Nic tak nie ożywia człowieka jak drama. Byłam w biurze bardzo wcześnie, bo Kochany zaczynał pracę o siódmej. Miałam czas posłuchać audiobooka, wyjść na kawę do Pe (tym razem posiedziałam w środku, nic mnie nie goniło, poza drobnym deszczem), poprawić list ze skargą. Po kawie i chwilowym powrocie do biura, wybrałam się do urzędu z kopertą schowaną za pazuchą (mżawka się nasiliła). Rozgrzebało mi to dzień, przerobiłam mniej makulatury niż planowałam, ale cóż ...
No i proszę, urząd odezwał się o czwartej, właśnie gdy wychodziłam z pracy. Nie sądzę, aby ta rozmowa wiele wyjaśniła, ale pani odpowie też listownie, więc będziemy mogły nawiązać korespondencję, miejmy nadzieję, że owocną. Na razie nagle przypomniano sobie o nowej kuchence. Benedykt powiedziałby: bastards! (swoją drogę trzeba go zaprosić na kawę). Czy matoły przyjechały dzisiaj ocieplać? Oczywiście, że nie :]
Wracamy do domu, a tu sąsiad po prawej ma nowe drzwi i okna. Drzwi bardzo ładne, już się cieszę. W ogródku nadal nie sprzątam uschniętych lawend, nie ma mowy. Katlin wypytała o wszystko, zdała też relację ze swojej rozmowy z pracownikami, którzy wstawiali okna.
Dosłuchałam Imię róży Eco w wykonaniu Gosztyły. Mniam!
Wieczorem wyszło słońce, duszno. U rodziców też gorąco, przed ósmą nadal było stopni około 27. Już sobie z Kochanym układamy różne plany, może nawet, kto wie, PoE!
Czerwiec:












