Strony

wtorek, 30 czerwca 2026

2387. Bastards!

Nic tak nie ożywia człowieka jak drama. Byłam w biurze bardzo wcześnie, bo Kochany zaczynał pracę o siódmej. Miałam czas posłuchać audiobooka, wyjść na kawę do Pe (tym razem posiedziałam w środku, nic mnie nie goniło, poza drobnym deszczem), poprawić list ze skargą. Po kawie i chwilowym powrocie do biura, wybrałam się do urzędu z kopertą schowaną za pazuchą (mżawka się nasiliła). Rozgrzebało mi to dzień, przerobiłam mniej makulatury niż planowałam, ale cóż ...

No i proszę, urząd odezwał się o czwartej, właśnie gdy wychodziłam z pracy. Nie sądzę, aby ta rozmowa wiele wyjaśniła, ale pani odpowie też listownie, więc będziemy mogły nawiązać korespondencję, miejmy nadzieję, że owocną. Na razie nagle przypomniano sobie o nowej kuchence. Benedykt powiedziałby: bastards! (swoją drogę trzeba go zaprosić na kawę). Czy matoły przyjechały dzisiaj ocieplać? Oczywiście, że nie :]

Wracamy do domu, a tu sąsiad po prawej ma nowe drzwi i okna. Drzwi bardzo ładne, już się cieszę. W ogródku nadal nie sprzątam uschniętych lawend, nie ma mowy. Katlin wypytała o wszystko, zdała też relację ze swojej rozmowy z pracownikami, którzy wstawiali okna.

Dosłuchałam Imię róży Eco w wykonaniu Gosztyły. Mniam!

Wieczorem wyszło słońce, duszno. U rodziców też gorąco, przed ósmą nadal było stopni około 27. Już sobie z Kochanym układamy różne plany, może nawet, kto wie, PoE!

Czerwiec:


Zaczęłam czytać ostatnią książkę Rudzkiej, która na początku miesiąca wylądowała w grupie nominowanych do Nike. Bardzo dobra, uśmiecha mnie.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

2386. Poruszenia.

O ja cię pierdolę! Po południu wkurwiłam się tak, że napisałam od razu skargę do urzędu. Tuż przed czwartą jacyś idioci podjechali pod dom i bez ostrzeżenia wycięli nasze lawendy. Przez jacyś mam oczywiście na myśli pracowników firmy krzaczek, która zajmuje się ocieplaniem chałup w okolicy. W ten sposób sytuacja z nieogarniętą Ukrainką w pracy poszła w cień. Oh well ... tak się chyba trzeba z nimi kontaktować, listownie, nie da się inaczej (Katlin z Majkiem też byli poruszeni).

Na poprawienie sobie nastroju, po aktywności epistolarnej zaczęłam słuchać Eco. Zjedliśmy dobry obiad. Przysłuchiwałam się rozmowie Kochanego z Wu. Na koniec dnia wyszliśmy z koteczkami na poszarzałe osiedle. Dzięki temu, że zapukałam do Anne, odbyliśmy bardzo miłą rozmowę; drobny deszcz na nas padał, koteczki toczyły pojedynek na syknięcia z ukraińską lokatorką, odzyskiwałam kontrolę nad dobrym nastrojem. Powiadam: feck it, prysznic i Rudzka w papierze. 

niedziela, 28 czerwca 2026

2385. Ostatnia niedziela czerwca.

Wylazłam z łoża przed siódmą, żeby pobyć z Kochanym o poranku, zanim wyruszy do pracy. Pogoda się poprawiła, wpadłam na pomysł ręcznego wyprania paru "delikatesów", poza tym byłam zdecydowana zakończyć czytanie Breathless Swärd (Viking, 2012), co doszło do skutku po południu. Dzień wietrzny, nie miałam ochoty nigdzie wędrować, za to na chwilę goście zawędrowali do nas: Jot bardzo chciała zobaczyć kotki, i zobaczyła (nie lubię, gdy ludzie wpadają bez zapowiedzi). Długo słuchałam Eco, ostatnie cztery godziny zostawiłam na jutro. Za oknem słychać pomruki pompy, wiatr, stukanie furtki.

sobota, 27 czerwca 2026

2384. Dzień po.

Ciężką miałam noc, nie mogłam spać, może wyłaziło ze mnie napięcie, albo zwyczajnie, radość płynąca z ulgi (rytm kończenia i zaczynania projektów rusza mnie coraz mniej od strony relacji z ludźmi). Do tego po śniadanku Bronia się pochorowała, bo znowu zżarła kawałek plastiku. 

Po kilku dniach "upałów" wrócił morski chłód, szarość, deszcz i wiatr. Chwilę pisałam z Lusiem, poinformowałam ją o przyjeździe, ale niczego nie ustaliliśmy. Rano obejrzałam Midsomer Murders 24.02 (tym razem już w pełni zauważam zdziecinnienie scenariusza, podobne do tego w ostatnich sezonach z panem Pokrzywą), poza tym większość dnia spędziłam z nosem i uchem w książkach, genealogii oraz na popołudniowej drzemce. 

U rodziców upał, jutro ma być szczyt tego Armageddonu. 

piątek, 26 czerwca 2026

2383. The end ...

... oraz kopa na drogę.

Przejrzałam dużo papieru, zostawiłam resztę na następny tydzień. Pod koniec pracy już nie mogłam z głodu i wyszłam do meksykańskiej po quesadillę. Korzyść z tego wypłynęła dla dziewczynek: gdy przyjechaliśmy z mężem do domu, od razu wyszliśmy z nimi na dwór (w Kuchniosalonie ukrop, na zewnątrz przyjemny chłód, wieś stała pod czapką z mgły). Dwie godziny i już po chmurze, przegnał ją silniejszy wiatr z południa. Jestem zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, Kochany jutro do pracy, wieje, reasumując wieczorem zostaliśmy w domu.

czwartek, 25 czerwca 2026

2382. Zapowiedzi.

Jak ja się sobie podobam! Nowe kierpce, stary kapelusz, złota bransoletka na gołej ręce (pierwszy raz w tym roku wyłącznie krótki rękaw, żadnej kurtki, sweterka, narzutki) — upał. Praca z grupą na finiszu, jestem trochę zakręcona i wszystko chcę zrobić na raz, co jest bez sensu, bo oczywiście po przeładowaniu mózgu popełniam błędy. Przypominam sobie w tym wszystkim, żeby zagadać do Agniechy (hej, Agniecho!), może niedługo się spotkamy. Za dwa tygodnie lot ...

Popołudnie podobne do każdego dnia w tym tygodniu: po obiedzie spacer z kotami, po kotach spacer nad morzem. Grzebacze od ocieplenia wydeptali trawę, popsuli furtkę i jeszcze wczoraj zniknęli. Za to zapowiedział się gość od okien; ten przynajmniej zadzwonił. 

Lata kontynuacja. Anne absolutnie upalna powieszczyła nam, że trzeba brać garściami, bo już deszcz pojawił się w Galway i idzie ku nam. Przy okazji rundki z psem Iva znowu zatrzymała się, żeby plocić: do dyżurnego tematu remontowego dokoptowała temat pustostanu po Annie — rzekomo zna imię nowego lokatora, który będzie mieszkał obok nas, i tak to przedstawiała, że no niby nie wiadomo, czy to dobrze, nie wiadomo. Jako że jestem z powodu pracy podrażniona tematyką irlandzkich nierobów, mogłam się jeno lekko uśmiechnąć, bo przecież jej nie powiem, żeby się spojrzała na siebie.

Na długiej plaży, która ostatnio tak nas miło rozpuszczała przestrzenią, tłum. Musieliśmy parkować niedaleko namiotów, bo na regularnym parkingu nie było miejsca. Wieczorem się mi przypomniało, że w lodówce przebywają kupione wczoraj truskawki. Mniam.

środa, 24 czerwca 2026

2381. Kocham lato.

Rano mgła weszła do wsi. Widziałam. Budzę się, wchodzę do Kuchniosalonu, jeszcze na śpiocha odpalam czajnik, a tu patrzę, idzie, 

Nie miałam zamiaru dzisiaj szastać kasą, ale napatoczyła się sprzyjająca okoliczność: po południu, przed powrotem do domu, Kochany chciał coś sprawdzić w swojej pracy, zaparkowaliśmy pod Lidlem i przeszliśmy się kawałek, tak się zdarzyło, że obok sklepu sportowego. Przypomniało mi się, że warto byłoby obejrzeć sandałki. Bardzo słusznie. Trafiłam na wyprzedaż, kupiłam Karrimory w sam raz na polskie lato'26. Tartaletki i truskawki z Forge dopełniły przyjemności.

Rozwijamy nasz zwyczajny grafik: obiad, wyjście z koteczkami, ciastka z Forge do kawy (już siódma wieczorem, zadzwoniłam w tym czasie do mamy, pojarałyśmy się planami), wyjazd do niebieskiej plaży (doszliśmy do wniosku, że latem jest tu przyjemniej niż na plaży wsiowej, więcej przestrzeni). Nad morzem koń w galopie, jakiś rodzaj jaskółek tnących powietrze (a może jednak jerzyki?), foka pływająca tuż przy brzegu, bardzo charakterystyczny namiot stoi na wydmie od weekendu. Tuptamy w jedną stronę, tuptamy w drugą, wracamy do domu (ciotka Re słusznie mnie ostrzegała, że Fred lubi chodzić).

Pogoda na jutro będzie miała tak samo jak dziś, może być nawet 27 stopni, więc uważajcie na siebie, ludzie:


Słonko dopiero zaszło, nadal jest jasno, jeszcze z godzina czytania przede mną. Kocham lato.

wtorek, 23 czerwca 2026

2380. Dzień ojca.

Gdy doszłam do biura i włączyłam komputer, zdałam sobie sprawę, że nie mam okularów. Yyyy, przez dłuższy czas naprawdę sądziłam, że zostawiłam je w domu. Cószzzzzz, były na szafce z papirami, co zauważyłam po następnej godzinie. Pora mi kupić babciowy sznureczek, w złocie oczywiście.

W domu kolejny etap demolki oraz drama sąsiedzka. Nagle przyszli grzebacy od ocieplania, widocznie minął magiczny fortnight. Iva przyleciała naganiać, żeby zaczęli od nich, Katlin bardzo się to nie spodobało, gdyż jesteśmy jej ulubionymi lokatorami (szczególnie Fred), natomiast Iva z Li zupełnie akurat przeciwnie. Byłam w pracy, więc mąż mi zaraportował wsiowe histerie.

Upał. Naprawdę. Nie ma sensu patrzeć na słupek rtęci, w mieście powietrze stało, wszyscy wskoczyli w kuse ubrania. Od razu po powrocie do domu prysznic, żeby umyć włosy, bo już od ponad tygodnia po południu same losu przeciwności. I tak, piękna i z czystym włosiem odbyłam spacer z kotami.

Wakacyjnie sprawy się rozwijają: Stu umówił się z tatą na przekazanie samochodu, o czym tatko mnie poinformował, gdy zatelefonowałam z życzeniami z okazji DO. No i super, oby nic po drodze się nie wykrzaczyło, puk puk.

Mało czytam, pogoda nie zachęca, łażenie jest bardziej w modzie, dzisiaj jednak i to nie wyszło. Kochany chciał skosić trawę w ogródku, niestety, kłódka od szopki się zacięła, sprawa jest nieco podejrzana. I tak, deliberujemy nad kłódką, czas przez palce przecieka, mąż podaje obiad tuż przed zachodem słońca (dzisiaj to było podobno ◠ 21:58)

poniedziałek, 22 czerwca 2026

2379. Ostatni tydzień.

Kawa z Teresą, gdyż ostatki, jeszcze ten tydzień, potem papierologia — początek tygodnia był znacznie mniej stresujący niż się spodziewałam, teraz tylko cztery następne dni odhaczyć, a nie zwariować ;) 

Gdy po południu szwendaliśmy się z koteczkami, podeszła do nas Katlin, właśnie była wymalowana na bingo, ale miała chwilę czasu, więc przyszła nam powiedzieć, że nasze kotki są śliczne, a ją bardzo denerwuje Ukrainka i nie może się doczekać, kiedy się wyprowadzi (przysposobiona kotka Anne zabiła dzisiaj trzy ptaki, więc się nie dziwię, nie jestem fanką tej dziewczyny).

Po obiedzie i kociospacerze poszliśmy do sklepu za rogiem kupić napoje, noga za noga, po co się spieszyć, po czym podjechaliśmy do niebieskiej plaży na spacer wieczorny. 

Wzdłuż linii brzegowej biegały liczną grupą małe, szaro-białe ptaszki, prawdopodobnie piaskowce, Calidris alba. Kochanemu, gdy na nie patrzył, przypomniały się szadoki (rzeczywiście, coś takiego było w tv, teraz, gdy obejrzałam filmik na yt, przypominam sobie też).

niedziela, 21 czerwca 2026

2378. Lato.

Ciepło. Pranie powiewa, suszy się w słonku. W domostwie ogólne nieróbstwo. Koty śpio, mąż nie śpio, za to siedzi w sypialni ze stopami przykrytymi żoninym szlafroczkiem i tworzy (jako żona piszarza pokornie zaniosłam mu jogurcik z granolą i herbatę z machą, żeby się mąż prawidłowo rozwijał). Klikam, a powinnam coś innego robić, zerknąć w papiery (zaraz to zrobię, bo mi ta myśl żyć nie daje). Zapiszę tylko, że w Polsce stopni dwa razy tyle i rodzice chowają się przed upałem w domu (czyli dokładnie tak, jak my). I jeszcze z videłorozmowy z mamą njusy zdrowotne: tatko odbył w mijającym tygodniu dwie wizyty, po pierwsze oko, może coś mu tam pomogą w temacie zezowania, zapisał się na zabieg na sierpień (cud termin, czyli wiadomo, że prywatnie i nie za darmo) + są wyniki usg jamy brzusznej (nawet nie wiedziałam, że miał), coś tam powiększone, gdzieś tam torbiel. Razem z wynikami prześwietlenia głowy (umiarkowany zanik, łagodne zmiany) można się trochę przygnębić.
___
edit 20:45



___
edit 22:00 Ależ miły zrobiliśmy spacer. W porównaniu z sobotą wybrzeże bezwietrzne, można było iść przed siebie i iść. Odkryliśmy, że w sporym oddaleniu od parkingu, na plaży pojawiły się nowe umocnienia, coś w rodzaju falochronu z jakichś dziwnych elementów, betonowych słupów z datami (prawdopodobnie stare podkłady kolejowe, najwyraźniej niedawne sztormy dojadły właścicielom gruntów). Niektóre namioty już się zwinęły, ale na ich miejsce pojawiło się kilka innych. Pierwszy dzień lata był wyjątkowo piękny.

2377. W niedzielę o sobocie.

Wróciliśmy do domu od Ka&Jot dokładnie o północy między sobotą i niedzielą; czerwcowe nocne niebo nadal miało słoneczny poblask. Nie chciało mi się już tutaj pisać, prysznic i sen (Kochany w Kuchniosalonie klął na czym świat stoi — w czasie naszej nieobecności zdolne myszy przerobiły papierowy ręcznik na drobny mak).

Sobotnią labę miałam przeciętą wyjazdem parapracowniczym (a Fred ze mną): po śniadaniu pojechaliśmy do miasta, żebym mogła odhaczyć kilka chwil na zawodowej imprezie. Wpadłam jak śliwka, zaraz przedstawiono mnie siostrze miłosierdzia (to nie jest przenośnia, osiemdziesięcioletnia Sister of Mercy w żakiecie chwyciła mnie swoją kosteczkowatą dłonią nie znającą sprzeciwu; po trzydziestu sekundach przebywania w otoczeniu siostry mąż wycofał się na z góry upatrzone pozycje, wyszedł i czekał na mnie w Czarnej), poza tym obfocono mnie z lokalnym politykiem, który ostatnio awansował społecznie. Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę, że już się poznaliśmy, jego łańcuch błyskał, zęby lśniły, z ust spływały teksty dyplomatyczne. Szybko się zmyłam, nie zrobiłam ani jednej fotki (chyba zdeprymowały mnie te wszystkie szyszki hojnie robiące sobie zdjęcia do gazet z randomami takimi jak ja). Catering nie był ciekawy, również i ta szansa na przytrzymanie mnie dłużej zawiodła (spotkałam znajomego, który kiedyś prowadził w Centrum zajęcia artystyczne, jego ocena jedzenia była zgoła odmienna).

Pojechaliśmy z Kochanym na zakupy, poszwendaliśmy się (szukamy nowej suszarki do naczyń), a później już normalnie, powrót, obiad, spacer myszowy, w końcu wyjazd do przyjaciół. Pogoda dopisała, pościel wyschła jak należy, wieczorem zrobiło się zimniej, ale to wiadomo, wiatr od morza. Intencjonalnie wyjechaliśmy wcześniej, żeby po drodze zaparkować przy niebieskiej plaży i przejść się trochę, zobaczyć ilu piratów nazjeżdżało się w weekend, żeby w nocy patrzeć na horyzont. Tutaj ciekawa sytuacja: sporo muzułmanów, których rozpoznaliśmy oczywiście głównie dzięki obecności kobiet z nakryciami głowy. Meandry myśli pobiegły mi w tym kierunku, bo jest to bardzo dla mnie intrygujące jak ludzie z kultur Islamu radzą sobie z naporem oficjalnej wykładni: z jednej strony dwie kobiety ogacone całkiem szczelnie ichnimi chustami, obok dziewczyna w bikini (czyli półgoła, jak na to spojrzeć z innej strony) z odkrytymi włosami, obok pan pół-na-pół, kozia broda, ubranie zachodnie.

U przyjaciół jakoś tak wyszło, że sporo rozmawialiśmy o trudnych rzeczach, jak ADHD, trauma, itp. Na dokładkę w kinie Netflixowym, niejako pozostając w temacie, obejrzeliśmy Steve'a (2025) z Cillianem Murphym. Mimo tematyki, dobry dzień.

piątek, 19 czerwca 2026

2376. Nareszcie ...

... piątek. Przez pracę przemknęłam aktualizując oprogramowanie, dając kciuki w górę oraz żółwiki. Skoro mieliśmy zahaczyć o Tesco, musiałam wziąć męża na kawę (ciśnienie miałam takie, że albo kawa, albo śpiączka). Z miasta przetoczyliśmy się do wsiowego portu, gdzie Kochany wybrał kupienie ryby z budki. Pomimo wcześniejszego deszczu ciepła i przyjemnie bezwietrzna pogoda zachęciła nas do pozostania pod fiszendczipsiarnią (zmyślnie zaangażowaliśmy plastikowe torby na zakupy jako pokrowce na mokrą ławę).



Dość szybko po powrocie do domu wyszliśmy z koteczkami, a potem we dwoje nad morze (starałam się utrzymać energię na równym poziomie, ostatnio jak siądę i się zadumam to kaplica; chyba trochę pomogła mi w tym zadaniu Banalna swoim komentarzem do mnie u Celta — długo jeszcze szczerzyłam się sama do siebie w uśmiechu, wprawdzie śmianie się z cudzej głupoty to nie jest rozrywka wysokich lotów, ale krążenie pobudza, więc bierę; Kochany w międzyczasie zdążył rozmówić się telefonicznie z Wu, KMŁ oraz Ka). 

Na wieczornej plaży pięknie, choć jak zwykle nie dla wszystkich: morze wyrzuciło ze swoich głębin ławice chełbii, a dwóch panów z dziwnymi kijkami wygrzebywało z piasku jakieś żyjątka, zapewne na obiad.

czwartek, 18 czerwca 2026

2375. Rozleniwiona przez niewiadomoco.

Wydobyłam się z pościeli, poszłam do Kuchniosalonu, po borówki i herbatę. Nie rano, teraz. Zachcianki mam. Z dnia wydarzenia: bezboleśnie odbyłam kolejny audyt. Pogoda dniowa niesamowita, gęste, ciepłe, mokre powietrze, koteczki brodziły w wilgotnej trawie. Po obiedzie coś się mi we łbie rozłączyło, o ósmej padłam na łóżko bez energii, doszłam do siebie dopiero przed kwadransem. Borówki dobre.

Siedzimy w łóżeczku, zajadam borówki, oglądamy z Kochanym jak dekiel odpadł temu misiu i leciał jak ufo (w Moskwie zbiornik stokażowy został trafiony przez drona). Ławrow powiedział, że "Rosja będzie przeprowadzać zmasowane, grupowe ataki na ukraińskie cele". A to już nie przeprowadzają?

Obejrzałam jak mieciowi nie wyszły serniki, to jeszcze zajrzę co tam u Gosi, i dobranoc państwu.

środa, 17 czerwca 2026

2374. Rozleniwiona przez cukry.

Pochmurno, od czasu do czasu niebo grozi deszczem, popołudnie przyjemnie ciepłe. W drodze do domu zatrzymaliśmy się na chwilę w Termon, żeby kupić coś na obiad i deser. Przed obiadem podanym przez męża zdołałam jeszcze dokończyć czytanie Pięknych dwudziestoletnich Hłaski (Agora, 2014). Między obiad i deser wcisnęliśmy spacer z koteczkami (osiąg Mańkowy: skok z płotu na dach szopki, a następnie dzielny zeskok na dół z szopki owej), po deserze nastąpiła dłuższa rozmowa telefoniczna z mamą (jako pretekstu użyłam samochodu, ale tematyka i tak zeszła na politykę i ostatnie wyczyny prostaka Bąkiewicza; rodzice wypełniają sobie smutek po Maksiu frustracją na istnienie idiotów, nie wiem, czy to dobrze). Wzrost poziomu cukru mnie pokonał, rozleniwił, spacer nad morze został odwołany :) Od zeszłego tygodnia mam ochotę na wykopki kina europejskiego, ale film który mam na myśli ponownie zostawiam na później. Dzisiaj tylko książki.

wtorek, 16 czerwca 2026

2373. Bez grafiku.

Mogłabym spać jeszcze z godzinę. Najpierw zadzwonił mój budzik. Przytulona do Kochanego wykorzystałam informację, że mąż nastawił swój budzik na 10 minut później, i zapadłam w mikrodrzemkę (ostatnio miewam jakieś złe sny, o chorobie i śmierci, ale akurat tej nocy nie, tymczasem i tak trzeba wstawać). Nie chciało mi się jeść śniadania ... dopadła mnie niestrawność, mało spektakularna, uporczywa jak ćmienie zęba (widać pesto mi nie służy). Po długim dniu w pracy posypał się grafik: miałam wrócić do domu przed Kochanym, zrobić obiad, i tak dalej. Tymczasem nie przyjechał autobus podmiejski, podobno rozkraczył się gdzieś za naszą wsią. Siedziałam na murku okalającym dworzec z siwą kobietą, która zawsze wysiada na pierwszym przystanku, przy domkach. Znamy się. Tzn. pani uwzględnia mnie jako autobusową znajomą (zaczęłam ją kojarzyć w pandemii, na początku znałam tylko oczy zerkające znad maseczki, resztę musiałam sobie wyobrażać i po ściągnięciu masek trochę mi zeszło przyzwyczajanie się do jej prawdziwej twarzy). Jak ona ma na imię? W każdym razie po godzinie doszłam do wniosku, że nie ma co znosić jajka. Pożegnałam się, zostawiłam siwą panią w poczekalni dworca i wróciłam do centrum, do Czarnej, gdzie spędziłam czas nad herbatą zieloną i pierwszą lepszą dostępną mi książką — akurat miałam w ebooku Breathless Anne Swärd. Na koniec wymieniłam kilka słów z panią Stempelek, onegdaj uznaną za nr 4. Nr 4, w rzeczywistości Dżaki, już zaczęła wnosić krzesła do kawiarni, czyli pora była mi spadać. Kochany podjechał jakiś czas po siódmej. Gdy dojechaliśmy do domu, w oknie stała mocno zaniepokojona Bronia, kochane zwierzątko. Żołądek nadal mam lekko zasupłany, więc nie żałuję obiadu, postanowiliśmy nie gotować nic ekstra i rozpatrzeć nasze potrzeby osobno, każde we własnym jestestwie. 

Wtorek przemknął.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

2371-2372. Niedziela-poniedziałek.

No i proszę, Midsomer Murders 24.1 się nawinęło o poranku niedzielnym. Zepsułam sobie przedpołudnie godzinną refleksją nad pracą (obejrzałam dwa nagrania w celach naukowych), ale szybko wypełzłam spod stosu makulatury usprawiedliwiając się brakiem Excela (nie chciałam wymodzonego modzić od nowa), i potem już tylko lektury, w papierze i w Audiotece. Do tego przypomniało się mi, że wczoraj (w sobotę) była rocznica kociej adopcji. To już rok jak wszystko stoi na głowie (np. przestałam prasować, nie ma na to miejsca).

Kochany wrócił z pracy pociągając nosem. Choroba.

Dzisiaj pobudka o czasie; mąż podwiózł mnie do pracy pomimo tego, że nie czuł się za rewelacyjnie. Nieprzyjemna sytuacja — początkowo sądziłam, że jakieś bakcyle go obstąpiły, ale pod koniec dnia skłaniam się ku hipotezie alergicznej. Spotkaliśmy się z Fredem po południu, Fredem wzburzonym, ponieważ chwilę wcześniej Kochany miał nieprzyjemne zdarzenie drogowe, miejmy nadzieję, że bez reperkusji. Zanim przeszliśmy w tryb standardowy (powrót na wieś, koci spacer, obiad), zabraliśmy się z buta do Czarnej, żeby usiąść przy kawie i olać to wszystko.

Kochany zadzwonił wieczorem do brata, klaruje się sprawa samochodu, który w lipcu znowu przetoczy się z jednej stolicy do drugiej.

sobota, 13 czerwca 2026

2370. Lodówka, lato, rozmowy o śmierci.

Sobotę zaczęliśmy dynamicznie: między dziesiątą a dwunastą zapowiedzieli się lodówkowi dostawcy, trzeba było rano wypatroszyć starego Zanussiego i wystawić go przed dom, włożyć szybko psujące się produkty do przenośnej paralodówki i zagadać do Anne czy jeszcze śpi, bo w jej zamrażarce przebywały nasze wkłady chłodzące. Kochany w międzyczasie wyjechał do pracy; pokicałam do sąsiadki po rzeczone wkłady, przy okazji pogłaskałam jej koteczkę, która właśnie piła wodę z kranu; rozmawiałyśmy z Anne tylko chwilę; poranek rześki, w sam raz na spacer nad morze, ale że utknęłam w Kuchniosalonie z produktami wyciągniętymi z lodówki, które idealnie nadawały się na zabawki dla Broni, wydarzenie zostało odwołane ;)

Fish był wczoraj live on Friday. Ładny dom, ładna wyspa, inne życie.

Panowie przyjechali przed jedenastą, szybko i sprawnie załadowali stare, wtoczyli do Kuchniosalonu nowe (młodziak dostał ataku kichania gdy tylko wszedł do naszego ogródka). Trochę mi zeszło na odpakowywaniu i postawieniu sprzętu tam, gdzie jego miejsce. Wykorzystałam nabytek, jako pretekst dla telefonu do mamy, która była dzisiaj rozmowniejsza, opowiedziała mi o śmierci Maksiutkowej i innych przemyśleniach. Temat ciężki, ale adekwatny, takie rzeczy trzeba wygadać. Wysłałam jej kilka zdjęć Maksia z ostatnich pięciu lat. Cieszę się, że mama nie odrzuca pomysłu adoptowania innej jakiejś pokraki potrzebującej domu, choćby i miała być ze Szczecina. Rozgląda się. Rozglądanie się jest rzeczą dobrą.

Wybrałam się na chwilę do rzeźnika rodzinnego, kolejna okazja dojścia do plaży przegapiona, był tylko spacer wsiowy z okazji którego specjalnie nadłożyłam drogi dwa razy przez osiedle :) W osiedlu mijałam dom Polaków i niestety muszę stwierdzić, że ci akurat potwierdzają stereotypy (pan w ogrodzie na tyłach głośno bełkotał coś do siebie okraszając niezrozumiałe zdania kurwami, wczesne popołudnie, dziwny moment na głęboką intoksykację).

Po powrocie Kochanego z pracy obiad, spacer z kotami połączony z sąsiedzką pogawędką, po czym na wieczór znowu poszliśmy na spacer, tym razem tylko we dwoje, zobaczyć nasze morze. W drodze zauważyłam Caroline siedzącą przed domem, robiąca na drutach, Kochany ją zignorował, ale wracając zaproponował ścieżkę alternatywną. W wodzie dużo glonów, fale płaskie, horyzont przejrzysty, kutrów brak, tylko jedna większa jednostka bujała się na tle naleśnika Howth. Niewiele osób; inaczej we wsi, sobota, więc tłum buczał u Przemytników, i po drugiej stronie pub też szumiał gawiedzią. To samo z Szarkeyem, wieś wszerz i wzdłuż oblazła samochodami zaparkowanymi przy drodze. Doszliśmy do domu o dziewiątej, a tu nadal jasno. Lubię kręcenie się to tu to tam, mam szczęście, że wybrałam Kochanego, który lubi kręcić się ze mną.

piątek, 12 czerwca 2026

2369. Piątek dwunastego.

W uchu od poranka Imię róży Eco. Bez napinki, książkę znam, audiobooka będę trawiła dłużej dla samej przyjemności słuchania głosu Gosztyły. 

Dzień miałam od samego początku pogodny, bo wiedziałam, że nie muszę niczego przygotowywać; kawusia z Pe, Teresa ogarniała, ja zarządzałam. W domu relaks; spacer z koteczkami, poza tym dość byłam objedzona burrito, więc nie mieliśmy z Kochanym wspólnego obiadu, dojadaliśmy resztki różności. Jedynym cieniem na popołudniu była rozmowa z mamą, która zdecydowanie nie była w nastroju, jest to dla mnie zrozumiałe, ale też niepokoi. Ach, i jeszcze Katlin wspomniała, że po osiedlu przemyka pomysł ścięcia wronich drzew, które patrzą na nas przez okno w sypialni. Że niby za wysokie są, i coś tam coś tam, mogą się przewrócić coś tam. Oj, bardzo jestem na nie.

Skończyłam czytać The Sea Banville'a (Picador, 2006). Zerknęłam na zwiastun Mistrza i Małgorzaty z Augustem Diehlem ... samo wyszło po tym, jak przeczytałam o śmierci Michałowskiego.

czwartek, 11 czerwca 2026

2368. Śmierć Maksia ...

... jedną z pierwszych wiadomości porannych. Czyli paraliż był zapowiedzią. Piesek chyba naprawdę był starszy niż to oszacował weterynarz sześć lat temu. Tym bardziej wstrząsające, że ktoś go tak zostawił na ulicy, małą, pokracznie dreptającą kulkę. Dobre miał życie przez te kilka lat u moich rodziców. Zaś smutek.

Rano, w samodzielnie zaordynowanej przerwie w pracy, zadzwoniłam do tatki. Poza tematem psim poruszone zostało zagadnienie tracenia rozumu. Coraz trudniej porozumieć się z wujkiem Kazem, w telefonicznych z nim rozmowach pojawiają się co chwilę jakieś wątki oniryczno-histeryczne, zaś ciocia Ksta ogólnie traci zdolność używania telefonu. Tatko się martwi, że teraz jego kolej.

Wróciłam do domu półtorej godziny przed mężem, dosłuchałam do końca Dom Zbrodni Christie (Saga Egmont, 2020), odkryłam, że następny deser czerwcowy jest w robocie, przygotowałam obiad. Jeszcze chwilę pokręciliśmy się w poszukiwaniu Maniowych siuśków i wyszliśmy na spacer. Koteczki poszerzyły dzisiaj swój teren: na lewo doszliśmy z pomocą Anne do wysokich drzew (przyciągnęło nas tam truchło wyjedzonego od środka gołębia), na prawo do trawnika przy drewnianym płocie. Mijały nas trzy duże psy (w tym Lucy), Bronia ofuczała czarno-białą sąsiadkę. I proszę, dziewiąta wieczorem, nadal jasno. Herbata, prysznic, książka.

środa, 10 czerwca 2026

2367. Wyzwania i wieści.

Wyzwania:

  • Gdzieś od roku prawie nie ćwiczę, w każdym razie nie jest to nic regularnego i forma mi kapcanieje, niestety. Postanowiłam zmienić grafik, właśnie teraz, w środku tygodnia zacząć od czegokolwiek. Pięćdziesiąt przysiadów do kryminałku.
  • Wpis Iwonyzmyślonej zastartował mi przemyślenie, że warto byłoby oglądać więcej kina europejskiego. Oraz, że kino europejskie nie kończy się na kinie angielskojęzycznym w koprodukcji z usa (duuu!). Przekładam wyzwanie na weekend, ale pomysł dobry, poszerzający horyzonty.
  • Znowu byłam rano w Pe, kupiłam kawę po drodze ze sklepu do biura. Od słowa do słowa ... dodałam na duolingo język turecki :D
W pracy nie mogę się zebrać do zakończenia pewnych wątków. Trzeba będzie, życie mnie zmusi, na razie jednak chillout, galopada do domu, zapychanie się makaronem, słuchanie Christie, spacer z kotami (zajrzeliśmy do Anne, akurat rozmawiała z mamą przez Internet, koty zostały okazane w kamerce amerykańskiej matce).

Zadzwoniłam więc do mamy własnej po wieści najnowsze. Dobre wieści: tatko dostał się do lekarki możliwie najlepszej w okolicy. Była miła, zaordynowała adekwatne środki na anemię. Złe wieści: Maksio chyba dożywa swoich dni ostatnich, jest w pampersie, przestaje jeść.

wtorek, 9 czerwca 2026

2366. Petrichor.

W osiedlu sianokosy. W czasie gdy byłam w pracy, przyjechały dwie maszyny i szybko skosiły zarośnięte trawnikołąki, stada czarnych ptaków rozpoczęły cierpliwe suszenie. Pogoda przedziwnie zmienna, burzowa, w powietrzu zapach ziemi po deszczu i skoszonej trawy. 

Byłam sama w Jamie, obyło się bez dramatów, nic ciekawego znaczy, tylko dużo gadam i boli mnie gardło. Przybyłam na wieś zaopatrzona w tartaletki z Termon. 

Wieczorem dosłuchałam do połowy kryminałek i wróciłam do poważniejszych tematów. Merdam paluszkami pod kołdrą rozmyślając jak mam fajnie, w domu naprawdę się relaksuję.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

2365. Nowy tydzień ...

... zaczęliśmy z przytupem: bilety do Polski zostały kupione, lecimy do Wro, była to najtańsza opcja, do tego wzbijająca najmniej kurzu. Może powinniśmy jeszcze poczekać, ale z drugiej strony po prostu dobrze jest mieć część logistyki z głowy. Poza tym przemieściłam pieniądze pomiędzy kontami, więc już rano wiedzieliśmy, że kupujemy dzisiaj lodówkę: po czwartej spotkaliśmy się w polskim sklepie, a potem zajadając paluszki o smaku cebulki pojechaliśmy do Harveya. Kupiliśmy niewielki Indesit; zapłaciłam, na razie nie ma go w magazynach, ale czekaliśmy tyle z podjęciem decyzji, kilka dni nas nie zbawi.

Nie wiem, czy to wydawanie pieniędzy tak mnie zmęczyło (może sobie głowa jakimś zwojem wydumała, że skoro piniondze tzn. że dużo razem z głową dzisiaj robiłyśmy), ale po obiedzie podstawionym pod nos przez męża padłam jak kawka. Ledwo zdołałam wyjść na chwilę z myszami. Do lektur, jakby mi było za mało, dorzuciłam kryminał Christie, Dom zbrodni, słuchankę w czytaniu Gosztyły, widomy znak, że neurony coś słabo stykają i trzeba opowieści różnej treści dostosowywać do możliwości przetwarzania. Zadzwoniłam do mamy poinformować ją o grafiku naszego przylotu. Przy okazji dopadły mnie smutki i wkurw. Smutek: Maksio przestał dzisiaj chodzić i na lepiej się nie zapowiada. Wkurw zaś na swojskie grajdołkowo: tatko ma problem z zapisaniem się do rodzinnego, bo rejestrują tylko na dany dzień, czyli oczywiście albo telefon zajęty, albo już nie ma miejsc. Oraz jest saga o problemach z wywozem szamba, efekt podpisania przez gminę umów z krewnymi-i-znajomymi królika. Arggrhghghg ...

niedziela, 7 czerwca 2026

2364. Wyprawa po ciastko zamiast wyprawy po pisarza.

Dzisiaj kontynuował się w Dublinie festiwal polskiej książki, Twardoch miał przyjechać, jednak aż tak nas nie skusiło (po prawdzie, dla mnie największą atrakcją byłby zakup kolejnych książek za pół darmoszkę, najfajniejszym elementem takiej wizyty jest niepewność, co jest dostępne oraz możliwość szperania w przepastnych kartonach). Zamiast wyprawy dublińskiej, po dobrym śniadaniu (m.in. ser halloumi na ciepło) zaczęliśmy wąchać, gdzie można by nabyć ulubione tartaletki z owocami. Sklep w którym zazwyczaj je kupujemy był zamknięty, ale byliśmy przecież uzbrojeni w wiedzę, skąd się biorą ich ciastka. I tak jadąc w kierunku Drołdy turlu turlu, nagle podjęliśmy decyzję, żeby dojechać do Merci Beaucoup, które było w kierunku zgoła przeciwnym.

Nasz region charakteryzuje się malowniczym połączeniem upadku, rezygnacji i smolbiznesowego zrywu przywracającego nadzieję. Drołda jest reprezentantką tego sznytu na większą skalę: więcej brudu, więcej osobników zmęczonych nieróbstwem wypełzłych na główną ulicę, ale też więcej małych, dobrych miejsc. Miasteczko w którym wylądowaliśmy miało wszystko podobnie, tylko mniejsze. Tak więc, pochłonęliśmy tartaletki, popiliśmy je kawami, następnie został zrobiony spacer od jednej wieży do drugiej. Pierwsza wieża, Hatch's Castle, okazała się domem prywatnym, druga zamkiem czasowo zamkniętym dla zwiedzających. Acha. To wracamy. Zielonymi tunelami dojechaliśmy do wsi, żeby się przekonać, że w międzyczasie ktoś przed nami sypał kwiatki :)

Reszta domowości: Anne wróciła z turnée, zapukałam do niej w czasie krótkiego spaceru z myszkami; Fred ponad godzinę rozmawiał z Perlistym, podczas gdy ja z godzinę rozmawiałam z rodzicami (tatko ma również anemię, mama martwi się Maksiem z którym jest coraz słabiej). Coś się robi pod górkę, bo wszystkim nam się trochę nie chce; jakby starość. 

sobota, 6 czerwca 2026

2363. Sobota szóstego.

Pogoda fujowa od samego początku (jesteśmy w chmurze lub pod chmurą), za to dzień spokojny, czuły, mile zaczęty — po nakarmieniu kotełków zrobiłam Kochanemu kawę, sobie herbatę i zalegliśmy w łóżku do późna, mąż komentując w sieci sprawy bieżące, ja z książką. Śniadanie było szybkie, dość nijakie, ale trzeba było zjeść przed wyjazdem do miasta, żeby na głodniaka nie podejmować głupich decyzji. Musieliśmy kupić coś na obiady, więc Lidl, Tesco, Costa, potem przejazd do innej części Drołdy i szukanie nowej szafki do łazienki, na razie z marnym skutkiem. Za to mamy na oku odpowiednią lodówkę, nieduży, czarny Indesit (po prawdzie najbardziej przekonuje mnie kolor). W drodze, manewrując między regałami, natknęliśmy się na McSeana bez brody!

Po drugiej byliśmy w domu, na obiad ugotowałam kartoffeln dla siebie i słodkie ziemniaki dla Kochanego (w cajun, czyli dla mnie raczej za ostre), jaja sadzone, pieczarki smażone z cukinią. Po obiedzie Fred zaraz się położył, bolały go zatoki.

Kochany w sypialni, ja z kotełkami słuchamy Peszków. Naku*wiam zen kończę późniejszym wieczorem. I super, wracam do papieru. 

piątek, 5 czerwca 2026

2362. Piątek piątego.

No. Piękny jest ten świat, rzekłam, gdy o poranku kochany rozsunął rolety. Oczywiście, w międzyczasie się popsiuło (John, Srzedawca Butów, wywróżył mi na przystanku deszczową sobotę), po południu szarość właziła przez okno, szarość ululała mnie do snu tak skutecznie, że nie mogąc się położyć na łóżku w sypialni, bo sajgon, klapnęłam na tapczanie w Kuchniosalonie, zapewne w miejscu starych Maniusiowych siusiek. Trudno, potrzeba wyższa, wielka ciężkość mnie naszła, niewytłumaczalna. Z wydarzeń pracowniczych null, poza wizytą szefowej z którą ucięłyśmy sobie dłuższą rozmowę o kotach (był też temat promocji naszego nie-biznesa w mediach, ale na razie puściłam to drugim uchem, pomyślę o tym w nowym tygodniu). 

W domu obiad mężowski, mieciowy początek deserowego czerwca, o spaniu już wspomniałam. Efekt dzisiejszej wizyty partaczy jest taki, że schowek w którym był piec gazowy może być teraz w całości przejęty na lumpy. Kochany metodycznie przeglądał ubrania, decydował co gdzie położyć, wyciągnął nawet swój płaszcz punkowy z dziurami. 

Hana wieczorem kupuje bilety lotnicze, dużo jest z tym ambarasu, już wiemy, kiedy przylatuje, przynajmniej tyle. Z niepokojem obserwujemy, że młoda wpadła w wir pośpiechu kultywowanego rodzinnie; nadal mocuje się z biletem powrotnym, ale wszystko jest na dobrej drodze.

czwartek, 4 czerwca 2026

2361. Postęp.

Obudziłam się po pierwszej w nocy i już nie mogłam zasnąć, drzemka przed ostateczną pobudką była płytka i mało satysfakcjonująca. Dzień mimo wszystko się rozbujał, nie odczuwałam większych przykrości z powodu niedospania. Rano jechałam do pracy autobusem; podziwiałam świeżo zamontowane oznaczenie naszego przystanku i zawieszony na słupie jak najbardziej aktualny rozkład jazdy (teraz to jesteśmy paniska, a nie jakieś wsioki, które wiedzą, gdzie należy czekać na autobus i kiedy, bo mieszkają po sąsiedzku ... do tego dzisiejszy pojazd miał aktualny rozkład gadany, przemiły głos informował mnie w dwóch językach jaki jest an chéad stad eile).

Dalsza część serialu remontowego. Ciepło wróciła do domostwa — wprawdzie w ogródku nadal stoi rusztowanie, ale pompa już ruszyła. Wygląda na to, że zupełnie niechcący wymienimy sobie kuchenkę z gazowej na elektryczną, zmiana nieplanowana, ale w sumie ma sens. Dziewczyny mega zestresowane, tym bardziej, że tym razem hałasu było więcej, panom udało się nawet zastartować alarm w Kuchniosalonie.

Dobrze, że na ten czas wypadło Fredowe wolne, inaczej musielibyśmy partaczy zaprosić na inny termin. A tak Kochany siedział z myszami i robił im terapię grupową, znękany był tym jednak setnie. Czekając na niego po południu zaszłam do meksykańskiej, kupiłam burrito i wróciłam do biura na konsumpcję, potem już razem pojechaliśmy do Costy (mąż musiał się zrelaksować przy kawie). 

Po powrocie do domu żadnych wydarzeń poza spacerem myszowym i prawie godzinną rozmową z mamą (tatce wyszły w badaniu jakieś zmiany, ale w sumie chyba nie o to chodziło; dowiemy się czegoś więcej w przyszłym tygodniu). 

Maszeruję goła do łazienki i odkrywam, że prysznic nie działa. Jutro będziemy mieli nowy. Zmiany, zmiany, zmiany, trudno nadążyć.

środa, 3 czerwca 2026

2360. Nie mogę utrafić w środę ...

... zda mi się periodycznie, że albo to czwartek, albo wtorek. Od czasu do czasu chmura się urywa, deszcz wówczas bębni o szyby. Po wejściu do Kuchniosalonu rynce mnie opadły .... zapomniałam schować gumowe rękawice do mycia naczyń i Bronia znowu zżarła palce (pica? kilka dni temu wymiotowała gumą z poprzedniej pary, liczę na kolejny taki szczęśliwy zwrot akcji). Rano nie zdążyliśmy dobrze rozsiąść się w samochodzie, gdy pan z białego, nieoznaczonego vana postanowił się przedstawić. To jest ten dzień! Jeszcze gdy byłam w pracy, Kochany zdał relację z wydarzeń domowych, a potem zabrał mnie z biura po czwartej i wyjechaliśmy do El Paso zjeść suszi na okoliczność, że chcieliśmy uciec od dorosłości.

Aaaaaa, wróciłam do domu wypatroszonego z grzejników, bojler leży w ogródku, nie mamy ciepłej wody. Ponieważ wszystko trzeba było na cito poprzestawiać, w sypialni na łóżku urosła sterta ubrań i krzeseł. Myszy poważnie zaniepokojone wymiauczały mi wszystko, całą prawdę jak było: że przyszło dwóch panów, i tata chciał je włożyć do kontenerków, że to było prawie zagrożenie życia, a już na pewno najazd naszej fortecy.

Deszcz, rozpogodzenie, deszcz. Tak było przez cały dzień. Na raty porządkujemy sypialnię, do jutra rana, żeby tymczasem mieć gdzie spać. Wcześnie wskakuję pod kołdrę. Poza książkami w papierze, Audioteka i rozmowa Peszków.

wtorek, 2 czerwca 2026

2359. Wtorek po bank holiday jak poniedziałek.

Tatko zadzwonił rano złożyć zaległe życzenia dzieciom. Przy okazji szczerze ocenił, że nienawidzi się starzeć. Wczoraj gorzej się czuł, więcej spał, na zasadzie naczyń połączonych mama również (dlatego nie mogłam się do niej dodzwonić; mama w poniedziałek rano przesłała nam życzenia na FB).

W naszym ogródku panowie od remontu zdeponowali pompę ciepła. Leży to to w kartonach, deszcz na to to pada. O sytuacji poinformowała nas Anne (sąsiadka napisała do nas na Messengerze zawiadomiona telefonicznie przez Katlin — sąsiedzka grupa wsparcia nadal działa).

Jechałam na samych słodyczach, byłam zajęta albo przy tablicy (wzmożona czujność po piątkowym kryzysie), albo przy arkuszu kalkulacyjnym, i nie miałam okazji zjeść nic zdrowego, krłasancik z kawusią, ciasto marchewkowe z Pe. Przed przyjazdem Kochanego udałam się do polskiego sklepu, tutaj też gotowce: dla mnie krokiety, dla męża pierogi ruskie. Taki dzień bez siły. 

Przelotne deszcze, w związku z którymi obserwuję różnice między koteczkami: Mańka brnie przez mokrą trawę, skacze, popiskuje z radości, łapy ufaflunione zupełnie jej nie przeszkadzają, za to Bronia na początku spaceru zatrzymała się w progu i spojrzała na mnie: ale musimy razem? wyszła z ociąganiem, stawiała łapki ostrożnie, trzy razy zawracała do sypialni, w końcu wróciła do Kuchniosalonu, podjadła chrupek, umyła brzuszek i orzekła, że nie obchodzi ją, że Mańka dalej na spacerze, bo ona jest zdegustowana i musi odpocząć.

Po prysznicu skończyłam czytać Światłoczułość "Jarno" (WL, 2024). Siedzimy z Kochanym w Kuchniosalonie i słuchamy dobrego starego Eltona, płyty Empty Sky (1969). Nawadniam się, ziewam, klikam, piszę.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

2358. Czerwcowe BH.

Kiedy leziemy po El Paso bez celu (wcześniej byliśmy w Króliczej Norze na kawie), myślę sobie jakie mam szczęście. Tuptamy bocznymi ulicami, przyglądamy się rachitycznym domom, krzywym kominom, rewitalizacjom i zapuszczeniom (dobra lokalizacja, ale budynki klaustrofobiczne jak w Small Things Like These). Pogoda mokra, parna, wzięłam kurtkę przeciwdeszczową, deszcz dopadł nas dopiero, gdy dojechaliśmy Babcią do sklepu zoologicznego i Dunnesa.

Przejeżdżaliśmy wzdłuż niebieskiej plaży — piraci już przyjechali, są pierwsze namioty. Od razu włączyło mi się myślenie wakacyjne.

O drugiej w domu, powoli robię część obiadu (ryż z pieczarkami), Kochany resztę, słuchamy Paktofoniki i Megadeath. Między opadami deszczu udaje się nam wcisnąć wyjście z koteczkami (Bronia testuje nowe szelki; w oddali słychać burzowe pomruki). Kupiłam już bilety powrotne z wakacji. Tylko powrotne, nadal nie wiemy gdzie dokładnie lecimy z Dublina :D Trochę kasy zeszło z konta, czyli w najbliższych dniach szlaban na bzdury.