Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudety. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 czerwca 2024

1648. Powrót do świata.

Z perspektywy trzech noclegów kolejność brzmi następująco: Odrodzenie miejsce pierwsze, Hala Szrenicka miejsce drugie, Dom Śląski miejsce trzecie.

Ze zmęczenia dopadła mnie bezsenność. Nie musieliśmy się dzisiaj spieszyć ze wstawaniem, bo tylko pakowanie i śniadanie, mimo wszystko jednak sen miałam przerywany, marnie regenerujący. O ósmej zeszliśmy na śniadanie (jajecznica z pieczywem), przy okazji znowu widzieliśmy się z Wackiem (siedział na dachu za oknem, wpuściłam go do jadalni).


Droga ze schroniska do Szklarskiej jest stroma i uciążliwa (pomimo raczej gładkiej nawierzchni), nie chciałabym jej przemierzać pod górę, szczególnie tego upalnego dnia.

Po długim marszu (minęliśmy m.in. wodospad Kamieńczyka) doszliśmy nareszcie do Szklarskiej i żeby się ochłodzić weszliśmy do pierwszej lepszej lodziarni (Lokalna na Jedności), która jak raz okazała się znakomita. Gdy dopełzliśmy do przystanku, byliśmy o kwadrans spóźnieni na autobus 107 do Jeleniej. Psiakość. Albo nie. Zjedliśmy makaron w Kamiennym Piecu, restauracji po sąsiedzku. Następny autobus miał zepsutą klimatyzację i naburmuszonego kierowcę, nałogowego palacza. Na szczęście, zaraz mieliśmy dobre połączenie do Miasteczka. Dopiero w Jeleniej dotarło do mnie, że to ostatni dzień szkoły (w autobusie spotkaliśmy córkę Mrzygłoda). 

Nareszcie Miasteczko. Wysiedliśmy przed mostem, zaszliśmy do domu kultury (Deniro do nas zeszedł chwilę porozmawiać). W bloku ciocia eR przywitała nas botwinką i naleśnikami z serem (najpierw wskoczyliśmy pod prysznic, bo wiadomo; ciocia chodzi ubrana w non-ironowe fartuszki, jak babcia Mania, zapomniałam, że niektórzy starsi ludzie nadal ich używają). Mieliśmy pójść na spacer, ale w międzyczasie na naleśniki wpadła Hana, nad Miasteczkiem zawisła burza, a ciocia włączyła tv na mecz Polska-Austria (burza na jakiś czas odcięła prąd, mała strata). Poszliśmy na krótki spacer dopiero po meczu.

Czyżby lato?

czwartek, 20 czerwca 2024

1647. Karkonosze, dzień trzeci.

Pobudka o … trzeciej :D. Źle spałam, wyglądałam przez okna, robiłam zdjęcia świtu.

Wyszliśmy z naszego ulubionego schroniska o siódmej, oglądając się za siebie i robiąc sporo zdjęć. Do następnego razu :)

Zamiast kontynuowania marszu oczywistą drogą (czyli po północnej stronie Wielkiego Szyszaka) zaplanowaliśmy zejść z Głównego Szlaku Sudeckiego i wrócić na niego za symbolicznym źródłem Łaby. Po drodze Czechy, szlak zielony w kierunku na Szpindlerowy Młyn ze skrętem w Labský Důl, wspinaczką do Labskiej Boudy i marszem do Hali Szrenickiej.

Początek szlaku był stromy i nietypowy, zarośnięty, w ogóle prawie nie uczęszczany, znaleźliśmy na nim np. płytę nagrobną (oraz monetę z roku 1962, którą zgubiłam gdzieś w trakcie wspinaczki, pewnie, gdy wyciągałam z kieszeni telefon, żeby zrobić kolejne zdjęcie).

Trasa do źródeł Łaby to trudna bajka. Wspaniałe widoki, dużo zieleni, mało ludzi. Ale potem trzeba zacząć powrót na grzbiet, a mamy już kilka km w nogach, na dodatek pogoda niepotrzebnie się rozsłoneczniła.




Stękałam, kwękałam, przystawałam i złorzeczyłam słońcu, ale dopełzłam.


Para Niemców z Ulm (on, wg własnych słów, z Breslau) szukali prawdziwego źródła Łaby, rozmawialiśmy chwilę (po angielsku) co i jak. Plecaki wydawały się coraz cięższe, więc Fred mi opowiadał jak to dawniej bywało, w czasach słusznie minionych, gdy na plecach oprócz śpiwora i dmuchanego materaca targał 20 konserw turystycznych (paprykarz, wołowina w sosie własnym, ryby) oraz kilka flaszek wody ognistej.

Minęliśmy Szrenicę ze schroniskiem zagnieżdżonym jak orle gniazdo i po czwartej siedzieliśmy w pokoju nr 304 (335,60 zł, rezerwowany przez booking, własna łazienka), po obiedzie i kompletnie wyzuci z energii. Kochany musiał się zdrzemnąć choć godzinkę, ja nie byłam lepsza, i nawet myśl, że już nie musimy się spieszyć nie pomagała.

Przy wieczornym zamawianiu naleśników i ich konsumpcji okazało się, że schronisko ma kota. Kot Wacek:


Nie czujemy nóg. To był długi dzień. Teraz tylko odpoczynek.

środa, 19 czerwca 2024

1646. Karkonosze, dzień drugi.

Bardzo silny wiatr wiał przynajmniej do pierwszej w nocy. Pobudka po piątej. Oprócz nas pięć osób w pokoju nr 14, razem z parą śpiącą w jednym łóżku. Bardzo spokojne towarzystwo, wszyscy górscy podróżnicy (mamy wielkie szczęście, doceniam je). 

Dwóch młodych gości również wyszło na szlak o zbliżonej porze. Jednego naszego współlokatora spotkaliśmy jeszcze z trzy razy (przecinał nam drogę). Poza tym turystów niewielu, szczególnie w porównaniu z dniem poprzednim; w połowie drogi zaczęliśmy się witać z małymi grupami Czechów idących od Przełęczy Karkonoskiej. Szlak na dzisiaj (czerwony): Spalona Strażnica, droga zimowa (Kocioł Małego i Wielkiego Stawu), Słoneczniki, Mały Szyszak, zejście do Odrodzenia.


Oczywiście, wiele razy plułam sobie w brodę, że nie mam normalnego aparatu fotograficznego. Tego dnia akurat z powodu łani, która przecięła nasz trakt w okolicach Spalonej.



W okolicach Małego Szyszaka niebo coraz bardziej zaczęło się zasnuwać. Fred nie bez powodu zaplanował tak krótką trasę i jego przewidywania zbiegły się z faktycznym ciągiem zdarzeń: gdy zbliżaliśmy się do schroniska, spadła na nas ostrzegawcza mżawka. 

O jedenastej byliśmy już po naleśnikach (dla mnie z powidłami śliwkowymi, dla Freda z serem) oraz po utracie kilku banknotów porwanych przez wiatr. Tzn. utracie tymczasowej, bo mój rycerz bez białego konia dwa razy zaszedł za schronisko i odebrał przyrodzie nasze 150 zł.

Czekając na możliwość wejścia do pokoju piliśmy dobrą kawę (w filiżankach! żadnych papierowych kubków, jak w Domu Śląskim) i rozmawialiśmy z tatką. 

Odrodzenie po doświadczeniu z Domem Śląskim to bajka (nie chodzi o obsługę, ta była w porządku, ale o ogólną organizację). Naleśniki pyszne, zupa pomidorowa okazała się prawdziwym kremem (Fred chwalił kwaśnicę). 

Pokój nr 10 kosztował nas 190 zł + 10 zł za dwa ręczniki. Zeszła noc to 150 zł w pokoju wieloosobowym, bez ręczników, z poszwami udającymi prześcieradła i łazienką w korytarzu. Ach, i tutaj cytryna do herbaty nie kosztuje dodatkowych 2 zł. I w toaletach są odświeżacze powietrza, mój jeżu!

Przed obiadem wyszliśmy z herbatkami na taras (tuż po południu od polskiej strony nad schronisko zaczęła nadciągać mgła-chmura, która w szybkim tempie pochłonęła wszystkie widoki):

Na obiad sikory w sosie węgierskim (nie pamiętam, żebym kiedyś to jadła, pyszne!), Fred wziął ruskie z kwaśną śmietaną. Po obiedzie leżaczkowanie, gapienie się na mgłę, wypatrywanie hohoni. Uświadomiłam sobie, że przed wojną był to dom wypoczynkowy Hitlerjugend :)

Jeszcze przetestowaliśmy racuchy z jabłkami, ustaliliśmy, że kochamy to miejsce i że trzeba jakoś omijać Dom Śląski. Potem prysznic i odpoczynek przed jutrzejszym długim marszem przez Czechy.

wtorek, 18 czerwca 2024

1645. Karkonosze, dzień pierwszy.

Wstaliśmy o czwartej rano, ciocia eR nakarmiła nas jajecznicą, a za godzinę przyjechał Mrzygłód. Kuzyn podwiózł nas do Przełęczy Okraj. Początek (o w pół do siódmej) był trudny, ciągle pod górę, zasapałam się i piłam izotoniki jak smok. Wczesny początek dał nam luksus spokojnego, bezludnego krajobrazu.

Chodzenie po górach polega na otwieraniu i zamykaniu, twierdził filozoficznie Fred. Możesz mi asystować? Nie chcę, żeby mi coś pierdolnęło w kręgosłupie, skonstatowałam ja. Takie to refleksje podróżne na temat plecaków.



Szlak niebieski: Czoło, Skalny Stół, Sowia Przełęcz, Czarna Kopa, Śnieżka, następnie zejście Drogą Jubileuszową i Dom Śląski. Pogoda w sam raz, niewielkie chmurki dawały mi ulgę w cierpieniu; w kosodrzewinie ptaki śpiewają, jakby u nich nadal była wczesna wiosna. W schronisku byliśmy sporo przed rozpoczęciem doby hotelowej, wzięliśmy więc coś na podtrzymanie energii (żurek dla Freda, dla mnie barszcz z krokietem, gofr z bita śmietaną) i czekaliśmy. O w pół do czwartej już przysypiałam na łóżeczku, półmokra, bo w schronisku zabrakło ręczników (nie dowieźli, rzekomo, ale wcześniej spaliśmy tutaj dwa razy, więc wiemy jak jest — ostatnio też nie mieli ręcznika dla Freda).

Ogólne wrażenie z Domu Śląskiego: nope. Miejsce jest maszynką do robienia pieniędzy, tłumy jak na głównej ulicy Karpacza (zamówień z 500 dziennie), a przy tym kompletny brak wysiłku w kierunku poprawienia jakości usług (bardzo nieładnie, mili państwo). To pozostawia w człowieku głębokie pfe, pomimo magicznej lokalizacji.

Po piątej wybraliśmy się do kantyny na obiad, wydaliśmy na herbatę 40 zł (następnym razem trzeba nosić ze sobą torebki). Dość wcześnie mycie zębów we wspólnej łazience z widokiem. 

sobota, 4 września 2021

627. To je pekné.

Teraz wiem, że powiedział to raczej Słowak niż Czech. Bo się tulaliśmy na Śnieżniku. 

Piękny wyjazd (po szóstej rano, wejście na szlak czerwony za Międzygórzem punkt dziewiąta, dwie godziny później już jedliśmy zupę w Schronisku Fastnachta, po dwunastej staliśmy na szczycie).






W schronisku dogonił nas dziki tłum, który towarzyszył nam do szczytu. Oprócz tłumów widok paskudziła metalowa konstrukcja budowanej, jeszcze nieczynnej wieży widokowej już nosząca ksywę Wielki Blender.

Podczas schodzenia poczułam się gorzej. Gdy w Międzygórzu pospiesznie weszliśmy do pierwszej lepszej jadłodajni (speluny Wilczy Dół nazywanej pizzerią) okazało się, że dostałam okres i dlatego spada mi energia. Jeszcze tylko rzut oka na wodospad Wilczki i półśpiący powrót do domu. 

Fredowi udzieliła się moja śpiączka, więc zatrzymaliśmy się na chwilę na stacji benzynowej, żeby Kochany mógł wesprzeć się kawą

Pogoda dopisała niesamowicie, niedziela była słonecznym, ledwo tkniętym wiatrem dniem rozpoczętym gęstymi mgłami. Z przeszkadzaczy mocno utkwili mi w głowie panowie na górskich rowerach mknący po szlaku pieszym, z elementu bieda-pańszczyźnianego osoba brodząca po jagodziskach w rezerwacie przyrody i zbierająca jagody maszynką oraz folklor w postaci Matki Polki (kobieta młodsza ode mnie) podającej dzieciom jagody do jedzenia (dzieci odczytały tabliczkę o zakazie). 

Wieczór na śpiąco. Zmęczeni.