Lato jak na kontynencie. Rano nie było to aż tak oczywiste (założyłam trampki, słaby pomysł), ale kiedy wyszłam z pracy, kierunek był jeden: Oldbridge. Nie tylko ciepło, ale też słonecznie. Tym razem zrobiliśmy sobie z Kochanym rundkę nad kanałem; łąka brzęczała, rzeka szumiała, roślinność wydzielała oszałamiające zapachy, w rzece Boyne ławice rybich dzieci.
Po zrobieniu kółeczka wróciliśmy jeszcze do tea roomu na lody i kawę.
O czwartej z powrotem w domu. Katlin parkowała obok, więc rozmowa wyniknęła naturalnie; wyniosłam Manię, żeby ją pokazać (dowiedzieliśmy się przy okazji, że mały Ethan też będzie miał kotka). Kochany poczynił obserwację, że nawet w taki dzień, gdy irlandzki żar leje się z irlandzkiego nieba, Iva robi swój spacer z psem ubrana w kurtkę zimową.
Malutka obudziła się z oczkiem zaklejonym ropą, ale w ciągu dnia było nieźle, choć Fred także zauważył, że Mania ma problem z zastartowaniem jedzenia. Czyli nie chodziło tylko o antybiotyki, najprawdopodobniej bolał ją pyszczek. Nie jest jednak źle, mimo wszystko Maniusia je posiłki i bawi się z Bronią (wieczorem Mleczaki powoli osiągają prędkość ponaddźwiękową). Pomiędzy pracą i spacerem kupiłam mleko do kocionawadniania i kociojogurt.
Fred w fartuszku, gotował obiad, zadzwoniłam do mamy; odebrał tatko, bo mama zmęczona pogodą.
Zaczęłam czytać książkę, którą od dawna mam obwąchaną na czytniku, Śmierć przychodzi nawet latem Zsuzsy Bánk. Temat chyba ciężki, ale kto mi zabroni.
Obejrzeliśmy kolejnych Coenów, tym razem Ave, Cezar! (2016).

















































