Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lipca 2025

2034-2035. Przez weekend.

Sobota. Odkrywam dwa miejsca siuśkowe (dezynfekuję je wodą z octem). Wykorzystuję pogodę pralniczą: piorę moje wełniane spodnie od dresu (ręcznie) oraz włączam Mani kino (pralka pierze zielony kocyk, który zaczął być pełnoetatowym kocykiem Mleczaków). Wychodzę do sklepu na rogu po loda w wafelku, przy okazji chwilę przystaję obok bardzo zmęczonej Anny. Anna rozmawiała wcześniej z Patrikiem; zauważyłam, że Pat (jeden z kilku lokalnych wiejskich głupków) wpada do niej od czasu do czasu, Anna jest uprzejma, ale wydaje się za nim nie przepadać (gdy sąsiad odchodzi, sąsiadka narzeka, że Pat wpada niespodziewanie i gada od rzeczy, a to ją męczy), z drugiej strony sama jest nieskładna, kilka razy pyta mnie o to samo, co z kolei męczy mnie. W końcu oddalam się mamrocząc pod nosem, że mus, bo przecie opieka nad kotami (kit; tak naprawdę wracam do ogródka na tyłach domu i jedząc loda we własnym towarzystwie patrzę na piękny świat). 

Oglądam filmik o projekcie Greensleeves. Śpię. Mańka dołącza na tapczanie w Kuchniosalonie. Robię obiad. Fred wraca z pracy i jemy. Słodkości wyglądają teraz tak:


Małe ladaco zdrowsze, za to po południu znowu siuśka, a potem tarza się w żwirku. Kochany nie wstydzi się iść nad morze z żoną z nieogolonymi nogami, więc idziemy. Nogi nieogolone, bo mi się nie chce, a żar leje się z nieba taki, że jest to właśnie ten jeden dzień w roku, gdy krótkie spodenki są koniecznością.

Wieczorem mietczynski, podobnie jak wczoraj (tym razem zerkamy w łóżku, przed snem).

Niedzielę zaczęłam o szóstej trzydzieści. Soundtrack mózgowy: Greensleeves oraz The Pogues Thousands Are Sailing (w piątek wracaliśmy z tą dokładnie piosenką z Carlingford). Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać platońskiego Fajdrosa, dzisiaj kontynuuję niespiesznie, częściowo polegując na tapczanie w towarzystwie Bronki. Rozmawiam długo z mamą, głównie o kotach oraz o kuzynie. Po powrocie Freda z pracy ostatni antybiotyk Maniowy. Obiadujemy. W radiofrance.fr słucham początku La Calisto Cavallego, na żywo z festiwalu Aix-en-Provence. Ponieważ był kolejny dzień upału, zdecydowałam się jednak przerwać sobie słuchanie i wyjść z Kochanym na spacer nad morze. Sałata nadal nieładnie pachnie.

Wracamy na końcówkę La Calisto. Włosy trzeba umyć. Octuję podłogę za tapczanem (gorąc!). Straszę maluchy dźwiękiem suszarki (nigdy wcześniej nie widziały tego urządzenia). Nie dokańczam oglądania długiego wywiadu z Schuhardtem.

sobota, 6 lipca 2024

1662-1663. Przymiarki.

Piątek
Byłam dzisiaj systematyczna, więc mogę się poklepać po pleckach (zrobiłam home office od 10 do 14, przerwa na zupę, sieciowanie, drzemkę, po 15.30 jeszcze półtorej godziny, potem czekam na Kochanego, który od rana był w nowej pracy).

Nareszcie obejrzałam do końca Miłość na Krymie Erwina Axera. Przerywały mi irytujące reklamy, ale adaptacja mnie przekonała. Poza tym nudy. Zauważyłam, że MyHeritage zrobiło aktualizację etniczności, co jeszcze bardziej zaciemnia sprawę. Teraz jestem kartoflanką w 100% z kartoflanej rodziny i nie wiem co o tym myśleć ;)

Sobota
Grafik Kochanego w nowej pracy jest dla niego na razie dość gęsty; Fred zaczął używać aeropresu, który kupił trzy lata temu w Sligo (uczy się obsługi) i rano poszłam śladem męża. Kawa całkiem ok, następnym razem sprawdzę wersję odwróconą (nasz młynek mieli chyba za grubo do takiej techniki zaparzania; no i waga kuchenna by się przydała). 

Poza tym dzień spędziłam przy laptopie, głównie się obijając. Wysłałam podanie o pracę leniwie korzystając z ChatGPT, a co :) Zerknęłam przez półtorej godziny na sprawy szkolne, z większą przyjemnością jednak zerkałam jak Karolina nosi suknię dworską z początków XIX wieku. Kiedy Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy obiad i trzeba się było spakować. Zastaliśmy przyjaciół w gorączce podróżniczej. Przeszliśmy się w czworo (ja z Fredem, Ka i Pieseł) na spacer, po czym Kochany wrócił na tę noc do domu. Jeśli chodzi o zmianę adresu z wiejskiego na miejski, taka sytuacja na spacerze:

piątek, 1 marca 2024

1536. Dewi Sant.

Śniła mi się ławka w starym domu, taka ławka pod płotem pomiędzy podwórkami (ławki już nie ma, podobnie jak płotu). W tym śnie najpierw Rysio nie żył, a potem żył. Ale jednak uświadomiłam sobie, że nie żyje, bo siedział na tej ławce z Grahamkiem, jakimiś dwoma czarnymi szczeniaczkami i dziadkiem Bronkiem.

Noc mocno deszczowa, poranek i cała reszta dnia taka sama; ciemno (mapa wiatrów pokazuje zawirowanie nad Wyspami). 

Piekłam naleśniczki, cerowałam, klikałam, mąż rozłożył się z ceremonialnym pastowaniem butów. Obejrzałam kilka ciekawych vlogów, m.in. rant Karoliny o AI i Nicole Rudolph historię życia Coco Chanel. Wspólnie z Kochanym obejrzeliśmy też starego Miecia o Zenku. Fred pojechał do portu po rybę na obiad. Miał też zamiar w drodze powrotnej kupić steka na jutro, ale pod rzeźnikiem już się nie zatrzymał, zniechęcony sztormową pogodą, która zmoczyła go na wybrzeżu (ponieważ małżonek wyszedł z samochodu i kręcił filmik ze wzburzonym morzem). Za to oprócz plamiaka Kochany przywiózł chowder, a do niego dwie pajdki chleba sodowego troskliwie zapakowane w serwetki bożonarodzeniowe.

Stu ma urodziny, więc była z nim rozmowa dłuższa (o depresji oraz sprawach różnych). Poruszamy się stosownie do pogody, w tempie nieco zwolnionym. Szafka nadal czeka na złożenie, idzie jej już drugi tydzień.

czwartek, 9 grudnia 2021

723. Plany.

Rouge profond miał być na specjalne okazje. Wczoraj nałożyłam go po długiej przerwie, uja tam, jest życie, jest okazja, będzie to mój róż codzienny, do popołudniowej drzemki też. I tak z chanelem na policzkach powzięłam zamiar spaceru nad morze, ale wiatr zmienił moje plany, zrobiłam tylko kółko po osiedlu i pod domem pogadałam chwilę z Katlin.

Potem się smutałam, smutałam i smutałam, aż zadzwonił Fred z pracy i mi powiedział, żebym przestała się smutać i kupiła ten bilet. Zadzwoniłam do mamy z pytaniem, czy będzie miejsce przy stole i krokiet dla wędrowca (Mruczuś wykurowany, to teraz Maksiu na antybiotyku, mama myśli o fotowoltaice). Bilet na wylot do Polski kupiony został.

Wyprasowałam bieliznę, obejrzałam vlog Morgan Donner z przeglądem nowożytnych fryzur (co za transformacja!), w tym czasie, do 13:30, wróble z kolegami uporały się z rzuconym przeze mnie wyzwaniem (po próbie spaceru zasiliłam karmnik do pełna). Mann nadal czeka, aż będę miała melodię do czytania.

Ech, i nigdy więcej stir frya ze starego wołu, który być może zmarł śmiercią naturalną i koledzy postanowili spełnić jego marzenie bycia stir fryem z Lidla (to się mogło zdarzyć!). Dobrze, że przy tym zaczęłam oglądać Manhattan Murder Mystery (1993) Allena, czas smażalniczy minął przyjemniej. Z obiadu zrobiła się obiadokolacja, Fred wrócił po ósmej, opowiadam mu o bilecie, fotowoltaice i wróblach.

czwartek, 21 października 2021

673. Złota irlandzka jesień.

Środę rozpoczęłam pastą z awokado oraz oglądaniem Bernadette ubierającej świnkę morską w kostiumy halloweenowe i Nicole Rudolph, która rozprawiała o rozmiarze retro obuwia.

Dzień był złoty. Za oknem obserwowaliśmy z Kochanym stado szczygłów, które przylatuje poskubać przekwitłe lawendy. Na obiad wyjazd do Termon, Fred rozsmakował się w chowderze, wróciliśmy napchani dobrocią po uszy. Mąż wysypał w ogrodzie ziarna dla fruwającej malizny, zaczynamy wcześniej sezon dokarmiania, żeby inni też byli szczęśliwi.

Przed wyjazdem do Ka&Jot rozmawiałam dłużej z mamą. Mama energiczna, choć wieści takie sobie: rachunek za gaz wzrasta o ponad 100%; z Maryśką, sąsiadką z tyłu, krucho, tatko podwiózł ją na badania, chyba niewiele zostało do zrobienia; babcia Mania coraz bardziej niesamodzielna, nie robi to różnicy, że niesamodzielność jest tworem jej umysłu, a nie ciała.

U przyjaciół obejrzeliśmy Czas mroku (2017) z Oldmanem w roli Churchilla. Oczywiście rola tytułowa zagrana bardzo dobrze, tylko czemu wszystko inne takie mdłe i szablonowe? Pograłam z chłopakami w twistera, podyskutowaliśmy o drugiej wojnie. W drodze powrotnej towarzyszył nam po północy wielki, zimny księżyc.

poniedziałek, 13 września 2021

636. Niech będą pochwalone.

Trampki moje. Są 'savage', tak powiedział przechodzień zakakując mnie tym oświadczeniem, gdy stałam przed Tesco i dzwoniłam do Freda. Są wściekle pomarańczowe i nieprzemakalne. Padać zaczęło dopiero, gdy wróciłam domu.

Do wczesnego popołudnia grzebałam się w biurze z papierologią. Na uczelni dostałam zgodę na zapisanie się na zajęcia, ale samego zapisu nie widzę, podobnie jak nie widzę mojego seminarium dyplomowego, choć oficjalnie dziekanat przystał na moje żarliwe pragnienie studiowania głupot pod podejrzanymi skrzydłami dr Pierzastej. Czy to będzie lepszy wybór niż Czesiu? Żywię nadzieję.

Gdy wróciłam, Freda już nie było w domu, dzisiaj ma Swords. Gadamy więc z kotem, przy obiedzie rozpoczynam oglądanie ósmego sezonu Midsomer Murders i odwlekam moment zajrzenia jeszcze raz do materiałów, które jutro wydrukuję (z pomocą przyszły mi filmiki na yt, np. Samantha Bullat w kostiumach z początku XVII wieku). Za pożyteczne rzeczy zabrałam się oczywiście w ostatniej chwili. Kot zły na matkę o zamknięte okno, mruczy głośno jak tygrys.

niedziela, 30 maja 2021

530. No power Sunday.

Półtorej godziny jogi yin o poranku przez zoom, na jajecznicy bez chlebka (Fred musiał pojechać rano do Lidla, żeby go kupić). Więc pierwszy większy posiłek to Fredowy żurek z chlebem, po południu, bo czas, kap kap kap, przecieka mi, gdy się tulam, rozmawiam o festiwalach piosenki żołnierskiej w czasach PRL-u i innych takich. Nadal nie mam dzisiaj połera. Leniwie gapię się jak Bernadette wszywa koronki do swojego nowego projektu.

Fred zadzwonił do brata, złożyliśmy mu życzenia. Długo Wu nie słyszałam, a w zasadzie nigdy nie słyszałam go w tak dobrym nastroju, gdy wiadomo przez słuchawkę, kiedy rozmówca się uśmiecha. 45 minut to niezły wynik. Na tapecie urodziny, choroba, yerba, szczepienia (Wu będzie miał za tydzień drugie dziabnięcie Pfizerem). Podbudował mnie ten kontakt. 

Wyjechaliśmy potem po chusteczki, a wracając z Drołdy Fred skręcił jeszcze na niebieską plażę. Pogoda była dzisiaj naprawdę letnia, tylko ja, jak ten dzik, przez większość dnia zalegałam w domu. Spacer był. I góry na Północy ledwo widoczne, jak namalowane akwarelą. Anna zapukała wieczorem, bo wyłączyła swoją Nokię i potrzebowała pomocy z ponownym włączeniem, więc jej powiedziałam o wszystkim, że Fred mnie rozpieszcza (znowu pół dnia gotował, tym razem fasolkę po bretońsku), i że no power.

Zatoki mam zaglucone, i nie mam nastroju. Wiem, co będzie, rozmowy nocne z Kochanym i klikanie, kaptur od szlafroka naciągnięty na głowę, jak u tego gościa z Gwiezdnych Wojen.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

481-482. Kryzys.

W niedzielę w sprawie konta bankowego dowiedziałam się tylko tyle, że nikt mi się na nie nie włamał. Dwa płukania zatok. Prowadziłam samochód spod Drołdy do domu i zjechałam nieco z drogi. Strasznie mnie to rozwaliło emocjonalnie. Świeży chleb z bananem na późną kolację trochę pomógł mi w smutkach.

W poniedziałek obudziłam się z muzyką Barry'ego do Tańczącego z Wilkami w głowie. Skąd ona tam, nie wiem. Pełna rezygnacji jeszcze przed śniadaniem połączyłam się z moim dostawcą telefonicznym (nie, nie mogą rozwiązać mojego problemu). Od jedenastej było milej. Właśnie, gdy kliknęłam na link zoom, do drzwi zapukał Majk z dostawą cieplutkich sconesów od Katlin. Katrina nakreśliła mi obraz tego, co dobrze byłoby zrobić, z sugestią, że możliwe jest sfinansowanie przez nich studiów, jeśli zdecyduję się kontynuować te rozgrzebane w polskim systemie. W międzyczasie Fred wrócił niespodziewanie wcześnie z pracy (wyjechał z domu na piątą rano) i za kamerą pomachał mi torbą z pączkami. Poszedł spać, a ja po rozmowach telefonicznych/wideo z kolejnymi trzema osobami z Obsługi Zdesperowanego Klienta w końcu zalogowałam się do banku.

Oglądałam jakże zajebistą Bernadette Banner rozprawiającą o kieszeniach i równie zajebistą Rachel Maksy robiącą sobie XIX-wieczne fryzury. Chyba jednak nie kryzys, trzeba spiąć poślady i podjąć decyzje. 

Wieczorem dołączyłam do długiej Freda rozmowy z Krakusami (urodziny Krakuski). Optymistyczny jest taki koniec dnia.