Pierwszy raz mamy w Irlandii bank holiday z okazji święta Imbolc. No i dawaj: wspólne śniadanko i spacer nad morze. Piździło, więc z mężem przebranym za agresywnego kosmitę zrobiliśmy małe kółko po osiedlu domków wakacyjnych. Potem Kochany nie zmieniając ubrania pracował w ogrodzie. Taki zmordowany wyrywaniem zimowych chwastów (tylko oswobodzony z przebrania agresywnego kosmity) Srogi Fred wybrał się ze mną do miasta, najpierw na pizzę/makaron, następnie na kawę w Czarnej:
Mąż trochę mnie dzisiaj straszy: a to mnie poinformuje, że złodzieje byli w domu (Amber znowu wyjadła Rysiowi szamę, ale ja w sekundę zwizualizowałam sobie prawdziwych złodziei kradnących nasze płyty dvd z polskimi filmami oraz wysuszone na wiór pranie z suszarki), a to się zapyta, gdzie jest nasz samochód (zaparkowany 100 metrów dalej), czyli nerwy mam z deczka zszarpane, a małżonek po powrocie do domu śpi jakby nigdy nic.
