Nie jestem siłą dyscyplinującą w tym małżeństwie, gorzej nawet, pytam się, czy Kochany ma ochotę jechać do El Paso, a on się od razu zgadza ;) w sobotę po śniadaniu jedziemy więc w górę mapy, parkujemy jak zwykle w pętli pod drzewami, Kochany jeszcze płaci za parking, ja już cisnę do 3rd Place, a tu niespodzianka — kawiarnia została rozbudowana, zajęła drugą taką przestrzeń obok, po innym sklepie. Adekwatnie do sytuacji tłum klientów. Jeszcze się zagnieżdżają, ale niedługo będzie więcej stolików. Bardzo to pokrzepiające, znaczy, że biznes się rozwija i trwa; dla nas rewelacja, bo kawę serwują niezmiennie bardzo dobrą.
Zwyczajowo przespacerowaliśmy się do księgarni, dużo nowych tytułów, nie czułam jednak pilnej potrzeby, nic nie wpadło mi w oko.
Następnie przekroczyliśmy granicę z Północną i zrobiliśmy zakupy w TK Maxxie w Newry; znowu z kieszeni wypadło trochę grosza, jestem jednak bardzo kontenta, bo kupiliśmy prezent dla mamy (dwa topy Tahari z merynosów: burgundowy sweter na teraz oraz bezrękawnik w kolorze morskim na porę letnią), poza tym w końcu znalazłam sensowną suszarkę do naczyń na podmiankę starych, rdzewiejących zygli. Nie wiem, co jest grane, ale w sklepie kicham i smarkam, przechodzi mi na świeżym powietrzu (być może świeczki, świeczunie, akcesorium niezbędne dla każdej modnej kobietki, pani domu).
W drodze na chatę podjechaliśmy do portu po fish'n'chips na obiad. Rybkę wzięliśmy na wynos, wiatr był zbyt silny, żeby jeść na zewnątrz; wcinałam, aż mi się uszy trzęsły (przenikliwy chłód utrzymuje się już cały dzień, zmiana nastąpiła nieodwołalnie). Po obiedzie, około czwartej, zupełnie spadła z nas energia, nie miałam ani siły ani ochoty przestawiać suszarek, Kochany poszedł na godzinną drzemkę, dołączyłam niebawem.
A tu, prosz bardzo:
Anonimowy obgryzek zrobił sobie sławojkę, zagłębienie w trawie niedaleko wejścia do ogródka, które konsekwentnie napełnia nowym nawozem. Ma też wygodne, ocienione trawą schowanko pod jedną z jabłonek. Poza tym Bronia znalazła pod stertą skoszonej trawy resztki panierki z dzisiejszego obiadu (ale to już nie obgryzek; wyrzuciłam resztki dla ptaków, domyślam się, że wrona przygarnęła na później, już raz widziałam ją w takiej akcji).
Byliśmy umówieni z Ka na dokończenie oglądania Lalki Maślony, więc o siódmej znowu to samo, dyrdu dyrdu do miasta. Pogadanka przy herbacie we czworo, głównie o zdrowiu psychicznym, potem seans we troje, dwa odcinki. Co tu można dodać? Prus też oglądałby z zaciekawieniem ;) W domu dopiero trochę po północy ...



Przekraczając granicę między Irlandiami musicie okazywać jakieś dokumenty?
OdpowiedzUsuńW TKMaxx nie byłam lata całe, bo mnie tam też zawsze jakieś kichanie albo brak oddechu łapie, chociaż jestem typem raczej mało alergicznym. Podejrzewam, że ilość ciuchów tam zgromadzonych tak na mnie działa, albo rozpylają jakiś zapach w celu ukrycia zapachu tych ubrań. Na szczęście mamy osobny oddział TKMaxxa zwany HomeSense i tam jest podobny asortyment z wyłączeniem odzieży, obuwia, galanterii. Tam nie kicham, na szczęście 😁
@Aśka, granica jest tylko na mapie; zauważamy ją, bo w telefonie włącza mi się roaming.
UsuńCzęsto korzystam z TK Maxxa, ale kichałam teraz i to nie tylko w tym sklepie, zaszliśmy też do sklepu obok, po chwili zaczęłam mieć podobne objawy, więc przypuszczam, że chodzi o jakiś konkretny halloweenowo-bożonarodzeniowy asortyment.