Strony

niedziela, 31 maja 2026

2357. Po maju.

Przed wykaraskaniem się z łóżka dosłuchałam Upiora Siembiedy do końca. Po kawie kliknęłam w Audiotece na Krótką wymianę ognia Rudzkiej (W.A.B., 2018), która tak mnie zachwyciła, że nie odpuściłam słuchance do samiusieńkiego końca, który nastąpił tuż po powrocie Kochanego z pracy.

Kolejny domowy dzień, z minimalną aktywnością pozadomową (koty, rozmowa z Anne). Wieczorami wyciągnęliśmy dvd z filmem Kieślowskiego, Przypadek (1981). A maj ziuuuuu ...

sobota, 30 maja 2026

2356. Słucham.

Upiór Siembiedy wleciał do ucha o poranku. Tak skutecznie się na nim skupiłam, że została mi tylko godzina, ale zostawię ją sobie na jutro. 

Pod wieczór, po obiedzie i spacerze z koteczkami, rozmawiałam z mamą. Tatko miał dzisiaj rezonans głowy (prywatnie, bo inaczej musiałby czekać z rok), mama cały dzień źle się czuła z powodu pogody. Porozmawialiśmy trochę, smęciłam im o naszych planach lotniczych. W tym czasie Fred zagajał z Haną (coś tam się wykluwa). 

Ogólnie dzień rozbabrany, mokro, na czas spaceru musiałam wymienić szorty na długie spodnie, aktywność twórcza i sensowna minimalna.

piątek, 29 maja 2026

2355. Algorytmy ...

... mózgowe — odkąd zaczęłam czytać o Broniewskim, zauważam Płock na mapie Polski, do tej pory miasto dla mnie niewidzialne. Poza tym wczoraj dwa razy w różnych socjalach narzucił mi się temat etapów umierania (ale to już nie wiem dlaczego). Słuchankę Urbanka, Broniewski. Miłość, wódka, polityka (Wyd. Estymator, 2023) skończyłam po powrocie z pracy.

Szukamy lodówki dla dziwadeł, niedużej, z nieistniejącą lub małą zamrażarką: 60/40, albo lepiej 70/30. Tymczasem małe lodówki z niewielkimi zamrażarkami są jak jednorożce, widać jest to znak czasów Człowieka Mrożonkożernego. Byliśmy zaproszeni na wieczór do Ka&Jot, wykorzystaliśmy wyjazd do miasta, żeby rozejrzeć się w Currys, Ka podpowiedział nam też inne sklepy. Potrzeba zakupy lodówki na cito pojawiła się, gdy dotarło do mnie, że Hana może wpaść na dłużej niż tydzień. Przyzwyczailiśmy się do codziennego chaosu, ale lepiej byłoby zdjąć z głowy gościni jeden problem.

Wizyta u przyjaciół była krótka, głównie ploty (głośne, bo Jot czuje się z nami swobodniej i wpada na coraz wyższe rejestry). Wyjechaliśmy do domu po dziewiątej, zmrok jeszcze całkiem nie zapadł. 

czwartek, 28 maja 2026

2354. Zrządzenia.

Na wstępie dnia lekko wykoleiliśmy się ze swojej zwyczajności: Czarna była zamknięta z powodu braku prądu, więc zaproponowałam Kochanemu podjechanie pod Pe; kawa mężowi smakowała, a ja z przyjemnością zanurzyłam się w nowej lekturze (Banville) w zmienionych okolicznościach przyrodniczych.

Z serii "dziwne zrządzenia losu": rano Kochany zaparkował samochód w innym miejscu niż zwykle, znacznie dalej od swojej pracy. Kiedy po skończonej zmianie wracał do Babci, zauważył, że w auto postawione dokładnie tam, gdzie zazwyczaj stoi nasze, wbił się drugi pojazd.

Czas popołudniowy się mi rozgrzebał, leżakowałam; obiad zjedliśmy dopiero o dziewiątej wieczorem (tarliśmy marchewki słuchając biografii Broniewskiego, od czasu do czasu zatrzymywałam audio, żebyśmy mogli o tym porozmawiać).

Pod wieczór jest znacznie chłodniej niż w ciągu ostatnich trzech dni, wiatr się wzmaga. Chodzę w koszulce chopinowskiej. Anne (wyszła się przywitać z myszami) źle wygląda, takie mam odczucie niedookreślone.

Być może mamy opiekunkę do kotencji: Hana wyraziła wstępny entuzjazm. Mąż ledwo co wysłał propozycję i sprawy są w toku, ale przyznam, że dla mnie również jest to najlepsza opcja i trudno byłoby mi się z nią rozstać ;)

środa, 27 maja 2026

2353. Rada: nie machać łapulkami.

Zadzwoniłam do tatki o poranku, przed dziewiątą; już wrócił z miasta i mógł przyjąć życzenia. Kochany wpadł w środku dnia, żeby mi pokazać i sprezentować śliczne, czarne kombo Majestic Filatures, obcisłą koszulkę z przezroczystą narzutką. Po pracy (przypadki gęste, ale w sumie bez znaczenia; zapiszę tylko kolejny sukces: przyszedł Joe, facet wielki jak góra, i wlazł pod moje biurko ... nic tam nie znalazł, wiedział za to do kogo zadzwonić, żeby mu o tym powiedzieć, radujmy się! telefon działa). Mąż zabrał mnie spod biura i razem pojechaliśmy na kawę bez okazji. Dopiero po kawie wróciliśmy do domu.

Dziewczyny napędziły nam stracha: w czasie spaceru Mania chyba się przegrzała, a Bronię coś ugryzło w lewą łapkę. Broniowe łapki delikatne, czyli opuchlizna spektakularna; kotka bardzo oburzona wydarzeniem, długo nie mogła się uspokoić. 

Po spacerze jeszcze raz rozmawiałam z tatką, bo Kochany zadzwonił złożyć życzenia. Obiad; słucham audiobooka i zerkam za okno. Niebo powoli szarzeje. 

wtorek, 26 maja 2026

2352. 9 lat.

Drugi upalny dzień. Byłam w pracy sama na włościach, z klientami oczywiście, więc gdy odkryłam, że nie mamy połączenia z Internetem, stresu było więcej niż gdybym była sama. Internet wrócił, wysiadł telefon stacjonarny. Poza tym typowe sprawy, emilki, zapytania i takie tam. Miałam na sobie lniane spodnie, więc byłam w łaskawym nastroju (Dżejmi z ubrań zimowych zmienił tylko czapkę, na prawie wiosenną; niewola zbroi jest straszna). Pod koniec dnia pracowniczego zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia z okazji DM. Też była w pracy, za biurkiem, ładnie umalowana, profesjonalna. 

Kochany porwał mnie do domu (chustę mam przywiązaną do szlufki u szerokich spodni, powiewam, łopoczę), zrobił obiad, wyszliśmy z koteczkami do ogródka (pierwszy raz w tym roku założyłam szorty, nogi jeszcze zimowe, szorty letnie, ale nic to, ciepło słoneczne na odkrytej skórze ważniejsze jest od autoprezentacji).

Wieczorem relaks przy laptopie, pralinkach, The Great British Bake Off z Januszem (13.8). Rozchełstana z gorąca kończę czytać Mykwę Rudzkiej (W.A.B., 2023), książkę bardzo dziwną.

poniedziałek, 25 maja 2026

2351. Heatwave!

O świcie Bronia odhaczyła kolejny czelendż: weszła na najwyższą półkę z kubkami i zrzuciła z niej prezent od Juliji, czyli zestaw z pingwinem  (dostaliśmy go w grudniu'22). Miska rozprysła się w drobny mak, przy czym spadła tak nieszczęśliwie, że przy okazji stłukły się dwie inne rzeczy, miska Broni i druga na wodę (obydwie należały kiedyś do Rysia). Cóż ... trzeba było kupić nowe, co Kochany uczynił w ciągu dnia.

Rano pomna wczorajszych zimnych podmuchów chciałam nawet wziąć do miasta płaszcz, głupia. Tymczasem dzisiaj był ten dzień! Od samego rana gorąco, biuro ma wielkie okno od strony wschodniej więc sauna. Irlandczycy od razu wskoczyli w klapki, szorty i skąpe topy.

Po pracy wyjazd do sklepu, potem w domu szybki obiad, wyjście z myszkami dookoła komina (mąż kupił dwa dinksy do robienia baniek mydlanych, zabawa odbyła się tak, jak było do przewidzenia: Mania biegała za wszystkim co się rusza, Bronia przyglądała się zjawisku z daleka), wieczorny spacer do plaży:

Nawet o tej porze w okolicach kafejki było sporo osób, mnóstwo młodzieży uprawiającej sport i gry towarzyskie, duża grupa pływała kajakami — społeczeństwo wyległo jak pszczoły do miodu. Wracaliśmy do domu górą i przez centrum wsi, więc mogliśmy zauważyć, że jak zwykle w taki dzień na przystanku roi się młody tłum. W trakcie spaceru brzegiem morza zadzwoniłam do mamy, żeby jej pokazać te nasze "upały". Można się śmiać, ale dzisiaj naprawdę pachniało latem.


W środku dnia, podczas przerwy narzuciła się mi wiadomość o śmierć dawnego proboszcza z rodzinnej wsi, rocznik babci Mani. Z mojej dziecięcej perspektywy był raczej w porządku, nie zawracał mi głowy religią aż tak, więc wspominam go raczej pozytywnie (prawda jest też taka, że dużo godzin religii spędziłam chowając się na poniemieckim cmentarzu, więc nie mieliśmy czasu aby wejść w poważny konflikt światopoglądowy). On to mnie namówił, abym podeszła do bierzmowania, bo nikt inny mi go nie da, a kiedyś będzie mi potrzebne do ślubu, poor devil :D

niedziela, 24 maja 2026

2350. Abnegacja.

Na oko bardzo ładnie, widoki w większości składają się z błękitnego nieba, pod wieczór zauważyłam nawet coś przypominającego chmurę soczewkową, ale chłodny wiatr zacinał na wybrzeżu przez cały dzień i psuł mi nastrój. Po śniadaniu wyszliśmy nad morze, Kochany odważnie zdjął sandałki, zanurzył kończyny dolne w zimnej wodzie morskiej. Na plaży był spory tłum, który zapewne jeszcze się podwoił po naszym odejściu (w drodze powrotnej mijaliśmy duże grupy, wyglądało to jakby właśnie wypluł je z siebie autobus), w oddali majaczyła fatamorgana półwyspu Howth (cień półwyspu unosił się nad wodą i zmieniał kształty, raz był górą stołową, raz stożkiem — szkoda, że nie miałam lepszego aparatu, z kalkulatora to jednak nie to samo).

I wszystko świetnie, gdyby nie nagła niedyspozycja. Na odchodnym zjedliśmy lody w kubeczku, wystałam się po nie w dłuższej kolejce. Nie wiem czy za sprawą tych lodów (mleko), czy z innego powodu poczułam się źle i wróciliśmy do domu energicznym krokiem, bo nie wiedziałam czy mdleję, czy woła mnie toaleta.

Położyłam się czekając na bieg wypadków i nic. Sensacje żołądkowe ustały, przestało mi się kręcić w głowie, zdrzemnęłam się i przez sen usłyszałam, że ktoś nas odwiedził. Byłam tak zmęczona, że nie chciało mi się ruszyć palcem, z głową wtuloną w poduchę delektowałam się nieróbstwem, a Kochany zajął się gośćmi (przyjechał Ka z chłopakami, wpadli tylko na chwilę, przyjaciel uwolniony od towarzystwa Jot chciał sobie chyba pogadać). 

Abnegacyjny nastrój rozśmieszył mnie szczególnie podczas spaceru z koteczkami: bojówki, na T-shirt narzuciłam rozwleczony stary sweter, ale że nadal było mi zimno, dorzuciłam do tego bluzę od dresu i czapkę z daszkiem. Z boku musiało to ciekawie wyglądać: skulona żulica z kotem na smyczy :). Czyli ... nic pożytecznego się nie wydarzyło dzisiaj. Zjedliśmy obiad, to było pożyteczne. Znowu nie ruszyłam papierów, które przywiozłam z pracy. 

sobota, 23 maja 2026

2349. Wycieczka kawiarniano-cmentarno-parkowa.

Poranne rozruchy wolne; Kochany ubiegł mnie we wstawaniu i ogarnianiu Kuchniosalonu. Śniadanie złożyłam z tego, co wymagało natychmiastowego zjedzenia: z parówek i robaków w pil pil, na swój talerz wrzuciłam jajko sadzone. Zębów mycie, włosów czesanie, bluzki szukanie, wyjazd do Dublina, a tak naprawdę początkowo do Dún Laoghaire ...


... ponieważ przed wizytą u Sinéad mąż chciał się napić kawy i w ten sposób dokonaliśmy przypadkowego odkrycia miłego miejsca: zaparkowaliśmy pod czymś o nazwie De Vesci Tower (penthouse dla posiadaczy, jak mniemam) i przeszliśmy się do wygooglanej chwilę wcześniej kawiarni single origin, Twobeans na 11 George St Lower. Bardzo klimatyczna okolica, dobra kawa, ciekawa atmosfera miejsca (fuzja lat 20 i 80 XX wieku plus minimalizm, płatność tylko kartą, większość stolików dla bezlaptopowców oraz ziarna wypalane w Berlinie). 


Z Dún Laoghaire już tylko rzut beretem do cmentarza Deansgrange. Naszym celem były oczywiście dwa groby: Dermot Morgan został pochowany w kwaterze rodzinnej (niedaleko miejsca, gdzie zaparkowaliśmy, jak się zaraz okazało), natomiast Sinéad O'Connor w bardziej "ekskluzywnej" (jak na Irlandię ;)) części cmentarza.



Dzięki jasnym wskazówkom na stronie DC, znalezienie tego o co nam chodziło nie było skomplikowane. Obydwa groby proste, u Dermota wzruszyły mnie lovely horses pozostawione przy kamieniu z jego nazwiskiem; dużo przestrzeni, cmentarz zalany słońce, urzędują na nim kruki.

Po wizycie cmentarnej zaczęliśmy zawracać w kierunku domu, ale z przystankiem: skręciliśmy do zamku w Malahide.



Lunch (testowanie nowego smaku Sanpellegrino, granat z pomarańczą), ławeczka, spacer ścieżką wśród paproci drzewiastych. Nie skorzystaliśmy z miejsc biletowanych, nie było takiej potrzeby.

Zaskoczona byłam, że wyprawa mnie zmęczyła. Po powrocie do domu ostatkiem sił dowlokłam się do Anne wręczyć jej dzbanek z filtrem (Kochany kupił jej taki sam jak nam), i musiałam na chwilę się położyć. Naprawdę na chwilę, bo chciałam skorzystać z dobrej pogody i wyjść z koteczkami na dwór. Po spacerze zapadłam się w stupor, w tym czasie mąż wyczarował mielone kotlety wołowe i zrobił obiad. Reszta kontaktu ze światem: w trakcie kociego spaceru jeszcze raz zaszłam do Anne, tym razem z Bronią / Krakusy zadzwoniły w czasie obiadu / dzwoniłam do mamy, a Fred do Wu. Wnioski ogólne: w Polsce gorąco, chyba wszyscy zdrowi, ale niestety musimy szukać opiekunów dla koteczek, bo wymarzone okoliczności są niedostępne.

piątek, 22 maja 2026

2348. Początek weekendu.

Aj, po trzeciej zajrzałam do Bootsa, kupiłam krem z filtrem, ale też mascarę Elfa i teraz testuję, czy oczy nie będą mi łzawiły (na razie jest ok, kto wie, może znowu będę piękna!). Kochany pojawił się, gdy wracałam do biura zgarnąć papiery. Z miasta od razu pojechaliśmy do portu, żeby zjeść obiad.

Pogoda jak na obrazku poniżej. Dziwnie, szaro, raczej ciepło, wrażenie takie, jakby miała nadejść burza. Morze lekko faluje, góry Mourne zasnute grubą warstwą mgły. W porcie codzienna praca, ludzie pakują i rozpakowują dziwne ładunki, irenki wylegują się brzuchami do góry, czekają, mewy prowadzą obserwacje z powietrza.

Byliśmy najedzeni, czyli koci patrol odbył się od razu po naszym powrocie do domu. Reszta dnia rozlazła, nie wiem na czym minęły mi kolejne godziny. Wieczorem w końcu dodzwoniłam się do mamy; rozmowa turlała się bez konkretnego celu, podczas gdy mama mieszała w fasolce.

Dobrze jest, cieszą mnie drobne rzeczy, że np. dzisiaj mogę siedzieć tak długo, jak tylko mam ochotę, albo, że są plany na jutro. 

czwartek, 21 maja 2026

2347. Świat pozieleniał.

Teraz bardzo dobrze to widać: w ogródku rozrastają się gąszcze krzewów, z przyrostem ruszyła bieda-choinka, która zeszłej wiosny nieomal straciła choinkowe życie, liście zupełnie przesłoniły gawronie gniazda misternie zbudowane nad drogą, w mieście nie ma śladu po różowych kwiatach sakury.

Czwartek zgęstniał przed południem: czekałam na audyt, potem dłużej rozmawiałam z szefową, następnie do mojego malutkiego biura zaprosiły się (spóźnione) trzy dodatkowe osoby z których jedna dyskretnie ziewała. Nie powiem, żeby było nieprzyjemnie, ale dłużyło się, półtorej godziny nawijki o rzeczach, przez to nie mogłam zrobić tego, co sobie zaplanowałam. Trzeba będzie się zmagać jutro.

Nie od razu wróciliśmy do domu, najpierw chwila na zakupy spożywcze w dużym Tesco (Kochany wyławiał przeceny). Po obiedzie (dojadamy wczorajszy gulasz, na odmianę z kopytkami) wyszliśmy na dwór z myszkami. Dziewczyny skupiły się tym razem na ogródku, bardzo śmiałe wskakiwały na mur oddzielający nas od sąsiadów, Bronia wylegiwała się na skrzyni ogrodowej. Po prostu słodkości.

Tak wygląda kotek, który usłyszał stado kawek:

Skończyłam czytać Antonówki Sylwii Frołow (Czarne, 2020).

Galopujące zmęczenie przysłania mi, co mogłabym dodać. Chyba o czymś zapomniałam. A może nie, może były to rzeczy jeszcze mniej ważne.

środa, 20 maja 2026

2345-2346. Trzeba sobie jakoś radzić.

Wczoraj (wtorek) nie chciało się mi nic pisać — dzień był długi, szary, Kochany pracował do siódmej, więc wracałam do domu autobusem, a po powrocie na wieś wychynęłam jeszcze tylko raz, żeby w sklepie za rogiem kupić sos pomidorowy do obiadu. Kiedy jedliśmy, dziewczynom udało się otworzyć drzwi i wyjść na chatę. Kochany zauważył incydent dopiero, gdy odebrał telefon od gościa, który wpraszał się na dzisiaj do mierzenia okien i drzwi, albo czego tam. Poza tym pamiętałam i pamiętałam, ale wieczorem dopiero Fred przypomniał, żeby zadzwonić do mamy z okazji jej urodzin. Mama zjadła 1/4 tortu i podliczyła, że ma lat dokładnie 15 (to mniej niż ostatnio, ale przecież bywa i tak). Po rozmowie nie bardzo chciało mi się cokolwiek innego poza prysznicem i książką. Pozwoliłam sobie na dłuższą lekturę, bo budzik nastawiłam dopiero na siódmą.

Powód późniejszej pobudki taki, że rano miałam kolejne pobranie krwi. Skoro o dziewiątej byłam oczekiwana na czczo, motywacji do zrywania się przed świtem brak. Wbrew obawom procedura pobrania była tym razem ekspresowa, z piętnaście sekund i git (inna kobieta pobierająca, mniej współczująca, za to szybka jak perszing). Spóźniłam się do pracy o wiele mniej niż zakładałam. Pierwsza część dnia jak w malignie, pewnie z powodu braku śniadania, a może z natłoku myśli. Teresa genialnie ogarnęła kołchoz, szefowa wpadła przed jutrzejszym audytem; wyszłam kupić burrito i kawę u Turka. Tymczasem Fred miał multum spraw w rozjeździe: wyjazd do mechanika, żeby uregulować rachunek (El Paso), powrót do domu, bo się trzeba było zaopiekować panami od mierzenia spraw, spotkanie z Dżakiem w temacie monodramu (Drołda), odebranie skołowanej żony z pracy ;)

Podczas spaceru z myszkami znalazłam resztki jasnoniebieskiej skorupki w bladobrązowe ciapki. Googiel mówi: kos. Możliw, bo rzeczywiście pan kos wpada do nas regularnie, także tego popołudnia, na sałatkę jabłkową. 

Kochany długo robił gulasz, na ten czas wyniosłam się do salonu, cebula dawała ponad moje możliwości. Wzięłam ze sobą koteczki, za bardzo się jednak kręciły. Wieczór: obiadokolacja z deserem (środa = świeże tartaletki), obgadywanie świata. Nie chce mi się myśleć o jutrze, więc nie myślę i już.

poniedziałek, 18 maja 2026

2344. Courage!

Zaczęłam poniedziałek pracowniczy od wylania kawy na spodnie. Potem mogło być już tylko lepiej :) (przez cały dzień miałam na naszym oddziale psychiatrycznym Teresę, nawet wyniknęła z tego jakaś scysja, ale ogólnie dla mnie dobrze, głowa spokojniejsza). Kochany wpadł przed czwartą, więc koleżanka z pracy poznała mojego męża.

Wcześniej Fred pojechał do mechanika w El Paso, podrasował Babcię, a skoro był już tak daleko, przejechał przez granicę, żeby zrobić zakupy dla koteczek. Mnóstwo smakołyków przywiózł :) I sprawdził prognozę pogody, więc gdy dojechaliśmy na wieś, najpierw poszliśmy z kotami na spacer. Prognoza była w punkt: niedługo po tym, gdy wróciliśmy do domu, rozpadało się na dobre i siąpiło cały wieczór.

Rozmawiamy z Fredem o przyszłych cudach: catio (jeszcze nie wiadomo, czy w tym domu czy w jakimkolwiek innym), męża starym projekcie w nowej obsadzie (nie mogę dojść do ładu blogowo-archiwizacyjnego, to chyba projekt nr 2, robiony razem z pewną wigilią), a nawet zamarzyło się nam przeniesienie łóżka z sypialni do Kuchniosalonu, żeby zrobić kotom plac zabaw. Pomysły szalone, zobaczymy co z nich zostanie.

Po obiedzie (ryba, ryż, buraczki czerwone z jabłkiem) i deserze (znowu kupiliśmy ciastka w Termon, mamy cynk, że świeże wypieki są w środę i sobotę) skok glukozy i laba totalna. Kochany zadzwonił do Krakusa, żeby jeszcze raz pogratulować, a tu zrobiło się inaczej: Młodsza Latorośl po wczorajszym sukcesie miała dzisiaj wypadek i jest w szpitalu. Trzymamy kciuki, żeby to była taka tam ... ostrożność, a nie coś poważnego.

Kto to widział, żeby po ósmej siedzieć pod kołdrą ...

niedziela, 17 maja 2026

2342-2343. Oświecenia.

W sobotę spałam długo, wytoczyłam się z sypialni po dziewiątej (Kochany w pracy). Gdy weszłam do Kuchniosalonu, Bronia akurat bawiła się starym zdjęciem z Fredowego dziecięctwa (jedną gumową rękawicę używaną do zmywania naczyń też już przegryzła). Ha! Koty jakiś czas temu zabrudziły pokrywę od pudła w którym trzymamy zdjęcia, stąd wzięła się nowa zabawka Broniowa (Fred umieścił pudło bez pokrywy wysoko pod sufitem, ale Bronia jest za cwana na takie proste wybiegi). Rano mąż wrzucił materiałową pokrywę do pralki; wyciągnęłam z pralki szmatkę, w środku zostały kawałki tektury, która w owej szmatce wcześniej przebywała. Pokrywa do śmieci, pralka do czyszczenia. 

Ostatnio Kochany zajął się robieniem domowego cold brew. Przy próbie nastawienia kolejnej porcji napoju odkryłam, że dzbanek filtrujący zarósł nam glonami i z niektórych szczelin nijak da się to to usunąć. Oświeciło mnie, że powinnam trzymać filtrowaną wodę w lodówce, a nie na blacie kuchennym, gdzie słońce i temperatura robią swoje. Czyż człowiek nie uczy się całe życie? Czyż rzeczy oczywiste nie chowają się czasem w bardzo oddalonych zakamarkach umysłu? Mamy nowy dzbanek z filtrem, jest przechowywany tam, gdzie od początku powinien.

Po powrocie męża i obiedzie wyszliśmy z koteczkami na dwór, zajrzałam do Anne. Miło, ale przez większość dnia miałam poczucie, że nie odpoczywam tak głęboko, jakbym sobie życzyła, teraz myślę, że to z powodu mężowskiej pracy — razem jest lepiej.

W niedzielę przed południem przeczytałam do końca Myśliwskiego Traktat o łuskaniu fasoli (Znak, 2022). Zaraz dorzuciłam do listy książek napoczętych Mykwę Rudzkiej, bo mam nierówno.

Anne zamówiła nowy kabel do kamery w Kuchniosalonie w piątek wieczorem, dostawa nastąpiła dzisiaj po południu. Poszłam do sąsiadki, żeby oddać jej pieniądze i przy okazji znowu zostałam oświecona: w aplikacji mojego banku mam możliwość zippay. Dałam Anne gotówkę, ona błyskawicznie wydała mi resztę na konto. Bardzo miłe udogodnienie.

Jeszcze zanim Kochany pojawił się w domu, zerkałam na turniej gimnastyki artystycznej live ... wiadomo, kibicujemy Młodszej Latorośli. I bardzo słusznie. Obejrzeliśmy też przyznanie medali, a Fred wysłał dumnemu rodzicowi gratulacje. 

Zieeeew. I znowu wieczór. Niedziela deszczowa, więc koty niepocieszone. Nie chce mi się nic poza czytaniem. Na weekend przyniosłam z biura trochę papierów, ale od razu wiedziałam buahahaha, że nic z tego, będę je ignorowała a jutro nietknięte zapakuję w drogę powrotną. Do końca czerwca trzeba przegibać w obecnym trybie pracy. Courage!

piątek, 15 maja 2026

2341. Dzień z ulubionym popołudniem.

Do południa nawet obleci (jak się już człowiek przyzwyczai do szpitala psychiatrycznego ;)). Odwiedziłam Saren i tę drugą, porozmawiałyśmy jak fachowiec z fachowcem, wróciłam do biura, powyłączałam wszystko, co miało być wyłączone, i wyszłam mężowi naprzeciw. Kochany właśnie wracał ze Specsavers, z dwiema parami nowych okularów. Od razu zabraliśmy się do domu, bo grafik mieliśmy jasno określony: zjeść coś przed wyruszeniem na północ (Ka zaprosił nas na wieczorną herbatkę urodzinową Jot). Mąż wziął się za gotowanie, ja za nadrabianie lektur blogowych. 

Jedzenie pyszne, aż mi się uszy trzęsły. Między obiad i wyjazd zdołaliśmy upchnąć dwudziestopięciominutowy spacer z kotami oraz dokument Ani Kazejak, Bocznica (2009). Myślałam, że już go razem oglądaliśmy, ale nie. Sama obejrzałam go 11 lat temu.

Nareszcie się wytoczyliśmy. W El Paso Kochany skręcił na chwilę po żwirek dla kotów, potem tylko przyjemności i pizza urodzinowa:

Ciekawie rozmowy nam skręciły, bo Jot wspomniała o poprzednio oglądamy filmie z Cillianem.

Już u przyjaciół odkryłam że nie mamy połączenia z kamerką w Kuchniosalonie. Dla spokojności głowy zaalarmowałam Anne, która wykorzystała zapasowy klucz, żeby odwiedzić dziewczynki. To się wydarzyło:

Któryś ostry ząbek odłączył kamerkę od zasilania ^..^ Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Sąsiadka przekazała fotkę, pogłaskała dziewuchy, a nawet już znalazła mi kabel na wymianę, który może dla mnie zamówić na Amazonie (dobrze się składa, bo jestem z Amazonem na bakier, ale jednak lepiej jest mieć kabel niż go nie mieć). Wszystko to w czasie naszego pobytu u przyjaciół. Kochany pracuje w weekend, więc wspólne kino domowe nie doszło do skutku, urwaliśmy się około dziesiątej. 

Zieeeeeew. Myszy polują na jakieś kuchenne baboki. Mąż pod prysznicem. Mnie oczy się zamykają (w samochodzie miałam toż samo — ucięłam sobie drzemkę, potem nagle otwieram oczko, a tu na horyzoncie czarne góry odcinające się na tle jaśniejącego nieba). Na pewno Duolingo, czy książka ... dunno, dobranoc, pchły na noc ..

czwartek, 14 maja 2026

2340. Szybko ...

... minął ten czwartek. Kochany pracował znacznie dłużej, do siódmej, więc po pracy zaraz poszłam na dworzec. Zanim zdążyłam pogadać z kotami, zerknąć jak mieciu gotuje wodzionkę, wybrać z Audioteki kolejną książkę dla ucha (biografia Bronieckiego) i wysłuchać pierwszego rozdziału, obrać kartofle, a już mąż pukał do drzwi. Potem Delizie, contenti w różnych wykonaniach (z powodu Hebiusowych czasoumilaczy) i nagle robi się dziewiąta wieczorem. How come? Za oknem nadal jasno. 

środa, 13 maja 2026

2339. Dobrze.

Szef kuchni dzisiaj poleca: fasolkę po bretońsku à la Fred (najstarsi Indianie nie pamiętają takiej ilości kiełbasy w tym daniu), na deser zaś dwie tartaletki z owocami à la kupione we wsiowym sklepie. Bardzo wszystko pyszne, nie mogłabym przejść na dietę (mieciu archiwalny gotujący w tle). Dzień od początku deszczowy, więc już teraz kusi mnie prysznic, łoże, sterta książek.
___
edit 20:55 zieeeeew. Jednak po obiedzie wyszliśmy z koteczkami na dwór, ale tylko na chwilę, bo zaczął padać deszcz. Potem odbyły się dwie rozmowy telefoniczne: Kochany rozmawiał długo z siostrą w Kuchniosalonie, ja nadawałam równie długo do mamy z sypialni, spod szlafrokowego kaptura. Zieeew. Miałam czytać, ale się okaże. 

wtorek, 12 maja 2026

2338. Mewi wtorek.

Po południu spotkaliśmy się z Kochanym w polskim sklepie, mąż zdecydował o zakupach, spakowaliśmy torbę do bagażnika i po dopłacie do miejsca parkingowego poszliśmy jeszcze do kawiarni. W kawiarni nawijałam Fredowi o wtorku: w pojedynkę ogarniałam egzamin, odhaczone, choć nie bez wykoślawień (jestem jednak na etapie, gdy takie rzeczy mnie nie martwią). Tak sobie uświadomiłam wczoraj, że kiwanie głową i słuchanie cudzych historii byłoby dla mnie świetną pracą (jak do tego dodać €80-120 za godzinę, doprawdy, dałabym się przekonać do psychodynamicznej).

Domowo życie jak w Madrycie: chodzę z kotami, patrzę w niebo, oglądam archiwalnego miecia robiącego serniki, czytam powieść (trzy, przyjemny płodozmian: Myśliwski, Frołow, wracam do Jarno). Z patrzenia w niebo wynika, że wtorek rano się na taki nie zapowiadał, ale gdy pomiędzy powrotem do domu i obiadem wyszliśmy z koteczkami na dwór, dzień zrobił się zdecydowanie mewi: duże ptaki halsowały malowniczo i przez porównanie czyniły wysiłki gawronów bardzo niezgrabnymi w odbiorze. Wronom obrodziło młodym, ale chyba biedak już nie żyje — kilka dni temu widzieliśmy podlota w trawie, od wczoraj jednak ostrzegawcze pokrakiwania sąsiadów ucichły, co nie jest dobrym zwiastunem (życzyłabym sobie, żeby tymczasowa lokatorka Anne, zapalona myśliwa, wróciła wreszcie do własnego domu).

poniedziałek, 11 maja 2026

2337. Poniedziałek ciężki, jednak do zaakceptowania.

W pracy dzień świra. Spodziewałam się, stalowa ma powieka ani drgnie. Za to po pracy same delicje: mąż robi sałatkę grecką i serwuje ją ze smażonym łososiem. Podczas tych przygotowań porozkładana na fotelach wygrzewam się, obserwuję koty i czytam książkę na czytniku.

Jaka pyszota, ale ten mój mąż jest przechuj, Freda czegoś bardzo rozbawiała moja opinia obiadowa ;)

Najedzeni wyszliśmy z dziewczynami na dwór, tym razem koteczki sporo chodziły przed domem, z jednej strony doszły do chaty Li i Ivy, z drugiej do dawnego domu Anny Emerytki. O ile rano było bardzo zimno, gdzieś blisko zera, spacer popołudniowy w ciepłym, zachodzącym słońcu bardzo dobrze mi zrobił. Wieczorem rozmawiałam z mamą (nad lasem przeszła burza, Maksiu wrócił ze spaceru, albo może nawet został przyniesiony), potem zawzięłam się na biografię Wasilewskiej i książkę Lipińskiego skończyłam czytać przed dziesiątą. 

Pisząc to dojadam sałatkę, pogryzam ją tescową bagietką. Ciekawe, że po relatywnie trudnym dniu pracowniczym (wysyłałam emilki z zapytaniami o kasę, dzwoniłam, szantażowałam, przymykałam oko, oferowałam interwencję kryzysową, naprawiałam i wymieniałam) mam całkiem dobry nastrój.

niedziela, 10 maja 2026

2335-2336. Przelotem przez weekend.

Sobotę rozpoczęłam od skrolowania w telefonie, bardzo brzydka sytuacja, obiecuję sobie poprawę. Po obiedzie wyjeżdżaliśmy na Dublin, więc dzień rozpadał się na dwie części. Rano szum pralki, kocie posapywanie przez sen, lektura (mąż pisze), przeleciałam się na szmacie w Kuchniosalonie, w tym czasie mąż wyprowadzał koty — Manisławę znowu coś użarło w puchatą łapulkę, łapulka spuchła, ale będziem żyli.

Po obiedzie miałam lekkie załamanie nerwowe, gdyż nie miałam się w co ubrać. Na tę okoliczność Kochany nawet zawracał z trasy, ponieważ spódnica zrobiła się na mnie czegoś niewygodna i trzeba było mi zarzucić na siebie coś innego (mąż Kochany, nomen omen, okiem nie mrugnął).

Do wydarzenia pozostało sporo czasu, pojechaliśmy na Cork St do Flower & Bean, wzięłam herbatę na poprawę trawienia, a skoro trawienie w planach miało się mi poprawić, zjadłam również ciastko cytrynowo-truskawkowe :D Nie żałuję.




Ostatnia fotka już z "gdzie indziej", bo przejechaliśmy pod Bord Gáis Theatre i wstąpiliśmy do Caffè Nero. Tak sobie tam siedzieliśmy przy herbatach w papierowych kubkach prawie do siódmej, poczem spokojnie przemieściliśmy się pod teatr. W teatrze leciała Melissa Hamilton's Ballet Star Gala, z Melissą Hamilton oczywiście, ale byli też inni tańczący, których nazwisk nie zanotowałam, oraz sopran, Rachel Croash.

W niedzielę pobudka późniejsza, bo położyliśmy się spać po północy. Na śniadanie dojadam wczorajszy ryż z pieczarkami (zwyczajowo, wbijam jajko i podsmażam na maśle). Kręciliśmy się po domu niepewni, na co mamy ochotę (w międzyczasie kolejne pranie zaczęło powiewać w ogródku z tyłu domu), Ka zadzwonił z historią i trochę zeszło nam na rozmowie telefonicznej. W końcu mąż zaproponował spacer "do obiadu". Wyszliśmy nad morze wczesnym popołudniem, na początku odczucie chłodu wzmagane wiatrem, w drodze rozeszło się po kościach, zaś w oku aparatu jak zwykle czyste piękno. Widziałam jeden dupelec śmigającego kłólika, ale miałam tylko aparat w telefonie, czyli z podglądactwa nici.


Jeszcze na ulicy Nadbrzeżnej spotkaliśmy Anne, która wracała do domu po zrobieniu większego kółka (przystanek, rozmowa). Naokoło Głowy szliśmy już z wieloma osobami przed i za, więc domyślałam się, że po dojściu do portu na rybę z frytkami będziemy musieli poczekać ... nie myliłam się: gdy się pojawiliśmy, kolejka właśnie się wysycała, czekaliśmy w ogonku około pół godziny, ale to i tak nic w porównaniu z osobami stojącymi za nami (kolejka do tej pory prosta zaczęła się zawijać w świński ogonek). Chłodny wiatr na szczęście zmienił kierunek i obiad z widokiem mieliśmy przyjemny (głodni jedliśmy w milczeniu, w tym miejscu co zawsze, na ławce zorientowanej na Góry Mourne). Po otarciu pyszczków spacer na chatę odbył się asfaltem — wąska droga prowadząca do portu nie ma pobocza, tymczasem w porze obiadowej coraz więcej ludzi wpadło na ten sam pomysł, pojechania na najlepszą rybę z frytkami w regionie, więc ciągle przystawaliśmy, żeby umożliwić samochodom mijanki. W domu o czwartej, wiadomo: koty na chwilę na smycz, płyny, odsapki. Kochany po odpoczynku zapragnął zrobić kilka dziur w ogródku i z zapałem zabrał się za kopanie w zieleni przed domem. Zrobiłam mu zieloną herbatę i zaniosłam (właśnie wysadza z doniczki Vialę), sama idę zrelaksować się po prysznicem.
___
edit po pracy dnia następnego: rano Kochany przypomniał mi, że w Dublinie, gdy przemieszczaliśmy się pomiędzy kawiarnią i teatrem, dwóch chłopaków na jego oczach ukradło siodełko roweru.

sobota, 9 maja 2026

2334. O piątku w sobotę.

Jarałam się, że w sobotę jest dobra pogoda na góry. Oboje się jaraliśmy, nawet kabanosy w liczbie słusznej zostały zakupione, do czasu ... po południu mąż mi przypomniał (po tym jak jemu przypomniała aplikacja), że przecież jutro (czyli dzisiaj) mamy balety w Dublinie. Ech ...

Piątek raczej spokojny, choć wiadomo jak to ostatnio ze spokojem, wynika głównie z desensytyzacji. Kochany przyjechał do miasta razem ze mną, a potem zakotwiczył się z laptopem w kawiarni i czekał do południa na wizytę u okulisty (nawet go tam odwiedziłam i postawiłam mu kawę). Po pracy oboje jeszcze raz zaszliśmy do optyka, żeby mąż mógł sobie wybrać i kupić oprawki. Po optyku wizyta w meksykańskiej fastfoodowni, czyli załatwiliśmy sprawę obiadu. Następnie polski sklep, bo kabanosy, które w końcu okazały się nie aż takie potrzebne. W domu długo rozmawiałam z mamą; coś mama nie w humorze, nie znam źródła, takie rzeczy też męczą. A potem przypomnieliśmy sobie o baletach na które mamy wejściówki. Resztę dnia spędziłam pokładając się na meblach i nawet nie chciało mi się dokańczać tej notatki, więc robię to dzisiaj, przed wyjściem na świat ...

czwartek, 7 maja 2026

2332-2333. Pod/na/obok (tyle w temacie wozu).

Argrgrghrh ... środowa końcówka pracownicza trochę mnie dojechała. Zajrzałam do Saren, dopytałam się w temacie pewnych problemów technicznych i cóż, znowu coś. Trudno. I to wezmę na klatę. Chyba. Prawdopodobnie. Jakoś. Kochany zabrał mnie do domu, dał obiad, potem wyszliśmy nad morze — a dokładnie doszliśmy do brzegu, rzuciliśmy okiem na mewy, i z powrotem. Zimny wiatr zniechęcał do dalszych przygód. Niewiele więcej ponad to we środę. Szybko wskoczyłam pod kołdrę, bo czułam się niewyraźnie. Noc była długa, pół na pół pokrzepiająca i przerywana potokiem myśli.

Za to myszka Mania czuła się w środowy poranek dobrze, więc odwołałam jej wizytę u weta, bo przecież wiem, jakby to wyglądało: najpierw Maniusiowe zawalenie się świata, po to tylko, żeby ktoś zauważył, że szycie jest suche i proces zabliźniania trwa (wiemy).

W czwartek to samo, tylko, że zdążyłam się oswoić. Coś tam pchnęłam do przodu, coś tam samo się pchnęło. Jeszcze wczoraj, z okazji, że mam ochotę wyjechać do Kisłowodzka, zaczęłam myśleć o wakacjach, nawet określiłam potencjalne daty i zapytałam Anne, czy mogłaby zająć się koteczkami. Niestety, sąsiadka pomóc nie może, funkcjonuje w tym czasie w letnich rozjazdach. Dzisiaj więc miałam zerknąć na opiekunów lub koci hotel (celujemy raczej w opiekunów), miaUam, ale łeb był gdzie indziej.

Kochany zabrał mnie spod pracy i postawił bardzo trudne pytanie: do domu czy na kawę? Lubię takie życiowe rozkminki, po trudnej milisekundzie powiedziałam na kawę ;) Costa; kawa, kanapka na ciepło (mieliśmy na uwadze, że po powrocie do domu, zamiast od razu rzucić się na żarcie, wyprowadzimy koty na pierwszy pooperacyjny spacer).

Na wsi, ledwie wychynęliśmy z samochodu, od razu ucapiła nas Iva w celu przekazania najnowszej sensacji: z domu obok wynoszono sprzęty po Annie, tu podjechali, tam podjechali, i coś tam coś tam ... Iva zdecydowanie lubi grubsze akcje, więc w emeryckim zakątku bez hiperbolizacji ani rusz. A tymczasem w naszym ogródku kwitnie pierwiosnek Viala (jeszcze w sklepowej osłonce). Poprzedni egzemplarz bardzo podobał się Annie, ale zniknął, z tego co pamiętam, po zaledwie jednym sezonie. Fred nie mógł potem nigdzie znaleźć następnego. Dzisiaj znalazł :) Jego widok od razu przywołał mi myśl o zmarłej sąsiadce.

Obiad późny, towarzyszy nam mieciu omawiający Mistrza i Małgorzatę.

wtorek, 5 maja 2026

2331. Lalala ...

... w pracy twarda jak dyjament, do przodu, nauczam, odhaczam, w swoim ślimaczym tempie, ale jednak. Dopiero w domu, gdy w czasie rozmowy Kochanego ze Zbyniem zaległam w sypialni, poczułam, jak jestem fizycznie zmęczona. 

Zachciało mi się frytek z erfrajera, jedyny błąd: frytek mogę zjeść dwa razy więcej niż normalnie ugotowanych kartofli, więc teraz burczy mi w brzuchu. 

Za oknem nadal jasno, na wysokim, oświetlanym przez zachodzące słońce drzewie śpiewają ptaki. Nagle przypomniałam sobie takie późnowiosenne wieczory w Polsce, gdy po pracy siedziałam na ławce, patrzyłam na las. O babci Mani pomyślałam, że wtedy była.

poniedziałek, 4 maja 2026

2330. Majóweczka kind of.

Dzień rozpoczęty wcześnie, bo przecież po północy nadal nie spałam. Nad ranem miałam śmieszny sen: jeden z blogerów przyjechał do mojego rodzinnego domu, a że tak się składa, że się nie lubimy, cały dzień nie jadł, bo nie nie miał mu kto podać obiadu. Zaś z wielkiego, ciemnego drzewa spadło mi prosto w ręce ogromne pióro drapieżnego ptaka, garść piór :)

Wypiliśmy z mężem trunki poranne i ruszyliśmy w kierunku północnym ... na śniadanie. Kochany zaparkował w środku nietypowo opustoszałego miasta. Gdy szliśmy Clanbrassil St, z minuty na minutę uszka coraz bardziej mi oklapywały — większość sklepów była zamknięta, podobnie jak większość kawiarni i restauracji, w tym Trzecie Miejsce. My tymczasem ciśniemy do Króliczej Nory, rączka w rączka, przyciaśnie, bo miało być ciepło, wyszło trochę zimno. Niczego nie dało się wywnioskować z profilu restauracji na facebooku, bo takie dni jak bank holiday zawsze wprowadzają chaos informacyjny. Idziemy, idziemy, z daleka widzimy, że Królik wygląda obiecująco. Otwarty? Otwarty!

Jakie to było dobre! U mnie: jajka w koszulce, hash browns, zblanszowany szpinak, halloumi, pieczony słodki ziemniak, czerwona kapusta lekko podkiszona, pieczareczki i inne takie (tylko awokado za twarde na mój gust). Po śniadaniu wracaliśmy do domu przez Tesco, Blackrock i ... Drołdę ;D W Tesco zakupy chemiczne (Fred celował w obniżki cen na mydła i płyny). W Blackrock przystanek dla Little Rocksalt — kupiliśmy kolejne kawy, tym razem na wynos, oraz ostatni kawałek sernika baskijskiego do podziału (wcześniej wypiłam cappuccino z mlekiem, bo mi się zapomniało, że laktoza i takie tam, facepalm, więc wiedziałam, że i tak pożałuję).

 

W Drołdzie przystanek przy polskim sklepie (skończyła się mi zielona liściasta herbata z Herbapolu). Tak to dopiero o drugiej po południu znaleźliśmy się ponownie na wsi. Chwila kręcenia się, nawet rozmowa z Anne, i po godzinie wyszliśmy na spacer nad morze. Mieszanka odczuć temperaturowych, ciepło, chłodno, ciepło ... nad wybrzeżem wisiały ciemne chmury zapowiadające deszcz (znowu zmyłka). Byłam na tyle zatopiona w przebieraniu nogami i rozmowie, że zapomniałam o robieniu zdjęć. Prosta, fizyczna przyjemność. Reszta dnia spędzona przed laptopem; obyło się bez obiadu, dojadłam za to wczorajszą sałatkę z tuńczykiem. Epizod: na chwilę wykluło się postanowienie obejrzenia najnowszego filmu Zbynia, ale dostęp do pliku był tak irytująco skomplikowany, że dobrych intencji nie wystarczyło na długo. Powoli wycofujemy się do sypialni. Trzeba, muszę, należy przesuwam na jutro.

niedziela, 3 maja 2026

2328-2329. Sobota z niedzielą.

Przez większość soboty bawiłam się genealogią (byłam skupiona na dwóch miejscach, Majdanie Sieniawskim i Luchowie Górnym; wsie są od siebie oddalone o mniej niż 10 km, ale należą nie tylko do różnych parafii, ale także do innych województw, więc biurokratycznie sytuacja skomplikowana). Skoro zaś ślęczenie przy laptopie, to na końcu marazm. Pewnie dobrze by mi zrobił spacer nad morze, ale gdy się ocknęłam, Kochany już był w drodze do domu; gotowałam obiad słuchając mieciowego streszczenia Odprawy posłów greckich :D, zjedliśmy i szlus, po dniu, na dodatek zaczął padać deszcz ...

Od dawna już nie oglądam regularnie Stacey, ale dzisiaj kliknęłam z ciekawości, przyciągnęła mnie wiadomość o jej dwudziestoleciu na yt.

Rekonwalescencja Broni i Mani przebiega prawidłowo; nasza calico-królewna przez większość dnia próbowała osikać kosz na śmieci, a ja usiłowałam temu zapobiec. Mania dostaje krople przeciwbólowe i uważam, że widać ich działanie: koteczka jest rano w lepszym nastroju, na powrót przy śniadaniu zaczęła się wspinać na moje ramię (siedzi na nim jak mrucząca papużka).

W niedzielę pobudka o siódmej. Mąż był jeszcze w domu, więc mogliśmy razem zmienić podkład pod jedną z kuwet. Rozruch bardzo wolny: mizianie z dziewczynami, przygotowywanie śniadania (zrobiłam sałatkę z tuńczykiem, trochę zeszło), aktualnie kawa pośniadanna. Co by tu jeszcze?
___
edit 14:10 właśnie wróciłam znad morza. Obiektywnie morze chłodne, na samej plaży wiatr, subiektywnie po spacerze roztapiam się z gorąca. Przed wyjściem z domu rozmawiałam z mamą, którą chwaliła się lokalnym rodos: temperatura ponad dwadzieścia stopni, pod tarasem jakaś malizna fruwająca wije gniazdo, Maksiu i Rózia towarzyszą rodzicom porozkładani na trawniku. Z rzeczy nietypowych: wczoraj nad domem rodzice wypatrzyli parę bielików! Orły wróciły dzisiaj, może gdzieś w pobliżu mają kwaterę.

Plany na wieczór same się pojawiły: Kochany zadzwonił z zapytaniem, czy mamy ochotę jechać do Ka&Jot. Mamy, zaiste.
___
edit 00:05 bardzo miłe popołudnie i wieczór. Oczywiście, papiery zrobiłam w stopniu minimalny, coś tam zaplanowałam na wtorek, bardziej mentalnie niż inaczej. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad; u przyjaciół zjawiliśmy się przed ósmą, były ploty przy kawałku apple pie do zielonej herbaty, a na koniec wieczoru zasiedliśmy we czwórkę do Netflixa, żeby obejrzeć Small Things Like These (2024). Byłam już na tym z Kochanym w kinie, na małym ekranie też dobrze się ogląda. 

Do domu, bo myszy czekają. Krople w jedzeniu dla Mańki. Ziew. Jeszcze chwila lub dwie, tak szybko dzisiaj nie zasnę, ale bank holiday, więc nic nie szkodzi.

piątek, 1 maja 2026

2327. Obiboctwo.

Połowa dnia w pracy, potem dziewczyny u weta (szybkie sprawdzenie co tam u nich, dobrze, choć Maniusia dostała przeciwból w płynie). Piątek zadziwiająco ciepły, ubrałam się podobnie jak wczoraj i w czasie krótkiego spaceru do kliniki zdecydowanie się przegrzałam. 

Ciepło mnie zmęczyło — gdy Kochany upychał w szopce przydasie, poszłam na drzemkę. Moja rozmowa z mamą; Freda rozmowa z Perlistym; domowanie. Mąż zrobił obiad, ja nie zrobiłam nic, obiboctwo takie, że aż przestaje być przyjemne.

Miałam jeszcze kolaż kwietniowy wrzucić, to wrzucam.