie chciał taniochy), oraz buty dla Ka, oraz zestaw miseczek made in Japan, które jeszcze nie wiemy do czego będę używane, ale się nam podobają. Wieczorem oglądamy Hair Formana (1979), dvd odleżane jakiś czas w polskim domu i przywiezione przez Freda szczęśliwie w sobotę.

Środa.
Turlamy się dalej. Z rana pogoda szara, z morzem szumiącym w oddali. Kochany podwiózł mnie do miasta przy okazji swojej drogi do onko. Wizyta była chyba ok, Kochany ma mieć jeszcze usg (z innej okazji). W drodze do domu zajechaliśmy do Woodiesa i Fred kupił kilka chabazi do ogródka (dwa zestawy po 6 wrzosów/wrzośców i trzy zdychające prymulki z przeceny, które wskoczyły już na miejsce zmarniałej lawendy hiszpańskiej, bo chciałam się po obiedzie rozruszać). 

Ponieważ kota nie widzieliśmy od rana, wyszliśmy sobie na spacer nad morze, żeby przy okazji pozaglądać ludziom do ogródków. Wszystko fajnie, wieje, zakręcamy do wsi, i gdy byliśmy już na głównej drodze, Fred dostał kolejny telefon z nieznanego numeru. W taki sposób poznaliśmy Mary i Bernarda mieszkających po drugiej stronie wsi. Ryszard był u nich w korytarzu, zdumiony, że ojciec z matką przyszli po wyrodnego syna. Trochę go niosłam do domu, ale nieomal doszło do łapoczynów, więc w zasadzie szliśmy, kocim tempem, bardzo męczącym, bo Ryś był sfrustrowany i trochę obrażony. Marcuje się nam ten futrzasty osioł.

Wieczorem Fred dzwonił po kumplach, jednym z hospicjum i drugim, mieszkającym gdzieś ze 100 km od pierwszego ("osobowość niedojrzała ze znacznie upośledzoną umiejętnością komunikacji"). Zapowiada się, że małżonek będzie leciał zobaczyć kolegę, który znalazł się w ciężkiej sytuacji życiowej i zakotwiczy u drugiego kolegi (tego od trudności z komunikacją;)), Kochany już zabukował bilety do Frankfurtu-Hahn. Poza tym rozmawiam z mamą. Poza tym oglądamy czwarty odcinek Drogi z Gołasem (jak do tej pory najsłabszy). Poza tym zmęczona jestem. Jeszcze kilka zdań. Jeszcze mycie zębów.

niedziela, 26 marca 2023

1196. Bez myszki nie umiem.

Fred wrócił na łono rodziny nad ranem, przywieziony z Dublina przez Ka. Mój plan dnia jest ponownie całkiem domowy (pisanie, słuchanie i takie tam). Kochany podczas nibyobiadu (pierogi z polskiego sklepu) opowiadał o swoich przygodach oraz kiepskiej sytuacji rodzinnej Ka (bo doprawdy ni ma to jak brat katolik, uczciwy i krystaliczny oraz mać janopawłowo-ojcopiowo-jezusowa, traktująca swoje dzieci po równo, a jakże, zaiste), potem wyjechał do pracy już wiedząc, że jakby się nie ustawiać, po powrocie będzie skonany. 

Quick update ogrodowy. Lucky Number na pierwszym planie, głębiej widać przekwitające Nie-Wiadomo-Co, na końcu główki Ripów ze skłonnością do upadku:


Zbliżenie na Ripa van Winkla:


Oraz kiepskie zdjęcie z Pipitami na pierwszym planie. Te niższe z długimi trąbkami to małe Jetfire, a z tyłu kremowe Bridal Crowns:

Grządka nie chce się dobrze fotografować, no nic im nie poradzę, że kolor żółty chimeruje przed smartfonowym aparatem. Poza tym dzień spędziłam na przełączaniu się z laptopa na laptop i w związku z tym ciągłym szukaniu myszki (laptopów mam bowiem trzy, a myszkę jedną, tymczasem bez niej nie umję). Pisanie pracy nie idzie jakoś nadzwyczajnie, ale zmieściłam się w zamierzeniu "jedna strona dziennie". Nie wiem jakim cudem właśnie minęła dziewiąta wieczór, głowa podpowiada mi inny czas. 

sobota, 25 marca 2023

1195. Zaraz, za chwilę.

Co dzisiaj robiłam? Irlandzki (męczę się jak nieszczęście), wychodzenie po śmietniku przez okno (w końcu odblokowałam furtkę od ogródka), smażenie jabłek do granoli, przymiarki do SPSS-a, pisanie do ludzi po prośbie, oglądanie Midsomer Murders (19.5) & prasowanie. W domu w Polsce Rozalce już lepiej, lata jak perszing. Mąż najedzony i dostarczony na lotnisko, czeka (tym razem karoca spóźnia się trzy godziny). Fatalnie, bo jutro Kochany od razu do pracy na popołudnie, żeby nie było mu w życiu za dobrze. Pisalniczo zrobiłam niewiele, światełko w tunelu jest nikłe. Uciekam w sen (właśnie sobie uświadomiłam, że jutro krasnoludki ukradną mi jedną godzinę dnia, FECK!). 

piątek, 24 marca 2023

1194. Skupienie.

Ze strupów na głowie: wczoraj na wiesce Ryszard został zaskoczony mocnym deszczem i od tego momentu nie widziałam go do rana. Dopiero, gdy autobus wsiowy wdrapywał się na górkę (a ja razem z nim), dostrzegłam miniaturowego tygrysa spokojnie wracającego z nocnej balangi. I tak to Ryśku dostał PPPP (pierwszy posiłek późniejszym popołudniem), gdy wróciłam z pracy. 

Poza tym wiatr (zawsze) i deszcz (od czasu do czasu). Odrabiałam podorywkę na dwóch zagonach; z rana zapodałam sobie pojedyncze macchiato w Kocie (chyba to jest jakiś pomysł, gdy nie ma czasu na picie dużej kawy), lunch zjadłam przy pracowniczej kuchni, ale przyniosłam go w pudełku ze Stockwell Artisan (Emma, nasza główna kucharka, miała ostatnią szychtę — po 11 miesiącach zwolnili ją z dnia na dzień). W domu Ryszard poprosił o dwiealbotrzy dokładki i zasnął zniechęcony pogarszającą się pogodą. Fred mi zameldował, że na powrót jest u moich rodziców, że Rozalkę boli brzuszek, że udało się mu namówić jeszcze jedną osobę do udziału w projekcie oraz że spotkał się ze znajomą w Bolesławcu, w związku z czym wie, że w Oleńce nie warto ani jeść sandacza, ani tym bardziej nie należy tam pić kawy, bo się robi smutno. Ja zameldowałam Fredowi, że przyszło mu zapytanie z Social Welfare, czy jego circumstances się zmieniły, a jeśli umarł, to że bardzo im przykro i przepraszają, że pytali. Kontynuuję kwestię robienia zamiast myślenia i rozkoszowania się drobnostkami. Mówię do siebie na głos, kot właśnie wysłuchał w kuchni mojego wykładu na temat wojny domowej w Irlandii. Pora na czytanie Skarżyńskiej do snu. A jutro zaczęte będzie bez budzika!

czwartek, 23 marca 2023

1193. Don't panic!

W pracy rozpasanie kulinarne, gdyż nasza grupa na zaliczenie robiła brunch dla obsługi budynku. Delicje: jogurt z granolą i smażonymi owocami (to się nazywa ęącko frużelina), hiszpańska tortilla, gofry z czym kto chce (u mnie z nutellą i dżemem truskawkowym) i inne takie (wymieniłam tylko to, czego posmakowałam; zapakował do plecaka drugi jogurt, pół paczki granoli i dwa sconesy). Gdy po powrocie do domu zadzwoniłam do Freda, małżonek siedział gdzieś w Jeleniej, w bardzo dobrej komitywie, więc zamachałam jak Forest Gump: Zbyszkowi, Baś Dzielnej Fotografce (podobno ujaranej do imentu) i Kudłatemu, który grał we Fredowym filmie. Po południu trochę słabo się czułam, miałam dreszcze, lekko bolało mnie gardło. Obiad, kawa, luknięcie do firmowego laptopa, irlandzki, będzie jeszcze nasiadówka nad lekturą do magisterki. Zmuszam się, bo chodzi mi o to, żeby nie myśleć o robieniu, tylko robić. Cieszy mnie, że Kochany jest rozanielony dzisiejszymi rozmowami z ludźmi i nowy projekt się mu wykluwa. 

środa, 22 marca 2023

1192. Zimne początki.

W Polsce było mi w nocy za gorąco, tutaj z kolei za zimno (podkręciłam termostat, ale to nie takie hop siup). Ryszard po pierwszym śniadaniu od razu wyfrunął na spacer. Gdy zobaczyłam jak ogarnia wzrokiem swoje włości siedząc na śmietniku za oknem, byłam pewna, że tak właśnie wygląda kocie szczęście. W pracy powolny początek, dzisiaj tylko biurokracja. Ze schodowych ploteczek wiem, że Luiza dopiero wróciła z chorobowego, jej niedyspozycja sprzed prawie dwóch tygodni okazała się covidem. Na obiedzie byłam w Cedar Gate. W ogrodzie rozkwitły mi Lucky Numbers, Ripy van Winkle, Jetfire, Bridal Crowns i, zaskakująco, Pipity. Zły wiatr je miażdży (przy okazji też zły wiatr wyłącza na wsi światło od czasu do czasu). W drodze z pracy zaczęłam czytać Bielmo Gutowskiego (Agora, 2022). Lektura będzie nie tak szybka jak ostatnio, ale już widzę, że i tu nie ma konieczności łamania sobie mózgu. Po południu staram się być produktywna, ale idzie różnie. Pierwsze zadanie z irlandzkiego wysłane i może zaraz wezmę się za mgr. Czaty z sąsiadkami były, przywitałam się z Anną, Katlin oddała mi klucz, którym posługiwała się Sandra, Anne właśnie odebrała swój prezent kupiony przez Freda w Czasie na herbatę (wpadła do nas w płaszczu dla morsów). Kochany nadal w Polsce (rano zawiózł mamę do pracy, potem pokazywał mi, jak w podróży mija Ostrzycę Proboszowicką), nie do końca zadowolony z nowej miejscówki, kupił dwie dodatkowe książki: Chamstwo Pobłockiego i książkę o rodzinie Ani. W najnowszych ploteczkach ze znanego nam świata różnorodność: jeden znalazł w końcu dobrą terapeutkę (i teraz to już podobno naprawdę jest lepiej), drugi umiera w hospicjum na raka (ale udaje, że nie), trzeci w więźniu (znowu). Ciekawych ludzi zna mój mąż, albo też ludzie w ogóle są interesujący, gdy się o nich nie kłamie. Wiosna astronomiczna przyszła w poniedziałek. Tutaj, gdzie jestem, nie widać.

wtorek, 21 marca 2023

1191. Z domu do domu.

Przyjemna pogoda, nadal szara, ale ptaki śpiewały na wiosnę. Obudziłam się wcześniej, żeby chociaż trochę przygotować się do zajęć z irlandzkiego, z których i tak wyszłam w połowie, bo był już czas zjeść obiad (zupa grzybowa i wątróbka) i upchnąć w podręcznej walizce kilka rzeczy. Zostawiłam w Polsce moje kraciaste Conversy, intencjonalnie, pora na inaugurację drugiej, identycznej pary (najpierw trzeba ją oczywiście odnaleźć, ufając, że mole nie zrobiły tego wcześniej). Z innych jeszcze polskich njusów, Babcia Mania dostała zawiadomienie o wszczęciu postępowania administracyjnego z województwa łódzkiego. Jakim cudem babcia miałaby mieć tam grunt? Na pierwszy rzut oka pomyłka, chociaż ...

Wczorajszy plan był taki, że zabiorą się z nami rodzice, ale mama zamartwiała się możliwymi spóźnieniami i innymi problemami tego świata, które prawie nigdy jej nie dotyczą, więc pojechaliśmy na lotnisko tylko z Fredem (wstąpiliśmy na chwilę do miasta, żebym mogła się z mamą pożegnać). Na miejscu czekała nas niemiła niespodzianka zamkniętej Costy (a już wizualizowałam sobie jedzenie rurki z kremem). 

W samolocie zaczęłam czytać jedną z kilku antyklerykalnych książek spakowanych w bagażu, Sakrament obłudy Roberta Samborskiego (Krytyka Polityczna, 2021). Gdy podchodząc do lądowania minęliśmy Howth, kończyłam właśnie ostatnią stronę. Szybka lektura dla ciekawych życia wybrańców bogów. Mnie nie zaskoczyła. 

Transportowo jak w zegarku, lot pierwszy raz od dawna nie był spóźniony (wręcz przeciwnie, widać było, że załodze zależy na szybkim przepchnięciu podróżnych we właściwym kierunku), na autobus 100x czekałam z 10 minut, na wehikuł do naszej wsi jeszcze krócej. Z tej okazji zrobiłam dobry uczynek i kupiłam bilet niejakiemu Markusowi, gdy się mu karta zapodziała, a zabrakło mu kilka centów do pełnej kwoty. 

W domu byłam trochę przed dziewiątą. Wystarczyło zachrabęścić kluczem w zamku, a zaraz za drzwiami rozległo się żałosne miaukanie. Było ocieranie się o nogi, mruczenie, bieganie po domu przerywane jedzeniem. Na wybrzeżu pada i wieje, ale nie miałam serca przetrzymywać Ryszarda w areszcie, więc gdy się najadł od razu poleciał przewietrzyć futro na dzielnicę. Ogarnęłam trochę chatę z kociego żwirku walającego się gdzie bądź. Herbata jest, na kolację cienkie kabanosy przywiezione z Polski, w pralce ręczniki pracują nad czystością. Jestem w domu.

poniedziałek, 20 marca 2023

1190. Wolałabym nie.

Szaro. Wygramoliliśmy się z betów niespiesznie. Był spacer po lesie i zapalanie zniczy na cmentarzu. Luś chciała się umówić na kawę, finalnie przyjaciółka miała gorączkę i lepiej było dla wszystkich, żeby po pracy poszła do domu (nie wnikam, co ona w tej pracy w ogóle robiła). W każdym razie po południu pojechaliśmy z Kochanym do Mozarelli 2.0 (fusion kuchni włoskiej, na czwórkę z minusem) i do Kota. Gdy siedzieliśmy przy kawie rozpadało się od serca i w takim deszczu wróciliśmy na domowy obiad. Mam nastrój końca wakacji (czas do następnych najchętniej przespałabym jak jeże zimę); Fred zabukował dwie nocki od środy w starej wozowni (o tej porze będę już w domu). Próbuję wyjaśnić mamie zasady języka irlandzkiego (sama wiem niewiele więcej). Oglądamy Columbo, 3.3. Wcale się mi nie podoba, że jutro lecę.

niedziela, 19 marca 2023

1189. Zurück.

Miałam ochotę pożyczyć Pamięć i tożsamość Wojtyły, ale bałam się kontynuowania tematu (i tak teściowa zaraz pokazała jedną szafkę w kredensie pełną wydań janopawłowych snując wyobrażenia, że dobrem tym dzieci będą chciały się podzielić po jej śmierci; lepiej było nie ryzykować). Na śniadanie biała kiełbasa, pakowanie się, szarlotka od Sarzyńskiego, mycie zębów. Pogoda piękna, więc pożegnaliśmy się z mamą Freda i przeparkowaliśmy samochód pod pałac. Następna godzina została zmarudzona na robieniu zdjęć pawiom (biały gdzieś się rano schował), spacerze do łachy i kawie w Czartoryskiej. 



Kochany od samego początku planował jechać na Dolny Śląsk przez Wawę, ale w obraniu dokładniejszego kierunku pomógł nam telefon od Jacka. Na godzinę skręciliśmy do strzeżonego osiedla pod stolicą, na herbatę i żeby pogłaskać małego, grubego psa. Po drugiej z błogosławieństwem autostrad ruszyliśmy z kopyta (znowu zatrzymaliśmy się w okolicach Łodzi). Podróż była szybka, raczej spokojna, z ciekawych rzeczy już za Łodzią widzieliśmy na niebie parhelion (słońce poboczne). Chyba oboje jesteśmy zmęczeni, ja to na pewno, chociaż nic takiego nie robiłam (poza jedzeniem, i jeszcze, poza kimaniem w samochodzie).

sobota, 18 marca 2023

1188. Korzenie.

Piątek był na tyle intensywny, że nie zawracaliśmy sobie głowy irlandzkim świętem,  wiemy tylko, że na paradzie w Drołdzie padało. Tymczasem tutaj kolejny słoneczny dzień i chociaż wczoraj leciałam na twarz, podróżnicza niespokojność nie pozwoliła mi wydajnie odpoczywać nocą (dopiero pozycja na ośmiornicę uśpiła mnie do ósmej rano). Teściowa wyrwała dla nas u Sarzyńskiego sześć ostatnich puławianek. Po śniadaniu pojechaliśmy w trójkę na cmentarz za miastem, spacer był dłuższy, Kochany wymieniał się z mamą informacjami o zmarłych znajomych, a po drodze do domu wstąpiliśmy jeszcze na kawę do Czartoryskich.

Czuję się zaopiekowana i miasto się mi podoba niesamowicie. Po dwudaniowym obiedzie (zupa ogórkowa/zrazy; przez cały dzień ani chwili nie byłam głodna, teściowa oświadczyła, że jestem jak niteczka i +5kg mi nie zaszkodzi) pojechaliśmy we dwoje na spacer do Kazimierza. Zaparkowaliśmy w mieście, poturlaliśmy się do Wąwozu Korzeniowego, potem do Wedla na herbatę z konfiturą imbirową.



Powrót do NA ok. siódmej, ale zaszliśmy jeszcze do Czasu na herbatę (prezent dla Anne, filiżanka dla mnie) i Empiku (dwie płyty Gaby Kulki i dawno odkładany Turnau po angielsku). W domu na kolację śledzie, z puławiankami, oczywista. Fred w okularach, wypełnia jakieś spadkowe pierdelety; nucę Domowe przedszkole.

piątek, 17 marca 2023

Postscriptum #1186-1187.









1187. Kolejny dom.

Szwagrowski wszystko ogarnia (zainspirował mnie nawet, żeby po powrocie do domu wyrzucić z naszej kuchni rzeczy, których od lat nie używamy), śniadanie przez niego podane było wzorcowe, na dokładkę dostaliśmy w prezencie zapasy czystka. W zawodach na ilości porannej kawy Usz wygrałaby z Fredem zdecydowanie (dwa i pół kubka). Przed dziesiątą opuściliśmy Ursynów, po jedenastej zobaczyliśmy kominy Azotów. Została jeszcze chwila do wizyty u notariusza, spędziliśmy ją spacerując po Empiku. Sprawy biurokratyczne, które zebrały całe rodzeństwo i teściową w jednym miejscu trwały jak dobry egzamin dyplomowy, 40 minut. Potem Kochany przeparkował samochód pod blok i trochę czasu spędziliśmy w piątkę. No coraz bardziej się tu robi jak w kaplicy, to Stu podczas jedzenia flaków, na uwagę, że w oknie też jest jakaś kartka z modlitwą. Po jakimś czasie zjawiła się teściowa, która załatwiała dodatkowe formalności papierowo-finansowe. Zjedliśmy pyszne zrazy wołowe, popchnęliśmy ciastem, po zrobieniu kilku zdjęć do rodzinnego albumu szwagrostwo udało się w kierunku Wawy, teściowa do kościoła, a my do parku Czartoryskich. Spacer do łachy wiślanej (spotkaliśmy panią z dwoma ślicznymi psami, jeden miał oczy jak Bowie), Zielona, herbata w Okrąglaku; wszystko to zabrało nam trochę czasu, wracaliśmy przez miasto już drzemiące.

Energia mi gdzieś ucieka, mogłabym natychmiast położyć się i zasnąć.
___
edit 22:10 W tvp1 mówili, że nie ma pisowskiego państwa, tylko jest Polska, a teściowa chciała pogadać o tym, że Trzaskowski dąży do ograniczenia jedzenia mięsa. Na szczęście jedliśmy pierogi ruskie i zagryzaliśmy je śledziami (Usz lubi to połączenie, stąd pomysł na test smaków), więc było pole manewru do zmiany tematu. Brawo my ;) Nie tylko Fred zauważył dzisiaj nerwowe zachowanie Wu.

czwartek, 16 marca 2023

1186. Wawa wita.

Obudziłam się wcześnie, za oknem było bardzo jasno, więc ubzdurałam sobie, że musi być po ósmej. W ten sposób zdążyłam jeszcze uściskać mamę przed jej wyjazdem do pracy. Fred też zaraz wstał i mogliśmy zacząć ceremoniał napojowo-śniadaniowo-pakowniczy. Szron, następnie piękny, jasny poranek. Przed dziesiątą wjechaliśmy na autostradę pod Oleśnicą, a w południe jedliśmy obiad w Stop Cafe na mopie w Wiśniowej Górze pod Łodzią. Równie szybko dotarliśmy do szwagrostwa. Usz była w pracy, przywitał nas Szwagrowski i dwa koty wielkości słusznej (znałam wcześniej tylko Białą Panterę; to był pamiętny styczeń 2019, gdy oboje z Fredem chorowaliśmy na wyjeździe, a i tak było cudnie). Szwagrowski zabawiał nas rozmową, poił melisą i podziwiał moje kraciaste Conversy (sam ma niebieskie i czerwone wełny, podobno już ich nie produkują), aż przyszedł czas kopsnąć się pieszo/metrem do Usz i miejsca na Bielańskiej o nazwie Resort, gdzie dostaliśmy bardzo dobrą kawę o orzechowym posmaku i poznaliśmy Józefa (chwilę wcześniej Owsiak opuścił lokal i minął nas rozprawiając o czymś bardzo zaangażowanie). Józef może wpadnie do nas w tym roku w charakterze cat sittera (bardzo chce i wygląda na porządnego człowieka). Pogadaliśmy w czwórkę aż do zmroku, pożegnaliśmy się z nowym kumplem i wyszliśmy rodzinnie na miasto. Dotarliśmy do pomnika Kaczyńskiego, pomnika schodów i odkopanych fundamentów pałacu saskiego (głównie po to, żeby się trochę pośmiać), po czem wyruszyliśmy w poszukiwaniu doznań kulinarnych. Karczma Balkany Od Kuchni nas gościła, ciepłe, smaczne miejsce. Na dobranoc spacer chłodnym Ursynowem do domu i czystek do picia (napój mnie przekonał, może kupię). Zmachana jestem zmachaniem bardzo dobrym, jutro wczesna pobudka i kolejna podróż, tym razem krótsza.

środa, 15 marca 2023

1185. Ruchy.

Poranek rozwijany powolnie, a cały dzień raczej chaotycznie. Fred podwiózł mnie na uczelnię, żebym mogła oddać Rokeacha, zapłacić wysoką karę za przetrzymanie i podbić legitymację. Wyobrażałam sobie, że pogalopujemy gdzieś dalej, ale po dłuższych dywagacjach wróciliśmy do miasteczka. Najpierw zaciągnęłam Freda do pierwszej suszarni w Tcy (w ramach testu), gdzie nakarmiłam go wodorostami, bo sam nie umie w pałeczki (rolki dobre, miso takie sobie, poza tym na początku zupę podano nam za zimną). Była też kawa z aeropresu u Kota, potem obiad z rodzicami pod strzechą Zajazdu. Żeby dwa razy nie wskakiwać w ciepłe ubranie, po powrocie domu od razu wyszliśmy na spacer, przy okazji zapaliliśmy znicze na grobie dziadków i cioci Stachy. W ciągu dnia zrobiło się chłodno (jeszcze w Kocie widzieliśmy płatki śniegu tańczące za oknem, a pod koniec spaceru dziarsko przebieraliśmy nogami uciekając przed zimowym deszczem). Wśród kilku pozytywów: dostaliśmy zdjęcia od Rysiowej opiekunki, kot kombinuje jak może, żeby wymknąć się z domu, ale Sandra jest sprytną dziewczyną. Oczywiście jakieś ogony i nawisy spoza czasu wakacyjnego nas nagabują, ale dzielnie odpieramy ataki. Jutro znowu hyc.

wtorek, 14 marca 2023

Postscriptum #1182-1184.








1184. Nieśmiałe wędrówki.

Wstałam wcześniej, żeby przygotować się do zajęć z irlandzkiego (było trochę nieprzewidzianej ekscytacji, bo rano na jakiś czas wyłączono nam prąd i tata na próbę  uruchomił nowy agregator; brak prądu był jednak chwilowy, gut). Po lekcjach fryzjer, więc od razu wskoczyliśmy z Kochanym do samochodu (szybko poszło). Potem obiad z rodzicami na mieście (u Chińczyka). Tatko chętnie napiłby się z nami kawy, ale mama znowu była hamulcowym, więc do Kota wybraliśmy się sami. Bardzo przyjemna niespodzianka mnie tam spotkała. Początkowo nie rozpoznałam ładnej dziewuszki z diastemą, bo zmienił się jej głos, ale faktycznie w poprzednim życiu była to moja uczennica, Śliczna Dziewczyna, obecnie lat 22. Nie dość, że śliczna, to jeszcze mądra i zdolna do artykułowania opinii (nie jest tak źle z tym krajem). Wieczorem Poiroty oglądane nieuważnie, trochę Sztosu (chociaż Nowickiego nie lubię, a śmierć mu nie pomaga), za oknem pogoda zmieniająca się w wietrzną pluchę.

poniedziałek, 13 marca 2023

1183. Bez wydarzeń.

Ta Rózia to widać nabrała kota, taka się z niej trochę Grycanka zrobiła, orzekł Fred przy śniadaniu. Dużo było rozmów o zwierzętach w układach różnych (ja z Fredem, my z tatką, mama na dokładkę, gdy już wróciła z pracy). Po południu miałam spotkanie z Gronją, zobaczyłam sławetnego Majkela Ka i podciągnęłam się ze spotkań na teamsie. Poza tym kontynuacja sielanki domowej. Klikamy, gadamy, jemy, siedzimy między zwierzakami, wieczorem oglądamy kryminały na TVS. Wyszłam na dwór tylko dwa razy, za pierwszym umyślnie dla sąsiadki, pani eN, największej pierdoluśnicy w tej części wsi, żeby miała o czy gadać, za drugim razem do apteki. Trochę wróciłam myślami do magisterki, ale na spokojnie, żeby sobie ciśnienia nie podnosić bez sensu. Mamy już plan na jutro i tego się trzymam. Czasami myślimy jak tam Ryszard i za nim tęsknimy. Rekonwalescencja Fredowej stopy zmierza we właściwym kierunku.

niedziela, 12 marca 2023

1182. Stacjonarnie.

Zaczęliśmy niedzielę pyszną zupą zjedzoną przed drugą po północy. Fred nadal kuleje po tym jak kilka dni temu natarł sobie pęcherz na stopie, więc nie za bardzo mogliśmy się dzisiaj lansować na wsi i siedzieliśmy w domu, jedząc, oglądając tv i głaszcząc zwierzaki (Kochany potraktował stopę maścią, która wcześniej pomogła jednemu z dochodzących kotów; Rozalka jest naprawdę mała i bardzo śmieszna). Po śniadaniu rodzinnie Kawa na ławę i Loża prasowa (żeby nadrobić njusy z polskiego piekiełka; tylko tatko jak zwykle z doskoku, kuśtykający pomiędzy zwierzętami i domowymi obowiązkami). Obiad, jakiś Leslie Nielsen w odbiorniku, drzemka, skoki na Holmenkollbakken, kolacja kanapkowa, Forest Gump. Pomiędzy złożyłam cv w jednym miejscu absolutnie bez nadziei, że dostanę feedback, po prostu, żeby było. Staram się nie myśleć o rzeczach niemiłych.

sobota, 11 marca 2023

Postscriptum #1181.

Bardzo nam ta przysługa Anne pomogła, nie musieliśmy stać na przystanku ociekając deszczem. Na lotnisku jak zwykle naćpaliśmy się perfumami (odkryłam fajny zapach Toma Forda o nazwie lost cherry). Po kawie/herbacie niespodziewanie wpadliśmy na Elizabetę, która nas wyściskała i uaktualniła wiadomości. Chwilę rozmawialiśmy o swoich kierunkach (ona akurat do Hiszpanii, z panem nam nieznanym, który drzemał w dworcowym fotelu). A samolot spóźniony, mieliśmy lecieć przed szóstą, wystartowaliśmy po siódmej (czekając na lotnisku uwolniłam stopy i machałam kolorowymi smyrami, jedliśmy czipsy, skrolowaliśmy telefony). Lot był spokojny, świat, że oko wykol, nie dość, że nad Wyspami chmury, to jeszcze w Europie widoczne oszczędzanie energii (może to i lepiej). Po wylądowaniu kolejna niespodzianka: rodzice wrócili z połowy drogi, żeby wymienić auto na inne (podobno coś z hamulcami) i jadą do nas naszym oplem. Cóż, czekamy. Witaj, kraju :)

1181. Pora.

Fred od rana ma weltschmerz, za siebie i za kota. Małżonek cudze emocje odczuwa w dwójnasób, więc już cierpi z tego powodu, że Ryśka zostawiamy zamkniętego w domu i nikogo tu nie będzie, żeby mu wytłumaczyć dlaczego. Oczywiście, pakowanie do końca odsuwam. Wpadło nam szczęśliwie do głowy, żeby zapytać Anne, czy nie jedzie w kierunku miasta. Okazało sie, że sąsiadka nie tylko jedzie do Pcimia, ale nawet do stolicy, więc stres związany z wyobrażonym spóźnieniem się wszystkich autobusów mamy załatwiony pozytywnie. Pogoda u nas ujowa, im dalej w dzień, tym bardziej leje; nie trzeba Ryszarda namawiać na pozostanie w chacie (kot śpi w sypialni). To co, see you later alligator, right?

piątek, 10 marca 2023

1180. Wolne tempo.

Śnieg w mieście na centymetr, po południu jeszcze lepsze widowisko: panorama górska cała w bieli. Tymczasem nasza wieś jest zaczarowana, rano zimno bardzo, za to popołudniem Ryszard wygrzewał się na śmietniku reprezentacyjnym, dopóki zachód słońca nie przysłonił mu sceny. 

Z okazji wyjazdu do Polski, po pracy kupiłam pomadkę L'Oreala kolor 110 (Made in Paris) i ichnią mascarę (zobaczymy jak się będzie sprawowała - za radą Brooke Shields przestaję sobie wmawiać, że muszę mieć wodoodporny tusz do rzęs). Kochany przyjechał po mnie do miasta, po zakupach obiadowych od razu pognaliśmy nach Hause. 

Wiemy, kiedy jutro musimy wyjść na autobus. Fryzjerka w Polsce umówiona. Wysadziłam do maluchnej doniczki pestkę mango, która do tej pory wygrzewała się na parapecie (kiełkuje, ale boję się, że w kuchni spleśniałaby do mojego powrotu). Gra Voo Voo, Płyta z muzyką (2001). Odprawiona jestem i ... stupor. Pakuję się wolno jak żółwica. Podczas przeglądy zwyczajowego zestawu podróżniczego, w starym portfelu znajduję prawie zupełnie wyblakły paragon za przejazd autostradą małopolską w podróży poślubnej (10 zł, 9/9/2019). Tamtego dnia był poniedziałek, śmigaliśmy do Guciowa, cały wpis na starym blogu brzmiał następująco 

urokliwe śniadanie, rozmowy o ateizmie, dziadku francuskim komuniście, po czym pora jechać po 10-tej. za oknem deszcz, tak pada z przerwami aż do Krakowa. przejechaliśmy przez Konopiska (miejscowość w której mieszka Kamila), S1 na Myslovitz, potem A4 aż do Jarosławia. tam się zatrzymaliśmy, żeby zregenerować siły i obejść Rynek (wcześniej był postój przy barze tauron - Kraciasty jadł golonkę, ja żur z jajkiem). w Jarosławiu znaleźliśmy synagogę. potem Wiązownica, przystanek. pan o mokrych oczach usiłował nam pomóc, Majdan Sieniawski - niemiła pani pilnowała drewnianego domku. szybko zapada zmrok. w kierunku Guciowa ostatnie km pokonujemy w zupełnej ciemności ... gdy dojeżdżamy dezorientacja. są jakieś domy, jest pies, jest latarka taty, więc Kraciasty znajduje po 15 minutach pana, który to ogarnia. mamy pokój na poddaszu, z prysznicem, ręcznikami, czajnikiem ... jest dobrze. na dobranoc kochany opowiada mi o liczbach zespolonych i osi liczb urojonych.

True story once again. 

czwartek, 9 marca 2023

1179. O wciórności.

Fred wrócił dopiero o piątej nad ranem. Deszcz, wiatr sztormowy, real feel -9℃, aż nie chce się wychodzić. Ale w końcu trzeba. Na kurtkę założyłam goretex i tak wytoczyłam się z domu. Za oknami autobusu białe grzywy fal na morzu.

W pracy Luiza źle się czuła i zostawiła mnie samą na gospodarce jeszcze przed południem. W kąciku ust wyszło mi zimno nie wiadomo skąd. Faktycznie, coś jestem ostatnio osłabiona, mam drobne krwotoki z nosa, iwogle. No cóż, Sandra dogadana w temacie opieki, ma już klucz, cena przyklepana. Ach, i miseczka się mi pojawiła w pracy, własna, moimi ręcami uczyniona i przywieziona do domu w opakowaniu ze starych gazet (glazura jest w trzech niepasujących do siebie kolorach):

Skończyłam wpół do czwartej i z Kochanym poszliśmy na obiad do Cedar Gate*, potem jeszcze walczyliśmy z pogodą zaglądając do pet shopu i spożywczaka. W domu kot nadąsany, bo spacery niemożliwe, a my oboje wypompowani z energii. Ledwo się dowlokłam pod prysznic, żeby przetestować nowy balsam do włosów. Dopiero potem herbata z cytryną i mozolne łączenie kropek sieci neuronalnej, żeby jeszcze coś intelektualnego z siebie wykrzesać na koniec dnia. Wielkich nadziei nie mam. 57 km/h, ale rano będzie po wszystkim.
___
edit 21:43 * i tam sobie przypomnieliśmy, że dzisiaj jest czwarta rocznica Fredowych oświadczyn. No, i to był bardzo dobry pomysł, właśnie dodał mąż.

środa, 8 marca 2023

1178. Wszystko jest proste.

A jednak kaszkiet był tam, gdzie myślalam, że był, a nie tam, gdzie wyobrażałam go sobie katastroficznie :) Pięć godzin u Gronji minęło na spokojnym pisaniu paru maili i przeglądaniu paru arkuszy w excelu, chwila przerwy na kawę z Czarnej, po pracy wizyta w sklepie po wegeleczo i do domu (w międzyczasie tatko zadzwonił z życzeniami z okazji Dnia Kobiet, jak zwykle). W autobusie dosiadł się do mnie Majkel. Ach, źle wygląda, źle. Znowu zrobiło się chłodniej, już z rana zauważyłam, że pada na nas kaszka manna śniegu, po południu to samo. Śnieg w Irlandii, łuhu, oczywiście nie mam po nim śladu na ziemi, ale termometr nie kłamie. Zimno. Kochany w pracy, zapewne do późna (to jego ostatnia robota przed wspólnym wylotem). A mi z uszu dymi, kombinuję, który deadline odłożyć się da na później.

— Haigh, cén chaoi a bhfuil tú?
— Haigh, tá mé go breá, go raibh maith agat. Agus tú féin?
— Tá mé go maith. Cén t'áinm atá ort?
— Is mise Monica. Cad is ainm duitse?
— Peadar is ainm domsa. Tá sé go deas bualadh leat, a Mhonica.
— Tá sé go deas bualadh leatsa freisin.

A teraz wersja dźwiękowa:

— Haj, ke chłyltu?
— Haj, tamegobra, go ro mahagat. Agys tu fejn?
— Ta me goma. Kien tanim átart?
— Ismisze monika. Kadys anim ditsze?
— Peder isanim domsza. Ta sze go das błualat, amonika.
— Ta sze go das błualalatsa freszin.

wtorek, 7 marca 2023

1177. Dom odzyskany.

Szron lśnił na śmietniku za oknem, w domu cisza, którą przerwałam włączając pralkę. Nie musiałam się nigdzie ruszać, ale i tak od początku dnia towarzyszło mi napięcie, tylko trochę luzowane faktem, że odzyskałam przestrzeń życiową (na powrót rozłożyłam się z dużym laptopem w kuchni). Miałam ogromną ochotę włączyć audiobooka i odlecieć (czy ja w ogóle umiem słuchać w skupieniu?), ale przecież drobnica codzienności mnie przywoływała: Ryszardowi do michy nową karmę z tuńczykiem, zerknęcie na stronę HSE (sprawa medical cards się zapętliła), telefon do Ger, czy nie widziała mojego kaszkietu (nie widziała), logowanie się na Webexie (zawsze to coś nowego). Gaeilge tak jak myślałam, bardzo dużo rzeczy do nauczenia, mózg nie chce i mówi, że chyba już całkiem zdurniałam. Zajęcia skończyłam po dwunastej.

Sandra umówiona na zapoznanie z kotem wzięła zastępstwo w pracy i nie mogła po południu przyjechać. Fred za to zjawił się o ludzkiej porze, tyle, że bardzo sterany i część dnia po prostu przespał. Dopiero przy późnym obiedzie wymieniamy się informacjami na temat Wu, wrażeniami i opiniami. Papiery, papiery, grzebię w śmieciach, piszę szablon cv na zadany temat. Ziew.

poniedziałek, 6 marca 2023

1176. Dolinki.

Z samego rana zaliczyłam wkurw w pracy: nie mogłam otworzyć kłódki na drzwiach, bo jakaś pinda (domyślam się która) wzięła klucz ze schowka i nie raczyła go oddać, ani nikogo o tym poinformować. W dłuższej perspektywie fuj z tym, ale biegając w poszukiwaniu Krisa-woźnego zapodziałam szary kaszkiet Seebergera i teraz będzie mnie to dręczyło (bo, a co jak to nie było wtedy?).

Ponieważ Kris musiał zabezpieczyć drzwi, a kończył szychtę wcześniej, też skończyłam wcześniej i od razu wsiadłam do podstawionej karocy, która górami i dolinami zawiozła mnie do Carlingford. Na chwilę wpadliśmy do Aś (Wu oczywiście wspomniał o pentagramie, pomimo tego, albo właśnie dlatego, że został uprzedzony, aby jej nie drażnić), zjedliśmy pieczone kartofle u Ruby Ellen's, kopsnęliśmy się na spacer do kościoła cabrio oraz tradycyjnie rupieciarnia lokalna została przez nas odwiedzona (super komodę widziałam, z pewnością stuletnią, gdybym miała kąt do jej upchnięcia, już by była nasza, kosztowała śmiechu warte €140). Również na chwilę odwiedziliśmy Newry, Wu robił po drodze drobne zakupy.

W ten sposób mija ostatni dzień pobytu szwagrowskiego, jutro bracia ruszają z kopyta o bardzo wczesnej porze, najpierw na lotnisko, potem Kochany do pracy. Wieczorem zaczęliśmy rozmawiać o Mistrzu i Małgorzacie, to ulubiona książka Wu, więc się szwagier ożywił, a nawet pojaśniał (przy okazji też skopiował bratu audiobooka w czytaniu Wiktora Zborowskiego). Uścisnęliśmy się na okoliczność życzenia sobie do zobaczenia w najbliższym czasie. I już. Fred śpi, kot się umył i też ułożył do snu, Wu za ścianą podejmuje decyzję czy spać, czy słuchać audiobooka przez całą noc. Mnie jutro czeka gonitwa myśli. Ale na razie odpoczynek w innym wymiarze.

niedziela, 5 marca 2023

1175. Wyprawa kulturalna.

Chciałbym skorzystać z okna pogodowego, więc jeśli mógłbyś mi przygotować infrastrukturę do mycia samochodu ... rzekł Wu do Freda zdaniem złożonym o poranku przy kawie. W ten sposób szwagier zabrał się za pucowanie auta, gdyż wg jego standardów było za brudne, żeby nim jechać "na operę", czy gdziekolwiek indziej. Dla nas był ok, ale nie byliśmy przeciwni. Nie skończyło się na odkurzaniu, Wu wytaszczył wszystkie dywaniki i przetarł wnętrze na mokro. Widać było, że od razu lepiej się poczuł. Ale za to Ty jesteś szczęśliwy cały czas, a nie tylko wtedy, gdy sprzątasz samochód, pocieszałam Freda (który wcale tego nie potrzebował). Zdążyliśmy jeszcze zagadać Anne, jak wyjeżdżała zrobić nam operę ;)

W Dublinie byliśmy około drugiej. Po znalezieniu miejsca parkingowego poszliśmy na chwilę do zielonego Stefka:

Dłuższe szukanie restauracji nie dało pożądanych efektów, w ten sposób wylądowaliśmy w Toltece, po czym napełnieni meksykańskim jedzeniem z buta udaliśmy się w kierunku Bord Gáis Energy Theatre. Jeszcze w najbliższej Caffè Nero (z widokami na Grand Canal) zdążyliśmy uraczyć się kawą i czekoladkami kupionymi przez Wu:

W Kawalerze srebrnej róży Straussa/Hoffmansthala śpiewali: znane nam z Carmen Paula Murrihy (Octawian) i Celine Byrne (marszałkowa), Claudia Boyle (Zofia), a wśród panów Andreas Bauer Kanabas (baron Ochs) i Mark Stone (von Faninal). Murrihy była tym razem średnio przekonująca aktorsko, ale całość dobra, piękna scenografia, muzyczno-scenicznie najbardziej podobał się mi drugi akt.

Wzruszyło mnie jak w drodze powrotnej obaj panowie rozkminiali intencje marszałkowej. W domu przed północą, ja z bolącym gardłem i myślą, że jutro, czyli zaraz, trzeba do pracy. Arrrrghh. Dublin nocą jest piękny.

sobota, 4 marca 2023

1174. Sama.

Miałam jechać, ale nie pojechałam, bracia wybrali się w dolinę sami. Już wczoraj po wylądowaniu w łóżku wziął mnie stres, że wszystko rozgrzebane i może przynajmniej magisterkę warto nadrobić (kilka dni temu seminarkę oceniono mi na 5, wiem, że niezasłużenie i mnie to stresuje). Rano dodatkowo nie chciało się mi wstać, kot położył się obok, decyzja została przypieczętowana. Oczywiście to nie znaczy, że zaraz wzięłam się do pracy, prokrastynowałam jak mogłam. Szukałam w sieci materiałowego etui do laptopa, znalazłam opiekunkę dla kota (Sandra, lokalna dziewczyna), rozmawiałam z rodzicami i generalnie odtajałam. Sądzę, że tak na mnie działa przeludnienia w domu, czuję się trochę nieswojo, tracę radość. Sobota z kotem+.

Piosenka Dido, White Flag, ma już 20 lat, kto by pomyślał.

Sposób jedzenia w tej rodzinie jest genetyczny. Po powrocie z doliny panowie zmietli postawiony obiad w dziesięć minut. W głośnikach Lubomski śpiewał Comte'a. Po zanurzeniu muzycznym Fred zapoznał młodszego brata z Ojcem Tedem.

Ach, i jeszcze prawdziwy Jetfire, śliczny karzeł z pomarańczową trąbką obfocony chłodnym porankiem:


Od nowego tygodnia idzie jeszczebardziejsze ochłodzenie, dzielne są maluchy (widać na zdjęciu, że mu trąbka zmarzła).

piątek, 3 marca 2023

1173. Sen i jawa.

Śniło się mi, że babcia Mania zmartwychwstała. Trochę mnie to zdziwiło i nawet we śnie sprawdziłam bloga, bo nie pamiętałam, kiedy. Blog mi potwierdził, że i owszem, całkiem niedawno. Babcia Mania pokazywała mi jakiś tekst o niej, który ją zaniepokoił, ale przy tekście było zdjęcie zupełnie innej kobiety, którą babcia rozpoznawała jako samą siebie. Pomyślałam w tym śnie, że po zmartwychwstaniu babcia musi się wziąć, bo pamięć zaczyna jej nawalać ;)

Bardzo nie chciało się mi zaczynać dnia. Przez ostatnie pół godziny Ryszard dozorował tuż przy mojej twarzy i raz pacnął mnie nawet w nos. Pobudka dla wszystkich jednaka, ja do pracy, a Kochany z bratem do Północnej, na Groblę. W robocie dzień upłynął leniwie w oparach mielonego papieru, za oknem szaro, znośnie. Żeby nie czekać na autobus przez godzinę jak ten głupek, zaszłam do Czarnej na herbatę i odkryłam pyszny sernik, słonokarmelowo- czekoladowy. W domu wciągnęłam makaron, zrobiłam obiad dla wracających z podróży facetów (obiad zniknął w tempie ekspresowym, Rory nie zdążył zagrać mojej ulubionej piosenki), chwilę poczatowałam z Anną oraz kotem, który zasadza się na myszy mieszkające pod szopką. W sobotę jedziemy we trójkę w dolinę, nie wiem jeszcze co na siebie założę, pomyślę o tym jutro.

(jetfire rozkwitły; zdjęcie zrobię w innym czasie)

czwartek, 2 marca 2023

1172. Oswojenie.

Spałam dobrze. Oboje wybieraliśmy się z Kochanym o wczesnej porze do pracy, ale żadne z nas nie zaburzyło snu naszemu gościowi. Wu wypoczął i podczas naszej nieobecności dogadał się z kotem. W pracy przewalanie papierów do bólu opuszek palców (Kejti wpadła po odbiór dyplomu, widać było, że bardzo chce pogadać). Atmosferycznie: powtarzające się deszcze. Kulinarnie: po mojej pracy Kochany przyjechał z bratem do miasta i zjedliśmy obiad w Il Forno, po czym przez zakitolone mżawką miasto poczłapaliśmy do Czarnej na kawko-herbatki. Wu się oswoił, wśród opowieści rodzinnych (takie np. seppuku) pojawiły się nawet tematy trudne. I dobrze. Szwagier jest (jak pisałam) zupełnie od Freda inny ;) Już w kawiarni zaproponował, że po powrocie zajrzy do łazienkowego podgrzewacza powietrza, któremu się urwał sznurek. Widać, że to było dla niego zajęcie ważne, bo tylko się rozpłaszczyliśmy, a śrubokręt poszedł w ruch. Podgrzewacz działa :D Nażarta jestem bardzo, Fred zmęczony wczesną pobudką, więc już ciążymy ku łóżku.

środa, 1 marca 2023

1171. Orzeł wylądował.

Przynajmniej jedna rzecz z głowy, szwagier jest na miejscu. Byłam niespokojna, bo Kochany i jego brat są zupełnie różni ... Freda wszyscy lubią ;) Poza tym gościć starszą panią, nawet jeśli słuchającą Radia Maryja, to trochę co innego, niż natykanie się z rana w Kuchniosalonie na rosłego faceta z zarostem i opalenizną szejka. Dodatkowo nakładają się mi stresory. Doszła praca online z Gronją, a w ciągu dnia dostałam link do kursu języka irlandzkiego i przekonałam się ile tego jest. Różne luźne sznurki wiszą. Pół dnia przełaziłam bez celu pomiędzy Kuchniosalonem i sypialnią. Ryszard trzymał się sypialni, na szejka łypie okiem nieufnym.

Jak trzy krople, ironizował Wu, gdy Fred zadzwonił do Stu z życzeniami i obaj bracia mogli najmłodszemu poskładać (w kamerce pojawiła się również głowa kolejnego pokolenia wolandów i pokazała ciotce wszystkie mleczaki). 

Jednym uchem łowię kuchenne rozmowy.