Strony

sobota, 30 kwietnia 2022

865. Kap, kap 2.

Od rana do wieczora, z każdą godziną bardziej deszcz, od pojedynczych kropel do gęstszej mżawki. To dobrze dla tych wszystkich przesadzonych badyli i małych istot wylatujących właśnie pierwszy raz z gniazd (koty robią marsowe miny gapiąc się na krople spływające po oknach; zmokłe szpaki od czasu do czasu przylatują na łatwy posiłek, albo bujają się na drutach zbite w grupę zmokłych kur wagi lekkiej). Po południu wyjechaliśmy do Termon na lunch (siedzieliśmy pod dachem o który bębniły gęstniejące opady; w restauracji luźno jak na sobotę) i szybkie zakupy spożywcze, poza tym zero przygód. Zamiast tego jest pogadanka z Usz o pieczywie (szwagierka akurat przebywa u swoich teściów) i zaproszenie do Niemiec od Perły, mężowskiego kumpla z lat bardzo szczenięcych. Ogólnie zamulam przed komputerem trochę kombinując w temacie pracy dyplomowej, a trochę łypiąc na drzewo genealogiczne. I takie dni też są dobre, nie mam nic naprzeciw. Chyba oboje jesteśmy w podobnym, lekko sennym nastroju, bo propozycja kina wieczornego nie padła z niczyich ust. Siedzimy i dokonujemy umysłowej obróbki przejawów funkcjonowania tego świata.

piątek, 29 kwietnia 2022

864. Przedmajówka.

Niespodziewanie Lorejn zaproponowała mi na przyszły tydzień zamianę wtorku na środę (czyli cztery dni wolnego, jakbym mieszkała w Polsce). Dzisiaj kilka sympatycznych godzin i spotkanie pracownicze z okazji Go Purple Day: rozwiązywaliśmy quizy popijając herbaty, ciągnęliśmy losy jedząc cup cakesy (w grupie z Dejwem i Sziwan jako Fijołki zajęliśmy trzecie miejsce, na loterii wygrałam voucher na €10 w kawiarni za rogiem) i już po dwunastej dzwoniłam do Kochanego, żeby mnie zwinął z miasta. Krajobraz przykrywała cienka mgiełka, gdy wyruszyliśmy do Oldbridge na lekki lunch. W parku przekwitają rododendrony, jabłonie obsypują przechodniów płatkami. Wyszła dziwna sprawa z Generałem, bo szukaliśmy śladu kota w ogrodzie i znaleźliśmy — akurat spał, pod informacją, że koty są ... dwa, o imionach Bubble i Squeak. Nigdy nie widzieliśmy ich razem, możliwe jednak, że gdy wklejam zdjęcia Generała, raz to jest ten, a innym razem tamten:


Aż dziwne, że tak tu cicho, w jadłodajni zaledwie kilka osób, w ogrodzie odwiedzających można liczyć na palcach jednej ręki, może wszystkim już dusze szaleją na myśl o zaczynających się majówkach?



Po powrocie do domu i ogarnięciu się przy herbacie, oboje pogrzebaliśmy w ogródku. Posadziłam w końcu resztę lawend, vera wylądowała na rogu domu, essence purple przy hortensji. Kochany przesadził wrzosy w odpowiedniejsze miejsce, a po obiadku zmontował półki do skrzyni ogrodowej. Weekend będzie deszczowy, tako rzeką prognozy.

czwartek, 28 kwietnia 2022

863. Glósóli.

Najpierw obudził mnie Fred (wrócił z Derry o piątej rano), potem wrona (dziobała ścianę; gdy wyjrzałam przez okno, odniosłam wrażenie, że lunatykuję — słońce stało już wysoko, ale mogłam na nie patrzeć i przez moment zastanawiałam się czy to sen), następnie wróbelek (gnojek szurał w trawie pod oknem). Przy wróbelku już obudziłam się na dobre, wyroiły się nieloty i teraz będę się martwiła. Wróbelek był niegłupi, zanim naciągnęłam majtki, spodnie i wkładając kurtkę wygrzebałam się do ogródka, już go nie było. Zapamiętaj sobie gnojku, żeby tak zwiewać przed Rysiem, tylko trzy razy szybciej, bo on chodzi bez majtek.

No i tak, Kochany wstał po południu, więc od razu był obiad. Po obiedzie zachciało mi się kawy kawiarnianej (w drodze do miasta zatrzymaliśmy się w Termon), potem Fred kupił zapas ziaren dla ptaków, jak to już mu wcześniej po głowie chodziło. Słuchamy sporo staroci, jakieś Trojanowskie, jakieś odgrzewane Hey. Dokończyłam czytać Radkiewicza i w genealogii intensywnie poszukiwałam duchów o nazwisku Giersch/Girsz. W międzyczasie dzień się kończy, mąż włączył Glósóli Sigur Rós.

środa, 27 kwietnia 2022

862. Funkcje życiowe.

Wieje, ale co tam, i tak wyszłam na spacer nad morze. Bo po pierwsze Fred wrócił do domu i o jedenastej mogłam go obudzić i zrobić mu kaffkę. Bo na osiedlu mały chłopiec wracający z mamą z przedszkola zapytał mnie jak mam na imię, i ja mu powiedziałam, i on mi powiedział, że ma na imię Sam. Lovely day. Well it is. Sunshine, sunshine. Tyle ustaliliśmy z Samem. Bo w drodze wyciągnęłam z kieszeni herbatniczka i go zjadłam (herbatniczki-niespodzianki mam z różnych kawiarń, zazwyczaj nie pochłaniam tego dodatku do napoju od razu, tylko chowam do kieszeni, żebym kiedy indziej mogła się ucieszyć). Czyli wiało, ale było dobrze, właśnie wracałam sobie ulicą nadbrzeżną myśląc o parze szczygłów, które napotkałam idąc przez parking z przyczepami, gdy dostałam wiadomość od dawnej, nieszczególnie przeze mnie lubianej koleżanki z podstawówki z zapytaniem czy dołożę się do wieńca, bo wczoraj zmarł Jar. Po powrocie zrobiłam Kochanemu kanapki na drogę i zadzwoniłam do taty, żeby się upewnił, czy są już klepsydry, w ten sposób dostałam kolejnego njusa pogrzebowego — wczoraj umarła też Maryśka, ta z przerzutami guza do mózgu, młodsza koleżanka babci Mani. Takie wiadomości zazwyczaj zatrzymują na chwilę. Klepsydry Jara jeszcze nie ma, ale dostałam potwierdzenie od innej luźnej znajomej, że faktycznie, taka sytuacja nastąpiła z ustaniem jego funkcji życiowych.

Po południu pogodowo zrobiło się całkiem miło (ale też już nie spacerowałam, więc licho wie, jakie tam grzywy fal na morzu mogły być). Fred wyjechał do Derry; ja z kotem chwilę siedziałam w ogródku oczyszczając prymulki z mnóstwa zeschłych kwiatów; wykupiłam rezerwację krótkiego wylotu do Polski na czerwiec; porozmawiałam z rodzicami. Wieczór to powrót do lektury uczelnianej, zakreślam, dumam, końca nie widać (prawie).

wtorek, 26 kwietnia 2022

861. Taniość, proszę ja Was.

Wczoraj wydawało mi się, że to była jakaś pomyłeczka techniczno-mentalna, ale nie. W jedną stronę bilet kosztuje €3.80, a w dwie strony €6.50 (jednak tylko dlatego, że zaspany kierowca nie zaktualizował rano jednego przystanku, bo tak naprawdę chyba €6). No i co tak się dziwię? Gdyż bo, kiedy przedostatnio jechałam autobusem z naszej wsi, płaciłam €4.70 w jedną stronę, lub €8.10 z powrotnym (jak zwykle od kilku lat). A mówią, że kryzys i ceny rosną. Hm.

Pierwszy wieczór z trzygodzinnym wykładem zaliczony. Link podano na adobe connect, zawartość zajęć całkiem sensowna, prowadząca spoko (nie jej wina, że kilka razy rwie się połączenie), a najlepsze w tym wszystkim jest, że za dyplom, który normalnie kosztuje ponad 9 stów, nie zapłacę nic. Taniość, rozpasanie, gdyby były w domu ciastka, zjadłabym, żeby do końca zanurzyć się w hedonizmie. A tak będzie pasztet, Hebiusie, podlaski, kremowy.

Nie wiem jak tam mój Kochany, dałam mu się z rana wyspać, po południu pognał do Omagh i nie wiem, czy wraca na noc (bo z kolei jutro ma zmianę jeszcze dalej od domu, ale rzut beretem od dzisiejszej lokalizacji). Odczuwam też potrzebę, żeby podreperować nędzne czytelnictwo. Wprawdzie mam do skończenia to, co mam do skończenia, ale na rozgrzewkę będzie coś dalej na liście, Bonobo i ateista Fransa de Wala (Copernicus Center Press, 2020). Oby to było dobre.

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

859-860. You know yourself.

Niedziela.
Jak kupimy worek ziarna, to już nam wystarczy do jesieni
Komu starczy? parskam śmiechem ja, gdy akurat mijamy Tesco i jedziemy pod Costę. Ten mój małżonek jest niereformowalny, utożsamia się z wróbelkiem elemelkiem, dobrze sobie wybrałam :). Dzień irlandzki, taki, że nie wiadomo jak się ubrać. Pojechaliśmy na zakupy po obiedzie (do południa siedziałam w sieci i dumałam nad moim życiem studenckim). Siedząc w Coście wyobrażałam sobie niedźwiedzia, który z tacą wchodzi na piętro (przez tę obecną modę na dżinsy z dziurami). Przy wyjściu z polskiego sklepu wlokę się przedłużając przyjemność (ciepło w mieście). Słonecznie jest do późna, ale jednak u nas na wybrzeżu raczej chłodno. Mewa tnie błękitne niebo, jej nie zimno.

Poniedziałek.
Kochany wiezie mnie do mojej pracy, na wieś wracam sama, bo Fred już w Newry, łapie mnie jeszcze przed swoją zmianą, jak drepczę do polskiego sklepu (nagle zaczął mi doskwierać brak pomidorowego pasztetu). Gdzieś w międzyczasie Majkel do mnie macha na mieście, akurat stoi przy malarzu rozłożonym ze sztalugami na głównej ulicy, w towarzystwie innych żulików, którzy wydawali się komentować sztukę. Nadal nie jestem pewna, czy jutro zaczynam kurs. I ogólnie bidusia-zmęczusia jestem. Nawinęłam trochę z tatą (Maciej sika, je, nie zamierza umierać), odezwałam się do Luś, a jak ona ma czas, to się z tego robi epopeja na półtorej godziny. Nie rezygnuję z minimalnych obowiązków domowych: stos prasowalniczy i ostatni odcinek 11 sezonu Midsomer Murders :P

Bardzo mnie rozczula ta reklama Three, to trochę tak, jak gdy dzwonię do domu:

 

sobota, 23 kwietnia 2022

858. Czytanie instrukcji.

Na miejsce zdechniętych hiszpanek wsadziłam munstead (między lucyfera i inną angielkę) i hidcote (trochę z przodu), obejrzałam też dół jednej omdlewającej prymulki (oberwałam duszący ją korzeń, teraz albo się weźmie, albo this is the end). Ponad godzinę mordowaliśmy się z Kochanym ze składaniem skrzyni ogrodowej, finalnie Fred doszedł do wniosku jak to cudownie, że nie został inżynierem. Niemniej mój nie-inżynier zainstalował zawiasy jak trzeba, co dla mnie było totalnie nieczytelne. Uniwersytecko tylko ciut do przodu, wydumałam połowę tekstu na zaliczenie, obejrzałam terapię CBT na EBSCO, czyli nie do końca nic, ale też nie za bardzo coś. Wiatr przez cały dzień irytująco-porywająco-wschodni, przydał się przy suszeniu prania, innego zastosowania nie widzę. W odtwarzaczu folk, a my po pracy: lazania, prysznic i fiku-miku. Chyba wspólne czytanie instrukcji składania rzeczy nastraja mnie tak chutliwie 😁 Kto by pomyślał.

piątek, 22 kwietnia 2022

857. Wiatr ze Wschodu.

Czyżby się znowu kotu udało podłożyć jedno życie dla zadowolenia Kosy i zacząć nowe? Wieczorna wiadomość jest taka, że Maciej ma ciężkie zapalenie pęcherza. Kot zmęczony, ale też z pretensjami wypisanymi na twarzy, gdzie to go ojciec jego rodzony wywozi. No nic, się zobaczy jak to wszystko będzie działało, na razie trochę wraca apetyt sierściuchowi. Tatko mi jeszcze opowiedział na koniec, że zdobyczne drzewka będzie sadził, bo sąsiad mu podarował takie, co sam chce u siebie wykopać a szkoda ich. Podwórko z tyłu zamienia się powoli w las z grobami zwierząt. Zostawienie tam miejsca dla ludzkiego grobu też byłoby dobrym pomysłem, tylko ogród jest w kraju rządzonym przez zabobony, z głupimi przepisami grzebalnymi.

Nom, a ja w pracy byłam, tworzyłam sobie quizy na poziomie czwartej klasy. A potem Fred po mnie przyjechał, steki kupił, nakarmił nimi żonę, po czym żona mu poszła spać na "15 minut" i wstała z martwych o dziewiątej wieczorem. Obudził mnie wiatr ze wschodu (który w takiej sytuacji wpada przez okno w sypialni i wieje w twarz, jeśli się akurat leży na lewym boku, co właśnie miało miejsce) oraz Fred rozmawiający z Wu przez telefon.

Pół na pół umyci, ja już po prysznicu, Fred jeszcze eksponujący na biurku swoje ekstrawaganckie skarpetki, słuchamy szóstej płyty Piwnicy pod Baranami z kolekcji Polskiego Radia (2001). Komentujemy utwory. Muzyka pomaga we wzruszeniu. Mówię Fredowi, że jestem genetyczną archiwistką. 

czwartek, 21 kwietnia 2022

856. 1+1=2

No i teraz tak się zastanawiam, czy do jednego garba nie dodałam sobie radośnie drugiego. Gdy na wyjeździe jedliśmy różne takie fiku-miku, zadzwoniła Bridżet i mi oświadczyła, że dostanę kasę na kurs i mam aplikować. Po wieczornym powrocie do domu aplikowałam, ale pytanie pozostaje otwarte.

Na wyjeździe byliśmy w Russborough House w hrabstwie Wicklow. Załapaliśmy się na ekskluzywne oprowadzanie (grupa składała się z nas dwojga) po domu z epoki georgiańskiej. Oprowadzaczem był przemiły i energiczny Jack.


Po deptaniu jedzonko, po jedzonku odkryliśmy, że pałacowy warzywnik był dzisiaj zamknięty, a szlak o którym czytał Fred znajduje się gdzie indziej. Przejechaliśmy więc dosłownie w dwie minuty na inny parking i poszliśmy na spacer w krzaki. Blessington greenway:


Szlakiem doszliśmy do rozlewiska rzeki Liffey:

I hyc do domu. Albo może nie tak hyc, bo pojechaliśmy prowincjonalnym skrótem wymyślonym przez naszego GPS-a o imieniu Andżej do Kildare Village, które wcale nie jest wsią. To wielki park z outletami i spacer skończył się tak, że wróciłam z prezentem: białą koszulą Barbour w paprocie oraz inne chwasty. Piękna jest.

Fred się jeszcze zatrzymał pod Woodisem, żeby odebrać zamówienie (skrzynię ogrodową na dingsy). Zadzwoniłam do domu z pytaniem, co z Maciejem, który cały dzień spędził w kocim szpitalu. Jest słaby, diagnoza pewnie wiadoma, ale nie było komu jej przekazać, więc dopiero jutro się wyjaśni. Może to przejściowe, a może pieniądze rodziców wydane na marne. Ale też bym wydała, choćby po to, żeby wiedzieć. Do tego jestem zmęczona, Fred podstawił mi obiad pod nos, jeszcze dopijam wodę, bo płynów w ciągu dnia nie było za dużo. Dzień pięknie spędzony, ale siły gdzieś znikają, wklejam randomowe zdjęcia i już myślę o pozycji horyzontalnej w łóżku.

środa, 20 kwietnia 2022

855. Dzień z garbem.

Zaczął się od niedorzecznego snu z Ka, który brodził w rzece, kotem pomagającym pająkowi i Stanleyem, który postanowił do nas wpaść. W pracy cisza jak makiem zasiał, Saren i Sziwan z półtorej godziny nawijały o menopauzie i swoich lekomaniach, dużo śmiechu z tego było (ale już bez żartów magnez365 sobie zakupię). Wróciłam z miasta z kawą (gdyby chodził tędy Joyce, jedna obserwacja przedpołudniowych żulików na West St starczyłaby mu na nowelkę) i klikałam na laptopie do trzeciej. Grejs mnie uśmiechnęła mówiąc, że więcej niż 29 by mi nie dała. Zabawna dziewczyna, z najciemniejszymi rękami od pomarańczowego samoopalacza, jakie w życiu widziałam.

Kochany czekał na mnie tym razem pod remontowanym właśnie największym gołębnikiem Europy. Pojechaliśmy po czosnek do Lidla (na mężowski obiad), lawendę do Woodiesa (kupione zostały cztery angustifolie: hidcote, munstead, vera i essence purple) oraz na krótką włóczęgę po ogrodzie za murem. Od razu na parkingu rozbawił mnie gość na rowerze, który kończąc rozmowę ze znajomymi, zagadał mnie, bo na niego spojrzałam. Taki tu zwyczaj, kocham ten kraj (a że miałam akurat usta pełne krłasanta, to dygnęłam tylko głową do góry i zrobiłam uśmiech z bułką w otworze gębowym).





Niektóre drzewka owocowe w pełnym rozkwicie, u dinozaura też już się zazieleniło. Siedzieliśmy trochę w ciepełku na ławeczce, znowu pan musiał za nami wołać, że zaraz zamyka :D W drodze do domu zadzwoniłam do tatki, żeby mu pokazać prowincję w słonecznej poświacie, a tu wiadomości przykra: Maciej jest u weterynarza, dalsze badania pokażą, co mu dolega. To i tak lepiej niż u poprzedniego weta, który podpowiadał uśpienie. Na razie kroplówki, chociaż może to już koniec. Pokazałam tacie na pociechę nasze jabłonie (tata jest autentycznie ciekawy takich rzeczy, rozmowa o drzewkach owocowych sprawia przyjemność). Nom, mam garba, że trzeba coś wymyślić, staram się go nie wypierać. A tymczasem Fred założył okulary i studiuje mapę.

wtorek, 19 kwietnia 2022

854. Kłębowisko.

Zegarek mam w głowie, budzę się minutę przed szóstą, potem minutę przed wpół do siódmej. I w nastroju słabym, bo od momentu otwarcia oczu myślę o studiach (przez tego wczorajszego nadgorliwca). A myśl jest taka, że ... trzeba coś wymyślić. Tak poza tym jest nawet ładnie, po południu nadal dumam, ale dla relaksu przez pół godziny towarzyszyłam Fredowi w ogrodzie. Kochany próbuje ratować żółtą choisyę przesadzając ją w inne miejsce. Nandina też nagle straciła liście i ważą się jej losy. Mamy trzy miejsca do zasiedlenia po padniętych lawendach hiszpańskich (te odmiany jednak nie lubią naszego ogródka, tutaj trzeba być hardym). Oby mi się nie przyśniła analiza regresji liniowej. Jutro odrabiam piątek, na pocieszkę zaraz wciągnę makaron.

poniedziałek, 18 kwietnia 2022

853. Take your time.

Poranek z kilkoma płytami Kapeli Ze Wsi Warszawa. Nie spieszyliśmy się dzisiaj (poszłam spać po pierwszej w nocy), miałam ochotę na spacer, ale efekty tego zamysłu były mikre. Outfit powstał, i owszem:

Wyjechaliśmy do Carlingford, tyle że pogoda ponownie zrobiła nam figla. Fred wybrał, jak prawie zawsze, drogę przez góry, gdzie w przelotnych deszczach stały duże i małe owce (niektóre naprawdę maleństwa, wyglądały na jednodniowe). Zajrzeliśmy do Aś, która dzisiaj siedziała w pracy (szybka wymiana nowości, Aś pomaga jakiejś ukraińskiej rodzinie), oraz po mieście chodziliśmy chwile dwie (kółko przez cmentarz). Obiad został jednak zjedzony gdzie indziej, w Lisdoo. Po głowie mi chodziło, że znam to miejsce, okazało się, że i owszem, byłam tu z Kochanym raz, prawie 4 lata temu (dysk zewnętrzny mi powiedział, bo na mózg własny nie zawsze można liczyć). Spory pub, mają duży przerób, bar na środku (pewnie, żeby go nie przegapić) i telewizory (niechcący zaliczyliśmy finał wyścigów konnych). Jedzenia dużo, obżarliśmy się i turlać się do domu nie było łatwo.

Tatko złapał nas messengerem, gdy szwendaliśmy się po Tesco, obwieścił, że samochód ma opony zmienione na letnie i w ogóle fajnie się nim jeździ. Z innej beczki: irytuje mnie, gdy smutni ludzie uzupełniają zadania dla studentów na klasrumie kiedy bądź. Oczywiście poczta mnie o tym poinformuje, oczywiście zajrzę, bo mi się odzywa przypał szkolnej akuratnisi, oczywiście to nic pilnego, tylko obca mi osoba nie ma co robić w poniedziałek po południu, w DZIEŃ WOLNY, mój i jej. Od jutra, człowieku, jutro zdążysz.

niedziela, 17 kwietnia 2022

852. Burrro.

Ptaszki zaczęły nadawać punkt piąta, więc zapowiadało się nieźle, nic z tego nie wyszło, szaro, w drugiej części dnia zaczęło mżyć. Fred wyszykował się na dziewiątą do pracy, zadzwoniłam do domu z życzeniami świątecznymi, gadamy sobie trochę, w trakcie małżonek musiał wyjść. Jeszcze dwa razy miałam telefony od rodziców. Tata demonstrował jaka ładna jest u nich pogoda i przekazał kocie zmartwienia (Niunia i Maciuś tajemniczo niedomagają), mama wirtualnie wędrowała po cmentarzach, chciała mi powiedzieć, że zapaliła znicz u teścia. Kochany zadzwonił do swojej mamy, gdy wrócił z pracy. To tyle z kontaktów rodzinnych, sumarycznie długich i pozytywnych. Z rodziną dobrze mi się rozmawiało, poza tym faktem nie mam z siebie dzisiaj żadnego pożytku.

Ach, jeszcze: Ojciec chrzestny III (1990) trzyma poziom dwóch pierwszych części, chociaż główny bohater niesłusznie traci na psychopatyczności. Oboje dostrzegliśmy tę niespójność, ale nie zepsuło nam to przyjemności, było o czym rozmawiać. Poza tym dobre aktorstwo, rzadkie w Holiłódzie. W trakcie Rysiu przyszedł się osuszyć z deszczu i poprzytulać, więc część filmu spędzam międląc kocie uszy i smyrając mruczące burrito po nastawionym nosie.

sobota, 16 kwietnia 2022

851. Z doskoku.

Do śmichu zapiszę, że otworzyłam rano oczy pamiętając jeszcze sen, w którym Gajos dostał nagrodę za całokształt twórczości i odebrał ją, żeby powiedzieć, że najlepszym polskim aktorem jest Stuhr :D Nie wiem co mnie do niego zainspirowało, ale wiem, co mnie obudziło na dobre: akcja kot. Ryszard leżakował sobie ze mną na łóżku, nawet przesłałam jego mruczącą facjatę Kaś Matce Kotom (w reakcji na jej poranną zaczepkę z dwoma puchatymi kulkami deliberującymi na stole) i przeciągałam się właśnie niezdecydowana, gdy w otwarte okno wpadł szamoczący się ptaszek. W jednej sekundzie kotek był na parapecie ucapiwszy ptaszka, w drugiej goła matka stała w oknie ucapiwszy kotka. Wszystko zadziało się tak szybko, że nie zauważyłam jaki to był gatunek, malizna wykorzystała kocie zaskoczenie i zniknęła w wiosennym ogrodzie. No to siup, adrenalina już była, robię zieloną herbatę.
___
edit 12:40 Zaraz po śniadaniu wybrałam się na spacer nad morze, bez aparatu, za to przy pogadance z tatą, który akurat zrobił sobie przerwę w odkurzaniu. Na plaży dużo wesołych psów z rodzinami, nie aż tak wiele, żeby to przeszkadzało, ot w sam raz. Znalazłam w piasku męski pierścionek, po oczyszczeniu widzę, że tandetny, żaden zabytek z czasów celtyckiej świetności, więc nikt go raczej nie szuka. Do śmieci. Gdy zmierzałam do naszej chatki Katlin akurat nawijała przed domem z Anną Emerytką i zostałam przywołana w celach poglądowych. Bo patrz:


Wie, że lubię daffy, więc chciała mi pokazać. Nie zna ich nazw, szkoda, ale myślę, że odnalezienie podobnych to nie problem, tym bardziej, że te są z sieciówek. No i porozmawiałyśmy o innych sprawach: małym Ethanie, który odwiedził prababcię w Anglii na urodziny, wróblach co się gnieżdżą u niej w wentylacji (sama widziałam), oraz o śpiewie Eugene'a na pogrzebie Deidre, siostry Thomasa (Eugene jest naszym kolejnym Lokalnym Gejem, ale że jest ich dwóch, ten niech będzie Eugenem Śpiewakiem). Byliśmy na koncercie Eugene'a w jego stodole chyba w grudniu 2017, o ile dobrze pamiętam. Jak życie się odmienia! Kawka, gotowanie jaj na sałatkę, rozmowa przez messenger z Kochanym w jego przerwie w pracy. I wio!
___
edit 16:30 Aaa, głowa boli, zatoki znaczy. Not good. To może więcej narcyzów! Pipity w tym roku:


Jest ich dużo więcej, jednocześnie odnoszę wrażenie, że kwiaty są mniejsze, pewnie z mojej zachłanności, bo już się napatrzyłam na giganty (ten biały u Katlin, jaki łeb!). A tutaj starsze, ślicznie bieleją:

___
edit 22:30 Fred przyszedł z pracy ciut wcześniej i zastał mnie z głową ogaconą poduszką. Skróciłam swoje cierpienia cielesno-duchowe do czasu mężowskiego prysznica — postanowiłam, że wyjeżdżamy i sknocone zatoki będą ignorowane. Bardzo dobrze postanowiłam, bo ból zniknął gdzieś w trakcie wizyty u Ka&Jot, widać mielenie ozorem mi pomaga, kto by pomyślał. Wielkanocna ... pizza w ten sposób została odhaczona. Posiedzieliśmy, porozmawialiśmy o wychowaniu w latach zaprzeszłych i wojnie na Ukrainie (głównie). Ka to taki wyjątkowy egzemplarz, który, po wieloletniej tresurze w katolickiej rodzinie, w wielkanocny poranek najchętniej poszedłby z dzieciakami na basen. Może i słusznie, nie zastanawiałam się nad tym za długo.

piątek, 15 kwietnia 2022

850. SKS.

Obudziło mnie Fredowe krzątanie się po kuchni, o siódmej trzydzieści Kochany wybył do pracy, zaczęłam dzień chwilę później. Za oknem morska mgła. Zaniepokoiły mnie wędrujące bóle stawów i mięśni, zrobiłam sobie test covidowy i null, widać to zwykłe starcze łamanie, to co, że kręciłam się przez nie pół minionej nocy.

Do poezji trzeba mieć melodię, wiem. Rozgrzebane tomisko Ginczanki (Marginesy, 2019) pochłonęłam na raz, gdy zaczęły się wiersze z dojrzałego okresu twórczości. Nawet zmitrężyłam trochę czasu na prześledzenie biografii innych poetów Szpilek znających pannę Gincburg. Tak jak podejrzewałam, wszyscy są martwi.

Doszłam do tego jak połączyć się laptopem ze skanerem, więc nie będę musiała do mojej pracy ręcznej, samodzielnie sobie zadanej, używać mężowskiego komputera. Zeskanowałam już kilka zdjęć, przejrzałam parę innych cofających mnie w czasie do lat 70-tych. Kiedy na nie patrzę, mam wrażenie jakbym oglądała socjalistyczną propagandówkę ... teść zawsze w garniturze, teściowa zmienia kapelusze, dzieci rumiane, sielanka :).

Fred wrócił z pracy z bukietem ciemnoróżowych róż. Też coś go brało, więc po obiedzie dość szybko okokonił się w pościeli. Zasiadłam jeszcze do Midsomer, 11.06, to jest akurat odcinek ... bożonarodzeniowy, z mocarną obsadą (Parfitt, Pigott, jedna z sióstr Cusack, najs). Łamie mnie dalej, pora przytulić się do Kochanego i uderzyć w kimono.

czwartek, 14 kwietnia 2022

849. Spory czwartek.

Obudziłam się po ósmej (śpioch straszny, dobrze tak), kotek przyszedł się przywitać i uciamkał mi rękę, Kochany znalazł swoje "zaginione" papiery szkolne w torbie z ubraniami, w głośnikach Pink Floyd ... wszystko się składa w dobry początek.

Pogoda szarawa, ale można było wyjść na spacer i prawie wyszliśmy. Przy kawie Fred odebrał jęczący telefon of Kierana-menedżera i przyjął zlecenie na trzy dni od jutra (zmiana dzienna, wieczory będą wspólne, może nawet pojedziemy do Ka&Jot na pogaduszki). Wprawdzie myślałam o sobotniej wyprawie na jakiś pagórek, ale pogoda jest na tyle nieprzewidywalna, że nie łamię sobie głowy tą zmianą perspektyw. Po telefonie wdziałam skarpetki w jeże i wyjechaliśmy na zakupy spożywcze połączone ze sprawdzaniem cen ekspresów do kawy i laptopów. Przy okazji wpadliśmy do Costy, bo Fred lubi drażnić Aurę nawet pod święta ;). Rzutem na taśmę kupiłam jeden chabeź o nazwie scabiosa blue, po polsku driakiew (liczę na to, że spodoba się lokalnym bombowcom). Gdy już byliśmy gotowi po tych wszystkich mecyjach iść na spacer, deszcz zaczął ciapkać, zwinęliśmy się do domu i spędziliśmy tam resztę czwartku.

Gotowanie rosołu (moi), robienie żurku (Kochany), jedzenie pasztecika (kot), rozmowa z tatką (my; Niunia znowu u weta). Jestem gotowa do snu. Jak dla mnie, spory czwartek.

środa, 13 kwietnia 2022

848. Kłóliczy dzień.

Miało (tylko trochę) padać, więc na spacer wyszłam w wodoodpornej kurtce. Zmyłka, trzeba ją było ściągnąć, trafiliśmy na kawał chmurozmiennej, ale suchej aury w której grzebaliśmy się wolnym spacerem aż do popołudnia. Cieszyłam się działaniem nowego-starego aparatu, jest lepszy od naszego poprzedniego, szybszy, dokładniejszy, parę zdjęć nie wyszło tylko dlatego, że jeszcze nie posługuję się nim tak sprawnie. Ale obfociłam stado bernikli obrożnych mizdrzących się do siebie tuż przy wejściu na ścieżkę:


Czas jakiś podążaliśmy wzrokiem za prawie nieuchwytną kląskawką, która kręciła się jak z rozwolnieniem:


Kormorany zwyczajne suszyły skrzydła w towarzystwie czapli siwej:


Czarny kłólik wypoczywał w płytkiej jamce i miał w pączku, czy go widzę:


Muchy tańczące przy klifach przyciągały różne ptaszki, tutaj chyba drozd, nie wiem, trudno zgadnąć jaka jest wielkość ptaka na takim tle:

Daj mi rączkę, żebym się nie wyjebała.
— Dobrze, królewno.

Już schodziliśmy z Głowy do portu, gdy mijająca nas para powiedziała nam, że można tam zobaczyć spore stado delfinów. Nic z tej naszej obserwacji nie wyszło, może ssaki podążyły za kutrami, bo port był dzisiaj pusty, widać ryba bierze jak szalona. Z przewróconych siłą natury głazów przyglądała się nam wrona.

Fred wypatrzył naszą starą toyotkę stojącą przy doku. Czyli zakupił ją marynarz. Ha!


Z flory jeszcze coś, co zawsze zwraca moją uwagę, gdy idziemy do wsi wzdłuż pól odgrodzonych murkami, zanokcica skalna:

Po obiedzie złożonym z łososia z kartoflami i sałatą w śmietanie mąż mi się wyłączył (Bowie przygrywał, a on cichcem poszedł spać). Po chwili namysłu też wybrałam się na drzemkę i tak mi zeszło do szóstej po południu. Kochany ma problemy z zatokami, ja oglądam odcinek Morderstw w Midsomer, 11.5, z kłólikiem wyskakującym z kapelusza. Słuchamy Nohavicy, rozmawiamy o wszystkim jak leci, nie wiadomo kiedy zleciała środa.

wtorek, 12 kwietnia 2022

847. Kap, kap.

Irlandzka pogoda od rana, drobny, zimny deszczyk kapie na pola i łąki. W pracy takie tam detale standardowe, do tego zupa z Moorlanda w przerwie. Z fajnych rzeczy: odżyła nadzieja na dofinansowanie kursu, Bridżet mnie do siebie wezwała, bo napisał do niej szef szefów, żeby raz jeszcze sprawdziła, czy kursu nie da się podczepić pod level nie-8. Nie pomogę jej, musi sprawdzić sama, ma telefon, niech sprawdza, pobajerzyłam chwilę o Polsce, i to był cały mój wkład w sytuację. Kochany przyjechał po mnie i zaczekał pod kościołem, tym co zwykle, który mi się przez to czule kojarzy. Nakarmiona obiadem przeszłam w fazę trawienia i zapragnęłam kawy, a pod kawę wczesnym wieczorem wszedł Frantic (1988), film Polańskiego z Fordem. Muszę przyznać, że doceniłam, gdy przestałam go brać na poważnie, Harrison mógł mówić między scenami Roman, w czymś takim jeszcze nie grałem. No i ten tytuł :D. Późno już, Kochany włączył The Essential Simona & Garfunkela (2003), siedzę pod kapturem szlafroka, panowie w głośnikach brzdąkają nostalgicznie, zamykam genealogię na dzisiaj, bo niczego ciekawego już nie znajdę. Jutro ma być ... jak to się mówi ... suszej?

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

846. Jetlag szmetlag.

Zapisz anbloker, zapodaje Fred. 
Przy tworzeniu listy zakupów w mojej głowie wyświetliło się słowo na "a". Nie znam.
Jak to się pisze?, nie rezygnuję, dociekam.
Unblocker.
Potem wykremowałam sobie dłonie kremem do stóp. Yup. Ale nie będę się już pławiła w smutku powrotów z dziwnych wakacji, zamiast tego myślę o długim weekendzie przed nami. W następny poniedziałek jest bank holiday, wcześniej w piątek u mnie też nie pracujemy, pogoda ma się w ciągu tego tygodnia stopniowo poprawiać, czyli są widoki na spacer z chłopakomężem.

Na lunch zjadłam kawałek samodzielnie zrobionej, tymi rączkami leniwymi, pavlovej. Przez godzinę tłumaczyłam Luizie jak założyć bloga na wordpressie, męka pańska, ale nie pękłam, dumnam z siebie. Męża spotkałam ponownie po pracy, w polskim sklepie, gdy stał przy kasie i młoda sprzedawczyni zaintonowała mi od wejścia już po zakupach! Czy my naprawdę aż tak się rzucamy w oczy w tym mieście? Fred zaciągnął mnie do sklepu odzieżowego, bo wypatrzył obniżkę super kurtki w kfiatki dla mnie, dzięki czemu to ja kupiłam mu coś fantastycznego — czarną koszulę w kremowe róże Dolce&Gabbany, miodzio, luksus, elgiebete na urodziny. Zaszliśmy na pizzę do Borzalino, przemiły czas posturodzinowy się zrobił, jedzenie dobre, obsługa rodzinna, muzyka szura w tle. Po powrocie od razu zapukałam do Anne, mały prezent dla niej woził się z nami od soboty (Majkel leżał akurat pod kotem, życzenia zaległe mu złożyłam, bo rodził się dzień po Fredzie). Była też pogadanka urodzinowa z Krakuską, dłuższa wymiana nie zawsze wesołych aktualizacji na messengerze (ktoś umarł, ktoś ma raka, ktoś dogorywa z przepicia), wydarzenia bardzo ją rozjechały, pomimo to ma dla nas uśmiech. Anne zapukała do drzwi z dwiema wygranymi przez Majkela zupami — są z kurczakiem, a oni wegetarianie, nie ma powodu, żeby śmierć kurczaka poszła na marne, więc mamy od sąsiadów zupy kryzysowe, może choć raz będzie u nas obiad dwudaniowy. W ciągu dnia poczucie bezustannego spóźnienia minęło, jestem u siebie, cieszę się.

niedziela, 10 kwietnia 2022

845. W poszukiwaniu kopa.

Mary od spisu przyszła jak zapowiedziała, akurat myłam zęby, wyszłam do niej ze szczoteczką do zębów w ustach. Prawda czasów, prawda.

Czy to przez pogodę? Wieje jak w Irlandii. Nie mogę się ogarnąć do południa, a gdy zaczynam oglądać vloga Gosi o bezsensownych herbatach, do głowy przychodzi mi klapnąć w łóżku obok Rysia (bo kot już tam jest, zaleguje godzinami, czyli może obiektywnie pogoda, a nie osobiste stetryczenie?). Fred wyjechał rano do pracy i jestem w domu sama ze swoim niedorobieniem spowodowanym nie wiadomo czym (starością, hormonami, podróżą sprzed dwóch dni, wahaniami ciśnienia, do wyboru, do koloru). Robię herbatę, zapominam o niej i robię drugą kawę. Więc mam herbatę i drugą kawę oraz stan osiołkowi w żłoby dano. Wiem, że to mi mija, jak znajdę sobie jakąś ekscytację umysłową, ale co by tu ...?
___
edit 21:45 Lepiej już dzisiaj nie będzie, próbowałam, ale nic z tego. Zastanawiam się gdzie posialiśmy teczkę Freda z różnymi jego dokumentami ze szkoły, chyba została w mieszkaniu teściów. Mnóstwo zdjęć czeka na zdigitalizowanie, to ogrom pracy, jeszcze jej nie zaczęłam, poprzeglądałam tylko co nieco, zanurzyłam się w przeszłości, podumałam. Katlin zaszła nam powiedzieć, że zmarła siostra Thomasa, Kochany zmęczony, ja rozmiękczona, pora wygaszać niedzielę. Obejrzeliśmy dwa ostatnie odcinki Czarnej żmii IV, zabawne, ale finalnie minorowe. Oczywiście za późno jest na mycie włosów (o tym też zapomniałam). No to ziew, pora pod prysznic i spać.

sobota, 9 kwietnia 2022

844. W domu.

Rano, po czterech godzinach snu, taki widoczek roztapiający serduszko:


W lodówce pustki, więc po bezsensownym kręceniu się i wypiciu płynów pobudzających, wybyliśmy na zakupy spożywcze przez Termon, gdzie zjedliśmy śniadanie (a tam mały Ethan z mamą, machałam, gadaliśmy). Umysł mam tak rozmiękczony, że siedząc obok Freda deliberuję np. nad różnicą pomiędzy słowami ciecz i płyn. Prezenty dla sąsiadów nadzorujących Rysia zostały zakupione: dla Katlin porcelanowa etażerka do ciasta, dla Anne zestaw ręcznik + podstawki pod kubki z kocim motywem, dla Anny porcelanowa maselniczka z krówką. Po powrocie do domu słuchamy płyty Defektu Muzgó Lekcja historii (2004) przywiezionej z Polski, potem super składanki Magiel Wagli (2012). Większość soboty towarzyszy mi senność i uczucie, że wróciłam do domu. Pogoda jest zwodnicza — pomimo słoneczka, które zachęciło mnie z rana do natychmiastowego włączenia pralki, przejmujące zimno utrzymuje się przez cały dzień.

Zajrzała do nas kobitka (Mary, jak pamiętam) od spisu powszechnego, nadal nie mieliśmy zrobionych papierów, obiecała, że wpadnie jutro, albo w poniedziałek, więc wykonuję nadludzki wysiłek pozbierania tych paru komórek mózgowych i wypełnienia druku o domu, wykształceniu, językach i in. Jeszcze kiwam palcami stóp przy muzyce i dopijam wodę, ale spanko będzie wcześniej niż później, bo mało zdolna dzisiaj jestem.

piątek, 8 kwietnia 2022

843. Długi dzień.

Późna pobudka, kaszanka na śniadanie, kawa z babcią Manią. Obok mnie śpi Maksio, który każdego ranka, konsekwentnie po naszej pobudce właził nam do łóżka, przytulał się i zasypiał (taki jego savoire-vivre). Pościel już złożona do prania; Fred pokaże tacie jak działa nasz stary-nowy samochód; zbieramy się w sobie.
___
edit 9:00 dnia następnego, gdyż dzień słusznie długim został nazwany. Wylecieliśmy po północy, spóźnieni. Do stolicy Irlandii dotarliśmy o drugiej czasu lokalnego, w domu byliśmy przed czwartą rano. Zanim do tego doszło, spędziliśmy ostatnie chwile w Polsce tarmoszącza uszy różnych mieszkańców i popijając trunki, np. wspomnianą kawę z babcią Manią.

Moi rodzice w asyście Maksia odwieźli nas na lotnisko. Nie posiedzieli z nami przed dalszą drogą właśnie ze względu na psa, który z powodu rasizmu musiał pozostać w samochodzie. Przepakowaliśmy tylko walizki zostawiając w Polsce Fredowy album ze zdjęciami z przełomu lat 60/70tych (stanowił zbyt duży balast). Już przy bramce zaczepiła nas mała Justina, która też wracała z matczyzny (z partnerką), referowaliśmy jej trochę gdzie, co i dlaczego naszej wizyty. W locie (samolot pełen, na szczęście ludzie w większości zmęczeni i nienarzucający się) szybko dopadła mnie senność, przez to solidnie zbudowany, włochaty steward roił mi się jako jeden z bohaterów Przelotnych kochanków Almodovara (trwałam w nadziei, że zacznie tańczyć, ale nic z tego). Po wejściu do domu wzruszenie — kot siedział zaspany w pościeli, wprawdzie na moment wybiegł na dwór, jak to on, ale zaraz wrócił, zjadł ulubiony pasztecik i zasnął obok nas, wcześniej długo pomrukując w ciemności.

czwartek, 7 kwietnia 2022

Postscriptum #842.





842. Dzień przedostatni.

Dłuższy spacer po śniadaniu odbył się w ciepłym wietrze. Byliśmy na cmentarzu u dziadka Bronka i cioci Stachy, więc miam okazję zauważyć sporo nowych grobów z czasów covidowych. Zaszliśmy też do młyna, niestety zamknięty jest na głucho, i to od kilku miesięcy, co wiemy od napotkanej pani Mirki, która jak zawsze przy takiej okazji wypowiedziała mnóstwo słów. Wychowała się w Bieniakoniu i mówi nam, żebyśmy tu (na wschód Europy, znaczy) nie wracali, bo nie ma czego żałować. 

Zaraz po powrocie ze spaceru Fred nas odprawił. Okazuje się, że przy wjeździe do Irlandii nie ma już formularzy potwierdzających lokalizację, odpadła kolejna biurokratyczna pierdółka dręcząca ludzi w pandemii.

Dopełnieniem dnia była poobiednia wizyta na Brochowie u ciotki Mery, którą spotkaliśmy ostatnio tydzień temu na pogrzebie. Ciotka Freda, dodajmy, tak oryginalna jak cała reszta rodziny. Posiedzieliśmy przy kawie/herbacie i cieście, poopowiadaliśmy o sobie i o świecie, towarzyszyły nam przy tym dwie czarno-białe koteczki, jedna chudzina, druga grubina. Przy wyjściu dostaliśmy w prezencie gigantyczne wydanie Biblii z komentarzami Wojtyły (2014, ze złoconymi brzegami) i tomik Dwie połówki jabłka Załęskiej (2020). W drodze powrotnej złapał nas porywisty deszcz na Wysokim Kościele, to podobnież efekt niżu Nasim (jak Fred wyczytał już w domu, po tym jak na kolację napchaliśmy się kanapeczkami).

Z rzeczy smutnych (a nikt smutków nie lubi): Rózia jest nadal chora. Bidulka z niej, mało je, głównie śpi, mam nadzieję, że się jej nie pogorszy.

środa, 6 kwietnia 2022

841. HB2U.

Kochany kończył dzisiaj kolejny roczek. Mieliśmy na popołudnie umówionego fryzjera, więc najpierw ... trzeba było wstać, i akurat mnie trochę zeszło. Naprawdę miło się spało, chociaż w nocy w nogach łóżka zainstalował się Wojtuś, a nad ranem Maksiu. Widocznie podkurczanie nóg mam opanowane i nie przeszkadzało mi to tak bardzo. W południe pojechaliśmy do lokalnego Chińczyka na chińszczyznę, obiad doprawiłam sobie dwoma rożkami toffi po których wylądowałam na fotelu. Niczego nowego na głowie nie zażądałam, Fred też klasycznie, oboje jesteśmy zadowoleni. Po fryzjerze poszliśmy na idealną kawę serwowaną przez Cezarego:

Cezary to miły chłopak, zastaliśmy też młodego miłośnika kawy, który wstąpił do El Gato po lekcjach. Fajne te dzieciaki, mają pasje, zainteresowania, mogłabym adoptować :) Po kaffce kalatea picturata została zakupiona jako prezent dla babci Manii i fru, jedziemy do domu. Reszta późnego popołudnia minęła m.in. na odbieraniu telefonów od życzeniodawców (Fred) i oglądaniu Fredowych zdjęć z okresu trudnej młodzieńczości (reszta rodzinki).

Postscriptum #839-840.

 




wtorek, 5 kwietnia 2022

839-840. Dół, góra, dół.

Już przed szóstą stojąc na golasa w sypialni obserwuję jak ktoś pomyka między blokami. Jasno. I duszno. Trudno wrócić do snu. Tak się nam zaczął poniedziałek wyjazdowy. Bo w końcu trzeba się było ruszyć z domowego ciepełka, by przejechać do kolejnego domowego ciepełka. Naładowaliśmy samochód dobrami jak rumuńska rodzina i jeszcze przed dziesiątą ruszyliśmy z darami dla chłopaków z Dragan. Dotarliśmy do nich bez większych przeszkód, ubrania zostały przekazane, wypiliśmy po kawie, porozmawialiśmy o genealogii i katolicyzmie (panowie są franciszkanami świeckimi, albo będą) po czym Andrzej zaproponował miejsce, w którym moglibyśmy zjeść obiad — Klemensów. Bardzo mnie to ubawiło, muszę powiedzieć, że co się obśmiałam w duchu jak norka, to moje. Byliśmy więc w restauracji Klemens (mieszczącej się w dawnym domu dyrektora cukrowni), a po obiedzie odwiedziliśmy znajdujące się obok małe muzeum różności. Potem chłopaki zaproponowały wizytę w radecznickiej bazylice Andrzeja i kapliczce na wodzie. Było trochę zimno, czas minął nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się piąta i czas był na nas pędzić w kierunku Zielonki, czyli znowu do góry mapy, po drodze machając pojawiającym się i znikającym kominom Azotów. Doturlaliśmy się do miejsca przeznaczenia po siódmej wieczorem, gdy wieczerza już się rozpoczęła. U Andrju z żoną i córką byli Jackowie, posiedzieliśmy trochę i jedząc jajka w majonezie pogadaliśmy o starych Polakach. Bardzo nam się spodobał nowy dom przyjaciół, łazienka pełen luksus, w hotelu to pewnie byłoby 250 za noc.

Komu w drogę temu kopa we wtorek rano. Obudziliśmy się po siódmej, Andrju zrobił nam śniadanko, zjedliśmy je z Natką. Jeszcze trochę pogadaliśmy z panią domu, która przygotowywała się psychiatrycznie do pracy i po dziewiątej pora była na nas. Teoretycznie mieliśmy jechać cztery godziny, niestety w okolicach Łodzi niechcący zgubiliśmy S8 i musieliśmy omijać Bełchatów przez paskudną odkrywkę węgla. Nom, nie było wygodnie, na dodatek wkurzyła mnie wiadomość z pracy na temat kursu dokształcającego (nie denerwuj mnie, Bridżet, zajęta jestem). W dalszej drodze okazało się, że puławianki smakują nawet lepiej drugiego dnia po zakupie (lubelski cebularz też dawał radę). Na wieś dojechaliśmy po trzeciej, gdzieś po drodze na Dolny Śląsk zniknął śnieg, rodzice wrócili po piątej (z kichającym kotem, bo Rózia chorenia i miała inhalacje u weterynarza). Przywitali nas Malineczka i Maksiu, zupełnie zaskoczona babcia Mania, Mruczysław, który od razu wbił na kwadrat, żeby mieć informacje z pierwszej łapy. Jest dobrze, Fred pokazywał rodzicom swoje podobizny z czasów najwcześniejszej, bezzębnej młodości. Mama się zrewanżowała i wyciągnęła antyczny album z bezzębną moi. Po kolacji jest Poirot oczywiście, 1.3, i oglądanie wiadomości z wojny w Ukrainie. Domowo. Dopijam kubek przegotowanej wody, chyba pora na sen.

niedziela, 3 kwietnia 2022

838. Wspomnienia, zmarznięte pawie, zapach jaśminu.

Rano nasiadówka uniwersytecka, boli łeb, dochodzę do wniosku, że jestem głupia i nie chce mi się uczyć. This too shall pass. Natomiast to, co mnie zafascynowało, to kilka kopert pełnych wzruszeń, starych fotografii Freda z czasu burzy, naporu i młodocianego łażenia po górach z gitarą. Dobrze, że nie dałeś się zabić!

Zdjęcia, papierzyska i parę książek w nadwyrężonych czasem okładkach bierzemy ze sobą w dalszą drogę, będziemy przeglądać i się cieszyć, może nawet w większym gronie, bo jutrzejsza podróż na Dolny Śląsk odbędzie się niespodziewanie ze sporym objazdem przez Wawę. Kot od Fredowej (podobno zapomnianej) wielbicielki:

Teraz będzie mój.
Szukam lokalizacji grobu dawnej dziewczyny Freda, której parę zdjęć zachowało się w tym chaotycznym archiwum. Bez sukcesu. 

Po moich mało udanych usiłowaniach studenckich (ufam, że wszystko zdołam nadrobić, tylko, na bogów, nie zawracajcie mi głowy w tym tygodniu!) zjedliśmy obiad i pojechaliśmy na cmentarz komunalny z którego widać dymiące kominy. Wieża granulacyjna mocznika, Elwira go projektowała, uświadamia nas teściowa. Nie mam pojęcia o co chodzi, Fred rozumnie potakuje głową, a nawet zadaje pytania pomocnicze, bo wie, czego nie wie, a tamten to instalacja odsiarczania elektociepłowni? 

Przed wmężeniem się w tę rodzinę nie robiłam zdjęć dymiącym kominom, ale wszystko się zmienia, jak widać. Po zapaleniu zniczy podjechaliśmy pod pałac, gdzie pawiom marzną nóżki, a pawie spojrzenie mówi wszystko o słusznie ujemnej ocenie aktualnej aury.




Chociaż śnieg dzisiaj nie padał, nadal jest zimno i po raz kolejny w czasie naszego pobytu w mieście lądujemy w okrąglaku, ciepłym, pełnym młodych ludzi. Zamawiam cappuccino, Fred flat white, teściowa herbatę jaśminową, jest naprawdę miło, znowu się potwierdza, że bez polityki i katolickich zabobonów da się porozmawiać z sensem. Herbata przywołuje wspomnienie zapachu rodzinnych zjazdów imieninowych w ogrodzie babci Antoniny. 

Gdy odstawiamy samochód do garażu zauważam, że jest w tym miejscu kurze zagłębie, przynajmniej sześć nastroszonych grzywaczy przygląda się nam z wysokości. Więc jeszcze dwie zmarznięte kury:


Zdjęcia drobiu wszelakiego robiłam Lumixem teścia, prezentem od żony na ostatnie imieniny przed pandemią — aparat jest całkiem niezły i prawie nieużywany, ciekawe jak będzie w nim wyglądała Irlandia. Już się pakujemy, chociaż wcale mi się nie spieszy, bo jak jest dobrze, to po co zmieniać, prawda? Ale wyjechać trzeba. Nigdy nic z tego, co cenię, nie wydarzyło by się, gdyby nie gotowość do podróży. Trochę się grzebię, z oczywistych powodów.