Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oldbridge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oldbridge. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 lipca 2025

2031. Dziewiętnasty dzień lata.

Lato jak na kontynencie. Rano nie było to aż tak oczywiste (założyłam trampki, słaby pomysł), ale kiedy wyszłam z pracy, kierunek był jeden: Oldbridge. Nie tylko ciepło, ale też słonecznie. Tym razem zrobiliśmy sobie z Kochanym rundkę nad kanałem; łąka brzęczała, rzeka szumiała, roślinność wydzielała oszałamiające zapachy, w rzece Boyne ławice rybich dzieci.



Po zrobieniu kółeczka wróciliśmy jeszcze do tea roomu na lody i kawę. 

O czwartej z powrotem w domu. Katlin parkowała obok, więc rozmowa wyniknęła naturalnie; wyniosłam Manię, żeby ją pokazać (dowiedzieliśmy się przy okazji, że mały Ethan też będzie miał kotka). Kochany poczynił obserwację, że nawet w taki dzień, gdy irlandzki żar leje się z irlandzkiego nieba, Iva robi swój spacer z psem ubrana w kurtkę zimową.

Malutka obudziła się z oczkiem zaklejonym ropą, ale w ciągu dnia było nieźle, choć Fred także zauważył, że Mania ma problem z zastartowaniem jedzenia. Czyli nie chodziło tylko o antybiotyki, najprawdopodobniej bolał ją pyszczek. Nie jest jednak źle, mimo wszystko Maniusia je posiłki i bawi się z Bronią (wieczorem Mleczaki powoli osiągają prędkość ponaddźwiękową). Pomiędzy pracą i spacerem kupiłam mleko do kocionawadniania i kociojogurt. 

Fred w fartuszku, gotował obiad, zadzwoniłam do mamy; odebrał tatko, bo mama zmęczona pogodą.

Zaczęłam czytać książkę, którą od dawna mam obwąchaną na czytniku, Śmierć przychodzi nawet latem Zsuzsy Bánk. Temat chyba ciężki, ale kto mi zabroni.

Obejrzeliśmy kolejnych Coenów, tym razem Ave, Cezar! (2016).

wtorek, 8 lipca 2025

2030. Osiemnasty dzień lata.

Z rana kamień z serca, Mania odzyskała czucie w pyszczku, zjadła śniadanie z dokładką, a w nim pół tabletki. Znalazłam też pod tapczanem sitko ze zlewu — ktoś w nocy miał przednią zabawę. 

Po pracy, zamiast wracać do chałupy, jak normalne ludzie, zaczęliśmy z Kochanym meandrować: najpierw pojechaliśmy kupić chleb w Lidlu, potem dalej, do Oldbridge. Kawa, lody, spacer; parno (po irlandzku) i pochmurno. Przy tea roomie gwar ludzki jeszcze spory, ale im dalej, tym spokojniej; w lawendach buczenie trzmieli.



Wyjechaliśmy z parku krótko przed zamknięciem. W domu szkraby już na nas czekały. O szóstej, gdy Fred zaczął robić obiad, wypadało zapodać małej antybiotyk. Jaka męczarnia! Namawialiśmy ją pół godziny na zjedzenie ociupinki, w której schowana była tabletka, odmówiła z dziesięć razy. Udało się, gdy wzięłam ją na kolana i wygłaskałam, z miseczką położoną obok, nienachalnie. To może zjem kotomamo, ale wcale mi nie smakuje. Po wyczerpujących negocjacjach (Bronia skorzystała, dostała kolację dwa razy, żeby jej nie było smutno), siostry poszły spać. Mleczaki wyczuwają napięcie i reagują niesamowicie ciekawie, Mania wchodzi w rolę chorej, Bronia w rolę starszej siostry (jest cierpliwa, dosłownie słychać jak w tym łebku trybiki pracują) i wszystko chce zakopywać (resztki jedzenia, siuśki siostrzane); między sobą gadają po kociemu, trajkoczą i ćwierkają.

Dokończyliśmy Bartona Finka (1991) braci Coenów (fotele zajęte przez koty, półleżę na wersalce, Kochany wygniata się na twardym krześle). Jeszcze jasno, poćwiczę ramiona, porozważam rzeczy leżące odłogiem.

środa, 6 listopada 2024

1786. I śmiesznie, i żubrzo.

Na nogach wcześniej niż musiałam; krótko rozmawiałam przez messengera z Anne załamaną wynikami wyborów. Tymczasem nad Browskiem wstawał chłodny, jasny poranek (żubrów brak). Obejrzałam kilka filmików (o trudnej sytuacji w Grimsby, najbiedniejszym mieście w UK, o hejcie instagramowym u Karoliny Żebrowskiej, o Annie Kliwijskiej, że w sumie nie tak było, jak o niej memują). Na raty podrzucamy do ogródka kolejne porcje ziarna i kulek, ptaki jeszcze boją się, gdy wyglądam przez okno; młode, nie znają procedur, przywykną ;)

Po śniadaniu Kochany wyciągnął mnie na spacer nad rzekę Boyne. Słusznie, pogoda bezwietrzna, w połowie drogi robi mi się bardzo ciepło i niosę płaszcz w ręku. Drzewa sypią liśćmi, ale przy starym ogrodzie zakwitło kilka krzewów różanych schowanych za murkiem. Zakątek pełen ptaszków, które nie przestają nadawać z kolczastych chaszczy.





Po powrocie obiad, grzebanie w papierach na jutro, wieczorem Bez znieczulenia Wajdy (1978). Film nie taki najgorszy, chociaż za dużo w nim nut. Liczę żubry w Browsku, schował mi się żubr za żubra, ale oczy świecą się w ciemności. Żubry na miejscu; wszystko w porządku.

niedziela, 19 maja 2024

1614. Gaelic gasp.

Frustracja wygnała mnie z łoża dość szybko, zalegało mi na duszy, że miałam wczoraj sprawdzać, a nie sprawdziłam, poza tym wizję dwutygodniowych wakacji od tej nudnej orki przysłania mi poniedziałkowo-wtorkowy plan robienia osła w zastępstwie Saren. Pomimo tego, że w zasadzie poszłam spać po północy (zafascynowałam się zjawiskiem nazywanym gaelic gasp i nie mogłam się oderwać od yt), gdy Fred wstał, zdążyłam już coś napisać na bloga i wkurzyć się kilkakrotnie, że nie mam w one drivie kilku rzeczy, które powinnam tam mieć. 

Zjadłam z Kochanym drugie śniadanie (robaki; na pierwsze były ogóry małosolne, a co!), następnie mąż widząc, że się pałuję z rzeczywistością, zaproponował dwa plany. Wybrałam drugi: jedziemy do miasta na kawę, kupujemy żarcie, idziemy na spacer nad Boyne. Grand! (+ gaelic gasp).




W zakolu rzeki lato w pełni. Droga przez most była zamknięta (nadal remont, pojawił się murek, którego tam wcześniej nie było), więc mogliśmy swobodnie przejść się odcinkiem, który zazwyczaj pokonywaliśmy gęsiego, mijani przez samochody. 


Dopiero teraz doczytałam w sieci, że to ostatni dzień takiej laby, bo most zostanie otwarty 20 maja ... czyli jutro dzisiaj jutro.

Po powrocie do domu Fred zrobił obiad, potem doturlaliśmy się do Ka&Jot, na wieczorną konsumpcję ciasta, rozmowy, głaskanie Pieseła i seans Hel Kingi Dębskiej (2009). 


Potem Pieseł na spacer, my do domu. Prysznice, ostatnie precelki, Fred coś na zatoki, dobranoc.

piątek, 15 marca 2024

1550. Zakupy, Jim, Brugia.

Poranek był bardzo spokojny, typowy dla wspólnego dnia wolnego, śniadanie, kawy, rozmowa o różnościach. W okolicach południach wyjechaliśmy do Drołdy, najpierw do polskiego sklepu (ubrałam Fredowy szalik, Fred ubrał mój). Na mieście zdybała nas Szaron Kucharka (przedstawiłam jej męża), kilka metrów dalej zatrąbiła na nas Luiza (Irlandczycy mają ten mylący zwyczaj używania klaksonu do informowania, że widzą znajomego). Następnie zaszliśmy na kawę do Costy (była Andrea, ale nie miała czasu pogadać). Po kawie TK Maxx. Małżonek kupił mi ciemnofioletowy, kaszmirowy szal (Saville Row) i zieloną, lnianą bluzkę na lato (Benetton).

Po zakupach spożywczych (Tesco & Lidl, cały czas nucimy lisią piosenkę), zajechaliśmy na pole bitwy. Już przy samym wejściu spotkaliśmy starszego pana, który zaproponował nam zrobienie fotek przed budynkiem. Pan był bardzo miły, tośmy sobie zrobili, i jemu też ;).


Jim.




Spacer raczej krótki, dość chłodno, lokalna magnolia dopiero w pąkach, ale pogodynki na jutro wieszczą kontynuację deszczu, więc dobrze, że skorzystaliśmy. Przez chwilę wyglądało na to, że zjemy coś na miejscu, niestety zrobiło się trochę po czwartej i jadłodajnia właśnie się zamknęła. Wracaliśmy drogą nad kanałem (poziom wody wysoki, zalane terasy).


W domu rosół na podtrzymanie funkcji życiowych, potem Fred zrobił obiad (wszystko do muzyki Czyżykiewicza, która ostatnio obojgu nam plącze się po głowach). Miałam ochotę jeszcze raz obejrzeć Ciemno, prawie noc Lankosza, ale nic z tego nie wyszło. Znalazłam za to In Bruges Martina McDonagha (2008). Film bardzo irlandzki, zabawny, filozoficzny, dobry. 

Za moją nową czytankę wieczorną robi zbiór reportaży Mariusza Szczygła, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Czarne, 2017). Czasem trudno uwierzyć, że tam byłam :)

niedziela, 18 lutego 2024

1524-1525. Weekend.

Sobota
Po śniadaniu rozpadało się na dobre. Bán otworzył łapką uchylone okno i przyszedł rozłożyć się pod grzejnikiem w korytarzu. Przybierał różne słodkie pozy, ale że nie daliśmy się namówić na wspieranie kota czynem, więc w końcu sobie poszedł (dzień kota był, wiem). 

Przedpołudnie minęło nam szybko i nie wiadomo na czym. Soundtrack: The Smiths, The Queen Is Dead (1986), Rolling Stones, Hackney Diamonds (2023), Tracy Chapman, Greatest Hits (2015), czyli płyty przywiezione wczoraj.

Kochany przez dłuższy czas przewalał papiery próbując znaleźć dokument z ostatniego NCT. W końcu się mu udało, a przy okazji mąż odkrył voucher na €50 o którym zapomnieliśmy, podchoinkowy prezent od Katlin. Czyli obiad został załatwiony, w mglistym krajobrazie pojechaliśmy na lunch do Termon, żeby objeść się wrapami, kiszami i ciastem. Do tego Fred kupił bochenek chleba, który tak mu smakował jako przegryzka do zupy. 

Wróciliśmy do domu w okolicach czwartej; szybko wskoczyłam pod prysznic, bo chciałam, żeby włosy wyschły mi przed wyjazdem do Ka&Jot. Kochany zadzwonił do świekry i rozmawiał, a rozmawiał, nawet ja się dołączyłam (wywołana do tablicy). Cały dialog trwał ponad pół godziny.

Jakaś rekordowa rozmowa z moją mamą, po zakończeniu Fred zerknął na czas trwania.
Niedługo zaczniesz się jej słuchać, powiedziałam ot tak, żeby coś powiedzieć, są bowiem na świecie rzeczy możliwe i niemożliwe.

Wizyta u przyjaciół zmieściła się przed północą. Obejrzeliśmy Najmro. Kocha, kradnie, szanuje (2021) z Ogrodnikiem. Jako pastisz bawi.

Niedziela
W nocy za ciepło (termostat głupieje? tylko który?), na zewnątrz ładna pogoda, zapraszająca do wyjścia, więc po śniadaniu Kochany wziął mnie na spacer do Oldbridge (Bán pojawił się w ogródku, gdy odjeżdżaliśmy spod domu).

Po krótkim obchodzie (niewiele jeszcze kwitnie poza zawilcami) kawa, Tesco i wyjazd do centrum handlowego Millfield w Balbriggan (w Easonie mąż kupił mi trzy książki: biografię Trumpa, kontynuację DiU P.D. James i Be the Fittest). Następny przystanek, plaża w Laytown:

Poszliśmy ścieżką nad rzeką do plaży i korzystając z odpływu wróciliśmy na tę samą ścieżkę kamienistym wybrzeżem. Po spacerze na chwilę Drołda, żeby w polskim sklepie kupić obiad, i do domu. 

Szafka nadal nie została przez nas rozłożona (ani nawet nie wypakowana i przez weekend wszędzie z nami jeździła), w Kuchniosalonie bałagan, w pralce tumult rzeczy, w głośnikach Czyżykiewicz. Ten ostatni nie pomaga w podniesieniu nastroju. 

sobota, 15 lipca 2023

1307. Inaczej zwiariuję.

Wpis z dnia wczorajszego opublikowałam dopiero dzisiaj rano (przed północą byłam zbyt zmęczona, żeby zajmować się sortowaniem wydarzeń).

Jakiś czas po południu Fred oświadczył, że musi coś zrobić, bo inaczej zwariuje. Więc zrobił nam obojgu po zupie z Lidla, następnie wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy gdziekolwiek. Gdziekolwiek było w okolicach Drołdy. Najpierw chodziliśmy po znajomym parku zanurzonym w szarej pogodzie. 




Spotkaliśmy na swojej drodze kilka par, pod jabłoniami leżały pierwsza opadłe jabłka, Generał nie zwracał na nas uwagi, tak był zajęty popołudniową toaletą.

Byliśmy też na kawie u Aury, w TK Maxxie (Fred kupił bluzkę dla mojej mamy) i w Tesco (teoretycznie po kocie żarcie, ale dvd z filmem 1917 też się jakoś znalazło w torbie). Po powrocie do domu było picie herbat oraz telefon do Krakusów z okazji urodzinowej (przyjaciele mieli "rodos" na balkonie wieżowca; ich Młodsza Latorośl ponownie złamała rękę niedawno złamaną). Wertuję statystykę od przodu do tyłu, od czasu do czasu wertuję też dokumenty z okolic Tarnogrodu (mądrala by powiedział, że robię kwerendę), jem obiad zrobiony przez Freda, przytulam Freda, piję herbatę z cytryną. Czekam na godzinę 22:18, żeby potwierdzić, że o tej porze włącza się tuner, zupełnie nieproszony (zauważyłam to jakiś czas temu, problemu na razie nie rozwiązałam; jutro wyłączę laptopa przed godziną 0 i zobaczę, czy o tej samej porze tuner nadal odpala; na razie nie mam innego pomysłu, bo też i za dużo o tym nie myślałam). 

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

1211. Dziesiąty kwietnia.

Dalszy ciąg wielkanocnego gnieżdżenia się. W południe wybraliśmy się na zakupy spożywcze, bo od jutra jesteśmy oboje w rozjazdach. Kobieta w Tesco pochwaliła Fredowe buty i zapytała mnie, ile lat mi zajęło rozwijanie mężowskiego stylu ... zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że ani dnia temu nie poświęciłam. Poza tym zajrzeliśmy do Costy. Pogoda w kratkę, przelotne deszcze dwa razy zamieniły się w grad, pomiędzy opadami poszliśmy na spacer nad rzekę Boyne. Tutaj deszczowe chmury nad miastem:


W ogrodzie Oldbridge kwitną już grusze i rododendrony. Najpierw byliśmy z Kochanym za murem, potem na spacerze ścieżką wzdłuż kanału, która częściowo była w błotku, tak jak się nam zdawało, że będzie. 




Gdy ufaflunieni rozmokłą ziemią doszliśmy do parkingu, ponownie spadł deszcz. Po powrocie do domu Kochany zrobił obiad (kalafior z beszamelem), a ja ściubiłam nonsensy i nanosiłam ostatnie poprawki do poprawek. Obejrzeliśmy z Fredem drugi odcinek Nocy i dni, i tak jakoś na gadaniu zeszedł nam wieczór, że Kochany zupełnie zapomniał o swoim planie robienia gulaszu (wołowina jest w lodówce). Wideoklip z lekcją do kursu TT właśnie wysyłam, super wolno się ładuje na stronę. Nie bardzo wierzę, że kurs zaliczę, wszystko jest raczej słabej jakości, głównie dlatego, że nic a nic mnie to w tej chwili nie interesuje. Już do irlandzkiego nabrałam ociupinkę więcej serca po zajęciach w zeszłym tygodniu (a może tak działa na mnie myśl, że mam tydzień przerwy?). Nadal czekam patrząc na kręcące się kółko. Jutro rano do pracy na dłużej, trzeba będzie mózg pozbierać z kawałków.

wtorek, 21 lutego 2023

1163. Czasem szaro, czasem słońce.

O pierwszej w nocy obudził nas wrzask. Jakiś kot próbował wejść przez okno i wpadł na Ryszarda drzemiącego na parapecie. Bez gonitwy z łapoczynami się nie obeszło, Fred wyskoczył z łóżka, ale wypadki toczyły się tak szybko, że nic pewnego nie zobaczył. Twierdza została obroniona.

Mieliśmy dzisiaj wolne oboje, po śniadaniu posnuliśmy się do Drołdy w bardzo dobrych humorach (do tego ja nadal rozbijająca buty). Kawa u Aury i łażenie przy zakolu rzeki. Pogoda była zmienna, raz szaro, raz słońce, ale gdy zeszliśmy do kanału wiatr ustał i spacer był bardzo przyjemny. Po drodze spotkaliśmy człowieka i jego charta, szkoda że nie zapytałam o rodzaj, ale pies przypominał rasę saluki, z jedwabistymi uszami i ogonem. Piękny. Rzeka szumiała, ptaki śpiewały.



No ale potem znaleźliśmy jeża, zapewne potrąconego przez kosiarkę. Chwila wahania zadecydowała o tym, że nic w tym temacie nie zrobiłam i teraz mnie to męczy. Następnym razem po prostu się nie pytać, co należy zrobić, tylko zrobić. Przepraszam Cię, jeżu.

Humor mam zepsuty, trochę pogrzebałam przy excelu i to cały mój wkład intelektualny na dzisiaj. Jeszcze Celt napisał, że się do nas odezwie późniejszym wieczorem. Ech, idę pod prysznic.
___
edit 23:15 Dobrze jest się wygadać, o czymkolwiek. Rozmowa z Celtem trwała prawie dwie godziny (mijające błyskawicznie). Teraz w łóżku, lepiej nastawiona do świata.

sobota, 21 stycznia 2023

1132. Leniuszkowata sobota.

I wcale bym nie wstała przed wschodem słońca, gdyby mi Ryszard nie wydeptywał żołądka w sprawie śniadania. A kuchnia przywitała mnie wiadomością, że w kranie nie ma wody. Najpierw doczytałam na stronie, że prace nad naprawą pękniętej rury trwają do szóstej rano, ale po założeniu okularów się okazało, że do szóstej po południu. Argghhh! Mogłam nam pomóc tylko dobrym śniadaniem (dla mnie połowa wczorajszego obiadu, dla Freda ser wędzony z warzywami i kolendrą). Oprócz braku wody mieliśmy od wczoraj zatkany odpływ przy zlewie kuchennym. Na te dwa nieszczęścia dobre jest wyjście z domu, więc pomimo szarej pogody wyjechaliśmy do miasta. Najpierw poszliśmy na kawę do ulubionej naszej Costy, potem szwendaliśmy się po parku handlowym, żeby w TK Maxxie znaleźć prezent dla Katlin (✓), a dla mnie nowy kubek na szczoteczkę do zębów (✓). Po szybkich zakupach spożywczo-chemicznych (kret do odblokowania rur), skręciliśmy na pole bitwy. Spotkanie z Generałem było nieuchronne:


I takie tam dwa kółka spacerowe zostały zrobione:



Po drodze była rozmowa z Usz-solenizantką. A tu jeszcze raz Generał:


Wiem, że koty są dwa (drugiego spotkaliśmy wychodząc z ogrodu), ale ich imion nadal nie pamiętam, więc pozostanie szarża.

Okazało się po powrocie, że jeden problem techniczny został rozwiązany. Na drugi problem został napuszczony kret. Wieczorem byliśmy umówieni z Ka na herbatę. W ogóle przebieg soboty mógł być inny, bo jeszcze dwa dni temu Aś sugerowała, że może razem (my, Ka) weźmiemy udział w jej procesie decyzyjnym dotyczącym kupna nowego samochodu. Z zamiarów została wizyta wieczorna u Ka&Jot. Najpierw jednak Fred miał dłuższą rozmowę ze Stu do której dołączyli się obydwaj bratankowie (dzieciaki podobnie jak tata i wujek próbowali swoich sił w pozdrawianiu rymem, był wątek rekinowy w wykonaniu bratanka młodszego, BM). Szwagier opowiadał o swoich osiągach pływackich (bardzo mu kibicujemy) i stanie Wolski. Po skończonej rozmowie ze Stu, zadzwoniłam do mamy (w Polsce śnieg i 50 wróbli na tarasie). Prezent został wręczony Katlin. W końcu dotarliśmy do Ka&Jot na herbatę i sałatkę jarzynową. Pogadaliśmy o rzeczywistości (przede wszystkim o trudnej pracy i Ka i różnych dziwnie podejmowanych decyzjach emigracyjnych) i po dziesiątej byliśmy z powrotem. Sporo jak na sobotę bez wydarzeń. 

niedziela, 13 listopada 2022

niedziela, 18 września 2022

1007. Jesieniarstwo.

Sen taki, że chłopak-gwiazda (metroseksualny dość) zmagał się z remontem mieszkania socjalnego ;D. Były też inne sny, które chciałam zapamiętać, ale kot kręcący się i spadający z łóżka skutecznie wybudzał mnie z postanowienia.

Zaprawdę, wczorajszy spacer z którego wróciliśmy po zachodzie słońca mocno nas dotlenił. Obudziliśmy się oboje późno, w świetle nowego dnia wróciły rozkminy. Np. przyjaciółka nam powiedziała, że 2 tygodnie temu miała kolejne załamanie, nowy lekarz zamiast pillsów zasugerował godzinne spacery. Lokatorka mieszka z nią od tygodnia, to też dodatkowy stresor. Julija się uśmiecha, ale chyba wraca myślami do wojny, ciężko jej, jeszcze nie wiadomo jak długo zostanie, ani w zasadzie "czy".

Tatko przekazał, że w naszym samochodzie zostawionym w Polsce prawdopodobnie wysiadło zasilanie. Postara się coś z tym zrobić, jak się nie uda, trzeba będzie kupić nowy akumulator. Czyli wiadomości różne takie. A my hyc, wybraliśmy się do miasta. Najpierw miało być, że na zakupy, ale wyszło, że poszliśmy sprawdzić libańską restaurację Cedar Gates, która powstała na miejsce dawnej Canale (w pandemii był w tym miejscu nieszczęsny Epik, którego zniknięcia nikt nie żałuje): 

Bardzo dobre jedzenie, przystawki w sam raz, główne dania niezbyt pikantne (na dodatek zestaw dla dwojga wyszedł za €30), nie zjadłam wszystkiego, wzięłam resztę na wynos. Po jedzeniu krótko Lidl, potem kawa na zewnątrz Costy. Za kontuarem stała Shauna (+ zmianą rządziła prawdopodobnie Andrea, która mnie zapytała, czy już zwiedziliśmy wszystkie miejsca w okolicy), więc nie zapłaciłam ni centa, chociaż Fred wziął kubeł cappuccino na czterech szotach kawy. Napełnieni kawą pojechaliśmy do Oldbridge zrobić rundkę po ogródku:



Nastrój jesieniarski mi się włączył automatycznie. Ach, i jeszcze teściowa się mnie pyta, o czym miała do mnie więcej napisać. Pojęcia nie mam, może chodziło mi o genealogię (jutro zbiorę myśli na ten temat, jeśli będzie co do zbierania). Do końca dnia nie jem nic więcej poza ciasteczkami do dwóch pierwszych odcinków Zmienników. Kota bolał brzuch, Fred ma stan podgorączkowy, ja smarkam.

środa, 27 lipca 2022

952-953. Dłubanina.

Wtorek.
W pracy dopieszczałam tekst, albo też raczej czyniłam go strawialnym. Poprawiam i poprawiam, ciągle coś, jeszcze nie koniec, poza tym ogólnie raczej słabe jest moje wrażenie na ten temat.

Teściowa pozostawiona sama w domu postanowiła nam zrobić obiad, oprócz tego przyjmowała hołdy imieninowe i telefon często robił dzyń. Fred trochę z nosem na kwintę, bo rano w drodze do pracy miał niefajne zdarzenie drogowe z którego nie wiadomo, co wyniknie. I jeszcze zmęczony do tego. Dwa następne odcinki Mistrza i Małgorzaty i nie wiadomo kiedy robi się noc.

Środa.
Znowu do pracy, Fred tymczasem spędza czas z mamą. Kilka godzin siedziałam tylko z Saren, pod koniec wpadła do nas dziewczyna, która chce zapisać się na nowy semestr i zarzuciła nas informacjami o wszystkim. Typowe ADHD z dodatkowymi problemami, jeśli wytrwa w postanowieniu wrzesień będzie ciekawy. 

Po południu spacerowaliśmy we troje naokoło Oldbridge.


... i pod koniec spotkałam kłóliki. Fajnie, małe bobki wyszły wcześniej na sylflaj ;D

Po obiedzie oglądamy jeden odcinek Mistrza, czyli znowu odkładam, co miałam zrobić. Dalej dłubanina, wieczorem wykupiłam Grammarly, żeby sprawdzić tekst programem antyplagiatowym. Po co ja się tak przejmuję? Nie wiem, za bardzo jestem akuratna.