Teraz wiem, że powiedział to raczej Słowak niż Czech. Bo się tulaliśmy na Śnieżniku.
Piękny wyjazd (po szóstej rano, wejście na szlak czerwony za Międzygórzem punkt dziewiąta, dwie godziny później już jedliśmy zupę w Schronisku Fastnachta, po dwunastej staliśmy na szczycie).
W schronisku dogonił nas dziki tłum, który towarzyszył nam do szczytu. Oprócz tłumów widok paskudziła metalowa konstrukcja budowanej, jeszcze nieczynnej wieży widokowej już nosząca ksywę Wielki Blender.
Podczas schodzenia poczułam się gorzej. Gdy w Międzygórzu pospiesznie weszliśmy do pierwszej lepszej jadłodajni (speluny Wilczy Dół nazywanej pizzerią) okazało się, że dostałam okres i dlatego spada mi energia. Jeszcze tylko rzut oka na wodospad Wilczki i półśpiący powrót do domu.
Fredowi udzieliła się moja śpiączka, więc zatrzymaliśmy się na chwilę na stacji benzynowej, żeby Kochany mógł wesprzeć się kawą
Pogoda dopisała niesamowicie, niedziela była słonecznym, ledwo tkniętym wiatrem dniem rozpoczętym gęstymi mgłami. Z przeszkadzaczy mocno utkwili mi w głowie panowie na górskich rowerach mknący po szlaku pieszym, z elementu bieda-pańszczyźnianego osoba brodząca po jagodziskach w rezerwacie przyrody i zbierająca jagody maszynką oraz folklor w postaci Matki Polki (kobieta młodsza ode mnie) podającej dzieciom jagody do jedzenia (dzieci odczytały tabliczkę o zakazie).
Wieczór na śpiąco. Zmęczeni.






