Strony

sobota, 31 stycznia 2026

2237. Ostatni dzień stycznia.

Byliśmy dzisiaj ponownie w El Paso: niby kupić to czy tamto, ale przede wszystkim w świetle dziennym czujnie obejść miejsca, gdzie mogłam zgubić moją mitenkę. Nie ma. Może zgubiłam ją jeszcze w Drołdzie? Komu potrzebna jedna rękawiczka? Nikomu. Mnie, bo teraz noszę jedną. Zygzakiem, zygzakiem (żwirek dla kotów dokupiony, robale na kolację oraz inne tysz) Costa, kawa, rozmowy o wczorajszym filmie. Po drodze zerkamy na efekty niedawnego sztormu (morze nadal podrażnione, na bocznych drogach trafiają się kałuże-giganty, przy domach dyżurują worki z piaskiem, pola spuchłe od wody). 

W domu głównie relaks laptopowy. Aż do nagłej ciemnicy, gdy światło zgasło w całej wsi. Awaria prądu trwała krócej niż pół godziny w czasie której Mańka zdążyła sobie opalić od świecy dwa wibrysy, a ja mogłam zrobić to zdjęcie:

Myślę, że fotografia przedstawia adekwatnie etapy rozwojowe naszych kocóreczek.

Robiłam dochodzenie, które aplikacje pozwalają słuchać audiobooków na laptopie (nie chcę na czytniku, nie chcę na telefonie, chcę na laptopie). Dochodzenie objęło EmpikGo i Audiotekę, poczem się zniechęciłam odkrywszy, że jak rozumiem u nich na laptopie nie (albo źle rozumiem, też możliwe). Dante nie nadaje się do robienia na drutach, potrzebuję innego tekstu.

Pomimo starań, styczeń zamienił się w jeden wielki poniedziałek i śmignął raczej ponuro.

piątek, 30 stycznia 2026

2236. Randka, kino, strata, szczęście.

Aaaa, poezja piątkowego poranka, wstaję wiedząc, że jutro wstawać nie muszę. Śniło mi się, że byłam na podwórku u rodziców; tuż przede mną wylądował wielki kruk i zaczął karmić czymś kruczątko. Czuła ta chwilą prysnęła jak bańka mydlana, gdy uświadomiłam sobie, że tym czymś jest niedźwiadek. Oczywiście interweniowałam. I tak oto, mamy niedźwiadka ;)

Popołudnie było niezwykle miłe. Nareszcie wydobyłam się z Jamy, pojechaliśmy z Kochanym na Północ, najpierw na obiad do Atami, potem na kawę, następnie do kina na Hamneta (2025). Ach!



W czasie obiadu w suszarni skontaktowałam się z rodzicami. Niestety, Bronisiowe wyniki nadal spadają, może nie zdumiewająco gwałtownie, ale ma to miejsce, takie są fakty. Z Franią za to nie jest najgorzej, dostała syropek na wzmocnienie odporności. Rodzice oczywiście z jednej strony przybici, z drugiej gotują się do wzięcia rzeczywistości na klatę, z trzeciej w międzyczasie rozprawiali się ze sznyclami z wczorajszego kupnego obiadu (sznycle dla olbrzymów, niezjadalne za jednym zamachem).

Nieprzyjemne wydarzenie z którym jeszcze słabo się pogodziłam: zgubiłam jedną mitenkę. Tak byłam dzisiaj podekscytowana i zakutana w różne rzeczy, że prawdopodobnie odłożyłam mitenki na bok w czasie jazdy Babcią i zapomniałam o tym wychodząc z samochodu. Jedną znalazłam po seansie, między fotelem pasażera i drzwiami, więc domyślam się, że druga została gdzieś hen. Może jeszcze ... może jeszcze. Mam męża najlepszego z mężów: objechał ze mną miejsca podejrzane o zagarnięcie mojej mitenki, chodził z latarką i zaglądał pod cudze samochody, wszystko to w oparach po świetnym kinie, które, co tu dużo mówić, wycisnęło mi łzę.

czwartek, 29 stycznia 2026

2235. Czwartek ...

... zaczął się nieprzyjemnie: nie założyłam pierścionka zaręczynowego, ale łeb raczył to zauważyć dopiero pod Jamą i przez dłuższy czas sądziłam, że zgubiłam go w drodze. Mąż znalazł pierścionek dokładnie tam, gdzie trzymam precjoza. Nieprzyjemna sytuacja, na szczęście z happy endem.

Zjedliśmy wege obiad zerkając jak mietczynski gotuje rybi łeb. Pod koniec posiłku Kochany odebrał niespodziewany telefon od Kuzyna Z Miasta Łodzi: mamy zaproszenie na ślub w rodzinie. O!

Na jutro planuję randkę kulinarno-kinową, po krótkiej rozkmince kupiłam bilety i napawam się :) Męczę słuchanie Dantego, utknęłam w Piekle, gdy tymczasem nastrój nie współgra. 

Co tam o Bronisia i innych dowiem się jutro, rodzice pewnie dopiero wrócili z lecznicy. Nasze dwie ślicznoty za to zdrowe, rumiane, pasjami bardzo aktywne:

środa, 28 stycznia 2026

2234. Poprawa.

O poranku odbywa się rytuał kocich radości: zaczynam mielić kawę, Bronka podbiega i wskakuje na kosz na śmieci, tymczasem obecna tam cały czas Mańka zawodzi pieśń błagalną. Gdy kawa z aeropressu jest gotowa, otwieram drzwi, Bronka wybiega sama, kroczę z Mańką pod pachą: dziewczyny rozpierzchają się po sypialni, Bronia robi inspekcję potencjalnych skryt, Mania poluje na wielkie myszy podkołdrzane (nadal wierzy w ich istnienie).

Jeszcze wczoraj dowiedziałam się o śmierci Doroty, autorki bloga Dom na Rzymskiej. Dawne dzieje, zresztą śmierć odbyła się też już jakiś czas temu.

Sztorm rozgonił ponure chmury. Godziny w pracy były lepsze niż się zapowiadały, po południu przyszła Szefowa, jakiś czas siedziałyśmy nad finansami. Przy okazji zostałam uświadomiona, że nie potrzebuję brać urlopu, gdy jadę z Kochanym do lekarza. Dobrze. W głowie powoli układa się plan wyjazdu marcowego.

Pozajączkowały się mi dni i gdy dzwoniłam wieczorem do mamy, byłam pewna, że jest czwartek. Jednak nie, wyniki i inne historie będą jutro. Za to wiadomo już, że test u Józi wyszedł negatywny. Nareszcie jakieś dobre wieści! Mamie wypsnęło się, że w zeszłym tygodniu rodzice uciekli przed kolędą: Bronuś miał wizytę u dochtóra w tym samym czasie, w którym potencjalnie pojawiłby się pleban, czyli siła wyższa, niestety, jakże nam smutno ;)

Po ósmej rozmowa z Lusiem. Półtorej godziny! O "co tam u ciebie", kotach, ustawieniach, snach, Jungu, cudzych nieszczęściach, byłych facetach. Kończę i już nie mam siły na książkę, abnegacja, szlus, mogę tylko ustawiać sobie nowe kolory na blogu, palec stuka, Mózg w półśnie, częściowo tylko bierze udział. Dobranoc, pchły na noc.

wtorek, 27 stycznia 2026

2233. Sztorm Chandra.

Wiało całą noc i dzień. Dwie Lewe Ręce i inni (ci sami, co zwykle) wykorzystali pogodę, żeby nie przyjechać do pracy (poważne podtopienia w Dublinie mnożą się w głowach ludzkich jak króliki). Miało to swoje dobre strony :) Za to portugalski imigrant wpadł po raz drugi i naprawił alarm do końca, trzeba jeszcze przestawić głośność, ale przynajmniej to jedno z głowy.

Niektóre rzeczy na szczęście wróciły na swoje miejsce: Czarna się otworzyła, mogłam z rana kupić Kochanemu kawę i pistacjowy rogalik, a potem zerknąć do porzuconego na kilka dni Finklera. Kolejne podejście do książki pokrzepiło mnie: a jednak ciekawe, widocznie początek lektury trafił na zjazd uwagi albo coś. 

Wróciliśmy do domu razem, zjedliśmy wege obiad, przez chwilę zadumałam się dlaczego to nie piątek, a mąż analizował na głos odpały Pomarańczowego. Znowu wczesna faza podkołdrowa. Oboje jesteśmy sterani pogodą. Starcza nam siły, żeby w sypialni podyskutować freestyle o różnych obserwacjach, małych i dużych.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

2232. Bezsiła.

W pracy zmęczona, na zewnątrz szaro, mokro, nieprzyjaźnie, zdołałam przepłynąć ten stan z gracją i pożegnałam wszystkich "żółwikiem"; obyło się bez dram. Kochany podjechał pod Jamę centralnie, wskoczyłam w Babcię, kupiliśmy myszom żwirek, gdzie indziej baterie do czujnika dymu (od czasu do czasu jeden z drugim się odpala informując, że chce jeść), i poszliśmy do Costy na kawę. Zbliża się koniec pierwszego miesiące roku 26, nie mogę wyjść ze zdumienia jak tym razem styczeń mnie przygniótł. Jestem ciągle zaspana, ludzie działają mi na nerwy. Położyłabym to na karb poświątecznej deprechy, ale ile można? Starość, czy wyobrażeniowy natłok obowiązków? Niech będzie to drugie, jeszcze mam potencjał do zmiany. Zresztą może trzecie, pogoda obmierzła. 

Z rodzicami rozmawiałam, zwyczajowo o stanie Bronisia (Broniś był dziś całkiem żwawy), o ogromnych stadach żurawi przelatujących nad wsią, o Kochanym idącym wagowo w kierunku dziadka Bronka, o domach bez kominów.

Jest dopiero dziewiąta, a ja już padam na twarz i klikam z łóżka. Jeszcze trzy języki na duolingo, a potem, kto wie ...

niedziela, 25 stycznia 2026

2231. Kilkakrotnie ...

... prułam i nabierałam, mam też swoje przemyślenia o metodzie zachodniej i wschodniej (mama nauczyła mnie przerabiać oczka metodą heretycką). Poza tym cisza, czas przeciekł mi przez palce, mielizna (która częściowo wynika z tego, że ani audiobook mnie nie porywa, ani rozgrzebany ebook na razie nie jest tym, co lubię najbardziej). Dobrze po południu przypomniało mi się, że muszę się ogarnąć z włosami, bo mamy zaproszenie do Ka i nie będzie czasu na wieczorne ablucje. 

U przyjaciół herbata, ciasteczka, wykrzykiwanie opinii w dwóch językach, seans filmowy (dzisiaj Dzikość serca Lyncha). Padam.

sobota, 24 stycznia 2026

2230. Wietrzna sobota w odcinkach.

Jak to możliwe, że spałam całą noc? Cuda. Obudził mnie alarm w telefonie męża, bo Kochany nie miał tak dobrze i musiał jechać do pracy. Czyli teraz była moja kolej: wstałam po radosnym obskakiwaniu kocóreczkowym. Pogoda markotna, je nie, gdyż się mi blogspot sam naprawił, ramen & halloumi, śledzie na śniadanie. 
___
edit 11:15 rozmawiałam z mamą. Uścisk lodowego sezonu podobno łagodnieje, nadal zimno, ale nie tak źle. Koty się trzymają (Bronuś dobrze pojadł i spał w kontenerku niedawno zakupionym do transportowania go do lekarza; najwyraźniej kotek nie ma lęków związanych z tym miejscem, pokazał mi wygolony brzuszek, łyse łapki i wrócił do drzemki), w tatkę wstąpiła nadzieja. Rozmowa zeszła na wygłupy Pomarańczowego i poradnik na czas wojny, który przysłano do rodziców. Dlaczego trzeba mieć wiadro z pokrywką? Hm.
___
edit 19:30 trawimy z Kochanym. Myszy śpią szczęśliwe. Wiatr gna. Usiłowałam słuchać Dantego, ale środek dnia miałam wyjątkowo rozlazły. Zaczęłam znowu drutować i już antycypuję, że rzecz idzie do sprucia, bo mnie denerwuje rozciągnięte oczko w miejscu łączenia u podstawy robótki; przerobię jeszcze z piętnaście rzędów, żeby się utwierdzić w przekonaniu, o ile oczek mniej nabrać następnym razem. W jakimś sensie ta dziwna praca mnie uszczęśliwia.
___
edit 21:25 lalalala, miałam zrobić dzisiaj tyle fajnych rzeczy. Reality check: Kochany już dawno poszedł spać, Bronia się marcuje, skroluję jakieś głupoty w sieci wysłuchując mrrr miau mrrr miau, trza iść pod prysznic i do łóżka. 

piątek, 23 stycznia 2026

2229. W nagrodę ...

... za to, że cały tydzień byliśmy bardzo grzeczni, gdy skończyłam szychtę, pojechaliśmy do El Paso na dobre różności:

Był korek, były przeciwności losu, zdążyliśmy przed zamknięciem kuchni. Po obtarciu ryjków nie starczyło nam zapału na spacer; już kiedy Kochany zabierał mnie z Drołdy, wiatr przeszywał wszystko do spodu — czekałam niedaleko Jamy powiewając kapturem od Barboura, gdy mąż stał w korku: w ciągu kilku minut przemarzłam na kość. Morze ryczy i będzie ryczało przez weekend, taki mamy klimat.

Przejściowo objawiły mi się problemy z blogspotem, komentarze się nie zagnieżdżają, co mnie bardzo irytuje (prawdopodobnie to nic po mojej stronie, raczej load balancing i testowanie A/B, cza czekać). Przeczytałam sugestie blogerów na temat subskrypcji gazet internetowych, jeszcze nie odpowiedziałam (przez upośledzone zagnieżdżanie — muszę się z tym pogodzić, a u mnie wiadomo, miewam napady gniewnego stuporu), ale owszem, zerknęłam na Tygodnik Powszechny, zerknęłam na Politykę, i oko złapało mi informację, że ta ostatnia jest w dobrej cenie, więc zapłaciliśmy subskrypcję i mamy. Kochany ściągnął aplikację na swój telefon, będzie czytał w przerwie w pracy :) Oboje jesteśmy niezmiernie kontenci.

czwartek, 22 stycznia 2026

2228. Trwalim ...

... trwalim i przetrwalim. Następny ponury dzień, dobity porannym odkryciem, że ulubiona kawiarnia została zamknięta na kilka dni. Czyli nici z rogalika dla Kochanego, nici z czasu dla moi, w odosobnieniu, nad czytnikiem książek. Inaczej niż kiedyś, miałam gdzie pójść, w końcu to ja mam klucz do budynku w którym pracuję, ale jednak smutno. Dzień ciągnął się w nieskończoność, a po pracy wyszłam na chwilę do CO, żeby paniom w urzędzie dać list z pogróżkami i zgłosić konieczność serwisu bojlera. Gdy wracałam, padał na mnie deszcz. Deszcz. Deszcz. Szło się dobrze, byłam z siebie zadowolona (odhaczyłam kilka spraw).

Kochany przypomniał sobie, że przecież drzwi mają zamki, na antyczne klucze, ale kotom nie robi to różnicy. Tak więc nasze myszy zostały na czas wyjazdu rodziców zamknięte na klucz w Kuchniosalonie, żeby im rewolucyjne myśli nie przychodziły do tych ślicznych, włochatych łebków. 

Z Bronkiem niestety nie jest dobrze — wyniki ma słabe, w sensie anemia jakby wraca, czyli trzeba liczyć dni. Rodzice będą jeszcze czekali na kolejne wyniki w przyszłym tygodniu, ale mama już złowieszczy i pewnie ma rację. 

środa, 21 stycznia 2026

2227. Ponurość deszczowa, kamień, publicystyka, biurwokracja.

Środa w pracy ciągnęła się niemiłosiernie, szczególnie, że wiedziałam o zebraniu rady o piątej, na którym to spotkaniu miałam być osobą własną, aby się zaprezentować. Byłam, zaprezentowałam, zaniżyłam dramatycznie średnią wieku zgromadzenia. Wyszłam po dwudziestu minutach w ulewę, na szczęście Kochany już stał, migał Babcinymi światłami. Pogodowo bardzo kiepsko, szaro, mokro (miałam szczęście po południu, gdy wspinałam się na górkę akurat nie lało, ale to był tylko jasny epizod przed pompą).

W domu tymczasem myszy osiągnęły kolejny kamień milowy — w czasie nieobecności Freda któraś panienka otworzyła z łapy drzwi wiodące na korytarz i do sypialni. Kochany na szczęście wrócił z drogi po kilku minutach, bo czegoś zapomniał, ale fakty są faktami: zastał myszy w oknie, z oczami wybałuszonymi na ptafffki. Ach. Przed podaniem rewelacyjnego obiadu, Kochany zadzwonił do siory z okazji imieninowej, więc oczywiście krótko omówiliśmy wydarzenie, gdyż Usz sama matką kotów będąc, rozumie te troski jakże dojmujące (biała pantera i nowa siostra znaleźli się w kamerce).

Przy obiedzie zaczęliśmy się zastanawiać, co by tutaj zaprenumerować. Mąż na dobre rozstaje się z prenumeratą Onetu, bo dla publicystyki na tym portalu nie ma już żadnej nadziei, SEO ubiło dziennikarstwo, ciało uległo rozkładowi i z martwych nie powstanie. Kochany subskrybuje GW, ale chce coś jeszcze, padło hasło Tygodnik Powszechny. Przeglądamy opcje.

Poza tym przysłali nam formularz. Wypełniamy formularz na cito. Mamy dość, więc tym razem nie odpuścimy tak łatwo. Przez tę zgniłą biurwokrację późno przypomniało mi się, że miałam zadzwonić do mamy. Mama jeszcze nie spała; rozmowa trwała krótko, ale mnie ucieszyła. 

wtorek, 20 stycznia 2026

2226. Jeden z tych dni ...

..., których bez większego powodu, ale jednak nie chce się zaczynać. Rano za oknem wiatr i tylko myśl o parówkach na śniadanie względnie rozjaśnia rzeczywistość. W sieci rozpisywano się o zorzy polarnej widzialnej nad Wyspą, cóż, turlałam się w tym czasie z boku na bok, w tej pozycji trudno patrzeć w gwiazdy.

Dzień pracowniczy z zadziorami. W domu mąż puścił najlepsze płyty Maanamu i postawił mi przed nosem obiad. Wychłodniałam. Czyli po chwili snucia myśli na temat książki, którą wczoraj skończyłam czytać, mus było mi przyłożyć głowę do poduszki. Z drzemki wyrwał mnie Kochany z kocóreczkami kicającymi po łóżku. 

Odczuwam dojmującą potrzebę piątku wieczorem. 

PS. ależ świat się przeobraża nie do przewidzenia, w środku i na zewnątrz. Nie pomyślałabym kiedyś, żeby na listę książek do przeczytania wrzucić Terlikowskiego.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

2225. Blue Monday?

Odrobinę pasuje. Pogoda angielska, siąpi, na wybrzeżu wieje. Spotkaliśmy się z Kochanym po południu zjednoczeni wspólnym celem zakupów w polskim sklepie. Obkupienie wyjechaliśmy do wsi zatrzymując się po drodze tylko raz, u lokalnego rzeźnika. Bo dzisiaj steki na obiad podano (w tle In-A-Gadda-Da-Vida Iron Butterfly). Po posiłku zadzwoniłam do mamy, żeby przyswoić wiadomości niepokojące: Frania też jest niestety pozytywna :( wyniki krwi Bronka będą pod koniec tygodnia. Rzeczywistość nie nastraja do niczego ponad leniuchowanie z popijaniem herbaty. Ogaciłam się zimową kurtką i wyszłam do Anne na pięć minut, gdy tylko sąsiadka wróciła z pracy, chciałam mieć z głowy oddanie przedmiotu, który Fred zakupił dla niej na własnej karcie zniżkowej ... na zewnątrz ciemno, mokro, nasz domek taki malutki, ale przytulny, jaśniejący zaparowanymi oknami. 
___
edit 21:30 no i proszę, Youth Ditlevsen skończona (Penguin Classics, 2019). W tym czasie w Kuchniosalonie mąż długo rozmawiał z siostrą o sprawach domowych, zdrowiu, braku zdrowia i innych szaleństwach. Szwagierka dochodzi do siebie, zaś biała pantera coraz szersza, ładnie obchodzi się z nową siostrą.

niedziela, 18 stycznia 2026

2224. Dobra niedziela.

Bronia o poranku, zamiast rozdawania nosków, wyraźnie prosiła o wpuszczenie do sypialni.

Bo ona chciałaby pobiec do okna sypialni i tam popatrzeć. Może ptaszki policzyć, albo studiować: mały ptaszek, duszy ptaszek, rozczulam się nad mądrością naszej kocóreczki.
Smaczny ptaszek, niesmaczny ptaszek, kontruje Fred.
Może ornitologia, to coś dla naszej małej myszki?
Albo przetwórstwo drobiowe, podsumowuje mąż.

Spokojna niedziela niewychodna. Nic nie wiemy, nie znamy się, nic nas nie obchodzi, nie jedziemy po chleb, bo jutro chleb będzie lepszy. Anne do nas przyszła na chwilę, poprosić Freda o przysługę. Mąż zrobił obiad, zjedliśmy, obejrzeliśmy świeży, dość wybiórczy dokument Bowie. The Final Act (2025). Mania w tym czasie rozłożyła się u mnie i przechrapała pół filmu, drugą część przebiegała po Kuchniosalonie tłukąc się z siostrą na zdrowie. W trakcie naszego oglądania niespodziewanie zadzwoniła świekra z wykładem medycznym dla Kochanego (wykład o wydalaniu, mąż sprytnie wykręcał się opowiadając o karierze żony; chyba zapomnieliśmy się do niej odezwać w okolicach nowego roku, teraz jak o tym myślę, to nawet na pewno). Próbowałam dzisiaj rozliczyć podatek, ale z powodu dodatkowych składek muszę to odroczyć, żeby wczytać się o so cho. No i git. Zaraz wskakuję do łóżka z mokrą głową, w skarpetkach w muchomory, żeby cieszyć się herbatą i lekturą.

sobota, 17 stycznia 2026

2223. Zawroty, spacer, porzucenia.

Od czasu do czasu czułam się wczoraj nie z tego świata, dopiero wieczorem olśniło mnie, że mam zawroty głowy. Sytuacja przeniosła się na dzisiaj; zawroty nie są spektakularne (wyobrażam sobie, że tak ma marynarz, który schodzi na ląd), ale lekko odrywa mnie to od rzeczywistości.

W okolicy południa pojechaliśmy z Kochanym do Navan, żeby odwiedzić dwa miejsca, Ramparts Walk oraz Room8 Café. W drodze, do kręcenia we łbie doszło mi strzyknięcie w kręgosłupie, również niewielkie, dokładnie w miejscu skrzywienia. Na szczęście w czasie drogi jako tako nastawiłam to, co mi wyskoczyło, inaczej z planami byłoby krucho. Sypię się, uszczerbki na integralności irytują.

Dolina była przykrytą grubą deszczową kołdrą i przez większość trasy do Navan padało. Na miejscu zaś magia, wyjechaliśmy poza kołdrę, Kochany przejechał zakręt, ale zaraz się poprawiliśmy, żeby zaparkować przy nadrzecznej trasie.




W przyjemnie chłodnym powietrzu zrobiliśmy około dwa kilometry wzdłuż rzeki Boyne. Trochę było ludzi i piesków, jedna czapla, jedna ruina pałacu na horyzoncie, jeden zegarek odliczający czas zimowy, parę świeżych kałuż, kilka ołtarzyków upamiętniających jakichś ludzi.


Kawa nie jest najmocniejszą stroną Room8 Café, za to moja zupa pomidorowa była jak domowa. Przyszliśmy do restauracji w momencie największego zagęszczenia i musieliśmy chwilę poczekać na stolik. Zamykano o czwartej, zdążyliśmy jeszcze wciągnąć po waniliowej panna cotcie i do samochodu. Kochany wybrał alternatywną drogę powrotną, przez Newgrange. Mgły właśnie wstawały w dolinie, widoki mroczne i piękne (ludzie epoki kamienia wiedzieli co robią, wybierając to miejsce).

Zaległam w sypialni, podczas gdy Fred (bardzo długo) rozmawiał ze Stu; poza różnymi innymi wydarzeniami, szwagier niestety rozstał się z dziewczyną ... szkoda, nowa krew w rodzinie dobrze się zapowiadała, ale widocznie różnice były zbyt duże.

Zaczęłam testować wyszukiwarkę Qwant, oczywiście nadal na przeglądarce Google Chrome, choć zastanawiam się przyszłościowo nad przeglądarką Vivaldi. Poza tym postanowiłam porzucić MS Word na rzecz LibreOffice. O ile sobie przypominam, do płacenia za worda motywowała mnie magisterka (wcześniej testowałam darmową Apache), ale gdy nie muszę się spinać wizualnie, martwić kompatybilnością z TPTB (nie przynoszę pracy do domu), we własnym ogródku mogę mieć po swojemu.

Coś sobie jeszcze przypomnę, jakiegoś zdziśka? Rano znowu złapałam rodziców w drodze, tym razem wracali z miasta z nowym transporterem dla małych zwierząt, bo wiadomo, w poniedziałek trzeba dwa koty (razem, ale osobno) zawieźć do tej samej lecznicy. Pogodę mieli rodzice piękną, humory im dopisywały, oby tak dalej. U nas Bronka coraz bardziej naciska na wpuszczanie jej do sypialni, bardzo ładnie prosi, albo bardzo ładnie przeciska się między nogami zagapionego człowieka. Śliczna jest nasza kocia. I ogon ma coraz dłuższy.

piątek, 16 stycznia 2026

2222. Epatując heteroseksualnością.

Tytuł tak z myślą o znajomym blogerze ;) Gdyż taka prawda najcalsza. Skończyłam pracę o trzeciej, Fred stawił się na miejscu i mogliśmy pojechać na azymut. Zanim doszliśmy do Costy, skręciliśmy w kierunku ogrodniczego, żeby Kochany mógł obmierzyć biurko i pokazać się znajomym w nowym płaszczu. Tak się więc złożyło, że napotkaliśmy McSeana, który z szerokim uśmiechem odliczał godziny do fajrantu, a zerkając na męża pociągnął irlandzkim dowcipem. I jeszcze inna pani przy kasie powiedziała nam, że jesteśmy lovebirds. Całkiem możliwe, może nawet lovecats :D

Rano miałam jakieś dziwne problemy z gugielem (nie wspierał mi blogów na blogspocie), w końcu jednak laptop zaskoczył (może miało to coś wspólnego z wczorajszą aktualizacją programu). 

Co jeszcze? Dzwoniłam do rodziców, tatko wyglądał na bardzo zmęczonego, rozmowa była krótka. Oraz wstawiliśmy do Kuchniosalonu kuwetę-domek. Późniejszym wieczorem, wędrując po ogródku na tyłach naszej z-piernika-chaty, Kochany odkrył, że jeż-sąsiad nie zahibernował: jeż dostał suszone robaki i kocią karmę na poprawę dobrostanu psychicznojeżowego.

czwartek, 15 stycznia 2026

2221. Nie mogę ...

... z tymi snami: obudziła mnie sytuacja taka, że byłam w domu rodzinnym i wpadłam w lekką konsternację, bo miałam gołe stopy i nie mogłam znaleźć kapci, a właśnie zauważyłam przez okno, że wieczorową porą Sting ciśnie z wizytą :D

Po pracy pojechaliśmy z Kochanym do kociego sklepu i duża kuweta została nabyta. Czyli znowu będzie przemeblowanie motywowane harcami dziewczyńskimi. Tylko nie dzisiaj, bo nic się nam nie chce i nie będziemy tego teraz zmieniali. Zaraz po obiedzie zadzwoniłam do mamy, zastałam ją siedzącą w zupełnej ciemności samochodu. Mama czekała na tatkę, który był z Bronusiem u weta. Tatko w końcu się pojawił z kotem i zestawem leków. Plan jest, żeby testować resztę kotów, a na razie wszyscy uważnie obserwują Bronisiowe życie (nawet onkolog przedzwoniła i pytała, czy w porządku).

Po obiedzie pokrzepiłam się The Gathering Anne Enright (Vitage, 2024). Prysznic + kołderka + książka o okropieństwach = odpoczywam. Skończyłam, właśnie skopiowałam na czytnik dwie następne czytanki. Kocóreczki ciamkają kolację. 

środa, 14 stycznia 2026

2220. Ci migranci ...

 ... to są doprawdy wszędzie. Spodziewałam się z rana jakiegoś irlandzkiego chłopa, żeby mi alarm naprawił jak się należy, a tu proszę, przychodzi Fabio Portugalczyk :D No i dobrze. To ja też mu się oryginalnie przedstawiłam i było bardzo miło. Alarm nadal nie jest naprawiony, czyli cdn.

Po pracy wybyłam za winkiel, zostałam porwana przez własnego męża, chwilowo znaleźliśmy się w Lidlu, po czym dojechaliśmy do Borzalino na obiad. W restauracji pustki, ale to i lepiej, spokój, cisza. Niestety, tym razem mój ulubiony ryż był mocno przesolony (albo robię się coraz wrażliwsza na sól). 

Broniś na razie się trzyma, ma specjalną karmę i jakieś tabsy na lepsze życie — tyle wynikało z krótkiej rozmowy z rodzicami, krótkiej, bo dopiero co weszliśmy do domu, a u nich był akurat czas podawania lekarstwa, w który mama zaangażowała się jak nigdy. Na razie dobrze, a może nie być, więc przez chwilę trzymajmy się kurczowo dobra, które jest. 

Z innych rzeczy, które są: Anne sprezentowała nam bilety na operę Janáčka w lutym (w miejscu, którego wcześniej nie odwiedzaliśmy, więc ciekawie). Kochany zaś kupił nam obojgu szal (Joshua Ellis), piękny kaszmir w brązowo-burgundowym kolorze. Dobro. Oczywiście, Fred czyta w tle, że Pomarańczowy może zaraz zaatakować Iran, więc biorę głęboki oddech i popijam zieloną herbatę.
___
21:45 czytam półleżąc. Dobre to. Już przedłużyłam wypożyczenie, choć mogłabym na szybkiego dokończyć bez problemu. Kochany właśnie sobie przypomniał, że rano napotkał komitet remontowy. Czyli jednak będzie remont, choć jak widać, nie w styczniu.

wtorek, 13 stycznia 2026

2219. Z Bronusiem ...

... nie jest najlepiej. Niedawno złapałam rodziców, gdy wracali z kliniki z kotkiem miauczącym w tle. Kot dostał nową krew, ale jeśli wirus aktywnie zwalcza czerwone krwinki, wystarczy mu tego ledwie na kilka dni. Poza tym wykryto jakieś zmiany w jelicie i koło serca. Na razie darowano sobie biopsję, pozostaje obserwacja i leczenie zachowawcze, może krew pomoże mu się odbić od dna. 

Czyli wieści nie nastrajają, choć dzień cieplejszy, a nawet słoneczny. Zepsułam obiad i już z górki, nagle jest po siódmej, nic się nie chce, zaraz będzie prysznic i nos w książce o irlandzkiej rodzinie.

poniedziałek, 12 stycznia 2026

2218. Do przyjęcia.

Noc ledwo przespana, jednak udało się wcisnąć sen z Bogusiem Lindą, który robił mi zdjęcia :) 

W pracy pomimo wszystko spokojnie (szefowa chrypi, ale wróciła na miejsce, mogłam ją spytać o rzeczy i zrzucić na kogoś odpowiedzialność). Po południu Kochany szybko zabrał mnie z miasta do domu i dokończył robić obiad, gdy rozmawiałam z mamą o rzeczywistości kociej. A kocia rzeczywistość jest taka, że Bronisław jest w klinice, gdzie przetaczają mu krew i robią różne takie tam zdjęcia, żeby zobaczyć, czy jest tam jeszcze w kocie któreś z jego dziewięciu żyć na podmiankę. Bardzo smutna sytuacja. Mama pokrzepiona własną wydajnością (kocia lecznica w której wylądował Bronek, była trzecią z kolei do której dzwoniła), przytrzymująca się nadziei.

W międzyczasie Kochany rozmawiał też z Perlistym, więc wiemy, że solidny przyjaciel ma równie solidnego kota, jak hodowanego na piwie i sznyclach. Kot sam się adoptował, podobnie jak kiedyś Rysio; bardzo dobre takie przysposobienie, i dla kota, i dla Perlistego.

Dziewczyny drzemią (bardzo były dzisiaj spokojne). Zaraz wskakuję pod prysznic, książka i kciuki trzymane za dobry sen. Poniedziałek nie był zły, mógł być gorszy, do przyjęcia, a w kilku aspektach więcej, bo mam przecież Kochanego.

niedziela, 11 stycznia 2026

2217. Zmęczenia i smutki.

Rankiem papatki z Kochanym, który wyjeżdżał nieco wcześniej, żeby przed pracą usiąść przy kawie. Kręcę się po mieszkaniu, śniadanie, natłok myśli i niespodziewany wybór lektury (chcę czegoś słuchać, gdy zajmuję się drobnymi sprawami, myciem kuchenki i części łazienki) — audiobook Boska komedia Dantego. Dobra, jakoś to zmogę ;) Zmogę też potyczki z drutami (było pierwsze prucie, mam swoje przemyślenia). A Certain Justice (1998), ostatnią odsłonę Dalgliesha z Marsdenem, obejrzałam rozwleczoną na kilka godzin późnopopołudniowych.

Po obiadokolacji zadzwoniłam do rodziców, rozmawialiśmy, ot, znowu zmartwienie się rozlało: Bronuś był u weterynarza, ma dramatyczne wyniki krwi, test Felv ag wyszedł mu niestety pozytywny. Nie wiadomo do końca, co to znaczy, w sensie, czy to już, czy kotek z tego wyjdzie; mama napisała emilka do kliniki, czeka na odpowiedź, jeszcze będą szukali nadziei. Poza tym w lesie zimno, -10 (°C). A do pracy trzeba jutro wyjść, dojechać, coś tam zrobić.

Mam podobne odczucia, coś tam jutro trzeba, ale mi się nie chce. Słabo odpoczęłam przez weekend, pierwszy tydzień zagęszczenia po dłuższym okresie wolnego dał mi po głowie; mam mało cierpliwości, nie empatyzuję. Od rana przelatuje nad nami, mrówkami, silny wiatr z zachodu. Gosia ze Szkocji zrobiła kolejny haul zakupowy, patrzyłam na to z Bronią drzemiącą na kolanach ... zasmuciły mnie kocie wieści z domu rodzinnego ... na czymś więc trzeba się skupić. Kochany kupił zestaw trzech garnków łatwo mieszczących się tam, gdzie nic się nie mieści (super). Wirtualnie zaczęłam przestawiać meble w Kuchniosalonie, na zasadzie jak to pójdzie tam, będzie można tamto przestawić tu. Może poszukam nowej sofy. Może coś napiszę. Może wrócę do Enright na dwa-trzy rozdziały. Zawijam się w kokon.

sobota, 10 stycznia 2026

2216. Prawie pożytecznie.

Sobotę zaczynałam w odcinkach, budziłam się kilkakrotnie, najpierw, bo Kochany wstawał wcześnie do pracy, potem budziły mnie sny, których za Chiny nie pamiętam (na pewno nie były to koszmary, jakieś wątki ciekawe, ale ślady pamięci znikły). Gdy się w końcu wykopałam spod kołdry, zupełnie zaskoczył mnie widok za oknem, mgła i biel szadzi na dachach. 

Gdzieś z rana zauważyłam, że znajomy, który ostatnio próbował się ze mną skontaktować, usunął mnie ze znajomych na FB. Po raz drugi, bo już się to zdarzyło. Chyba jestem przyczyną czyjegoś strapienia. Czasem tak bywa, że można nic nie robić, nie mieć żadnych intencji, a i tak wychodzi komuś na złe.

Przy śniadaniu odkryłam w domu po prawo jakieś oznaki życia, ktoś się tam tłukł, drzwi były półotwarte, pies wrócił. Czyli plotki zawierały w sobie tylko ziarno prawdy. Może sąsiad, tak jak sąsiad u moich rodziców, mieszka na dwa domy i do nas wpada z psem raz na jakiś czas? (swoją drogą, sąsiad moich rodziców dość mnie fascynuje, starszy pan z kundelkiem, na działce vis-à-vis mojego domu rodzinnego wybudował coś w rodzaju drewnianego letniska typowego dla ogródków działkowych; kiedyś był to ogród innych sąsiadów, pod którym kryły się fundamenty zbombardowanego domu, teraz rodzaj rod(os) i to bardzo ładnie wykorzystane; pan przyjeżdża, rozpakowuje się, piesek biega, obszczekuje kąty i drewniany domek ożywa na kilka dni, w oknie świeci się światło, z komina sunie niewielki dym, jest życie).

W ciągu dnia coś tam zrobiłam nibypożytecznego, odpaliłam mopa i tak dalej. Obejrzałam A Mind to Murder (1995) ... to nie wiem, czy pożyteczne ;) Zrobiłam nam obiad. Z dużym opóźnieniem zerknęłam na Wigilię w Japonii. Dzień przeleciał. Kochany po prysznicu, Bronka u kotaty na kolanach, prasówka.

piątek, 9 stycznia 2026

2215. TGIF :)

Miałam zostać do czwartej, ale bez materiałów i możliwości postawienia pytań nie mogłam dopiąć finansów za grudzień, trudno, zrobiłam ile mogłam i wyszłam na kanapkę w B&B, żeby nie robić zakupów weekendowych na głodniaka. Kochany podjechał Babcią z pół godziny później; Lidl, sklep zoologiczny, Tesco, chodziliśmy trącając się dupkami i śpiewając kocie piosenki w rodzaju "Go meow". 

W czasie późnego obiadu odezwała się Anne, super, zaprosiliśmy ją na poobiedzie i miło czatowaliśmy. Oczywiście, sąsiadka wpadła głównie po to, aby wyściskać kocóreczki. Z njusów osiedlowych: sąsiad po prawej wyniósł się chyba na stałe (od kilku dni nie słyszałam jego psa, wieść gminna niesie, że eks-żona go odumarła, więc mógł wrócić do starego domu). Może dostaniemy za darmoszkę bilety na Przygody Lisiczki Chytruski Janáčka. 

Czyli kulturalnie coś tam mi się chce, a w międzyczasie dokończyłam Dalgliesha'97. Rozmawialiśmy też (Fred rozmawiał) telefonicznie z Elizabetą, żeby życzyć jej HPY oraz zapytać co tam co tam na zachodnim wybrzeżu (nóżka była złamana), ale szybko wymiksowałam się z opowieści, bo Original Sin ... poza tym, opowieści czasami zataczają koło, bez szkody można je zostawić w Kuchniosalonie i godzinę później poprosić męża o streszczenie najważniejszych punktów, których zaistnienie w najmniejszym nawet stopniu nas nie zaskoczyło.

czwartek, 8 stycznia 2026

2214. ... to musi być czwartek.

Kawa ze stacji Cyesha została otworzona porannie. Kochany musiał do pracy, więc z rana były też kawa i ciastko na wynos dla męża, potem w kawiarni rozłożyłam się z Enright. Dzień pracowniczy długi i taki sobie, spotkaliśmy się z Fredem ponownie po piątej i wróciliśmy razem do domu. Po obiedzie nieład umysłowy continues, więc zaczęłam oglądać Original Sin (1997); zostawiam dwa odcinki na jutro. Gdyż wesołe sprzątnie po Manii, oraz googlowanie co to może być (widać, że ona naprawdę chce sikać w kuwecie, ale jej nie wychodzi, małej myszy). A Bronka ma ruję, mrrrmiauu. Czwartek był dniem raczej męczącym.

środa, 7 stycznia 2026

2213. Ciaśniota, powiedział Lincoln.

Rano wchodzę do Kuchniosalonu, a tam cała podłoga usiana strzępkami papierków wydzierganych z rolki papieru kuchennego schowanego nad moją głową. Mańka siedziała w tym bałaganie zupełnie beztroska, bo najważniejsze, że kotamatka żyje, miaaaaauuuuu, Bronisława zaś stała na skraju bałaganu z miną "przesadziłam, ale było warto". Nie wrzasnęłam. Dziewczyny nadtłukły mi też kubek z pomarańczowym kotem, jest w całości, ale co to za całość w której nie można zaparzyć herbaty. Nic, zero reakcji emocjonalnej. Może naprawdę jestem chora, coś mi się zagnieździło w mózgu i takie są pierwsze objawy? :) W milczeniu posprzątałam papier, wyczyściłam kuwety, tylko żarcia od razu nie dałam, żeby sobie przemyślały swoje złe uczynki. Bronisława kminiła, Mańka nie myślała, bo nie ma czym, więc chodziła za mną i pomiaukiwała. Gdy do Kuchniosalonu wszedł kotatata, Bronka od razu podbiegła z zostałyśmy niesłusznie pomówione ... kochamy te srajty, myślę, że one też potrzebują więcej przestrzeni. Rozmnożyliśmy się nie uwzględniając naszych możliwości lokalowych :D Czyli frustracja w związku z domową małością rośnie. Dzwoniłam dzisiaj do Instytucji, niczego się nie dowiedziałam, łaskawie przyślą nam papiery, żebyśmy sobie złożyli. Biurwowe procedury są niezwykle zniechęcające.

Poranek w pracy standardowy, prawie zawsze jako pierwsza przychodzi Ukrainka, która uczy się języka, więc dużo rozmawiamy o tym, co nas otacza, a że ją otacza wojna ... zaczęłyśmy dzisiaj od wielości tłumaczeń Mistrza i Małgorzaty na polski, bo przy tej czynności mnie zastała, przy poszukiwaniu audiobooków z różnymi polskimi wersjami.

Nudzę się, skroluję, wychodzę, wracam z burrito i kawą, odliczam. Nareszcie, pakuję się do samochodu. Jedziemy do Lidla, potem świńskim truchtem po prowincji do domu. Jeszcze raz śledzę trasę w google view, bo w drodze widziałam ładny, duży dom.


Z mamą rozmawiam pół godziny.

Czy mogę zrozumieć fizykę tym pustym łbem? Yyyy, rano freestylowo przeglądałam blogi i od miejsca do miejsca znalazłam taki wykład profesora Dragana o czarnych dziurach. Piękne. Kochany też zerkał. A teraz pora na Telesfora, ziew.

wtorek, 6 stycznia 2026

2212. Chłód.

Nieogar ze mnie, zostawiam rzeczy na później, tak mi ta temperatura podspodnia miesza we łbie (ale jutro już muszę zadzwonić, zapytać o co chodzi z miganiem alarmu ... chwilę przed wyjściem z pracy, gdy po raz kolejny sobie o tym przypomniałam, nie miałam już siły). 

Test frajera przebiegł pomyślnie. Cóż jeszcze mogło poprawić mi zziębnięty nastrój? Unnatural Causes (1993), następna odsłona Dalgliesha z Marsdenem zjawiła się w jednym odcinku, bardzo poręcznie (średnia, aktor ma jakiegoś nowego kota na głowie, ale w sam raz na moje denne możliwości kombinacji). Dokończyłam czytanie Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku Masłowskiej (Noir sur Blanc, 2017), drugi dramat przekartkowałam, bo już znam. Może dopiszę coś jutro, coś co sobie przypomnę, a co dzisiaj zostało chwilowo pogrzebane pod kołdrą.
___
dopisuję jutro ;) Nie wiem, co jest przyczyną takiego rozwarstwienia we łbie, wieczorami niczego nie robię, tylko leżę i pachnę. Albo jeszcze nie cała wróciłam, albo coś mnie łapie (nie takie to odkrywcze, szefowa ma covida i nie odpowiada na emilki, jeden z uczestników do wczoraj przychodził zasmarkany, musiałam mu pięć razy sugerować kulturalnie, żeby poszedł do domu, bo nie jest mi potrzebny w takim stanie). Dobrze, że już środa, pozostają dwa trudne poranki.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

2211. Tęsknota za piątkiem.

Ciężka, ciężka pobudka, przez ostatnią godzinę miałam wrażenie, że zaśpię, więc o głębszym śnie nie było mowy. 

W pracy dogrzanie pomieszczeń zabrało ponad dwie godziny. Ogrzewanie sufitowe było w piątek wydajniejsze, ale w międzyczasie mieliśmy dwa dni niezwykle zimnej aury, więc dmuchawy musiały najpierw rozmrozić szron na zewnątrz (coś mi tam tłumaczył gość, który czyścił filtry; co za dureń wpadł na pomysł umiejscowienia ogrzewania w suficie, i w ogóle użycia tego typu systemu — oczywiście to wszystko dobrze działa jako klimatyzator, tylko po cholerę schładzać pomieszczenia w Irlandii? ech). Po dziesiątej wyskoczyłam na chwilę kupić mleko dla tutorki, ale tak naprawdę wziąć kawę na wynos i ciasteczko, przejść się i wyglądać bosko. Bo w całym tym opatuleniu słońce świeci jak szalone, wydobywa piękno z przedmiotów i ludzi.

Mimo katastroficznych przewidywań, pogoda przez weekend uraczyła nas tylko szronem, śnieg się nie pojawił, niestety jutro na pewno będzie tak samo zimno. 

Po zakończeniu pracy wsiadłam w Babcię i wyjechaliśmy z Kochanym ... na kawę. Wracając z kawiarni kupiłam jeszcze nowego erfrajera (dwulitrowy Salter został zastąpiony przez Hadena, sześć i pół litra). Przed domem natknęliśmy się na Li, Lucy ciągnęła go do Freda, wiadomo, żeby się przywitać kulturalnie.

W pieleszach dopadła mnie niemoc. Stygnę. W głośnikach Mirek i Magdalena Czyżykiewicz, album Piano, oraz Janusz Radek z Serwus madonna. Z obiadu zrobiła się kolacja; Kochany upichcił, zjadłam i skryłam się pod kołdrą. Czy już moglibyśmy mieć piątek?
___
edit 22:20 Mańka dba, żeby się nam w życiu nie nudziło. Fred właśnie awaryjnie ściągnął jeden z kloszy w Kuchniosalonie.

niedziela, 4 stycznia 2026

2209-2210. Czy Irlandia to shih tzu?

W sobotę za drzwiami popłakiwania Maniowe i szurania w kuwecie, więc z wylegiwania się do dziewiątej nici, drogie państwo. Przywieziona z Polski Kocia Guji Shakiso została otworzona (chyba zepsułam Kochanemu napar, ale i tak mąż chwalił kawę, taki ten mój mąż chwalący ;)).

Na dworze szron, słońce przenikające do duszy (gdy głaskałam Bronię, Kochany robiący sobie kolejną kawę odwrócił się do mnie na chwilę i odsłonił okno przez które do oczu wpadł mi dziki promień światła; nosiłam go w sobie przez następny kwadrans).

Przed południem zadzwonił Ka z zaproszeniem na wieczór. Bardzo dobrze, jest okazja, żeby odpakować kolejną płytę dvd. 

Naokoło pory obiadowej zbijaliśmy bąki, obejrzeliśmy przedświąteczne testy tanich bigosów u Miecia, oraz nadrobiłam Gosię ze Szkocji, bo nie śledziłam jej przez jakiś czas.

U przyjaciół, akurat gdy wchodziliśmy, dopadły nas życzenia z Polski (Zbyniu i wszyscy inni zebrali się razem i postanowili zawideować). Po rozmowach przy stole do odtwarzacza zawędrował Strach na wróble (1973) z Hackmanem i Pacino. Nabrałam smaku na filmy z lat 70.

Kwadrans po północy w końcu w łóżku. Kolejna pobudka około dziewiątej rano. Znowu zmotywowały nas myszy. Koty nakarmione, kuwety wyczyszczone, podkład zmieniony, zielona herbata zrobiona, mąż właśnie obudzony nosi Manię na rękach, Dzień dobry w niedzielę :)
___
edit 19:35 Zimno, zimno, zimno, zimno. Po szybkim śniadaniu wyruszamy zygzakiem: jaja z automatu, Lidl, TK Maxx, Costa. W Lidlu znaleźliśmy świeży chleb. W TK Maxxie nie znalazłam małego kalendarza o który mi chodziło. Gdzieniegdzie na wiejskich drogach gołoledź, na innych hojnie wysypana sól daje złudne poczucie, że na zewnątrz jest cieplej niż w rzeczywistości. Gdy w Coście stałam na piętrze czekając na Kochanego z tacą kawowo-ciastkową, jeden gość zaczepił mnie pytaniem czy go przypadkiem nie szukam. Randka z Tindera? :)

Po powrocie do domu lenimy się, czytam, słuchamy Czyżykiewicza płyty Ma chérie, gdy kartofle w garze się pyrlą, a myszy drzemią, jedna na moim krześle, druga w krześle-gnieździe. Po obiedzie skończyłam czytać Childhood Tove Ditlevsen (Penguin, 2019). Po tak pięknej prozie strasznie zrobiłam się głodna wszystkiego i od razu oddałam książkę do biblioteki, żeby móc się ustawić w kolejce po tom trzeci (drugi mam już na liście, może uda mi się go dostać w drugiej części stycznia).

piątek, 2 stycznia 2026

2208. Powrót do rzeczywistości.

Ale tylko trochę :) Skoro nie chciałam brać urlopu z puli na nowy rok, dzisiaj oficjalnie powinnam być w pracy. I byłam. Kochany zabrał się ze mną do biura i przez dwie godziny rozwiązywaliśmy problemy pierwszego świata (mąż chciał ustalić, o co chodzi z pieniędzmi pobranymi z jego konta jeszcze na początku grudnia): telefony do obsługi klienta banku (na trzech rozmówców, trzech z silnym hinduskim akcentem, wszyscy dopiero się przyuczali, Bareja zrobiłby o tym film), fizyczna wizyta w BOI (jedna rozmowa telefoniczna odbyła się właśnie w siedzibie banku); w międzyczasie poszliśmy na chwilę do Czarnej, żeby napić się kawy i zjeść po krłasancie z ham&cheese. A jeszcze alarm w biurze zgłaszał problem, że nie ma bidaczek połączenia z Internetem. Yhhh. Tak jak myślałam, nikogo nie obchodziło, że dzisiaj pracuję (jeden chłopak zapukał o dziewiątej, ale on generalnie nie zajmuje się rzeczywistością, więc nawet się nie zdziwiłam, że nie pamiętał o grafiku).

Mąż wrócił po mnie popołudniem: obiad w Valley Inn na prowincji, i powrót do Drołdy, najpierw, żebym mogła sprawdzić, czy w biurze wyłączyłam grzejnik, następnie do dwóch supermarketów w celu uzupełnienia zapasów na weekend. Za każdym razem, gdy wychodziliśmy z samochodu, dopadał nas i przesiąkał na wskroś okropny, mokry ziąb. W świetle jaśniejącej głowy Księżyca w pełni wróciliśmy do domu dopiero o szóstej. Gdy tylko włączyłam laptopa, od razu dostałam powiadomienie o możliwym śniegu. Ajajaj, żółte ostrzeżenie śniegowo-lodowe dla wszystkich hrabstw jest na jutro i na niedzielę:

Przez cały dzień podczytywałam Szymiczkową. Był pomysł wieczoru filmowego, ale z powodu totalnego wychłodzenia wybrałam gorący prysznic i zaleganie pod kołdrą z przygodami zakopiańskim profesorowej Szczupaczyńskiej (Znak, 2025). Właśnie skończyłam, wyczytałam do strony ostatniej. Fajrant, jakby powiedział dziadek Bronek.

czwartek, 1 stycznia 2026

2207. Pierwszy.

Drzemiąco-leżący posylwestrownik. Nie zadzwoniłam o pierwszej po północy do Kochanego, żeby jeszcze raz przywitać Nowy Rok, bo mąż mi zapowiedział, że idzie spać. Fair enough. Ciekawe, że w mojej rodzinnej wsi fajerwerków mniej niż to zapamiętałam z innych lat. Może jednak jakaś pozytywna zmiana się odbywa, albo komuś łeb urwało.

Wyruszyliśmy w trasę do lotniska przed trzecią rano, śnieg częściowo roztopiony, opad pojawił się też podczas podróży. Na szczęście samochodów niewiele, więc było całkiem bezpiecznie i znalazłam się na lotnisku dokładnie dwie godziny przed planowanym wylotem. Po wysłaniu dużej walizki w świat, siadłam z rodzicami przy napitkach. Tak nam było miło, że weszłam do kolejki kontroli bezpieczeństwa tuż przed boardingiem (strefa przed kontrolą bezpieczeństwa jest inaczej zorganizowana, widocznie to te zmiany na które zmarnowano cały listopad). Strachy na Lachy. Zdążyłam, i tak trzeba było odczekać swoje, najpierw w rękawie (panowie na dole niemrawo spacerowali z wiadereczkami pełnymi soli), potem w samolocie (skrzydła potraktowano płynem przeciw oblodzeniom). Lot spokojny, żadnych pijanych zajęcy w kapuście, czytałam Szymiczkową, szło mi niezwykle sprawnie; może dwa-trzy słabe momenty mózgowe, gdy czułam, że oko się mi zamyka, ale senność odegnałam. Przyleciałam do stolycy z półgodzinnym opóźnieniem, idę sobie, nanananana, odbieram walizę w pierwszej piątce, nanananana, i wiem, gdzie wypatrywać Freda. Po lewej, kaffkę sobie pije :D

Jeszcze na parkingu zadzwoniłam do tatki, żebyśmy mogli sobie powiedzieć, że fajnie i wszyscy żyjemy. Podróż na wieś bez przystanków. W domu myszy zareagowały różnie, Mańka zaraz hyc do całusów, Bronka łypała nieufnie ... w końcu porzuciłam, tak czy nie? Nocne niedospanie uderzyło znienacka, Kochany wymiękł pierwszy, zaś ja byłam przekonana, że daję radę rewelacyjnie, ale sprawy miały się zgoła inaczej. Po jakiejś godzinie spędzonej przy laptopie oczy zaczęły mi się kleić, więc prysznic, i łóżeczko; jeśli cały rok ma wyglądać tak, jak pierwszy dzień, to nie wiem :D za sprawą męża jeszcze bardziej zmęczona i skołowana, wstałam po drugiej po południu i do końca dnia łaziłam w szlafroku.

Z kontaktów innych, życzenia od Kuzyna z Miasta Łodzi i wieczorna, krótka rozmowa z mamą (tatko już spał). Odpakowałam pierwsze przywiezione płyty, obejrzeliśmy Trainspotting (1996); mama uświadomiła mnie, że nie spakowała mi trzech innych płyt dvd. Jak znam życie, do następnego razu coś jeszcze przybędzie. I dobrze. Padam na ryjek.

***

Ach, grudzień w obrazkach, wczoraj nie miałam siły i ochoty. Dobry koniec roku, dużo bezmyślnego relaksu, tak jak lubię ;)

Rok 2025 w streszczeniu, czyli postscriptum #2206.

Jestem, jestem, Mania już mnie lizała, Bronia ma focha, że mnie nie było :D Zanim jednak wrócę do dzisiaj, powiem, jak to wszystko leciało.

W roku 2025 odbyłam 11 lotów nad Europą (luty, marzec, kwiecień, maj, październik & grudzień; publikuję to będąc w Irlandii, z grudniowego wyjazdu wróciłam tuż po sylwestrze). Raz polecieliśmy w trochę innym kierunku (marcowy weekend w Niemczech), bardzo się nam podobało.

Wyjścia kulturalne: opera w marcu (Latający Holender) i we wrześniu (koncert Verdi, Viva Wagner), w czerwcu spotkanie z Mariuszem Szczygłem w ramach festiwalu O'Czytani, we wrześniu koncert folkowy w augustiańskim kościele oraz przedstawienie Makbeta w dublińskim the Gaiety. Kino, bogowie, tylko raz, niedawno, bo jednak skoro Smarzol, to wiadomo (w zeszłym to samo, poprawy nie widać). Ogólnie, chcieliśmy wszystko częściej, ale jakoś nam nie wychodziło, bardzo jesteśmy zapuszczeni :)

Czytelniczo: założenie było podobne jak w zeszłym roku, potencjalnie książka na tydzień, wyszło wszystkiego razem 64, w tym: 18 po angielsku, 24 w czytniku (epuby i pdf-y), 8 audiobooków oraz 8 wypożyczonych z biblioteki (irlandzkiej i polskiej zusammen do kupy). Mam kilka pomysłów na nowy rok, w tym projekt irlandzki (chęć zapoznania się z pewną ilością lokalnej literatury współczesnej).

Ogrodowo: narcyzy jako tako, tzn. rosły, choć już się nie fascynowałam, a nawet zapomniałam wysadzić kilka cebul. Ale był pomysł, aby zrobić w ogródku info o tym, że jest to memorial garden kota Ryszarda i nie mogliśmy się z tym pozbierać. Żaden koncept nie był dość dobry, nie motywował do natychmiastowego działania, finalnie portret Rysia na desce przywieziony przez Kochanego z Polski wylądował w domu, za szybką. Czyli idea przeniesiona na rok obecny. 

Czkawka w ogólnym grafiku była mocno związana ze zmianami pracowymi. Tak jak w poprzednim roku, gdy zmiana pracy u Freda wpłynęła na to, jak spędzamy czas, tym razem roszady u mnie pociągnęły za sobą zmiany obyczajowe. Z Centrum na stałe przeszłam do Jamy w kwietniu, drugi awans zaliczyłam we wrześniu. W nowym roku chciałabym ponownie zmienić pracę, muszę więc skończyć z wymówką, że "mnie to męczy i dlatego inne rzeczy się nie wydarzają".

Dynamika rodzinna: rodzice stracili ukochanego psa w piętnastej wiośnie życia, Malineczkę, oraz kota Macieja, którego czas zatrzymał się na szesnastej jesieni; w ciągu roku przybyło im za to kilka kociąt, czarnych dyjabłów, które robią na chacie rozpierduchę totalną. U nas też dzieci się pojawiły: w połowie roku zaadoptowaliśmy dwie koteczki z lokalnego schroniska, sądząc początkowo, że to chłopiec i dziewczynka. Od tego czasu mamy okazję obserwować etapy rozwoju kocóreczek ;) Matkobosko, jakie to dwie różne osobowości, szczególnie Mańka trafiła się nam taka, że klękajcie narody. Kochamy je obydwie, takie decyzje zmieniają tory codzienności.

Skończyłam pięćdziesiątkę. Nie wiem, co o tym myśleć.