Strony

wtorek, 31 marca 2026

2296. Wyciszając chaos.

Uświadamiam sobie, że głosy Wu i Mrzygłoda są dość podobne. Ale to wieczorem, pomiędzy moim słuchaniem audiobooka o Bogusiu-mitomanie i obieraniem pieczarek, gdy Kochany rozmawiał z rodziną. Wcześniej, zaraz po pracy, zajechaliśmy do Costy przy autostradzie (odsapnęłam po orce na ugorze). Jeszcze dwa dni, dobrze to i niedobrze, z planu wypadł mi piątek zupełnie nieoczekiwanie (przez dłuższy czas przegapiałam, że jest wolny). Wieczór ciepły, w sam raz na spacer; Kochany wyjechał tuż po ósmej.

Marzec ...

poniedziałek, 30 marca 2026

2295. Zmianę czasu ...

... bardziej odczuwam wieczorem, wczoraj długo nie chciało mi się spać. W pracy mam poczucie przeciążenia emocjonalnego; byle dopłynąć do długiego weekendu. Kochany zabrał mnie po południu sprzed Jamy, od razu pojechaliśmy do domu, żeby coś zjeść, posiedzieć razem w Kuchniosalonie. Słuchaliśmy biografii Bogusia Kaczyńskiego, potem artykułu z Gazety Wyborczej na temat zmarłego wczoraj Wiesława Myśliwskiego — to drugie zostało nam fatalnie przeczytane, wydukane przez SI. Rozmowa potoczyła się od Wiesława do Czterech Pancernych, pod jej wpływem na koniec zahaczyłam o najbardziej rosyjską piosenkę, Pszczoły nie odleciały w wykonaniu Czyżykiewicza. Ech ... znowu ogarnia mnie nostalgia, a fakt, że Kochany przed chwilą wyjechał w kierunku północnym nastroju nie poprawia.

niedziela, 29 marca 2026

2293-2294. Ciepło?

To się tylko tak wydaje, mili państwo. W sobotę słonecznie, przeważnie. Zdjątko poniższe zdjęłam sobotnim porankiem, na nim jedyna (jak mniemam) Bella Vista, której cebula przetrwała atak szkodnika (jak teraz o tym myślę, sądzę, że to one mogły być źródłem zarazy, pobzyga zaatakowała je w pierwszej kolejności):


Po nietypowym śniadaniu (wsunęliśmy trochę wczorajszego gulaszu) pojechaliśmy do Drołdy, po prawdzie sprawdzić, czy przypadkiem nie zostawiłam w biurze włączonego grzejnika, bo mam świra, ale też zrobiliśmy zakupy w polskim sklepie, a potem poszliśmy na kawę do Czarnej. Kolejka spora, za to dobre miejsce, z widokiem na ulicę, gdzie obserwowałam taką koegzystencję:

Wróciliśmy do domu wczesnym popołudniem, trzeba było dziewczynom wynagrodzić nieobecność, więc koteły zostały wzięte na krótki spacer. Obiad. Kochany zadzwonił do Stu, ja w tym czasie długo rozmawiałam z mamą, prawie półtorej godziny, trudno mi teraz powiedzieć o czym (Franiulce trochę przechodzi, na Dolnym Śląsku jest zimno, a skoro Kochany skończył swoją rozmowę wcześniej, wspomnieliśmy mamie, co tam u Stu).

Wieczorem zaś wyjazd do Pieseła, chwilowi miastowi oboje (tym razem, bo w ciągu tygodnia Kochany będzie jeździł raczej sam. Zapakowałam się po żołniersku: półwilgotny ręcznik, szlafrok, krem, szczoteczka, książka). Od razu po przyjeździe i przywitaniu się z zaspanym gospodarzem, wzięliśmy go na spacer za osiedle (cień z uszami to ja):

W trakcie spaceru testowałam moce aparatu w telefonie, jak widać. S25 bardzo ciekawie rozjaśnia nocne krajobrazy (moje oczy widziały coś zdecydowanie ciemniejszego, albo raczej widziały niewiele). Towarzyszył nam gwiazdozbiór Oriona (po lewej):

Sądziłam, że po powrocie ze spaceru obejrzymy dobry film na Netflixie, ale ten punkt nie za bardzo wyszedł. Po długim skrolowaniu wybrałam The Royal Tenenbaums (2001), bo Anderson, ale bardziej, bo Hackman, bo Huston. Niestety początek mnie nie ujął, przegrał ze zmęczeniem, wygodny materac był bardziej przekonujący. Jeszcze chwila z książką i w kimono.

Obudziliśmy się na dobre chwilę przed nastawionym budzikiem, 7:29. Gdyby nie zegarki analogowe, które się same nie synchronizują, może nawet nie zauważyłabym, że właśnie dzisiaj czas przestawiono na letni. Byliśmy obudzeni i stęsknieni za koteczkami; Pieseł dostał jeść, a my nawet nie napiliśmy się herbaty, żołnierski ekwipunek spakowany, ruszyliśmy na południe :) Na zewnątrz szarość, drobny deszcz. Drugą podpowiedzią zmiany czasu, już w naszym domu, byłby zegar w termostacie, który przestawił się na rok 2011. Co ja robiłam w roku 2011?

Potencjalna drama: Maniusia właśnie intensywnie pociera łapką oko, które bardzo się zaczerwieniło, łzawi. Jakby powiedziała babcia Mania: zaś coś. Dzień dobry.
___
edit 16:30 czy to coś znaczy, że w Dantem utknęłam na Czyśćcu? :D Przed chwilą zadałam sobie pytanie, czy chcę tekstu słuchać dalej i okazało się, że nie. Bardzo słuchanie rozwlekłam w czasie, czyli to nie jest lektura na ten moment. Może jeszcze do mnie przyjdzie. Albo nie.

Ach, jestem dzisiaj błyskotliwą panią domu gdyż obiad: podjechaliśmy do portu, zamówiłam dwie duże porcje ryby z frytkami. Było zbyt wietrznie, żeby jeść z widokiem na morze. Widok na morze:

Zabraliśmy pakunek na chatę, dołożyliśmy do tego dwie puszki pepsi i rewelacja. Kochany poszedł już na drzemkę przed kolejną podróżą; siedzę z maluchami, oczko Maniowe raz lepiej raz gorzej, za to Maniusia, gdy nie śpi, jest jak syrena strażacka, nieskończona litania kocich zawodzeń o bólu oczka, porzuceniu przez rodziców i trudach kociego życia. 
___
20:40 Kochany wyjechał już do Pieseła, właśnie go spaceruje; rozmawialiśmy, gdy był w drodze po tej samej trasie, którą wczoraj pokonywaliśmy razem; zobaczymy się dopiero jutro po południu. Myślę sobie jak bardzo nie lubię, gdy się rozstajemy. 

piątek, 27 marca 2026

2292. Stan umysłu.

Ach, o poranku w pracy odkryłam, że jakieś rozliczenia finansowe się mi pozajączkowały. Po chwili paniki, cud, włączył się mi irlandzki tumiwisizm. Bardzo ciekawe oraz interesujące — stan umysłu, który ma chyba swoją cenę, gdyż bardzo z siebie zadowolona chciałam np. wyjść ze sklepu zoologicznego bez płacenia. Ale to po południu. Gdyż po obiedzie wyjechaliśmy do El Paso; było trochę czasu do spotkania z Ka, więc zaszliśmy do ulubionej kawiarni, potem skręciliśmy w inną stronę, kupić żwirek dla kotów. Na parkingu zauważyłam samochód SPCA, a w niej Fionę z którą rok temu podpisaliśmy umowę adopcyjną; pokazaliśmy jej zdjęcia dziewczynek (kobieta nie budzi we mnie zaufania, ale cóż, to ich matka chrzestna). Piątek niemożliwie marcowy, ciepło-zimno, złośliwe chmurki biegają po niebie, tęcza nęci garncem złota.

Ka przekazał Fredowi wszystko, co może być przydatne w czasie opieki nad Piesełem, klucze oraz dobre rady i techniki. Nie rozsiadaliśmy się, przyjaciela czekało jeszcze pakowanie, więc herbatka i komu w drogę ... Na kolację obejrzeliśmy Cinema Paradiso (1988), z nowej płyty dvd, film, przy którym sobie popłakuję. Czytam Piaskową Górę Bator.

czwartek, 26 marca 2026

2291. Dzień tygodnia.

Pracuję (drażni mnie cudze niepozbieranie; rozmawiam przez chwilę z szefową, krótko referuję co mi leży na wątrobie). Po pracy od razu wracam do domu. Dzień był cieplejszy, ale zupełnie zachmurzony. Kochany bardzo długo rozmawiał z siostrą, potem zabrał się za robienie gulaszu. Kończę słuchanie audiobooka Pokrzywa i kość T. Kingfischer (Sine Qua Non, 2023) — słuchanka doskonale spełniła zadanie odrywania mnie od rzeczywistości. W Kuchniosalonie zawiesina po smażonej cebuli jest tak dojmująca, że o dziesiątej wieczorem trzeba wietrzyć pomieszczenie wszystkimi możliwymi lufcikami (zabezpieczając przy tym lufciki przed zakusami kociczek, co jest zadaniem dość trudnym). 

środa, 25 marca 2026

2289-2290. Zmęczenie materiału.

Była wiosna, ale znowu się spaskudziła. We wtorek od rana deszcz. Pracowałam. Skończyłam czytać w ebooku The Wig My Father Wore Enright, kontynuowałam audiobooka fantasy, wieczorem tysz (takiego sobie, choć demon w kurze jak najbardziej spoko; może się jeszcze rozkręci).

Środa ... już po piątej przez okno zaglądał jasny świt, potem w marcu jak w garncu, niezwykła jasność przeplatana niezwykłą ciemnością i napadami lodowatego deszczu. W pracy dzień sprzecznych emocji od których usiłuję się odciąć, więc z przyjemnością kontynuuję słuchankę, gdy Kochany robi obiad. Po posiłku zadzwoniłam do mamy, różne historie zostały poruszone, także takie, że Frani ropieje oczko, a samochód został już przez Stu odebrany w sobotę. Kiedy to zleciało? Wcześniej tatko zajrzał do silnika i okazało się, że jeździliśmy na wspomnieniach po oleju. Znowu padam na twarz, marzę o śnie, strzygę uchem.

poniedziałek, 23 marca 2026

2288. Jakby nie patrzeć ...

... poniedziałek. Nasze koteczki nareszcie odwiedziły weta, po długiej przerwie, więc niejaka ekscytacja. Dziewczynki bardzo ładnie się zachowały (wprawdzie oficjalnie byłam w pracy, ale podeszłam do przychodni, żeby pomóc Kochanemu z dwoma kontenerami, bo dziewczyny przytyły, przede wszystkim Maniątko), dostały po tabletce na robale (zlizały lekarstwo z palca pani doktor), nikt nie puścił bąka. 

Pracę skończyłam trochę wcześniej, żeby udać się do ludzkiego dochtóra w naszej wsi. Będą dalsze testy, tylko się muszę wstrzelić z datą pobrania krwi. Termin jest odległy, niestety, a w boku jednak boli, choć mniej wyraziście. Po wizycie wróciłam z buta do domu, Kochany już pichcił obiad, ale przed jedzeniem jeszcze wyszliśmy z małymi na spacer, pierwszy raz w tym roku, Maniuśka w nowych szelkach, Bronia w starych, bo dalej się w nie mieści.

Poza tym nic ciekawego. Znowu jestem bardzo zmęczona, jakby energia wyciekała ze mnie jakimś jeszcze nie zdiagnozowanym zaworem. Pod prysznicem stoję godzinami, potem w łóżku zajadam mandarynki, niechcący uderzam się w usta obudową laptopa (może będzie siniec), ech, entropia na całego, nie ma rady, trzeba posłuchać Kingfisher, Pokrzywa i kość.

niedziela, 22 marca 2026

2287. Operowo.

Kochany musiał z rana jechać do pracy, ale spakował ubranie na zmianę, bo wieczorem pojawiała się bardzo przyjemna okoliczność: premiera Rusalki Dvořáka. Ponieważ trzeba było dojechać do Bord Gaís Energy Theatre na piątą, mąż zorganizował się tak, żeby wcześniej skończyć szychtę. Spotkaliśmy się po trzeciej (zabrałam się do Drołdy z Anne, czekając wypiłam kawę, skoczyłam do Tesco po ulubione ciastka).

Nie udało się nam załapać na kawę przed spektaklem, najpierw kołowaliśmy w pobliżu opery w poszukiwaniu miejsca parkingowego, potem w dwóch kawiarniach to samo, tłok.

Jennifer Davis w roli tytułowej, Ryan Capazzo jako Książę, Michelle DeYoung (Ježibaba), Ante Jerkunica (Vodník), oprócz tego Giselle Allen (w zeszłym roku była Sentą w Latającym Holendrze), Benjamin Russell (widzieliśmy go niedawno w The Cunning Little Vixen), Rachel Croash, Sarah Richmond i Alexandra Urquiola. No i proszę was, wszyscy śpiewali po czesku! Bardzo ciekawa adaptacja.

W domu przed dziesiątą, dopijamy, dojadamy; niedziela przebiegła błyskawicznie nie zostawiając czasu na odsapnięcie, dobranoc państwu.

sobota, 21 marca 2026

2285-2286. Przyszła.

Wiosna! Akurat w piątek, gdy kończyłam pracę :) Fred zaparkował Babcią za winklem, wskoczyłam do samochodu: dom czy suszi? Pojechaliśmy do El Paso na suszi. Wyszło pół na pół, skusiłam się na nowość w menu, uramaki ze smażonym łososiem i... nie zjadłam tego, co mi podano. Dobrze, że nie za bardzo byłam głodna, miso smakowało, herbata wystarczyła. Gdyż, na to moje uramaki postanowiono wylać majonez! Upadek cywilizacji blisko. Trudno. Po suszi poszliśmy z Kochanym na spacer do księgarni, a potem wracaliśmy na wieś jadąc wybrzeżem. Ze spaceru do księgarni:

Kochany zadzwonił do Perlistego, też miałam okazję zamienić parę słów, choć już oczy mi się kleiły. Nie mogłam się na niczym skupić, czytanie nie dla mnie, słuchanie tysz (mąż słuchał w Kuchniosalonie płyt różnych). Tak byłam sterana nie wiadomo czym, że nie mogłam zebrać myśli w celu napisania krótkiej notki; wskoczyłam pod kołdrę, chwilę szperałam w Internecie, po czym skuliłam się i usnęłam.

Lichy poziom energii utrzymywał się do dzisiejszego poranka. Chciałam przywitać wschód słońca na plaży, ale nie mogłam się zwlec, stawy spuchnięte, wielki leń, Kochany wstał wcześniej i nakarmił koty. Zebranie się w sobie nastąpiło później, i bardzo dobrze gdyż:





Światło przechodzi człowieka na wskroś, ptaki śpiewają, na pastwiskach pierwsze owieczki.

Wracając z wojaży natknęliśmy się pod El Paso Tesco na Aś. Fred zaparkował Babcię, powitaliśmy dawno niewidzianą przyjaciółkę znienacka oraz towarzyszyliśmy jej do śmierdzącego sklepu. Po spotkaniu wiemy niewiele więcej, wiemy jak wygląda kot (jest dwa razy większy od naszych dziewczynek, po prostu potwór). Też dobrze. 

Wróciliśmy do domu po szóstej. Telefon do mamy (chciałam się dowiedzieć jak tam lipa — panowie skrócili ją o jakieś 5 m); wizyta u Anne (oddałam kasę za kartę SD, umówiłyśmy się na jutro); nadrabiam oglądanie Gosi, która jest akurat w Słupsku, oraz najnowszego miecia. Fajny dzień, gęsty, przejrzysty, pełen przyjemności. 

czwartek, 19 marca 2026

2284. Wiosna ...

... znowu odpaliła. Od rana pogodnie, optymistycznie, psiakrew, nie chce się iść do pracy. Powoli, spokojnie poruszam kamieniami: zarezerwowałam wizytę weterynaryjną dla koteczek oraz wizytę u dochtóra dla siebie, wsparłam, poklepałam, doradziłam, udałam, że nie zauważam nadciągających problemów. Kochany przyszedł do biura przed czwartą, razem wybyliśmy na miasto, wypić kawę, cieszyć się ładną aurą. Od czasu do czasu musiałam uświadamiać sobie od nowa, że przecież jest już czwartek, zaraz weekend, kolejna okazja do nieróbstwa ...

środa, 18 marca 2026

2283. Przedłużone wakacje.

Od rana walczyłam z małą akuratnisią siedzącą w środku Świechny. Wzięłam dzisiaj wolne, żeby towarzyszyć Kochanemu u lekarza, ale tydzień temu coś tam bąknęłam pod nosem, że jeśli rano wszystko pójdzie sprawnie, pojawię się w Jamie po południu. Oczywiście łeb sobie zapamiętał i zamartwiał się bzdurami. Gdy się okazało, że wizyta odbyła się o czasie, wbrew akuratnisi wysłałam wiadomość, żeby na mnie nie czekali. Przywitaliśmy się z Justiną, która dla nas przerwała swoje bardzo ważne rzeczy, po czem zamiast wracać do pracy, chodu na miasto stołeczne. 

Zaparkowaliśmy pod Merrion Square i zaczęliśmy zmierzać w kierunku Dawson Street. Po drodze kupiłam mężowi kaszkiet Mucros Weavers, w miejsce gołębiego Wigensa zgubionego kiedyś tam hen na lotnisku. Skoro Dawson st, to Hodges Figgis, Tower Records i Caffè Nero. 

W pierwszym miejscu są oczywiście wszystkie książki, w drugim wszystkie płyty, minęliśmy też wielkanocnego zajączko-króliczka ;)

Na pierwszym zdjęciu notatniki holenderskiej firmy Blanks. Najpierw myślałam, że to używane książki i rzeczywiście, okładki są stare, za to w środku czyściutkie kartki wszyte w te stare okładki. Pomysł ciekawy, ale mam ambiwalentne odczucia — szkoda mi tego, co było.

Wracając do porannej wizyty: profesor B przywitał nas, pokazał skany i powiedział, że nic to. Wyniki są dobre, następna wizyta na jesieni. 

Gdy przed drugą w końcu zajechaliśmy do Drołdy (kiwałam się na boki i zapadałam w zadowolone mikrosny), wszyscy już dawno opuścili Jamę. I bardzo dobrze, o to się rozchodziło. Przygotowałam kosze na jutro, wykasowałam głupie emilki, przeczytałam ważne emilki, wydrukowałam parę papierów, zadzwoniłam do szefowej, w końcu z nudów wybrałam się z biura do Biura, po jeden świstek papieru, który był tylko pretekstem do spaceru przez stare, brudne miasto, które lubię. Dzięki spacerowi odkryłam, że niedługo na miejscu znikniętej burgerowni (żalu brak) otworzy się duża suszarnia. Szefowa zdybała mnie na ulicy, zaprosiła do siebie, rozmawiałyśmy o potencjalnym transferze mojej osoby do innych usług. Po drodze jest mnóstwo niewiadomych, więc to tylko niezobowiązujący zapis wymiany myśli, oddechu nie wstrzymuję.

W domu obiad, telefony, telefony (rozmawiałam z mamą, Kochany zadzwonił do świekry z dobrą nowiną zdrowotną oraz do kuzyna, żeby go w końcu poinformować, że jesteśmy zbyt omotani rzeczywistością i na ślub nie przylecimy) oraz oglądanie filmu na dvd: Chłopi (2023).

wtorek, 17 marca 2026

2282. Pisałam ...

... że od lądowania do łóżkowania minęło jakieś dwie i pół godziny? Czyli o trzeciej teoretycznie sen. Ale pobudka po siódmej, bo przecież myszy. Dziewczyny przywitały nas niezwykle entuzjastycznie (włączyłam wcześniej kamerkę, żeby zobaczyć, jak zareagują; Bronia była pierwsza, Maniusia zaspała, za to dobiegła od szafy do okna w przeciągu dwóch sekund). Rano musiałam Maniuśkę długo trzymać na kolanach i na plecach, aż koteczka upewniła się, że jestem i mogła spokojnie zasnąć w swoim gnieździe.

Kochany wstał trochę później; gdy wypił kawę wyruszyliśmy do miasta uzupełnić zapasy. Poza tym wylądowaliśmy na kawie (przepraszam się ze słabą americaną). W TK Maxxie kupiłam szklane pojemniki na lunch, z przegródkami, które ułatwiają porcjowanie. Cały czas mocno wiało; nawet nie myśleliśmy o oglądaniu dzisiejszej parady skupionej na kilku głównych ulicach miasta, zresztą rozminęliśmy się czasowo. Po powrocie do domu Kochany włączył pierwszą nową-starą płytę przywiezioną z Polski, Alchemy Live Dire Straits. Obiad i wyjazd do Ka. Zmęczona jestem; środa już nade mną majaczy.

Postscriptum #2281.

Długi dzień.

Poświęciliśmy go na plan opisany wcześniej, ogólnie jednak miałam poczucie bezruchu, gdyż usiądźmy przed podróżą. Zarówno podczas wizyty w kawiarni jak i we włoskiej restauracji ograniczałam się do produktów bez laktozy, więc było tego niewiele (ciasta wcale, buu). Zrobiło się zimno, spaceru brak. Rodzice zmęczeni (tatko ma od jakiegoś czasu problem z nogą, mama po pracy, więc wiadomo, do tego zestresowana zmianą, jak się domyślam), Kochany kierował škodą w drodze do lotniska; gdy dojechaliśmy tatko przejął stery i rodzice od razu odjechali (niepokoiłam się wiedząc, że tacie pogarsza się wzrok, a ruch w mieście nadal jest gęsty; po godzinie zadzwoniłam przez WhatsApp, żeby się upewnić, że są bezpieczni w domu). 

Powietrze nad Europą niespokojne, pewnie z tego powodu samolot przyleciał do Breslau wcześniej, a w drodze powrotnej zwalniał i drżał walcząc z masą powietrza od zachodu. 


Na wyspie wylądowaliśmy kwadrans przed północą czasu lokalnego. Tym razem siedziałam obok dwojga nieszkodliwych Polaków, chyba matki i syna, Fred w rzędzie przede mną. Gdzieś za nami jacyś panowie czuli się coraz gorzej z powodu nadmiernego spożycia napojów wyskokowych (to prawdopodobnie jeden z nich trącał potem mój plecak i sapał mi do ucha procentami na kontroli dokumentów). Czytałam. Skończyłam Lalkę i perłę Tokarczuk (WL, 2023) i chciałam kontynuować Enright, ale czytnik nie zaskoczył, że przedłużyłam wypożyczenie, muszę książkę ściągnąć jeszcze raz. Podejście do lądowania mało komfortowe, ale jesteśmy :)

poniedziałek, 16 marca 2026

2281. Z domu do domu.

Późna pobudka, odprawa, śniadanie, pakowanie, plan: wyjechać na kawę, obiad z rodzicami, powrót, dopakowanie, wyjazd na lotnisko. Plan został już częściowo zrealizowany, w drodze na kawę towarzyszył nam tatko, zaś do Teorminy udaliśmy się po trzeciej, gdy mama skończyła pracę. Po obiedzie wróciliśmy do domu, żeby chwilę posiedzieć. Mamy zaproszenie od Ka na jutro, skorzystamy, jeśli nie pokona nas zmęczenie.
___
02:18 (wtorek) cała procedura od wykaraskania się z samolotu do wskoczenia pod kołdrę zabrała mi około dwie i pół godziny. Czas na sen.

niedziela, 15 marca 2026

2280. Przedostatni.

Rano poszłyśmy z mamą na cmentarz, drogą obok sklepu, więc była to szczególnie udana ekskursja (mama nie lubi chodzić po wsi, dla mnie robi wyjątek). Znowu wymieniamy się pomysłami nagrobkowymi. Czy przenieść ciocię Stachę do grobu dziadków? Ale jak? Ile to kosztuje? Czy to ma sens? A może nowy pomnik? W jakim kolorze? Czy istnieją chabrowe marmury?

Po obiedzie wyjechaliśmy z Kochanym do Tcy. W Kocie wypiłam kawę z mlekiem owsianym, niestety wszystkie ciasta były z laktozą, więc (bardzo niechętnie, ale jednak) ograniczyłam się do napoju. Podjechaliśmy do stawów, żeby zrobić ósemkę. Dzisiaj pogoda znacznie gorsza, chłodniej, szarzej, gdyby nie kacza kopulacja, trudno byłoby dostrzec wiosnę. 

Wieczorem serfowałam z mamą po drzewie genealogicznym, przy tej okazji niespodziewanie znalazłam Rozalię, moją hipotetyczną praprababcię ze strony taty. Przyjrzę się bliżej temu odkryciu, gdy będę miała dostęp do własnego lapka, tutaj korzystam z cudzesów, a to nie to samo — drzewienie wymaga namysłu, przestrzeni, siorbania napojów w niespiesznej zadumie.

Przez cały czas towarzyszą nam zwierzaczki, tłusty Wojtuś, pęczniejący kadłubek Rozalki, niuchająca Niunia, oraz czarne siostry, które przemykają jak duchy, chyba, że ze stołu zanęci zapach obiadu. Przesuwam Maksia w kierunku posłania (niedowład nóg postępuje), podobnie jak przesuwam Gosię psa, gdy otwieram bramę i chcemy wjechać samochodem na podwórko (Gosia nie słyszy, widzi też coraz słabiej, więc nie od razu wie, o co mi chodzi). Brodzimy w kłakach, wysłuchujemy pieśni godowych, wbrew pozorom jest to wszystko w pewien sposób optymistyczne.

Na razie nie chce mi się odprawiać lotu, zamiast tego zagłębię się w Lalkę i perłę, a potem będę śniła ile wlezie. 

Postscriptum #2279.







Jeszcze coś? Fred chodził w musztardowym swetrze. Z domu w centrum Miasteczka została tylko frontowa ściana, ale przynajmniej coś się zaczęło, jakaś pozytywna zmiana, a nie tylko butwienie i rozkład. Na cmentarzu cieszą, jeśli tak można powiedzieć, odrestaurowane kaplice nagrobne. O wiele za późno, ale lepsze to niż nic (zachodziłam w głowę, czy widziałam je już w tym nowym stanie, czy tylko wizualizowałam sobie zmiany. Ale nie, remont był rok temu, może tylko o tym czytałam). Opuszczając cmentarz Kochany pomógł starszej pani, zapalił jej znicz. 

Nad tamą dominowały dźwięki stukania i wiercenia, prace trwają, droga na koronie zamknięta. 

Jelenia jak zwykle, mieszanka rozkładu i twórczości. Może dlatego, że byłam tu wcześniej kilka razy, zauważam głównie twórczość, remont szeregu starych budynków przy Fortecznej. Ktoś coś ratuje, widać, że jest wizja (ogólnie, jadąc prowincjonalną drogą dolnośląską widać bardzo, gdzie mieszkają świry, które dokonują ekstra wysiłku; kochamy świrów). Wracając w kierunku Nowego Rynku wyhamowujemy za panem robiącym inspekcje koszy na śmieci, żeby nie zaciągać jego zapachu. Po drugiej stronie drogi spotykamy siostrę znajomych z Irlandii. Świat jest mały.

sobota, 14 marca 2026

2279. W tę i z powrotem.

Wyruszyliśmy do Miasteczka o dziewiątej. Pogoda sprzyjała, choć oczywiście w miarę zbliżania się do gór nasilał się chłodny wiatr. Trochę nas tu nie było, pozmieniało się to i owo, wiele innych spraw wcale nie. Kochany kupił w Dino wkłady do zniczy, w drodze na cmentarz zajrzeliśmy na pięć minut do rodziny (powiadam: chodzenie po wizycie w toalecie jest znacznie przyjemniejsze niż przed wizytą w toalecie), przyjęła nas Hana z mokrą głową i jej rudy kot. Mrzygłoda spotkaliśmy później, gdy trawersowaliśmy przez rynek. Oczka świeciły mu się złowieszczo, jak zwykle.

Tama sucha, zamknięta dla odwiedzających. Majestatyczna. Tak jadąc to tu to tam, zauważyłam cmentarz pożerany przez barwinek, potem dość niespodziewanie w ogródku mijanego domu zobaczyliśmy Miłę. Przy Miłej zatrzymaliśmy się na chwilę, podobnie przy cmentarzu — prawie go już nie ma, kilka nagrobków, doły po grobach, jednak ktoś zostawia znicze. Wieczorem znalazłam informację, że to dawny cmentarz ewangelicki, zdjęcia jego stanu sprzed kilku lat są mocno nieaktualne. 

Po inspekcji tamy, pojechaliśmy do Jeleniej (panorama Karkonoszy jak zwykle mnie zaskakuje). W mieście zjedliśmy obiad na zewnątrz bistro Green House, bo niewielka restauracja była w całości wypełniona klientami. Długo czekaliśmy na zamówienie, warto było (wiatr szumiał nad głowami, Kochany wrócił do samochodu po dodatkowe okrycia). Podjechaliśmy też bliżej centrum, na kawę w Aroma Cafe. Przyjemne miejsce, pluszowe, pełne wygodnych foteli poupychanych w wąskich zakamarkach.

Droga powrotna nie zajęła nam więcej niż dwie godziny. Może jutro dodam coś więcej; podróże cieszą, ale zużywają, teraz mam ochotę wyłącznie na siedzenie z nogami na lampie i zerkanie na gangsterów mordujących się w Ojcu chrzestnym.

piątek, 13 marca 2026

2278. Gnieździmy się.

Fryzjer (podcięłam włosy, zostały wyraźnie skrócone, poza tym mam mikrogrzywkę), Kot (zapobiegliwie u mnie tylko sencha), spacer w parku. Pogoda i samopoczucie sprzyjały, więc rundka wokół stawów zrelaksowała mnie. W czasie spaceru słyszeliśmy w lesie nawoływania drapieżnych ptaków (z niejakim wahaniem obstawiałam jastrzębie). 


Testuję aparat w smartfonie, jestem zadowolona z podmianki ajfona na samsunga. Z innych: w ciągu całego dnia testuję hipotezę dotyczącą diety bezlaktozowej (niechętnie, gdyż w lodówce śpią bardzo laktozowe ciasta).

Po powrocie na wieś spacer na cmentarz z bajpasem do wsiowego sklepiku po wkłady do zniczy. W domu drzemka, oraz spotkania międzygatunkowe. Dziewczyny z czarnej bandy rozwijają się; Frania jest zdecydowanie mniejsza, a ponieważ rodzice w jej przypadku obawiają się zabiegu sterylizacji, dziewczyna ma ruję i zawodzi jak nieszczęście, w nocy jest to dość uciążliwe; Józia jest znacznie większa, wygląda na zdrowszą, ale zauważyłam dzisiaj, że łysieje na nosie i w kącikach oczu. 


Zerkamy na kolejne odcinki MM (przed seansem wyświetlono planszę "tylko za zgodą rodziców", Fred poszedł więc do mamy, zgody nie dostał ;)). Skończyłam czytać Vaim Fossego (ArtRage, 2026). Od czasu do czasu sprawdzam przez kamerę jak mają się koty u nas w domu. Na jutro planujemy wyjazd, jeśli pogoda i zdrowie dopiszą. 

czwartek, 12 marca 2026

2277. Baba ze wsi.

Około północy czasu lokalnego na MOPie Wiśniowa Góra zajadamy hot dogi, a wpół do trzeciej stoję w lesie przed zamkniętą bramą i się chichram, bo mama się chichra. Rzeczone parówki:

W drodze, już w lasach przed wsią, trzy razy Kochany zwalniał dla bezpieczeństwa spacerujących saren. Piękna jest noc. Po trzeciej układamy się do snu, niezbyt długiego (za kilka godzin mama wyrusza do pracy, Maksiu plącze się pod łóżkiem, koty wymieniają myśli). Dopiero w świetle poranka, przy pierwszej herbacie otwieram paczki skitrane za łóżkiem. A w nich ładne rzeczy, Empikowe prezenty od Kochanego (Rudzka jeszcze bożonarodzeniowa, paczka gdzieś się wówczas zawieruszyła):

Cuda z Tezeusza (jestem pod wielkim wrażeniem, wszystko było opisane na stronie antykwariatu bardzo adekwatnie):

Oraz inne dobra kultury:

La la la, Vaim zaczęłam czytać. Oraz dużo spałam w południe (Kochany wyjechał do Tcy sam, zamówił mi na jutro fryzjerkę i kupił w Kocie herbatę jaśminową). W outficie baby ze wsi spędziłam cały dzień w domu rodzinnym. Zajadając bułeczki obejrzeliśmy MM (początek czwartego sezonu). Teraz zerkam na Zemstę z Gajosem. 

Anne przesłała dwa zdjęcia myszowe, dziewczyny ujęte w pozach klasycznych, oraz kupiła mi kartę SD (w przyszłości będę mogła zdarzenia domowe nagrywać). 

Czytam, oglądam, koty głaskam, piję dużo wody, epatuję.

środa, 11 marca 2026

2276. Środa w locie.

Najpierw podwójna pobudka, bo odpaliły dwa telefony, każdy o innej godzinie, potem obserwowanie myszy przez kamerkę (w ciemności siedziały na drukarce i wpatrywały się w drzwi, Bronia machając kitą, bo u niej co w sercu to na ogonie, Mania w swojej typowej pozie małego, nabzdyczonego żbika z ogonem-pytajnikiem schowanym pod siebie), przy okazji odkryłam, że w kamerce jest również głośnik przez który mogę perorować do Kochanego dokarmiającego potwory :D Herbata, prasówka, dopakowuję walizkę i podejmuję decyzję, co założyć na podróż, jem ryż macając się po kadłubie. Na chwilę do pracy, w sumie po to, aby otworzyć biuro, wysłać dwa maile, pomachać współpracownikom, upewnić się, że niczego nie zapomniałam. Wyszłam też na miasto, dopytać o dwie rzeczy na temat telefonu i kupić mu dobre opakowanie (razem z Kochanym szliśmy przez Drołdę zwodniczo słoneczną, porywy mroźnego wiatru bardzo na minus). Po dziesiątej jesteśmy z powrotem w domu, ostatnie ogarnianie, posiłek, dezynfekcja, będzie rozglądanie się po chałupie i wyłączanie zbędnych urządzeń.
___
17:05 Kochany siedzi kilka rzędów za mną. Na horyzoncie Sugar Loaf. Obsługa upycha ostatnie walizki. Mam wyłączyć telefon. Baj ...
___
(dodatek zrobiony dnia następnego o poranku) 

Takie mieliśmy widoki po oderwaniu się od Ziemi:


Siedzieliśmy z Kochanym osobno, mąż kilka rzędów za mną, ja obok (jak mniemam) ojca i córki mówiących po arabsku. Lot spokojny, nudny (spędzałam czas czytając, ale żadna lektura nie chwytała mojej uwagi, przerzucałam się między Enright i autobiografią Diane Keaton), efektywny: przywitaliśmy się z Modlinem kilka minut przed czasem. Szwagier czekał na małym parkingu pod lotniskiem, tak więc i tutaj nie było żadnej zwłoki. Warszawa pojawiła się znienacka, z ciemności wynurzyły się jakieś osiedla, mordory, pałace — tym razem niewiele jej widzieliśmy, tyle, co za oknem i pod blokiem, gdzie pożegnaliśmy się ze Stu. Już i tak było po dziesiątej; zastartowałam nawigację i ruszyliśmy w kierunku południowo-zachodnim. 

wtorek, 10 marca 2026

2275. Dziwny dzień ...

 ... mało uważny. W pracy chodziłam rozproszona, bo rano kupiłam nowy telefon w Eir, czyli zmieniałam dostawcę usługi, a to jest zawsze wielką niewiadomą. Wszystko dobrze się skończyło, stara karta SIM padła całkiem żwawo, udało mi się reaktywować większość ważnych apek i wieczorem mogłam odprawić lot na nowym S25. Ważne, że odzyskałam połączenie telefoniczne, bo bez tego w podróży jak bez ręki. 

Rano, dopóki stara karta SIM nie utraciła połączenia, obserwowałam przez kamerkę, co nasze myszy robią w domu, gdy nas nie ma. Otóż, śpią (chyba razem w drapaku na szafie, bo nie było ich widać w kadrze, a w Kuchniosalonie cicho jak makiem zasiał).

Wieczorem po swojej pracy wpadła do nas Anne, żeby dowiedzieć się dokładnie, co myszy teraz jedzą i jakie są postępy w kocim rozwoju. Powiedzieliśmy jej o kluczu, że trzeba je zamykać, bo nauczyły się otwierać drzwi, oraz o aktualnej diecie. Bardzo jesteśmy jej wdzięczni, rozwiązanie jest lepsze od kociego hotelu.

Dokuczał mi dzisiaj żołądek, zastanawiam się ile z tego jest napięciem przed podróżą, a ile czegoś innego, co ciągnie się od jakiegoś czasu. Psuje mi to nastrój.

poniedziałek, 9 marca 2026

2274. Pod wieloma ...

... względami spoko; Fabio dość szybko usunął usterkę, teamwork szedł sprawnie, nikt nie zawracał mi głowy, a gdy wychodziłam, dowiedziałam się, że koleżanka z kanciapy obok właśnie złożyła wypowiedzenie i być może robi się jakieś miejsce. Tylko, że ja zaraz lecę, już się ekscytuję czym innym, zostawiam podniety pracownicze na później.

Podjęłam decyzję, żeby przenieść się z Tesco Mobile do Eir, ale gdy radośnie pokicałam do ichniego biura, okazało się, że muszę się posługiwać paszportem i innymi jeszcze papierami, gdyż kraj walczy z oszustwami na telefon. Słuszna koncepcja. Trudno, być może załatwię sprawę jutro; pierwsza wprawka przy S25 była dzisiaj, pomagałam Kochanemu przenieść dane ze starego ajfona. Urwanie łba, bawiliśmy się tym do wieczora.

Oraz instalowanie kamery w Kuchniosalonie ... sprawa przeciągnie się do jutra, bo dzisiaj mielonka mózgu ...

niedziela, 8 marca 2026

2273. Ósmy.

Ależ długa i pokrzepiająca była ta noc. W planach miałam czytać, w praniu wyszło, że położyłam się pod kołderkę wczoraj po dziewiątej i nie chcąc przeszkadzać Kochanemu zgasiłam światło. W ciemności jeszcze chwilę rozmawialiśmy o filmach Smarzola, po czym spanko. Bez męczących pobudek, bez ciężkich snów. Obudziłam się o szóstej, fresh as a daisy. 

Aaaaa, kiedy przypomniałam Kochanemu, że dzisiaj ósmy, mąż zdradził mi, że do Polski już jedzie paczka, w paczce najnowsi Fosse i Krasznahorkai, ale też Wharton, którego czytałam ponad 30 lat temu, poza tym płyty dvd i cd. Ale super. Przypomniało mi to, że w antykwariacie chciałam kupić brakujące tłumaczenia Vigdis Hjorth. I tak, klik klik, zamówiłam w Tezeuszu kilka innych książek (w tym Woolf i Czechowa); zobaczy się kiedy dojdą, mgliście pamiętam negatywną opinię mojej promotorki o Tezeuszu. Skoro Woolf ... wróciłam do słuchanki, wciągnęło mnie, choć dołujące, dokończyłam książkę tuż przed dziewiątą wieczorem (myślę, że podświadomie nie chciałam się dołować przez jeszcze jeden dzień ;)). Rozglądałam się też za wełną na prosty sweter, który mam na myśli, bezowocnie, bo upatrzona alpaka jest chwilowo niedostępna. Cierpliwości. Szacuję pojemność walizki, zerkam w prognozy. 

sobota, 7 marca 2026

2272. Słucham, usuwam, objaśniam.

Jasny Poranek. Wstałam tuż po Kochanym, który powoli przygotowywał się do wyjazdu do miasta. Mogłam więc zobaczyć Mańki powarkiwanie nad wędliną oraz nagłe zainteresowanie się dziewczynek odpalonym teatrem pralkowym.

Zaczęłam słuchać Do latarni morskiej Virginii Woolf. Nie wiem, czy to dobra lektura na teraz, coś mnie skusiło, ale możliwe, że nie dokończę słuchanki przed wyjazdem. Wietrznie, raczej chłodno, słonecznie; opatulona szalikiem wyszłam do ogródka usunąć trochę badyli, obcięłam zeschnięte kwiaty hortensji, pozbyłam się płożących się resztek zeszłorocznego lucyfera (pod jedną ich stertą niepodziewanie zlokalizowałam doniczkę z narcyzami, które usiłowały się przebić do nieba). Przy takiej pracy naszła mnie Iva z Lucy, oczywiście zatrzymała się, bo zatrzymał się pies. Rozmawiałyśmy chwilę o zapowiedzianych remontach, sąsiadka twierdziła, że u niej będą też robili łazienkę. Nie wiem, co o tym myśleć — sąsiadka grubo okadzona marihuaną miewa narracje z mchu i paproci, ale jej wróżba z fusów sprzed roku o kasie na remont sprawdziła się. 

Po powrocie Kochanego i późnym obiedzie zapadłam się w słuchanie miecia streszczającego Lalkę Prusa. Jak to ktoś skomentował pod filmikiem, dorosłość jest wtedy, gdy ogląda się streszczenie Lalki dla przyjemności. Pełna zgoda. Zadzwoniłam do mamy, prawie godzinę snułam luźną pogadankę o bieżących sprawach. I to by było na tyle. Młody czas, ale i tak zaraz wskakuję pod kołdrę z ebookiem. Dobranoc, pchły na noc.

piątek, 6 marca 2026

2271. W stronę przyjemności.

Kiedy byłam w pracy, zawitał do nas elektryk, z relacji Kochanego wynika, że elektryk-idiota (bez drabiny, bez wiertarki, bez głębszego pojęcia), ale inszallah, był. Mamy nowe czujniki dymu i innych atrakcji. 

Popołudniowy relaks domowy rozkładam pomiędzy Gosią przygotowującą niejadalne paskudztwo, mieciem kontynuującym wiwisekcję III części Dziadów i końcówką Żon nazistów, wszystko z laptopika ustawionego na stole obok którego leżakowałam (przyniosłam z sypialni gruby koc zainspirowana Kochanym — mąż w ciągu dnia nadal udręczon bólem nogi spał pod kotami na tapczanie w Kuchniosalonie). Takie to są małe, ale oszałamiające radości dnia powszedniego. Dzień jasny i cierpki, z rana musieliśmy chwilę poczekać, aż warstewka lodu spełznie z Babcinych szyb; na horyzoncie Donard z dobrze widocznym, białym przedziałkiem muru granicznego.

czwartek, 5 marca 2026

2269-2270. Jestem, jestem.

W środowej pracy starałam się relaksować, nawet podczytywałam książkę (chyba podziałała tak na mnie wczorajsza wizyta byłego Szefa, który spokojny, rumiany, na emeryturze jeździ motórem i niczym się nie przejmuje). Po czwartej zajrzałam do Biura, żeby zabrać ważne papiery, przy tej okazji poszliśmy z Kochanym do kawiarni po sąsiedzku, gdzie oślinił nas buldożek francuski. 

A co masz? o widzę, że to moje ulubione ciasztko, możesz się podzielić się.

Przysłano nam list dotyczący remontu domku, będziemy mieli nowe okna, drzwi, pompę ciepła, mój borze (po co, skoro niedawno wymieniano piec, tego nie wie nikt). Poza tym czytam, czytam i późnym wieczorem kończę Grę na wielu bębenkach Tokarczuk (WL, 2025).

Piękna środowa aura zamieniła się w szary czwartkowy blob. Zaliczyłam dwa energiczne spacery do głównej ulicy; po pracy czekałam na Kochanego wracającego ze swojej fabryki. Męża dręczą siątki, więc już leży w łóżku; słucham audiobooka, głaskam koty, usuwam kocie kłaki z ekranu smartfona.

wtorek, 3 marca 2026

2268. Polepszenia.

W ramach testu funkcji trawiennych, po pracy wyszłam z Kochanym na kawę. Pogoda była dodatkowym czynnikiem zachęcającym. Usiedliśmy w fotelach w głębi kawiarni, opędzlowaliśmy słodycze w kształcie podpasionych wąsiówek i git; jeszcze spacer po sklepach w celu wytropienia czegoś zdatnego na obiad i do domu.

W domu: Mańka zawodzi, Bronia obserwuje, zaś mąż montuje w Kuchniosalonie kamerkę. Urządzenie działa sprawnie, może będzie z tego pociecha. Do tego, gdy byłam w pracy przylazł do nas gościu od rozregulowanych alarmów. Miał przyjść elektryk, ale nie, najpierw ten gamoń bez choćby śrubokręta. Kiedy możemy spodziewać się elektryka? Suspens jak w amerykańskich filmach.

Rozmowa z tatkiem wskazuje, że domownicy funkcjonują nienajgorzej. Działania pomarańczowej małpy burzą rodzicom spokój, bo wiadomo, niedługo lecimy nad Europą i pewnie niektórzy (nie będę pokazywała palcem) martwią się o nas na zapas. Ale też moi rodzice mają się na czym skupić i skręciliśmy w inne rejony dyskusyjne — Maksymilian jedzie niedługo do weta na przegląd psiej pupy, Franciszka trzyma się, niestety na wadze nie przybiera.

Wieczorem przygotowuję jutrzejsze drugie śniadanie słuchając opowieści o żonach nazistów.

poniedziałek, 2 marca 2026

2267. Przerwa.

Od kilku dni (piątek?) dręczą mnie problemy jelitowe, na początku nic takiego, ale dziś rano jakieś apogeum. Aaaaaaaa … Kochany tymczasem znowu miał swoje badania na wszystkie strony, więc rano jechał na głodniaka do dublińskiego szpitala (zabrałam się z nim do Drołdy).

W czasie przygotowywania obiadu, wysłuchuję Karoliny krytykującej kostiumy w nowej ekranizacji Wichrowych Wzgórz; przerzucam się na mieciową analizę III części Dziadów, i chociaż jest spoko, odczuwam silną potrzebę drzemki. Dietuję dzisiaj, może dlatego spanie pod kotami w Kuchniosalonie tak dobrze mi wychodzi. Budzę się po siódmej i na nic więcej w ten poniedziałek nie mam ochoty.

niedziela, 1 marca 2026

2266. Ależ …

… spało się wspaniale! Wygramoliłam się z łóżka po ósmej, jak królowa; królewskie śniadanie było jeszcze później. Gdzieś w międzyczasie Maniuśka przechodziła samą siebie: najpierw tłukła się z siostrą o panowanie na drapaku umiejscowionym na szafie z książkami, potem lunatykując Siuśka zsikała się do pudła stojącego obok drapaka. Normalnie: wylazła z drapaka, umiejscowiła pupkę w pudle z poduszką i centralnie nalała (odniosłam wrażenie, że gdy krzyknęłam, nagle się obudziła). Nie można jej nie kochać, ale ręce opadają (poniżej, Maniuśka już po akcji silkalniczej, kontynuuje spanie jakby nigdy nic).

Pogoda się spaskudziła, więc zamiast spaceru nad morze jest wyjazd do miasta, żeby kupić chleb, ale także ot tak ... po mieście iść, kawę pić, kupić przecenione kalendarze (zakupy książkowe zostawiłam na wizytę w mniejszej księgarni):

Duży kalendarz, ponieważ w środku są grafiki Angeli Harding (jej rysunki wykorzystuje np. wydawnictwo Faber&Faber; myślę, że kupiłam The Lighthouse P.D. James głównie dla okładki), kieszonkowy, bo już marzec, poza tym w środku są obrazki z osiemnastowiecznego zielnika. Po spacerze z Waterstonesa zrobiliśmy jeszcze niewielkie zakupy, przejechaliśmy się serpentyną po naszym zadupiu (jaja w jajomacie zakupione, wielkie posiadłości mignęły nam po drodze, ciekawe jak się im mieszka, jak to jest być ziemiaństwem) i nach Hause. 

Pogoda rozpaczliwa, znowu leje! Ale co to dla nas — dostaliśmy zaproszenie od Ka i nic nas nie powstrzymało przed wieczornym wyjazdem. Włos umyty, wepchnęliśmy w siebie obiad, Kochany zadzwonił do Stu w celu happy birthday, i można ruszać. U Ka cicho, Jot wyleciała do macierzy, z głośnych został tylko dopiero co ostrzyżony Pieseł. Obejrzeliśmy z przyjacielem Żyć nie umierać (2015) i sarkając na braki artystyczne wyruszyliśmy do domu. Znowu wieje.