Strony

piątek, 31 lipca 2026

2418. lipca koniec.

nadal źle sypiam
nie wiem czemu, nic takiego mi się nie śni, zero traum, może herbata za mocna

trochę działań koniecznych (panie wytrzeszczające w urzędzie, znowu) i zaskoczeń (to mamy już sierpniowe bank holiday? to jacyś znajomi znajomych na sobotę?)
no i dobra
minestrone i bruschetta w Simonie (brunch)
ryba we frytach z widokiem (obiad)


czerwcowe ploty o nowym lokatorze w domku po Annie potwierdziły się cieleśnie
pan zauważył nas, gdy spacerowaliśmy z koteczkami
oficjalne przedstawienie się odhaczone
Gerwazy nie wygląda na bardzo nienormalnego

na spacerze wiatr szeleści w krzewach, przynosi zmianę, deszcz, jesienne zapachy
pod wieczór ciężko drzemię

lipiec w tym roku pełen zdarzeń, choć mnie się wydaje, że nic się nigdy nie dzieje
widocznie się przyzwyczaiłam

czwartek, 30 lipca 2026

2417. głowa ...

... jak z waty
słabość, która mnie wczoraj dopadła to chyba zapalenie zatok
ale jakieś takie podprogowe, po trochu, żeby się szybko nie zorientować
kręcę się wokół własnej osi, nie wiem co z czym
poranna kawa w Czarnej trochę pomaga
a bardziej jeszcze wkurw na firmę dłubiącą przy domu
widać to wszystko prawda z tą adrenaliną

w Polsce rakieta spadła niedaleko Dragan

w porze lunchu wyszłam do Moorlanda na zupę z pora
(prognozy kompletnie mnie dezorganizują, miało padać, tymczasem przegrzewam się w trampkach)

w drodze powrotnej w charity shopie kupiłam dwie książki
The Green Road Enright oraz wymiętoszone wydanie sztuki Keane’a The Field
tylko dlatego, że były w niej odręczne notatki osoby o nazwisku Robert Molloy
(sztukę przerabiają irlandzkie nastolatki w ramach Junior Cycle English)

no i jest nowa kuchenka, włala
teraz jeszcze trzeba się poużerać z Bord Gáis

na spacerze kocim Kochany zadzwonił do Usz w celach życzeniowych, też się udzielałam

umarła dzisiaj Cembrzyńska,
kiwam głową, gdy Fred mówi, że jednak takim największym zamknięciem będą śmierci Olbrychskiego i Gajosa
będą

środa, 29 lipca 2026

2416. zniżka formy.

Glen Hansard zginął bardzo wczesnym porankiem w Lucan, w okolicach Lower Road
cicha, wąska droga

rano kończę Szatańskie tango Krasznahorkaia
kontynuuję Sezon burz w słuchawce i Coventry, zbiór esejów Cusk, na czytniku

szarzej, chłodniej, z nieba lecą paprochy
odbieram telefony, pracuję nad koślawym plakatem
w końcu ustalam datę ważnego audytu
brzmi poważnie, ale tak naprawdę kolejny dzień zastoju

po pracy jedziemy z Kochanym na zakupy
asicsy do biegania w kolorze brudno różowym kupione
w Lidlu naszłam Aurę Żmiję
miła byłam, wspaniałomyślna
pochwaliłam się, że jestem od niej lepsza dopiero, gdy zapytała ;)

coś mnie bierze, od kilku dni kicham, gardło mnie pobolewa
sandałki były przesadą
dopiero dziewiąta minęła, już mi gaśnie światło

wtorek, 28 lipca 2026

2415. Czy ...

... jest coś bardziej wzruszającego od kota biegnącego rano do sypialni, żeby zrobić noski?

w pracy spotkanie organizacyjne,
wychodzi, że zamiarują przedłużyć mi kontrakt na kolejny rok, karierowiczce
ale i tak najlepszy jest spacer z biura do Biura i nazad w tej zawiesistej, dusznej aurze, dorodne skrzypy polne mijane po drodze


trzymam kapelusz maszerując przez most
czytam, bujam się w niebujanym fotelu

świat mijam pod dziwnymi chmurami


popołudnie skraca się przez długi spacer z kotami połączony z rozmową sąsiedzką (Anne, Katlin) i rozmową z rodzicami (w tle wsiowe dzwony kościelne wygrywają bożonarodzeniowe szlagiery)

a potem nie smakuje mi makaron
i już jest po ósmej

poniedziałek, 27 lipca 2026

2414. Ostatni poniedziałek lipca.

sen miałam, że zaproponowano mi nową pracę

start wolny, milczący, krem wklepuję, koty karmię
przed śniadaniem wrzucam na czytnik dwa ebooki z biblioteki
i ostatnią Hjorth po polsku, zachomikowaną w wymiętym pedeefie

pracowo jedna pożyteczna rzecz: fachowy papier wysłany
z pomocą Benkową
czyli w nagrodę kawa / dobry początek tygodnia

Maniusia znowu ma coś na pyszczku (górna warga spuchnięta)
nasz special cat

pogoda jak wczoraj, szaro, duszno
pachnie mdlejącą trawą, ziołami, nawet teraz, pod wieczór brzęczący samolotami sekretnie unoszonymi w inny świat

niedziela, 26 lipca 2026

2413. wlokę się ...

... przez Krasznahorkaia, pędzę przez Hjorth,
oczywista oczywistość, the latter łatwiej się czyta
w końcu kończę Hjorth przed przyjazdem Kochanego z pracy
miodzio
żądam więcej Hjorth po polsku!

przed obiadem dzwonimy do świekry z życzeniami
i o morderstwo pytamy
nazywane w sieci samobójstwem rozszerzonym
jak czytam, że coś się musiało stać, skoro on to zrobił, kisnę
mój kraj taki piękny, karwa

szarość pogania, włos mokry

sobota, 25 lipca 2026

2412. szarość ...

... rozpanoszyła się na wybrzeżu, od rano do nocy
dopadła mnie niefajna odmiana lenistwa, mało twórcza, przejedzona pierniczkami
żeby przełamać zastój próbowałam nawet włączyć słuchankę w Audiotece
zaniechałam jej po dziesięciu minutach, głos lektorki mnie czegoś podrażniał
za to zerkałam na dwa kolejne odcinki Midsomer Murders, sezon 24 mam odhaczony ;)

z kotami byliśmy aż pod laurowiśniowym płotem

piątek, 24 lipca 2026

2411. I szlus.

Po pracy zakupy i Simona. W jedną stronę spotkałam Saren z córką, tralalala jak się masz mam się świetnie, w drugą zahaczyłam Izoldę dobrym słowem, w nagrodę dostaliśmy za darmo muffinki (kawiarnia właśnie się zamykała).

Pełni makaronu poszliśmy na półgodzinny spacer z kotami. Aura ładna, więc wyszliśmy też nad morze. Natknęliśmy się na Dżejmiego (schudł, sam się pochwalił) i tymczasowo zamknięte przejście w osiedlu (przeszliśmy i tak, mały buntownik na hulajnodze pokazał nam, że można się przecisnąć). Na plaży sporo ciał meduz kompasowych oraz tuptające mewy śmieszki; dom Gronji ma świeżą strzechę; nowy budynek na rogu, przy wyjściu z plaży, już ukończony, wygląda zamożnie i betonowo; wieś pachnie piątkowym wieczorem (pieczywem z pizzerii na rogu, pubowymi obiadami, frytkami z bistro) i buczy takimże gwarem (w pubach drzwi otwarte, życie szumi). Ale nad wszystkim już jakby ... jesień? Ech ...

Skończyłam Intermezzo Sally Rooney (Faber & Faber, 2024). Nie dalej jak przedwczoraj bąknęłam, że jeszcze jedną książkę muszę skonsumować do końca, zanim rozpocznę następną. Już się łamię.

czwartek, 23 lipca 2026

2409-2410. Dwupak lipcowy.

W środę rano myszy do weta, szczepienie. Wyszłam na chwilę z pracy, żeby pomóc Kochanemu w ogarnięciu tematu (no i kto jest większym kotem? No kto? Maniusia Koneserka waży 3,6 kg, tymczasem Bronisia Odkurzacz już 4,0 kg). Poza tym jak zwykle, coś tam robię, słońce świeci, słucham audiobooka; w domu jesteśmy późno, ledwo pokręciliśmy się z kotami po okolicy, zrobiła się siódma wieczorem, czas na późny obiad. Pomiędzy wcisnęłam też krótką rozmowę z mamą (zauważyłam, że mama prezentuje zniżkę formy po naszych wyjazdach).

Czwartkowym porankiem dosłuchałam Rozdroże kruków Sapkowskiego (SuperNOWA, 2026). Lekkie pióro. Wróciłam do Intermezzo przysięgając sobie, że nie zacznę niczego nowego, zanim nie skończę tej i jeszcze jednej książki. Tylko, że obydwie lektury beletrystyczne wymagają specyficznego nastawienia, trzeba się zawziąć (dodam, że literatura milenialsów mnie wciągnęła).

Coś mi się grzebie, poranny krwotok z nosa.

Rano wróciliśmy do zwyczaju kawiarnianego na okoliczność rozpoczynania pracy o tej samej porze. Przed ósmą siedziałam więc w Czarnej podsłuchując dwóch panów Arabów. Szkoda, że nic w ząb po arabsku ... o czym tam oni gadali?

W pracy męczy mnie nicnierobienie. Oraz przejedzenie wołowiną z meksykańskiego bistro. Za dużo tego dobrego. Przez to wszystko po powrocie do domu od razu wolimy iść na spacer z kotami, a potem wcale nie jest lepiej, bo rezygnujemy z robienia obiadu. Za to wjeżdżają ciastki, które kupiłam wczoraj w Termon i o nich zapomniałam. Wynika z tego, że praca bardzo nam przeszkadza w rozwinięciu skrzydeł: człowiek czegoś się napije, pogada, przekartkuje parę stronek literatury, koty pogłaska, już dzień się kończy. Klarowne poczucie, że jestem stworzona do życia milionerki nie znika, wręcz przeciwnie, nasila się z wiekiem ;)

wtorek, 21 lipca 2026

2408. Spowolniona normalizacja.

Głowa ciężka, niedospanie po wczorajszej podróży nadal pogania. Nie mogłam głęboko zasnąć, wybudzałam się w nocy kilkakrotnie.

Kochany walczył na froncie remontowym – pojawili się panowie od kuchenki, bez kuchenki. Z nowym blatem przyjechali, żeby kuchenka, na dzisiaj bytująca tylko w naszej wyobraźni, mogła się zmieścić na miejsce starej, wyraźnie węższej. I dobrze, stary blat świecił historyczną dziurą wypaloną nie wiadomo jak i kiedy.

Ciężkość głowowa nie minęła w czasie pracy. Nadal feel like shite

Opchałam się burrito, żeby być gotową na popracowe wędrówki sklepowe z Kochanym. Po powrocie do domu dłuższy spacer z koteczkami. Anne się przywitała, my wróciliśmy, ona rusza w trasę. W głośnikach płyta Kazika Staszewskiego Melodie Kurta Weill'a. Jem croissanta i proszę: mietczynski robi croissanty. Mania wróciła do formy: osikała płyty na najniższej półce pod drukarką. Nawrzeszczałam, trochę się gniewała, ale już wróciła na krzesło i udaje, że spoko.

poniedziałek, 20 lipca 2026

2407. W domu?

Dwie godziny snu, bez cienia przesady: dolecieliśmy o 1:40 naszego czasu, dwie godziny później byłam nareszcie pod własną kołdrą, ale cóż z tego, skoro wybudzałam się trzy razy, a po szóstej trzeba było wstawać. Jednak nie ma co narzekać: Ka pojawił się na lotnisku co do minuty, mogliśmy pożegnać Hanę, pokazać jej, jak ma odprawić bagaż, gdzie pójść; ułatwiono nam, ułatwiliśmy innemu.

W pracy maile i maile. Odpaliłam audiobooka Rozdroże kruków Sapkowskiego i to pomimo tego, że wędrowny powrót do Intermezzo okazał się całkiem udany. Na szczęście odwołano mi w pracy jutrzejszą burzę mózgów. Świetnie, bo jeszcze musiałabym się przygotować, coś przeczytać, o czymś pomyśleć, tymczasem jestem chwilowo niezdolna. W minionym tygodniu przynajmniej raz dobijała się do mnie firma monitorująca alarm w budynku, konsekwentnie nie odbierałam połączenia. I co, budynek stoi? Stoi. Nikt się nie włamał, a nawet lepiej – ten cholerny internet, którego rozłączanie się było zapewne przyczyną alarmu, działał dzisiaj jak trzeba, bóbr zapłać.

Próbowałam się zdrzemnąć przed obiadem (z Kuchniosalonu dobiegała muza Samych Suk z ich najnowszego albumu, Dziadowskie piosenkio miłości). Pierwszy spacer z myszami uświadomił mi koci rozwój, który odbył się w trakcie naszej nieobecności: Bronia jest znacznie odważniejsza, Mania jakby lżejsza. Hana zrobiła furorę wśród sąsiadów, nawet Iva Dilerka wyszła powiedzieć, że dziewczyna była bardzo miła, pożegnała się z nią, i tak dalej. Ziew. Wolny rozruch (w pracy dwie kawy, druga z Wiką, która nadal jest zagubiona w gąszczu swoich marzeń i oczekiwań; postawiłam jej tę kawę, szastam kasą jak milionerka). Chwilę rozmawiałam właśnie z tatką. Pora pod prysznic, lektura i lulu, bo inaczej mózg do wymiany.

niedziela, 19 lipca 2026

2406. W drodze.

Na razie tylko lokalnie — po śniadaniu poszliśmy na cmentarz. Przy okazji rundki przez wieś odkryłam, że w innym sklepie sprzedają wkłady do zniczy o 50 gr taniej :D Ech, drugim odkryciem była klepsydra z nazwiskiem mojej byłej uczennicy, rozmowy spacerowe nieuchronnie więc potoczyły się w kierunku żalu za nieudanym życiem i odkładania rzeczy na później. Deszcz na nas pokropił, siedliśmy na chwilę pod dachem dla niegrzecznych dzieci; dwa razy minęliśmy Zupę. 

Rosół już zjedzony.
___
edit 16:15 Drzemka (przynajmniej się starałam). Stu wyruszył z Wawy. Hana wrzuciła poszwy do pralki, mielą się na wizji. Bagaże spakowane w 95%. Oglądamy Hyacinth Bucket na Polsacie Seriale.
___
edit poranek dnia następnego wyjechaliśmy ze wsi około szóstej, żeby spotkać się ze Stu około siódmej: plan został wykonany raczej bez przeszkód, odnaleźliśmy się ze śwagrem nakrapianym deszczem na ulicy Norwida. Panowie zamienili się miejscami za kółkiem samochodu i tak dojechaliśmy do lotniska, gdzie po zważeniu bagażu rozstaliśmy się — Stu ruszył w drogę powrotną za pomocą naszego wehikułu czasu, my z kolei udaliśmy się na długie czekanie. Kawa, wałówka, pączek z różą, sudoku i Intermezzo.

sobota, 18 lipca 2026

2405. Przedostatni.

Najlepiej śpi mi się nad ranem ... pewnie dlatego, że wtedy jest najchłodniej ... budzi mnie głos mamy obwieszczający, że jadą z tatkiem na targ i wrócą niebawem.

Wyskrolowałam wiadomość o śmierci pani z wrocławskiego "antykwariatu z kotem" (Małgorzata Chabińska-Piątek). Zeszłej soboty zatrzymałyśmy się z mamą przed ich witryną. Dwa lata temu przechodziliśmy obok z Kochanym, natknęliśmy się na panią Małgorzatę, zamieniłyśmy kilka słów o imionach towarzyszących jej zwierząt, o Dantem. Człowiek mi nieznany, mimo to osad zaskoczenia przemieszanego z niepokojem.

Po śniadaniu flaneryzm: Kot i park zdrojowy. Poobiednio około piątej (słońce nadal grzeje) spacer z Kochanym na cmentarz.

Koty rodziców dzielą się na residentes i visitantes. Do tych pierwszych należą niewychodzący Niunia, Wojciech i Józia, wychodząco-domowi Rózia, Rozalka, Gosia i Zofia oraz Mruczysław ogrodowy. Miauczysław i Filemon chyba też liczą się jako mieszkańcy ogrodowi, choć ich status jest nadal uchodźczy. Wśród visitantes są dwa czarne koty (w tym jeden kulawy) oraz jeden czarno-biały.

Rozalka z Gosią Psem

Jeden z bezimiennych visitantes

Miauczuś residente podczas obiadu w ogrodzie

Residentes: Rozalia, Mruczysław, Róża, Zofia

Uaktualniłam wiedzę na temat grobów zwierząt w ogródku na tyłach domu (zdjęcia z odręcznymi notatkami; las rośnie). Objadłam się fasolką. Pokręciłam w obejściu. Zadzwoniliśmy do świekry z życzeniami. Fred już ustalał, kiedy zobaczymy się ze Stu, ale hamuję piętą, nie czuję potrzeby pakowania się i innych takich. Samo przyjdzie. Z niechęcią myślę o powrocie do pracy. 

piątek, 17 lipca 2026

2404. Upał.

Trudno jest spać, duszno, łeb pełen nie do końca uzasadnionej ekscytacji. Okazało się rano, że mama nie idzie dzisiaj do pracy, bo towarzyszy tatce w peregrynacji do chirurga. 

Wyjechaliśmy z Kochanym do miasta tylko na trzy godziny. Pogoda była naprawdę nieznośna, gorąco tak, że ledwo dowlokłam się do Kota. Przed drugą przenieśliśmy się z kawiarni do fryzjera, tutaj poszło szybko, oboje jesteśmy wyznawcami planu minimum w temacie koafiurowym (jednakowoż, kto twierdzi, że sama mogłabym sobie obcinać minigrzyweczkę, żeby w ten sposób zaoszczędzić pinionszki, myli się — nie mogłabym). Z zajebistymi fryzurami pojechaliśmy na obiad do chińczyka, który tak naprawdę jest Wietnamczykiem. Reszta dnia: zaleganie przed tv i wiatrakiem, burza, deszcz.

Nie czytam książek, za to skanuję półki w poszukiwaniu, co by tu jeszcze świsnąć do walizki (na razie wydłubałam peerelowskie wydanie Egipcjanina Sinuhe). Zerkamy z Kochanym na Straszny film (2000).

czwartek, 16 lipca 2026

2403. Dzień siódmy.

Od wczesnego rana nad Miasteczkiem wisiała mgła. Po sąsiedzku kupiłam w owadzie świeże bułki (orkiszowe, pyszne), po wymeldowaniu się z pałacu około wpół do dziesiątej zajrzeliśmy do sklepu jeszcze raz (tym razem podjechaliśmy), żeby kupić wkłady do zniczy. Przez resztę dnia bardzo sobie gratulowałam, że założyłam dzisiaj lniane spodnie i takiż top, bo temperatura rosła z godziny na godzinę. Mieliśmy zamiar odwiedzić cmentarz, ale początkowo nie dało się tego uczynić od żadnej mańki, droga była zamknięta, z oddali dobiegał nas dźwięk pił. Za to podjechaliśmy do pałacu Lenno na kawę i ciastko, następnie wpadliśmy do cioci eR, który powitała nas następną kawą i ciastkiem :) Wyszliśmy na spacer dookoła komina spotykając przy kościele Annę i Krzysztofa z Lubomierza. Po gawędzie historyczno-obyczajowej poszliśmy nad Bóbr — niestety, rzeka wyglądała bardzo źle, w takich warunkach odwiedzanie zapory miało jeszcze mniej sensu, woda mulista, aż serce boli. Wróciliśmy do cioci w porze wczesnoobiadowej i zostaliśmy wypchani po korek domowym spaghetti. Dopiero po obiedzie, gdy byliśmy już na wylocie, udało się nam dostać na cmentarz; Kochany zapalił znicze na kilku rodzinnych grobach oraz na grobie dawnego znajomego dzięki któremu mąż odnowił kontakt z Perlistym.

Kochany miał w planach spotkanie z przynajmniej dwiema osobami, ale choć przejeżdżaliśmy obok domu Miłej, a mąż zadzwonił do Zbynia, nic z tego nie wypaliło.

Resztę dnia spędziliśmy w podróży, najpierw szukając chłodu i cienia w Jeleniej. Kochany zaparkował pod Nowym Rynkiem, łaziliśmy tam w kółko po dwóch księgarniach (szukałam Baranowskiego Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa i trylogii husyckiej Sapkowskiego), zjedliśmy lody u Sowy, ostrożnie wychynęliśmy w kierunku starego Rynku, żeby w końcu wylądować w Aroma Cafe. W drodze do rodzinnej wsi zatrzymaliśmy się jeszcze na MOP-ie Jawor Wschód, tylko na tyle, żeby się wesprzeć hot dogami. W domu rodziców po dziewiątej.







środa, 15 lipca 2026

2402. Dzień szósty.

O czwartej nad ranem obudził mnie silny deszcz, burza z piorunami, musiałam wstać, żeby zamknąć okno; okazało się później, że nikt oprócz mnie tego zjawiska przyrodniczego nie zarejestrował. Może więc jestem zającem pod miedzą z okiem zawsze gotowym do otwarcia. 

Środa była znacznie wolniejsza w porównaniu z ostatnimi dwoma dniami. Mieliśmy z Agniechą pogadankę poranną, poczem, wyturlawszy się i wydrapawszy się po leniwych brzuszkach, o jedenastej wyjechaliśmy we troje do Jeleniej na brunch w to samo miejsce Januszowe, co w poniedziałek (wcześniej zajrzeliśmy do pałacu w Miasteczku, żeby odebrać klucz od pokoju i mieć z głowy martwienie się, czy zdążymy na czas; Janusza brak, za to pierogi z jagodami tak samo dobre). Po udanym posiłku podjechaliśmy do pałacu w Pakoszowie na kawę (statysta postanowił kosić trawnik centralnie przed nami, poor devil). Był jeszcze przystanek w Kopańcu, oraz widok spod dawnego Förstelbaude w Gierczynie (ośrodek odrestaurowany dość festyniarsko, w stylu hotelu dla nowej-klasy-średniej).

Po tych podróżach lokalnych, o piątej byliśmy ponownie w zakątku Agniechowym tchnącym zenkiem. Obejrzeliśmy umocnienia przeciwpowodziowe, napiliśmy się zielonej herbaty, pogadaliśmy, zapuściłam ciekawskiego żurawia do prywatnego siedliska i dostałam w prezencie książkę oraz poradę w jakiej kolejności czytać historię wiedźmińską.

W Miasteczku pojawiliśmy się o ósmej; pałac wydawał się zupełnie opuszczony, ale mieliśmy kod do budynku i klucze do pokoju (znowu, tak jak w 2021, gdy byliśmy tutaj z tatką, urzędujemy pod jedynką), więc brak ludzi i duchów w niczym nam nie przeszkadzał. Rozpakowaliśmy lary i penaty, odbyłam krótką rozmowę z mamą (oberwanie chmury i lokalne podtopienia w Tcy), i wyjechaliśmy za rzekę. Ciocia eR była zaskoczona, przyjęła nas jednak miło, mogliśmy w jej lodówce zdeponować zapasy kiełby, strzeliliśmy po herbatce, zerknęliśmy na mecz Anglia-Argentyna, i wyszliśmy w ciemniejące miasto.








wtorek, 14 lipca 2026

2401. Dzień piąty.

Chodził lisek koło drogi, Fred go widział o poranku, jednak dokumentacji fotograficznej na ten temat brak ;) Poranek był za to we troje + wędlina (wczoraj po wizycie w Skradli Widelce Kochany nakupił prowiantu od znajomego Janusza; nasza gospodyni zajęta, więc i my postanowiliśmy się zająć). Po śniadaniu wyjechaliśmy zaobserwować okoliczności przyrody: woda mineralna i kawa były pite w Świeradowie Zdroju (woda absolutnie w deskę, mąż kupił dwie butelki dla rodziców; na horyzoncie granatowa chmura; dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że nad Jelenią przeszła nawałnica, a my przez cały dzień unikaliśmy deszczu jak Yosarrian ostrzału artylerii przeciwlotniczej) → na zamku Czocha obeszliśmy dziedziniec (w środku policyjne szyszki miały jakieś spotkanie branżowe) → kluski śląskie zostały zjedzone w Lubomierzu (restauracja w kątku placu Wolności, popiłam obiad wodą mineralną o nazwie Wysowianka, zachwyt powszechny) → w Pławnej oblukaliśmy twory Milińskiego → w pałacu Lenno zjadłam sernik z widokiem na Karkonosze → na zamku kupiłam przypinkę z duchem gór, gdy panowie wspinali się na wieżę. Towarzyszyła nam dziwna, duszna pogoda, kręcące się tu i tam zachmurzenie.

Lecieliśmy zygzakiem mijając grykę jak śnieg białą (gryka towarzyszy nam od wczoraj, nie wiem, o co chodzi, widzę ją wszędzie), PoE trza było w końcu ruszać do domu, pojechaliśmy więc z nim do Bolesławca  i rozglądania się po okolicy było najwyraźniej za dużo, bo ... spóźniliśmy się na pociąg. Poczekaliśmy z PoE na przelotową Saxonię; było machanie rączętami, było trącanie się doopkami (pisałam już, że lubię pociągi — przejazd towarowego ekscytujący). W drodze powrotnej do Agniechy zatrzymaliśmy się w Bolesławcu tylko na chwilę w celu zrobienia zakupów spożywczych w owadzie. U Agniechy jedzenie i pogaduchy bez Agniechy. Kochany zadzwonił do pana Krzysia, zamówił nocleg na jutro w Miasteczku.





poniedziałek, 13 lipca 2026

2400. Dzień czwarty.

Pobudka była wczesna, piąta rano, na szczęście rodzice mają zwyczaj bardzo wcześnie budzić się do pracy, więc im nasza ekstraporanna eskapada nie przeszkadzała. Musieliśmy być kwadrans po ósmej na Nadodrzu, żeby z dworca kolejowego odebrać Pana Od Espresso. Wszyscy mamy wolny rozruch, koty jedzą śniadanie najszybciej.

Wyjechaliśmy z domu przed rodzicami. Asnyk wiozący PoE był trochę spóźniony, mogłam podziwiać przedwojenny dworzec ulegający entropii oraz zauważyć, że ogłoszenia są w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, bo takie są czasy. Lubię pociągi. Po przywitaniu z PoE cisnęliśmy dalej. Najpierw El Gato na Gubińskiej, następnie podróż do Jeleniej i brunch w Skradli Widelce (maciupka sytuacja, dosiedliśmy się do Lesława z rodziną, pierogi z jagodami boskie) → spacer Jelenią (→ bazylika mniejsza Erazma i Pankracego → napitki w Aroma Cafe → mijanka z cerkwią Piotra i Pawła → krótka wizyta w kościele garnizonowym, co łaska 5 złotych). GPS w telefonie i skręt w ściernisko. O miejscu Agniechy nie miałam wyobrażenia, dałam się zaskoczyć z wielką przyjemnością. Łąka za płotem śpiewa. Ciepło bardzo.





niedziela, 12 lipca 2026

2399. Dzień trzeci.

Dzień zaczęłam od umycia włosów, coś mi przeskoczyło w plecach przy tej okazji, na szczęście rozeszło się po kościach. Rosół domowy, niespodziewana drzemka, obiad o drugiej, wyjazd do Tcy (Kot, bazylika przed mszą, park, Markiza); przez całą niedzielę zbierało się na deszcz i w końcu się zebrało, akurat w czasie, gdy na powrót byliśmy na wsi. Ploty o szkole przy kanapeczkach wieczornych. Poirot 4.03. & 5.01 (nadal zerkam). Spokojny dzień, nadrobiałam ostatnie niedospania, pozbierałam myśli, jutro lecim dalej, bardzo dobrze :)






sobota, 11 lipca 2026

2398. Sobota we Wro.

Spóźniłyśmy się na szynobus, potem wysiadłyśmy z tramwaju nr 18 nie na tym przystanku co trzeba, ale poza tym sztos. Byłyśmy we Wro przed otwarciem muzeum narodowego, więc najpierw archikatedra. Następnie muzealna kawiarnia (ja-go-dzian-ka!!) i muzeum też (fotografowanie piesków i kotków) → spacer i grecka restauracja w Rynku → sklep z minerałami w którym kupiłam bransoletkę z akwamarynami → kawa w Cherubinowym Wędrowcu i lody dla mamy → na szybko katedra Marii Magdaleny → tramwaj nr 6 → gołębie w parku Staszica. W tym czasie Kochany wędrował z tatką po suszarni i kawiarni w Tcy. Spotkaliśmy się wszyscy o piątej, gdy minibusem wróciłyśmy ze stolycy do miasta powiatowego. Siedzieliśmy chwilę pod nowymi tężniami.







W domu opycham się ciastem, robię z mamą kanapeczki, zajadam, wieczorem gapię się na trzeci sezon Poirota (8, 9 i 10). Nieróbstwo i hedonizm, własna banieczka. Są, owszem, jakieś przeszkadzajki niewielkie, np. z rana widzę, że nie widzę, kamerka w Kuchniosalonie irlandzkiego domu nie działa, ale na szczęście to jakaś bzdurousterka. Nóżki mnie bolą, mam spuchniętą i siną kostkę palca wskazującego lewej dłoni, oraz bardzo jestem zadowolona.

piątek, 10 lipca 2026

2397. Dzień pierwszy.

Zasnęłam po trzeciej (dobrze było zobaczyć drzewa te same, gwiazdy nad drzewami, mrok za płotem), obudziłam się około siódmej i już nie mogłam spać, natłok myśli. Zaraz wypróbowałam, czy na emailu pracowniczym działa mi automatyczna odpowiedź (cholera, nie działa). Musiałam wstać i się zmęczyć jeszcze bardziej, nie było innej rady, więc wyciągnęłam mężowskiego laptopa (zostawiłam mój w domu), zaczęłam uzupełniać wpisy blogowe, porządkować myśli.

Prezencik mężowski odpakowany z rana:

Bo rodzicom Fred wręczył prezenta już o trzeciej rano. 

Ruchy jak zwykle wolne, domowe. Poczekałam, aż Kochany obudzi się, zje śniadanie, o pierwszej wyruszyliśmy do Tcy. Kot, Rossman, krótki wypad do fryzjera, żeby się umówić na później (jakoś nie wiem sama ... przestaję lubić to miejsce, coś jest z paniami, jakieś coś off). Siedliśmy pod bazyliką, akurat odbywał się ślub, więc nie weszliśmy do środka. Powrót na wieś po telefonie od mamy, że już jadą w tamtym kierunku. Obiad, fragmenty Midsomer Murders z sezonu 22, spacer z mamą na cmentarz, chill, robienie kanapek, kolacja i dyskusje o historii.

Wieści z domu: stabilnie, choć Hana wpuściła gościa od kuchenki, co jest irytujące, bo prosiliśmy ją o coś przeciwnego. Well. Padam. Na jutro są plany.