Praca polegała na tym, że przeszłam się z Centrum do Oldbridge, zjadłam kanapkę z tuńczykiem, poprawiłam truskawkową muffinką i zieloną herbatą, obeszłam naokoło ogród za murem (lawendy kwitną bajkowo), następnie wróciłam na piechotę do Centrum.
W związku z tym na małych palcach u stóp mam bąble (szczególnie na lewej nodze). Pogoda szara, ale z dużą ilością wilgoci w powietrzu wyciska z człowieka idącego ostatnie poty.
Kochany wrócił z Korku o nieboskiej godzinie, więc żeby miał czas na dłuższy relaks wróciłam do domu autobusem, uskuteczniłam szybką procedurę odświeżającą, plus na stópki me obolałe skarpety w lisy, biust uwolniony ze stanika i już możemy śmigać do Carlingford. Powodów naszej wyprawy było kilka, jeden taki, że znajoma Freda (i potem moja) przyleciała do Irlandii i chcieliśmy ją zobaczyć (nastąpiło to wcześniej niż się spodziewałam, bo Kochany zwinął ją po drodze do miasta). Z Iw dojechaliśmy do sklepu, gdzie prezent urodzinowy dla Ka został zakupiony (t-shirt), następnie poszliśmy we trójkę zjeść obiad w Carlingford Arms (Aś dołączyła do nas po skończonej pracy). Gadu gadu czas zleciało miło, skarpetki zyskały uznanie, bąble na palcach na szczęście nie pękły.
Po pogawędkach udaliśmy się do Ka& Jot, w domu był tylko Ka, któremu Fred wręczył od razu prezent. Dosiadliśmy się do torta urodzinowego we troje (Jot odnalazła się później). Oboje mamy mieszane uczucia w kwestii tego, co tam się u nich związkowo ostatnio dzieje. Fuga Smoczyńskiej (2018) okazała się bardzo ciekawa, porozmawialiśmy o tym jeszcze chwilę i do domu.
Ach, i zdałam ostatni egzamin. Good.
