Rouge profond miał być na specjalne okazje. Wczoraj nałożyłam go po długiej przerwie, uja tam, jest życie, jest okazja, będzie to mój róż codzienny, do popołudniowej drzemki też. I tak z chanelem na policzkach powzięłam zamiar spaceru nad morze, ale wiatr zmienił moje plany, zrobiłam tylko kółko po osiedlu i pod domem pogadałam chwilę z Katlin.
Potem się smutałam, smutałam i smutałam, aż zadzwonił Fred z pracy i mi powiedział, żebym przestała się smutać i kupiła ten bilet. Zadzwoniłam do mamy z pytaniem, czy będzie miejsce przy stole i krokiet dla wędrowca (Mruczuś wykurowany, to teraz Maksiu na antybiotyku, mama myśli o fotowoltaice). Bilet na wylot do Polski kupiony został.
Wyprasowałam bieliznę, obejrzałam vlog Morgan Donner z przeglądem nowożytnych fryzur (co za transformacja!), w tym czasie, do 13:30, wróble z kolegami uporały się z rzuconym przeze mnie wyzwaniem (po próbie spaceru zasiliłam karmnik do pełna). Mann nadal czeka, aż będę miała melodię do czytania.
Ech, i nigdy więcej stir frya ze starego wołu, który być może zmarł śmiercią naturalną i koledzy postanowili spełnić jego marzenie bycia stir fryem z Lidla (to się mogło zdarzyć!). Dobrze, że przy tym zaczęłam oglądać Manhattan Murder Mystery (1993) Allena, czas smażalniczy minął przyjemniej. Z obiadu zrobiła się obiadokolacja, Fred wrócił po ósmej, opowiadam mu o bilecie, fotowoltaice i wróblach.