Sobota. Odkrywam dwa miejsca siuśkowe (dezynfekuję je wodą z octem). Wykorzystuję pogodę pralniczą: piorę moje wełniane spodnie od dresu (ręcznie) oraz włączam Mani kino (pralka pierze zielony kocyk, który zaczął być pełnoetatowym kocykiem Mleczaków). Wychodzę do sklepu na rogu po loda w wafelku, przy okazji chwilę przystaję obok bardzo zmęczonej Anny. Anna rozmawiała wcześniej z Patrikiem; zauważyłam, że Pat (jeden z kilku lokalnych wiejskich głupków) wpada do niej od czasu do czasu, Anna jest uprzejma, ale wydaje się za nim nie przepadać (gdy sąsiad odchodzi, sąsiadka narzeka, że Pat wpada niespodziewanie i gada od rzeczy, a to ją męczy), z drugiej strony sama jest nieskładna, kilka razy pyta mnie o to samo, co z kolei męczy mnie. W końcu oddalam się mamrocząc pod nosem, że mus, bo przecie opieka nad kotami (kit; tak naprawdę wracam do ogródka na tyłach domu i jedząc loda we własnym towarzystwie patrzę na piękny świat).
Oglądam filmik o projekcie Greensleeves. Śpię. Mańka dołącza na tapczanie w Kuchniosalonie. Robię obiad. Fred wraca z pracy i jemy. Słodkości wyglądają teraz tak:
Małe ladaco zdrowsze, za to po południu znowu siuśka, a potem tarza się w żwirku. Kochany nie wstydzi się iść nad morze z żoną z nieogolonymi nogami, więc idziemy. Nogi nieogolone, bo mi się nie chce, a żar leje się z nieba taki, że jest to właśnie ten jeden dzień w roku, gdy krótkie spodenki są koniecznością.
Wieczorem mietczynski, podobnie jak wczoraj (tym razem zerkamy w łóżku, przed snem).
Niedzielę zaczęłam o szóstej trzydzieści. Soundtrack mózgowy: Greensleeves oraz The Pogues Thousands Are Sailing (w piątek wracaliśmy z tą dokładnie piosenką z Carlingford). Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać platońskiego Fajdrosa, dzisiaj kontynuuję niespiesznie, częściowo polegując na tapczanie w towarzystwie Bronki. Rozmawiam długo z mamą, głównie o kotach oraz o kuzynie. Po powrocie Freda z pracy ostatni antybiotyk Maniowy. Obiadujemy. W radiofrance.fr słucham początku La Calisto Cavallego, na żywo z festiwalu Aix-en-Provence. Ponieważ był kolejny dzień upału, zdecydowałam się jednak przerwać sobie słuchanie i wyjść z Kochanym na spacer nad morze. Sałata nadal nieładnie pachnie.
Wracamy na końcówkę La Calisto. Włosy trzeba umyć. Octuję podłogę za tapczanem (gorąc!). Straszę maluchy dźwiękiem suszarki (nigdy wcześniej nie widziały tego urządzenia). Nie dokańczam oglądania długiego wywiadu z Schuhardtem.


