Strony

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

2448-2449. Sierpień zmyka.

W niedzielę, po rozmowie z mamą (mama zdała relację ze stanu domostwa, Felek już się rządzi, rozwala się na fotelach i naprawia z tatkiem rower), podjęliśmy konkretne decyzje w sprawie dat wyjazdu. Kochany kupił lot do Warszawy i z powrotem; jeszcze się waham, przez kilka dni będę obserwowała fluktuację cen (plan jest taki, że wylatuję dwa dni po mężu, a gdy on wraca do domu, przenoszę się na kilka dni na zachód Polski). Śwogier już wie.

— Wstępnie się umówiłem że u Wu będziemy spali, zagaił mąż po rozmowie telefonicznej z bratem.
— Uuuuu, trochę strach!, mówię pół-żartem pół-serio. Fred zrobił cwaniacką minę ...
— I jak leci? :D (inside joke, nieważne, ale może tak być)

Poza tym grzebiemy się ze wszystkim, długo jemy śniadanie, po kawie wyprowadzamy koteczki (myszy uciekają do domu z powodu deszczu; nad wybrzeżem krążą burzowe chmury). Czytam, Kochany robi żurek, ogarniamy się do wyjazdu na wieczór. W drodze ku północy zatrzymujemy się przy niebieskiej plaży, ale spacer robimy krótki, trochę mi zimno. U Ka&Jot nadrabiamy najnowsze wiadomości z pobytu przyjaciół w matczyźnie (kilka strupów się uzbierało, Ka już nie dla Polski, za dużo spraw go wkurwia, inny już on) oraz oglądamy dwa pierwsze odcinki trzeciego sezonu 1670 na bardzo dużym i bardzo zajebistym ekranie.

Po powrocie na chatę późny wieczorem, ziewając jak smok, przez chwilę zastanawiałam się, czy wkleić tu screen komentarza pod poprzednim postem, który został już skasowany przez autorkę. W końcu jednak ... nie, że nie jestem małostkowa, bo jestem, ale w dupie mam. Ludzie są głupi jak buty, a ja w temacie SI robię się coraz bardziej radykalna, bo jednak ... narzędzie to straszliwie obnaża płytkość człowieczą w różnych tematach (rzekomych więzi międzyludzkich, zdolności rozumienia słowa pisanego i tak dalej).

Poniedziałek w pracy spędziłam bardzo wydajnie. Po pracy od razu żurek Fredowy i spacer z kotami. Potem kilka chwil tu i tam, obrałam nowe okna z resztek kleju, Kochany przytwierdził do drzwi numer domu, chwilę latałam z mopem mając w planie rozłożenie w wąskim korytarzu maty do ćwiczeń. Koniec końców podłoga wymopowana, ale ćwiczeń nie będzie, coś mnie żołądek gniecie (podejrzany jest jogurt, niestety) ...

Znowu odłożyłam Herman, jestem na 112 stronie, ale musiałam jej zaniechać, bo nawet tytuł mnie irytował (pozostawiłam w niej zakładkę, treści są dobre, tylko mój Łeb się wzbrania, a ja go słucham). Kończę sierpień z dziewięcioma przeczytanymi książkami i trzema w czytaniu (po odłożeniu Herman dodałam do czytanych aktualnie książek słuchowisko Krew elfów). No i git.

Sierpniu, sierpniu ...

sobota, 29 sierpnia 2026

2447. Sierpniowa mżawka.

Wstałam przed Kochanym, zajęłam się domowym przedszkolem. Pada rzęsisty deszcz, rozszczelniam okna, żeby dobrze go słyszeć.

Powinnam dietować, ale gdzie tam! Na śniadanie wjechała jałowcowa przysmażana (wyzywam los na pojedynek, albo co). Kochany też nie lepszy, po późnej kawie podgrzewa skrzydełka w zaciapie i zasiada przed talerzem pełnym dobroci na ciepło. Pogoda jaka jest, każdy widzi, powinnam oszczędzać, ale gęby zamknąć nie umiem: jedziemy na kawę? Do El Paso? Mężowi dwa razy pytania nie trzeba powtarzać. Jedziemy. Przez okraszoną deszczem Drołdę, gdyż z pracy Fredowej odchodzi McSean. Jest tylko znajomym, ale twarz tak charakterystyczna, na tyle jakaś, interesująca, że chcemy zapamiętać, Kochany nadrobił drogi, żeby wręczyć mu wedlowskie baryłki (w zasadzie poszliśmy go zobaczyć oboje; od McSeana znowu zalatywało alkoholem, szkoda).

W El Paso byliśmy na kawie, naleśnikach/cieście oraz poszliśmy do księgarni, podotykać książek (ostatnio kupuję czego dusza pragnie w innych przybytkach, więc u Roe najwięcej nadziei budzi we mnie solidna półka z poezją), potem w Tesco, po coś na jutrzejsze śniadanie i obiad (znowu odcięło mi prąd w drodze powrotnej).

W domu obiad Fredowy, spacer z kotami (znalazło się pół godziny bez mżawki, a nawet jeśli, miło jest chodzić w delikatnym deszczu), usuwanie z ogródka tego i owego śmiecia pozostawionego po remoncie, słuchanie audiobooka. Z wieczora obrazek wspierający argument o roli środowiska w dyskusji "środowisko czy geny" ;)

Dociera do mnie, że po obejrzeniu pierwszego odcinka Normal People w zeszłą sobotę zapomniałam o kontynuowaniu. Oto różnica międzypokoleniowa w działaniu, namacalne konsekwencje ledwie uświadomionego odczucia, że coś jest wprawdzie spoko, ale nie było produkowane z myślą o mnie. Dywagacje i utyskiwania na młode pokolenie (rozmowa u Teatru) po prostu odsuwam na bok, wobec faktów jest to jałowe, powtarzalne, nietwórcze. Do serialu wrócę. Jutro. Mañana. Na razie skończyłam odsłuchiwać Miecz przeznaczenia Sapkowskiego. Dobre słuchowisko, chciałabym powiedzieć, że ponadpokoleniowe, ale przecież tak naprawdę tego nie wiem. Idę spokojnie przez kolejnę opowiadania Woolf, zaczynam Czarodziejską Górę.

piątek, 28 sierpnia 2026

2446. Impresja ...

... poranna: mielę kawę ręcznym młynkiem, Maniusia właśnie wskoczyła mi na ramię. Za oknem szare, niskie chmury, ptaki bujają się na mokrych drutach, w oddali przez teren zielony przechodzi kobieta z dogiem arlekinem. Osiedle nadal śpi.

I nie sprawdziłam prognozy pogody, bo po co myślałam. Wczoraj morze szumiało jak wodospad. Tymczasem ...

Zamknęłam biuro o trzeciej, żeby zdążyć na wizytę u GP. Wyszłam w kaszmirowym sweterku i kurtce przeciwdeszczowej, a tu ni z tego ni z owego ... ciepło, bardzo ciepło, trzeba się porozpinać, wymotać. U lekarza bez przyjemności — to, co ostatnio się poprawiło, znowu się pogorszyło, czyli dalej trzeba dociekać o so cho. Następne pobranie krwi w przyszłym tygodniu, oraz jakieś inne coś, teraz nie chce mi się o tym myśleć. 

Spacer z kotami naokoło domu; Kochany robi obiad, gdy słucham piątej, tytułowej opowieści z Miecza przeznaczenia; wychodzimy nad morze, dzisiaj ciche i dalekie. Podchodzimy do granicy przypływu, chwilę idziemy jej brzegiem, ale wycofujemy się, żeby nie deptać stworzonek, które już czekają na nadciągającą wodę. 



czwartek, 27 sierpnia 2026

2445. Obserwacje.

Ruszyły szkoły, jeszcze nieśmiało, ale bramy już otwarte, pierwsi nieszczęśnicy maszerują z torbami na plecach, pierwsi rodzice próbują spowodować wypadek (jedzie jeden z drugim na zderzenie, żeby wyminąć autobus i wjechać na szkolny parking szybciej niż wszyscy).

Na mieście, jak zwykle, poczet indywiduów. Wracając z bułkami z Tesco do kawy biurowej (przyniosłam do pracy stary nadtłuczony dripper i bibułki V60, taka z siebie zadowolona, potem odkryłam, że dripper potrzebuje filtrów w typie melitta rozmiar 4), szłam za znanym mi lokalesem, panem ubierającym się zupełnie nudno, czarne buty, czarne spodnie w kant, czarny płaszcz, czarna parasolka. Ale ta głowa! Pan ma na niej długie, jasnorude włosy spięte gładko w babciny kok za pomocą kilkunastu precyzyjnie rozlokowanych wsuwek. Widuję go od kilku lat, ale akurat byłam po lekturze opowiadania Nienapisana powieść i zapatrzyłam się na tę głowę jakoś inaczej.

Czwartek deszczowy. Zrobiliśmy z Kochanym zakupy spożywcze (do Lidla zjechała się pielgrzymka migrantów prawdopodobnie z któregoś dużego ośrodka IPAS, wszyscy w bardzo brudnych butach do górskich wycieczek pchali największe wózki po brzegi wypełnione zakupami, następnie pakowali się do specjalnie podstawionego autokaru), coś dla kotów i do domu.

W Mieczu przeznaczenia skończyłam Wieczny ogień i zaczęłam słuchać Trochę poświęcenia. Słuchanie i masaż jednocześnie — bardzo dobry wynalazek.

środa, 26 sierpnia 2026

2444. Zmiany.


Kochany zamienił dni w pracy, jechał do miasta dzisiaj zamiast we wtorek, jak zwykle się z nim zabrałam, czyli musiałam wstać trochę wcześniej, budzik wytrącił mnie z głębokiego snu. Na zewnątrz mokro, deszczowo, z kawiarni do biura szurałam pod kapturem nieprzemakalnej kurtki (w poniedziałek tak miło było iść w innej kurtce, rozchełstanej, z frędzlami, z kogutem na głowie, piórem rozpuszczonym, a teraz to: przedpołudniowy listopad w sierpniu). Praca się zagęszcza, dwa spotkania, na jutro w planach kolejne dwa. TPTB zmienili mi grafik wrześniowy. I dobrze, spina oddaliła się w czasie, pomiędzy spotkaniami i emilkami słucham Sapkowskiego.

Po południu radykalna zmiana pogody — przyjemne słonko, na wsi daleki pomruk morza i delikatna mgła pomiędzy budynkami, nierealna, jak wzroku zamglenie. Podczas naszej nieobecności (przyjechaliśmy późno, Kochany godzinę przebijał się przez miasto pod moje biuro) w obejściu stała się magia: niewidzialna ręka naprawiła dziury w płotach, zamontowała brakujące pokrywy do wentylacji, podwiesiła kabel od sieci internetowej, dom wygląda na czysty i zrównoważony. 
 
Lubię chodzić z Bronią pod drzewiaste cyprysiki (wronie drzewa), lubię ich zapach, koty pewnie też, choć dla nich to jeszcze zapachy szczurze i ślady innych przygód dla mnie niedostępnych. Felek, przybłęda rodziców, nie lubi mieć na sobie uprzęży, już się o to pogniewał, tak mi mama zrelacjonowała podczas kociego spaceru. Nasi nowi, młodzi sąsiedzi mają czarnego labradora, ale to nie koniec psich aktualizacji. Są też dwa dogi, jeden w kolorze pustyni, drugi arlekin, wielki jak koń. A my z dwoma kotami chowającymi się przed psami za krawężniki :) Mały wzrusz: podczas kociego spaceru przechodzący chłopiec powiedział na nasz widok: I remember Richard the cat! Obiad po spacerze. Mieciu drugi raz zrobił to samo ciasto, tym razem mu wyszło (nastawienie robi różnicę).

wtorek, 25 sierpnia 2026

2443. Update wtorkowy.

Przez noc jakiś obgryzek schrupał większość pozostawionych marchewek. Ząbki są niewielkie, podejrzewam szczury, okrągłych bobków brak. Szkoda, że nie mamy fotopułapki, która zaspokoiłaby moją ciekawość. Nie mam nic do szczurów, każdy chce żyć, fotopułapki nie kupię, przed nami inne, większe wydatki.

Wpadła Szefowa, podpisałam umowę do września'27. Prawdopodobnie tracę Teresę, oficjalnie z powodu braku podwyżki, choć wyczuwam tu inne sprawy rodzinne (koleżanka z tych, którymi można orać, bohaterka rodziny, czyli w tle obrazy Bacona; każdy jest do zastąpienia, tyle że roszady kadrowe są mało komfortowe psychiczne dla moi).

W czasie spaceru myszowego (coraz większa jesieniowość, na horyzoncie zbierają się chmury) oddzwoniła mama: pies nie ma czipa. Jeśli ktoś go szuka, powinien się bardziej postarać, w sieci zapytań brak. Duży pies, wygląda na Felicjana.

Zaczynamy z Kochanym kminić szczegóły jesiennego wyjazdu do Polski. Odbędzie się później niż zwykle i najprawdopodobniej zrobimy trochę mijanki. Za to jest duża szansa, że koty będą miały dobrą opiekunkę na czas nieobecności nas obojga (zaszłam do Anne po obiedzie, gdy na osiedle padał już drobny deszcz; sąsiadka dokładnie sprawdziła daty, wygląda to optymistycznie).

W głośnikach album Ballada na koniec świata Siekiery.

Umarła Dolly Parton, mówi Fred. Chyba jedyna lubiana przeze mnie piosenkarka country. Trzeba było łyknąć coś na pocieszenie: zaczęłam słuchać pierwszego opowiadania z tomu Miecz przeznaczenia.

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

2442. Ciepło.

Jasno. Rano wizyta we wsiowej przychodni i pobranie krwi; miało to swoje plusy, spałam do siódmej, pracę zaczęłam później. Za wampira robiła ta sama mało irlandzka Irlandka co ostatnio (zero small talku). Pomimo tego, że najpierw wkłuła się w prawe ramię bez sukcesu, nie mogę narzekać — spotkanie poszło sprawnie, żadnego omdlenia lub innych nieprzyjemności. 

W pracy nowy kontrakt na rok oraz wizyta Benedykta. Po drodze z kawiarni zaszłam do Wincenta, wyszłam z takimi rzeczami za grosze: 

Pierwszej autorki nie znam, wzięłam na czuja. Jak zwykle, nie wiem kiedy to ruszę, przecież w międzyczasie czekają smuty jesienne (Mann, i Joyce, i Proust, że Fosse to wiadomo).

Jesienne słońce odpaliło mi ustawienia fabryczne, chodzę, robię kółka, dwa razy do polskiego sklepu (zapomniałam, że otwierają dopiero o dziesiątej), do kawiarni (Pe), do kawiarni (Czarna z Benkiem; Benek był w zeszłym tygodniu w Polsce, bardzo sobie chwalił, był zaskoczony czystością, brakiem żebraków), na pocztę (licencja telewizyjna na rok opłacona), poszłabym jeszcze przez miasto na górkę, spojrzeć z wysoka na świat, ale czasu mi zabrakło, miałam do zeskanowania kopę czwartkowych papierów.

Kochany wykorzystał ładną pogodę do prac w obejściu, wysprzątał ogródek. Obiad wege, w międzyczasie mama zadzwoniła z nowiną, że pies się do nich przykleił, jutro będą sprawdzać czy jest zaczipowany. Spacer z koteczkami w popołudniowym cieple, w zapachu koszonej trawy; Fred pokazał mi, że ktoś skubał jabłka chorego Elstara. Pod jabłonką zostawiliśmy anonimowi trzy marchewki, z uprzejmości, a jeszcze bardziej w celu oszacowania uzębienia tajemniczego obgryzka na gościnnych występach.

niedziela, 23 sierpnia 2026

2441. Sierpniowa nostalgia.

Wczoraj nie chciało się mi już dopisywać, że szybko przeczytałam So Late in the Day Keegan. Niezłe, za krótkie jednak na osobną książkę, tak myślę.

Przy robieniu śniadania przypomniałam sobie nową zabawkę na MyHeritage: analizowanie haplogrupy Y-DNA. Spędziłam nad tym trochę trochę czasu i nawet zadzwoniłam do mamy, żeby jej pokazać mapy wędrówek. Łazęga genealogiczna trwała z przerwami do końca dnia. Zadumałam się nad potencjalnym nieślubnym dzieckiem prapradziadka Szczepana (u tatki w wynikach testów DNA pojawiła się bliska kuzynka, kobieta, której dziadek wg aktu urodzenia pozostaje nieznany; mała miejscowość, możliwych kandydatów z naszymi genami nie aż tak chyba wiele; zastanawiam się czy napisać do właścicielki drzewa, czy interesują ją takie zamierzchłości). Nie wiem jak tam z pradziadkiem, ale dziadek Józef też miał nieślubną córkę, brat tatki również, widać takie geny. 

Midsomer Murders 25.04, całkiem sympatycznie tym razem, mało zgrzytów.

Moje półroczne doświadczenie z wyszukiwarką Qwant nie jest szczególnie ekscytujące. Postanowiłam reaktywować się na Firefoxie, z czystej ciekawości jak Internet wygląda z innej perspektywy.

Popołudniowe szmery za uchylonym oknem zachęciły mnie do spaceru

dziwny mam nastrój dzisiaj, przechadzka w jakiś sposób współgrała
przy wsiowej plaży był open day, tłum kręcił się wokół łodzi
zignorowałam wydarzenie, poszłam na plażę

bardzo daleki odpływ, na horyzoncie fatamorgana Howth
mały pies przebiegający obok mnie jak strzała, przeszczęśliwy
pan grający z dwoma synami w hurling

w drodze powrotnej duże ilości szpaków zbierających się w zimowe stada
Gronja sprzątała niewielki ogródek przed swoją strzechą
kobieta (spod kasku łopoczą siwe włosy) śmigała czymś w rodzaju velomobilu
oraz druga pani, z pieskiem na smyczy, maszerowała w zawadiackim kapeluszu

przyniosłam w kieszeni kamień, prawdopodobnie skamieniałość

(Maniusia osiągnęła kolejny etap rozwoju: po wielotygodniowej obserwacji Broni zaczęła się bawić myszą na sznurku; chodziliśmy z Kochanym wokół domu, słońce przygrzewało jesiennie, tęsknota się nasilała)

sobota, 22 sierpnia 2026

2440. Sobota w odcinkach.

Jasny, zimny poranek. Wykaraskałam się z łoża na tyle wcześnie, że Kochany zdążył mi dać buzi przed wyjściem. Już zapakowałam do pralki koce i ręczniki, weekend ma być bez opadów, więc jest nadzieja, że wszystko będzie ładnie schło w ogródku.
___
edit 8:25 przed chwilą ktoś wrzucił do szpary w drzwiach ulotkę zatytułowaną Four Things God Wants You To Know. Same bullshit as always, oraz marnacja papieru; miałam ją tu nawet pokazać, bo obfociłam. Ale stała się ciekawsza rzecz: imigrant stuka we frontową ścianę naszego domu, czasem dość głośno :D Panowie przyjechali przed kwadransem, będą kończyli fragment, który nie został uprzednio docieplony. Dobrze, że nie wyszłam na poranny spacer, koteczki potrzebują wsparcia kociopsychicznego.
___
edit 11:20 panowie grzebacze zniknęli po godzinie, ściana jest docieplona, gotowa na położenie tynku. Śniadanie wciągnięte (homemade frytki z erfrajera, dwa jajka sadzone, na deser mała czarna i jeden Tunnock's tea cake). Obejrzałam pierwszy półgodzinny odcinek Normal People (2000). Drugie pranie rozwieszone pod ciemniejącym niebem. Na czytnik wrzuciłam dwie wypożyczone książki, nowelkę Keegan So Late in the Day oraz powieść Eileen Teethmarks On My Tongue (tę drugą wypożyczyłam tylko po to, aby biblioteka nie żałowała, że inwestuje w produkty niszowe, zaś Claire do przeczytania wieczorem). Cały czas wraca do mnie pewien pożegnalny wpis blogowy na który chciałabym zareagować współczująco, ale wiem, że nie powinnam. 
___
edit 20:05 miało być słonecznie? Ha! No dobra, nie padało. Gdy tylko skończyłam poprzedni wpis, biały van ponownie zjawił się na osiedlu. Było dalsze stukanie i pukanie, tynk nałożono, do odhaczenia zostały drobne poprawki na które będziemy czekali kto wie jak długo. Uwięziona w domu obejrzałam 25.3 odcinek Midsomer Murders (bardzo podoba się mi motyw z aktorami powracającymi w innych rolach — tym razem Kevin McNally, który nie wiedzieć czemu zapadł mi w pamięć jako Orville Tudway) oraz zaopatrzyłam się w papućki z rogami reniferów, wspomnienie po Kaś Matce Kotów. Zadzwoniłam do mamy (mama zafascynowała się historią Margaret Gallagher z Belcoo; postać jak najbardziej kojarzę, więc był to główny wątek naszej rozmowy). Jesteśmy z Kochanym napełnienie makaronem i wyspacerowani przez koty. Pora wziąć się za książkę.

piątek, 21 sierpnia 2026

2439. Sensacje & bobki.

Ziąb. W mieście o poranku odczuwalne około 5 stopni. W perspektywie miałam grzebanie się we wczorajszych papierach, układanie ich do folderu w zupełnie innej kolejności, bo takie są życzenia TPTB, więc ... najpierw zaprosiłam Kochanego na kawę ;) Na tej to kawie zerknęłam do gazety lokalnej, dowiedziałam się (za) ile to ostatnio przejęto narkotyków w naszym hrabstwie (jak zwykle skitranych gdzieś po kantrysajdzie) oraz że w porównaniu ze średnią krajową miasto ma dwa razy więcej nielegalnych fajek w obrocie. Fascynujące.


Zadzwoniłam do tatki, odebrała mama (zapomniałam, że zrobiła sobie dwa tygodnie urlopu); potwierdziło się, że Filemon nie wrócił i pewnie już nie wróci, mama uważa, że zabił go sąsiad z naprzeciwka, miastowy z nową odkrytą pasją do sadzenia pomidorów. Może tak, albo i nie, pewności nie ma; wiadomo, że Filemon mu przeszkadzał, zachodził na jego działkę. Tatko przestał się odzywać do sąsiada.

Kryptonim Maks z peerelowskiego teatru sensacji (1969), Karewicz, Englert, Horowianka :D Taki mam stan umysłu pod wieczór ... Kochany poszedł spać przed dziewiąta, bo czuł się tak sobie, a jutro musi do pracy. Siedzę z koteczkami w Kuchniosalonie — dziewczyny tropią przetrącone muchy, podczas gdy oglądam zdjęcia kup drobnych ssaków w celach porównawczych. Gdyż dochodzenie w sprawie bobków continues ... otóż hipotezę mam, że odwiedza nas zając: jego bobki też są okrągłe, zające jednak nie tworzą stałych grup i nie kopią nor, więc łatwiej przegapić ich wizyty. Siedzę, czytam o cekotrofii, panna Maniuśka zajęła krzesło obok i pozuje:

czwartek, 20 sierpnia 2026

2438. Mali ludzie.

Liliput ze Sligo zjadł dwa croissanty, poczęstował się jabłkiem Pink Lady, wypił kilka herbat z mlekiem przez ponad cztery godziny słuchając dyskretnie radia, na końcu wystawił mi ocenę "bardzo wspaniale" oraz rachunek na ponad siedemset euro. Ach, życie pracownicze pełne jest dziwnych zawijasów. Kolejna rzecz odhaczona, strup z głowy.

Przez Instagram dowiedziałam się, że wydawnictwo GlowBook szykuje nowe tłumaczenie Hjorth (znam to już, czyli poznam lepiej; natomiast ... sytuacja z dwoma fragmentami użytymi przez wydawnictwo, które wydają się być zapożyczone z mojej minireakcji na książkę na LubimyCzytać, yyyy, troszkę mnie zaskoczyła ;)).

W sąsiedztwie niepostrzeżenie zaczęła się jakaś drama: gdy kotełki drugi raz wychodziły na spacer (tzn. Bronia drugi raz wyszła, bo Mańka przed naszym obiadem miała szlaban ze względu na siuśki), Katlin nas poinformowała, że Gerwazy ściął się z sąsiadami po lewo i już złożył na nich skargę (jak to możliwe, skoro jeszcze nie zdążył się wprowadzić? trochę strach się robi). 

Reszta czwartku spędzona na czytaniu oraz interakcjach z domownikami. Wieczorem chmury nad nami zimne, jakby z innego sezonu.

środa, 19 sierpnia 2026

2437. Zajęta.

Gdyż mnie goni dedlajn. Słabo się przez to czuję, smarkam i kaszlę. Tak siebie żałowałam już od samego rana, że zaprosiłam Kochanego na kawę, zamiast od razu popędzić do pracy, hue hue.

Dzień deszczowy, przez to spacer z myszakami krótki (zaczynaliśmy w słońcu, zaraz jednak przypełza zła chmura i zrobił finito). Jeszcze chwilę po południu zrobiłam coś do pracy na jutro (buuuu), a potem już tylko głupoty (nawet odwiedziłam Gosię w Słupsku). Mama słabo się czuła (interpretacja: przez pogodę), ale i tak rozmawiałyśmy z pięćdziesiąt minut, o różnych takich, w tym o śmierci Traczyk-Stawskiej. Poza tym mama chwaliła nową pralkę, malutką ale sprytną, oraz nowe okulary dzięki którym jest modna (cool oprawki) i widzi wszystko na ekranie tv. Pod wpływem stresu na poczet jutra, które wcale mi się nie podoba, czytam Woolf; dobranoc pchły na noc ...

wtorek, 18 sierpnia 2026

2436. Wtorek szary ...

..., raczej ciepły, po południu, gdy chodzimy z kotami, coś tam się skrapla. Nadal jestem zaintrygowana bobkami, które wczoraj zauważyliśmy w ogródku, sporo ich, okrągłe, wyglądają na królicze. Skąd u nas króliki? Nigdzie nie widać tajnej króliczej skryty.

I jak to się wszystko plecie: Fionę, która kilka lat temu przypominała mi dobrotliwą ciocię z myszowo-króliczej bajki, spotkałam na imprezie pracowniczej (właśnie zaczęła pracować na moim poprzednim stanowisku). Niech jej będzie na zdrowie.

Kochany zajrzał do biura tuż przed końcem mojej pracy; cały dzień chodziłam na oparach krokieta i sconesie z dżemem, więc od razu poszliśmy coś zjeść do Simony, żeby potem poprawić kawą w Pe.


Książkowo: zaczęłam czytać opowiadania Woolf (jak zwykle, krótka forma mnie jara).

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

2435. Za pięć dwunasta.

W pracy to samo: przeciągam sprawy tak, żeby nie zrobić niczego do końca. Wypisanie sześciu informacji zwrotnych, powtarzalnych, nic nie wnoszących zajęło mi kilka godzin. Nie wiem, dlaczego tak. Najwyraźniej muszę grzebać się z papierami do za pięć dwunasta. Poza tym Benek zaprosił mnie na kawę. Znowu. Nie wiem czy powinnam zacząć się martwić ;E

Z pożyteczności: w końcu ubezpieczyłam koteczki, na razie na rok, mając nadzieję, że ubezpieczenia nie będę potrzebowała (aczkolwiek, owszem, zmotywowały mnie do tego nocne wymioty którejś z dziewczyn). Strzeżonego Pambu strzeże.

Wieczorem, już po krokietach (mówiłam brzydkie wyrazy do patelni), zadzwoniłam do mamy. We wsi deszcz wielki, powodziowy niemalże (i dobrze), mama jest na dwutygodniowym urlopie, obmyśla wycieczkę (przy okazji przypomniałyśmy sobie, że pierwszy raz byłam w Biskupinie 26 lipca roku 85). Rozmawiamy też o wypadku polskiego autokaru na Węgrzech (12 ofiar), oraz o wypadku u nas, w okolicach Kilder, gdzie pięciu gówniaków (w tym jeden z polskim nazwiskiem) wjechało pod prąd na M9. Pal licho, że oni zginęli, ale wjechali w prawidłowo jadącą rodzinę (przy okazji zgłębiania pochodzenia zabójców wpadliśmy z Kochanym w króliczą norę rodziny Carthy z Kilkenny, o bogowie! niektórzy rodzą się od razu bez szans na normalność).

Późnym wieczorem skończyłam czytać Normal People Sally Rooney (Faber & Faber, 2018). Dobra opowieść, ale mało optymistyczna.

niedziela, 16 sierpnia 2026

2434. Niedziela powędrowna.

Wczorajszy rozruch dobrze mi zrobił (poza zatokami), zakwasy minimalne, akurat na tyle, żebym wiedziała, że żyję.

Wstałam późno; gdy Kochany dawno już był na nogach, nadal przewracałam się w łóżku z poduchą na czole; zatoki przestały mnie boleć dopiero w porze późnego śniadania na które wyciągnęłam męża do miasta. Byliśmy z Kochanym w Salthouse, następnie powędrowaliśmy na kawę do Czarnej (pora mszalna, a jednak restauracje pełne; przeszliśmy dwa razy obok świętego Piotra i świętego Augustyna, tam akurat tłumów szczególnych nie było). Zrobiliśmy zakupy spożywcze i wróciliśmy do domu przed drugą, do Kuchniosalonu na środku którego któreś z naszych miłych zwierzątek puściło pawia (przypuszczam, że Maniusia, bo od rana była czegoś niespokojna).

Midsomer Murders 25.02 obejrzane podczas smażenia pieczarek do krokietów na jutro. Domowo, wsobnie, senna szarość nad wybrzeżem.

sobota, 15 sierpnia 2026

2433. Bobkowym szlakiem.

Oj oj, spałam kiepsko i wogle, z rana trochę się mi nie chciało zwlec, ale byłam bardzo dzielna. I dobrze, gdyż:







Wyruszyliśmy w drogę po dziewiątej, ok. jedenastej zaczęliśmy spacer, ok. pierwszej byliśmy na górze, potem jeszcze zejście i ok. czwartej azymut na naszą wieść. 

Bardziej niż szlaków ludzkich, trzymaliśmy się bobkostrad; góra stała w jesiennej szacie, niżej wielkie paprocie, wyżej fjulytowe wrzosowiska buczące bombowcami. Oj dobre to było, dobre wyjście na świat sierpniowy w kolorach siana, zmęczonej zieleni, czerwieni jarzębin; pogoda w punkt, nie za gorąco, wiało niewiele. Trochę się ludzi nazłaziło, ale też bez przesady; pod szczytem dwie panie nas wyhaczyły, jedna pochwaliła się, że chodziła po Tatrach. Irlandka! 

Mały minus: jakaś menda przytarła nam Babcię zaparkowaną pod świętym Michałem, przytarcie z tyłu na prawym błotniku, niewielkie, ale jednak (żeby cię zatwardzenie chwyciło, a nie puszczało przez miesiąc, cunt!).

Z mamą rozmawiałam krótko, tuż po obiedzie; mama oglądała właśnie na BBC First jak Lady Catherine de Burgh przyjechała do Bennetów, więc nie chciałam jej rozpraszać uwagi ;) Jestem padnięta w miły sposób; i tylko łeb mnie napiernicza (mam nadzieję, że to nie zawianie, tylko tlenu przedawkowanie).

piątek, 14 sierpnia 2026

2432. Pozajączkowanie.

z rana ślady po deszczu na szybach Babci
wzięłam kurtkę przeciwdeszczową, tymczasem dzień zrobił mi figla

kiełkuje nam w głowach program na jutro
kurczak do kanapek kupiony, odpowiednia ilość wody, słodka przegryzka
co z tego wyjdzie?
(aż strach myśleć; czuję nóg spuchnięcie)

(przeglądając bloga w temacie planów nagle zauważyłam, że coś się tu pozajączkowało z numeracją postów i to grubo, raz pomyliłam się w marcu, potem jeszcze raz w czerwcu, tym razem o ponad rok; już zrobiłam korektę, ale ... co się dzieje z tym pięknym łbem?!)

jakiś czas temu wypożyczyłam ebook Normal People Rooney
spięłam się, bieżam przez tekst dość sprawnie
choć z szafki kuszą Mann i Wharton, oraz prezent od Agniechy
(nie uśmiecha się mi przedłużanie wypożyczenia i basta)

w pracy papiery do tego stopnia przesuwam na później, że jedną porcję makulatury zapakowałam w  końcu do domu, portfolia będą leżały i łypały na mnie z kąta

wieczorem dopadła mnie niemoc, musiałam na chwilę się położyć
może to taki dzień, dziewczyny na spacerze też były klapnięte
dziwny bardzo ten piątek, wyskoczył na mnie znienacka

czwartek, 13 sierpnia 2026

2431. nom ...

... właśnie, lekki stres
zaczęłam się szybciej ruszać po odkryciu, że czegoś tam mi do następnego audytu brakuje (lepiej późno niż wcale), praca wre ;)

rozmowa z rodzicami
tatko dostaje zastrzyki i bierze tabletki
dopiero pierwszy tydzień kuracji, więc spokojnie oczekuje poprawy
(w tym czasie Kochany konwersował w Kuchniosalonie z Perlistym)

w ciągu dnia dokończyłam słuchanie Ostatniego życzenia Sapkowskiego
przed chwilą zaś doczytałam A Room of One's Own Woolf

miłe odkrycia: naciskam pstryczek, lampa nad drzwiami wejściowymi działa!

środa, 12 sierpnia 2026

2430. Zaćmienie

Kochany w domu z Koteczkami, fartownie
gdyż przyszli elektrycy, wg irlandzkiej modły od najmądrzejszego do najgłupszego, żeby średnia IQ zgadzała się niezbyt wysoka, w każdym razie wentylacja w Kuchniosalonie i sypialni zrobione

audyt przebiegł w przyjemnej atmosferze
o pierwszej kaffka z Benedyktem w Czarnej
zawodowo sprawa prosta, bo kolega w drugim zdaniu zgodził się na podpisanie umowy

wieczorem chodziliśmy z kotami w zaćmieniu słońca
nie wiedziałam, że to zaćmienie (czytałam coś o porannym układzie planet, jednym okiem, machnęłam ręką), ale przypomniałam sobie o zaćmieniu w Polsce, tylko nie wiem o którym ... o tym z 1999 roku? czy o tym z 2015? w każdym razie, chodziłam i dobrze było tak po prostu być, bez zadania

wtorek, 11 sierpnia 2026

2429. Dziewięć!

praca sraca
jak ustaliliśmy z małżonkiem, robimy to tylko dla pieniędzy :E

mamy rocznicę
Kochany mi przypomniał, zadzwonił w przerwie (popijał kawę na zewnątrz Costy
ja w biurze, popijałam kawę po wizycie w Simonie)

do ósmej godzinny spacer z koteczkami
na niebie mnóstwo małych chmur, wiatr, w samym krótkim rękawku byłoby mi zimno, więc ścigam się z Bronką w skórze, znowu przegrywam (gdybym mieszkała w mieście, najbardziej brakowałoby mi zielonej przestrzeni na której mogłabym biec za kotem)

a potem herbata, ciastko z Termon i sypialniane ploty z Luśkiem,
godzina minut trzydzieści pięć ;)

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

2428. Schody.

ten tydzień będzie trudniejszy, zaczynają się schody,
audyt finansowy, rekrutacja, nudy społeczne,
a mnie od rana bolą stawy w dłoniach.

w środku dnia kończę Wbrew regułom Hjorth (PI, 2014).

Kochany tymczasem w domu, uspokajał koteczki, gdyż grzebacze przyszli
zamontowali nowy wyciąg kuchenny (alleluja) oraz inne ustrojstwa wentylacyjne
teraz mamy czekać na magika elektryka (wyciąg już chodzi, Krisowy patent nie do zdarcia)

wyciąg nastroił mnie bardzo pozytywnie do świata
już mi się chce dziury w ścianie łatać, malować i upiększać

kotecki:


niedziela, 9 sierpnia 2026

2427. niedziela ...

... minęła mi na braku poważnych zajęć, snuciu się po domu i rozważaniach
miałam plan zrobienia krokietów
rozeszło się po kościach z powodu małej ilości grzybów w lodówce (w lokalnym sklepiku pieczarek brak; właścicielka pochylona przy ladzie czytała gazetę codzienną)
mała ilość grzybów odegrała zastępczą rolę jako dodatek do reaktywowanego plamiaka

z rzeczy obejrzanych i wysłuchanych:
nieuważnie Midsomer Murders 25.1
uważnie druga i trzecia opowiastka ze zbioru Ostatnie życzenie

rodzice odpoczywają pomiędzy jednym a drugim upałem
rozmawiałyśmy z mamą ponad 45minut

gdy Kochany wrócił z pracy pogoda akurat zmieniła się na siąpiącą radykalnie
daliśmy koteczkom wybór, wyszliśmy w deszcz na trzy minuty
dziewczyny zapoznały się z motywem: papierowy ręcznik dla kota

dobrze, że popadało
ziemia łaknęła deszczu

zauważyłam, że Wiki odbyła chrzest przez zanurzenie
przedziwne bywają ludzkie wybory (chyba przed chrztem zapytała w końcu jaki to kościół?)

sobota, 8 sierpnia 2026

2426. Kolory sierpnia.






susza

patrzę rano przez okno, a tam w ogródku ... karzeł
nie ma się co dziwić, mieszkamy w Irlandii 
czyli robotnicy wpadli rabotać w sobotę, miło (akurat jeden był karłem, zdarza się)
tylko że ... nie nacieszyłam się długo
panowie coś posprawdzali w ogródkach i zniknęli po jakiejś pół godzinie

Kochany w pracy, nad morze wyszłam sama
zachęciło mnie do tego gruchanie grzywaczy i gdakanie drobiu
gdy wywieszałam pranie

wczoraj wieczorem dorzuciłam sobie do stosu książek Wbrew regułom Hjorth
mam to w pedeefie, więc trochę dziwnie się czyta, dobre i to
poza tym zaczęłam słuchać pierwszego opowiadania z tomu Ostatnie życzenie Sapkowskiego

Anne podłamana — Ukrainka wyjechała rano do rodziców, może na stałe
koniec z polowaniami na szpaki w naszym ogródku
Anne jednak szkoda, smutku jej

piątek, 7 sierpnia 2026

2425. jest gdzieś ...

... lecz nie wiadomo gdzie
świat, w którym baśń ta dzieje się
koteczka Mania mieszka w nim
co wiedzie wśród koteczków prym.

Tę kotkę, którą tu widzicie, zowią Manią
wszyscy Manię znają i kochają.
Mania sika tu i tam ...


— Fredowy przebój poranny 

zaczęłam słuchać Plebana z Wakefieldu Goldsmitha, po kwadransie zmieniłam zdanie
wyrzuciłam książkę z listy na LC, nie, to nie jest czas na takie rzeczy
pewnie jutro wybiorę coś nowego do słuchawek
na razie męczę Herman (od miesięcy) i podążam za Woolf

tatko jednak nie będzie miał zabiegu na oko
inny lekarz przyjrzał się tomogramowi i zaproponował podejście mniej inwazyjne: kuracja zastrzykami
cieszę się, że bo już zaczynałam się martwić na poczet spaskudzonego sierpnia

spotkaliśmy się z Kochanym po trzeciej w polskim sklepie
zrobiliśmy zakupy i poleźliśmy jeszcze do Czarnej, gdyż po mieście dobrze jest się przejść, łopotać połami


(w drodze powrotnej do samochodu schwyciłam spojrzenie leserki Emi siedzącej na schodach świętego Piotra, wśród innych Tubylców Wysiadujących)

a potem już na wieś, do portu, po dwa solidne filety z plamiaka na obiad
surowe (fiszendczipsiarnia obok otwarta, ale woleliśmy sami coś ugotować)

z chłodnego poranka wykluło się ładne, słoneczne popołudnie
przeszliśmy się z kotami (wieś pachnie krowią kupą), zrobiliśmy obiad, zjedliśmy, i siódma

czwartek, 6 sierpnia 2026

2424. cisza w biurze ...

... naprawdę wymaga pewnej dyscypliny
nie tęsknię do wrześniowego rozgardiaszu (bogowie, to będzie sajgon)
ale kilka godzin bez towarzystwa też daje po głowie
teraz wierzę, że latem Benedykt robił asany na środku pokoju, tuż pod kamerą

dłubię w papierach, czytam, znajduję czas na najnowszą Gosię
ktoś mnie kiedyś zapytał, co mi daje oglądanie jej vlogów
odnoszę takie wrażenie, że ludzie szukają porad i wzorów, korzyści, podobieństw
mnie porady nie obchodzą, Gosia jest zupełnie inna niż ja
jej inność mnie przyciąga

ból przychodzi i odchodzi
głęboki masaż pośladka pomaga, czyli to nie "korzonki", raczej jakieś fiksum dyrdum mięśnia, który powoduje, że czuję prawą nogę jakoś tak nierealnie, jakby nie do końca była moja, odczucie wraca po dłuższym siedzeniu
trzeba się więcej ruszać, nie ma na to rady
czytałam gdzieś, że konieczność ruchu wzrasta wraz z posuwaniem się w latach
znaczy … młodszym ludziom siedzący tryb życia łatwiej uchodzi bezkarnie 
(ten etap najwyraźniej mam już za sobą)

(Kochany przyjechał po mnie znacznie później niż zwykle, dzięki temu po piątej mogłam otworzyć drzwi do biura bardzo dziwnej kobiecie, odrealnionej, przypominającej mi nauczycielkę matematyki z naszej wsi, nieszczęśliwą osobę; długo składałam do kupy to wspomnienie, dopiero w samochodzie mnie olśniło a może to była ona?!)

spacer z kotami godzinny (!)
obiad po dziewiątej, w akompaniamencie audiobooka
w tym czasie skończyłam słuchać Sezon burz Sapkowskiego

środa, 5 sierpnia 2026

2423. Nawróćcie się i żałujcie.

pomna wczorajszej obietnicy, wyszłam tylko po bagietkę i napój z pitają i yuzu, poza tym dwa jajka na twardo, jogurt waniliowy z koziego mleka, jabłko, banan, ciasteczka belvity z czerwonymi owocami i herbata zielona — normalnie w pracy jak porządna dziewczyna na diecie

po wczorajszym lepszym samopoczuciu, niestety dzisiaj znowu wrócił mi ból w półdupku
szkodzi mi siedzenie w biurze, jak mniemam
mąż musi masować

u rodziców upał, mama źle się czuje
tatko miał jakieś zdarzenie drogowe, w samochodzie pękło mu jedno z lusterek,
i Filemona nie ma od trzech dni, może już nie żyje

mieliłam dzisiaj trzy książki
Coventry Cusk (F&F, 2019) właśnie skończone

wtorek, 4 sierpnia 2026

2422. Ależ ...

... wtorek ciepłoszary, burzowy
deszcz w nocy i w ciągu dnia

Wiki wpadła po południu do biura, trochę pomodziłyśmy o jej trudnej sytuacji
(wsparcie dla Ukraińców wyraźnie zmniejszy się jesienią; końca wojny nie widać)

wykorzystałam dzisiaj ponad normę przyjemności kawowe
rano byłam w Czarnej z ebookiem, po zakończeniu pracy zaszłam z Kochanym do Pe
(kurtka przeciwdeszczowa się przydaje, ale rozchełstana, parno)
czyli dość tego dobrego, od jutra restrykcje, ebooki czytam w biurze o_O

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

2421. Lektura ...

 ... była tak szybka, że nie zdążyłam się pochwalić
Repetition Hjorth skończyłam tuż przed dziesiątą, dzisiaj po śniadaniu
musiałam, bo myśli ciągle mi do niej wracały

żeby rozchodzić bolące półdupki (ja i Kochany, siecze nas po tej samej stronie nawet)
wyszliśmy nad morze
szaro, wiatr silny, ale niezbyt chłodny, Kochany nawet na bosaka
zrobiliśmy rundkę zakończoną w sklepie po sąsiedzku
bo miałam ochotę na lody

(wchodzimy, a tam Bán gracka się z półki z alkoholami
widać kot schedę po wuju Ryszardzie podniósł do poziomu sztuki)

lody skonsumowaliśmy na żółtej ławce, jak się należy
nie ominęła nas więc bajera Li  wyprowadzającego Lucy na spacer
trudno powiedzieć ile z tego, czym nasz sąsiad się dzieli, to historie wyssane z brudnego palca, a ile trudnej rzeczywistości
pewne, że używki bardzo postarzają, na głowę też nie pomagają
(czyżbyśmy mieli sąsiada spokrewnionego z rodziną narkotykową, któż to wie, któż wie)

przed siódmą jestem już po spacerze z koteczkami, po rozmowie z Anne, po prysznicu
mogę się rozpłaszczyć w sypialni z ciasteczkami maślanymi, lekturą i rozkminą
___
edit 21:50 ech, tatko się zastanawia, wiem od mamy, czy iść na zabieg ócz
trudno coś doradzać, starość bywa chujowa

niedziela, 2 sierpnia 2026

2420. internety ...

... inspirują
po śniadaniu coś gdzieś czytałam o książkach
pojedziemy po książki, pojedziemy? mąż nie jest w tym domu głosem rozsądku
zrobiliśmy, co sobie zmyśliłam, wyruszyliśmy do Dublina

tylko, że w drodze zatrzymaliśmy się na kawę w Drołdzie, dopiero tam doczytałam, że polska biblioteka w stolycy jest w sierpniu zamknięta
zakręciliśmy w inną stronę

jazda przez góry z widokiem na Slieve Foy w berecie z chmur, Carlingford, lunch w Ruby Ellen's, kawa w Artebrano, widok z zamku na zatokę, w czasie powrotu do domu znowu drzemię w samochodzie na wygodnie przechylonym fotelu, jak stara kobieta

W Coventry doszłam do końca części pierwszej i poszłam sama ze sobą na ustępstwa: trochę tego, trochę czego innego ;)

sobota, 1 sierpnia 2026

2419. sierpnia początek.

podobnie jak wczoraj dużo kręcenia się w pościeli
palce spuchnięte, zatoki zapchane, wstawać się nie chce
a wstajemy o szóstej, bo jesteśmy aniołami

mieliśmy plan wspomożenia rodziny Ka, tak więc wspomagaliśmy
wyjazd do El Paso, żeby zabrać Alaudę,
w trójcy podróż do dublińskiego lotniska i odebranie Oazowiczki
potem w kwartecie zygzaki różne: cmentarz w Glasnevin, ogród botaniczny
odwiedzenie Oscara, Hodges Figgis, lunch w Bruxelles, Zielony Stefan




spoko młodzież, choć kościółkowa
(jest nadzieja, przynajmniej mają jakieś zainteresowania)
na dodatek w księgarni zrobiłam sobie prezent: Repetition Hjorth i Boathouse Fossego :D (bardzo jestem kontenta)

po długiej jeździe w kierunku północnym rozstaliśmy się w El Paso
nawrotka i do domu
na wsi zaistniała kolejna przygoda: dzięki bystrym oczkom Broniowym Kochany ugasił rozwijający się pożar (ktoś podpalił jedno z wronich drzew do których zazwyczaj dochodzimy w naszych kocich ekskursjach; tak dumam i dumam, to jest prawdopodobnie cyprysik Lawsona), zagadałam do Ivy, poinformowałam Katlin

czyny dobre, czyny bohaterskie
druga próba wyjścia z kotami, w kierunku przeciwnym do wronich drzew
rozmowa z mamą (w Polsce upał, że trudno oddychać, tatko musiał wczoraj nieść na rękach Gosię Psa, sama nie była w stanie dojść do budy)

ogólnie dobry dzień, choć w biodrze coś się mi przefasonowało
zaś patologia dublińska (szaraczek w kominiarce na hulajnodze) i patologia lokalna (gnojki od minipożarów) zawsze trochę zaburzają moją naturalną wiarę w młode pokolenia

nowa Hjorth kusi mnie niesamowicie, ale jestem twarda: najpierw Cusk