Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2026

2489. W niedzielę o sobocie.

Nie jestem siłą dyscyplinującą w tym małżeństwie, gorzej nawet, pytam się, czy Kochany ma ochotę jechać do El Paso, a on się od razu zgadza ;)  w sobotę po śniadaniu jedziemy więc w górę mapy, parkujemy jak zwykle w pętli pod drzewami, Kochany jeszcze płaci za parking, ja już cisnę do 3rd Place, a tu niespodzianka — kawiarnia została rozbudowana, zajęła drugą taką przestrzeń obok, po innym sklepie. Adekwatnie do sytuacji tłum klientów. Jeszcze się zagnieżdżają, ale niedługo będzie więcej stolików. Bardzo to pokrzepiające, znaczy, że biznes się rozwija i trwa; dla nas rewelacja, bo kawę serwują niezmiennie bardzo dobrą. 

Zwyczajowo przespacerowaliśmy się do księgarni, dużo nowych tytułów, nie czułam jednak pilnej potrzeby, nic nie wpadło mi w oko.

Następnie przekroczyliśmy granicę z Północną i zrobiliśmy zakupy w TK Maxxie w Newry; znowu z kieszeni wypadło trochę grosza, jestem jednak bardzo kontenta, bo kupiliśmy prezent dla mamy (dwa topy Tahari z merynosów: burgundowy sweter na teraz oraz bezrękawnik w kolorze morskim na porę letnią), poza tym w końcu znalazłam sensowną suszarkę do naczyń na podmiankę starych, rdzewiejących zygli. Nie wiem, co jest grane, ale w sklepie kicham i smarkam, przechodzi mi na świeżym powietrzu (być może świeczki, świeczunie, akcesorium niezbędne dla każdej modnej kobietki, pani domu).

W drodze na chatę podjechaliśmy do portu po fish'n'chips na obiad. Rybkę wzięliśmy na wynos, wiatr był zbyt silny, żeby jeść na zewnątrz; wcinałam, aż mi się uszy trzęsły (przenikliwy chłód utrzymuje się już cały dzień, zmiana nastąpiła nieodwołalnie). Po obiedzie, około czwartej, zupełnie spadła z nas energia, nie miałam ani siły ani ochoty przestawiać suszarek, Kochany poszedł na godzinną drzemkę, dołączyłam niebawem.

A tu, prosz bardzo:

Anonimowy obgryzek zrobił sobie sławojkę, zagłębienie w trawie niedaleko wejścia do ogródka, które konsekwentnie napełnia nowym nawozem. Ma też wygodne, ocienione trawą schowanko pod jedną z jabłonek. Poza tym Bronia znalazła pod stertą skoszonej trawy resztki panierki z dzisiejszego obiadu (ale to już nie obgryzek; wyrzuciłam resztki dla ptaków, domyślam się, że wrona przygarnęła na później, już raz widziałam ją w takiej akcji).

Byliśmy umówieni z Ka na dokończenie oglądania Lalki Maślony, więc o siódmej znowu to samo, dyrdu dyrdu do miasta. Pogadanka przy herbacie we czworo, głównie o zdrowiu psychicznym, potem seans we troje, dwa odcinki. Co tu można dodać? Prus też oglądałby z zaciekawieniem ;) W domu dopiero trochę po północy ...

czwartek, 10 września 2026

2459. Lusterko, wdzianka, ślady po zębach.

Ach, z rana nieprzyjemna sytuacja — gdy jechaliśmy w kierunku miasta, drugi samochód zahaczył nas lusterkiem. Nic grubszego się nie stało, ale od naszego lusterka odpadła obudowa, która potem okazała się popękana i świecąca dziurą. Babcia jest z deczka oszpecona :I W związku na okoliczność, zaprosiłam Kochanego do Czarnej na poranną poprawę nastroju kawą. I fajnie, opowiadaliśmy sobie o tym, jak powinna być grana Łęcka :)

W pracy nie zjadłam porządnego lunchu, zdarzają się bowiem takie osoby, które nie mając pojęcia o własnej niewiedzy pracowicie wypełniają druki odpowiedziami bez sensu; zeszły trzy godziny, po następnych dziesięciu minutach już wiedziałam, że moja odpowiedź brzmi: nie.

Kochany wyruszył na łowy do Północnej, przywiózł z Newry nie tylko zapasy kocie oraz metalowe poidełko dla ptaków, ale jeszcze prezenta żonine, dwie koszule i spodnie. Pierwsza koszula (Farhi) wiskozowo-lyocelowa na lato, bo choć z długimi rękawami, na plecach ma rozcięcie z kukardkom, druga (Thomas Pink) bawełniana, w kolorze dunkelgelb :E. No i spodnie (POLO RL), zajebiaszcze, ciemnopiaskowe dzwony z grubej, dżinsowej bawełny, za długie, trzeba będzie je podwinąć.

W ogródku nie tylko rozłożyliśmy metalowy stojak-poidełko, ale też zauważyliśmy, że tajemniczy kupkacz-obgryzek kontynuuje nocne pałaszowanie jabłek.

Skończyłam Huellego Talitę (Znak, 2020).

Hebius poleca  —  L'Arpeggiata: The Three Countertenors na NPO Klassiek.

wtorek, 25 sierpnia 2026

2443. Update wtorkowy.

Przez noc jakiś obgryzek schrupał większość pozostawionych marchewek. Ząbki są niewielkie, podejrzewam szczury, okrągłych bobków brak. Szkoda, że nie mamy fotopułapki, która zaspokoiłaby moją ciekawość. Nie mam nic do szczurów, każdy chce żyć, fotopułapki nie kupię, przed nami inne, większe wydatki.

Wpadła Szefowa, podpisałam umowę do września'27. Prawdopodobnie tracę Teresę, oficjalnie z powodu braku podwyżki, choć wyczuwam tu inne sprawy rodzinne (koleżanka z tych, którymi można orać, bohaterka rodziny, czyli w tle obrazy Bacona; każdy jest do zastąpienia, tyle że roszady kadrowe są mało komfortowe psychiczne dla moi).

W czasie spaceru myszowego (coraz większa jesieniowość, na horyzoncie zbierają się chmury) oddzwoniła mama: pies nie ma czipa. Jeśli ktoś go szuka, powinien się bardziej postarać, w sieci zapytań brak. Duży pies, wygląda na Felicjana.

Zaczynamy z Kochanym kminić szczegóły jesiennego wyjazdu do Polski. Odbędzie się później niż zwykle i najprawdopodobniej zrobimy trochę mijanki. Za to jest duża szansa, że koty będą miały dobrą opiekunkę na czas nieobecności nas obojga (zaszłam do Anne po obiedzie, gdy na osiedle padał już drobny deszcz; sąsiadka dokładnie sprawdziła daty, wygląda to optymistycznie).

W głośnikach album Ballada na koniec świata Siekiery.

Umarła Dolly Parton, mówi Fred. Chyba jedyna lubiana przeze mnie piosenkarka country. Trzeba było łyknąć coś na pocieszenie: zaczęłam słuchać pierwszego opowiadania z tomu Miecz przeznaczenia.

sobota, 8 sierpnia 2026

2426. Kolory sierpnia.






susza

patrzę rano przez okno, a tam w ogródku ... karzeł
nie ma się co dziwić, mieszkamy w Irlandii 
czyli robotnicy wpadli rabotać w sobotę, miło (akurat jeden był karłem, zdarza się)
tylko że ... nie nacieszyłam się długo
panowie coś posprawdzali w ogródkach i zniknęli po jakiejś pół godzinie

Kochany w pracy, nad morze wyszłam sama
zachęciło mnie do tego gruchanie grzywaczy i gdakanie drobiu
gdy wywieszałam pranie

wczoraj wieczorem dorzuciłam sobie do stosu książek Wbrew regułom Hjorth
mam to w pedeefie, więc trochę dziwnie się czyta, dobre i to
poza tym zaczęłam słuchać pierwszego opowiadania z tomu Ostatnie życzenie Sapkowskiego

Anne podłamana — Ukrainka wyjechała rano do rodziców, może na stałe
koniec z polowaniami na szpaki w naszym ogródku
Anne jednak szkoda, smutku jej

środa, 20 maja 2026

2345-2346. Trzeba sobie jakoś radzić.

Wczoraj (wtorek) nie chciało się mi nic pisać — dzień był długi, szary, Kochany pracował do siódmej, więc wracałam do domu autobusem, a po powrocie na wieś wychynęłam jeszcze tylko raz, żeby w sklepie za rogiem kupić sos pomidorowy do obiadu. Kiedy jedliśmy, dziewczynom udało się otworzyć drzwi i wyjść na chatę. Kochany zauważył incydent dopiero, gdy odebrał telefon od gościa, który wpraszał się na dzisiaj do mierzenia okien i drzwi, albo czego tam. Poza tym pamiętałam i pamiętałam, ale wieczorem dopiero Fred przypomniał, żeby zadzwonić do mamy z okazji jej urodzin. Mama zjadła 1/4 tortu i podliczyła, że ma lat dokładnie 15 (to mniej niż ostatnio, ale przecież bywa i tak). Po rozmowie nie bardzo chciało mi się cokolwiek innego poza prysznicem i książką. Pozwoliłam sobie na dłuższą lekturę, bo budzik nastawiłam dopiero na siódmą.

Powód późniejszej pobudki taki, że rano miałam kolejne pobranie krwi. Skoro o dziewiątej byłam oczekiwana na czczo, motywacji do zrywania się przed świtem brak. Wbrew obawom procedura pobrania była tym razem ekspresowa, z piętnaście sekund i git (inna kobieta pobierająca, mniej współczująca, za to szybka jak perszing). Spóźniłam się do pracy o wiele mniej niż zakładałam. Pierwsza część dnia jak w malignie, pewnie z powodu braku śniadania, a może z natłoku myśli. Teresa genialnie ogarnęła kołchoz, Szefowa wpadła przed jutrzejszym audytem; wyszłam kupić burrito i kawę u Turka. Tymczasem Fred miał multum spraw w rozjeździe: wyjazd do mechanika, żeby uregulować rachunek (El Paso), powrót do domu, bo się trzeba było zaopiekować panami od mierzenia spraw, spotkanie z Dżakiem w temacie monodramu (Drołda), odebranie skołowanej żony z pracy ;)

Podczas spaceru z myszkami znalazłam resztki jasnoniebieskiej skorupki w bladobrązowe ciapki. Gugiel mówi: kos. Możliw, bo rzeczywiście pan kos wpada do nas regularnie, także tego popołudnia, na sałatkę jabłkową. 

Kochany długo robił gulasz, na ten czas wyniosłam się do salonu, cebula dawała ponad moje możliwości. Wzięłam ze sobą koteczki, za bardzo się jednak kręciły. Wieczór: obiadokolacja z deserem (środa = świeże tartaletki), obgadywanie świata. Nie chce mi się myśleć o jutrze, więc nie myślę i już.

niedziela, 26 kwietnia 2026

2322. Niedzielne lenistwo.

Z rana okazało się, że w nocy Bronia jakoś pozbyła się kołnierza. W ciągu dnia jest znacznie lepiej, ściągam jej kołnierz na jedzenie, kuwetowanie i spanie na czyichś kolanach. Do rozgrzebanych lektur dorzuciłam słuchankę Grynberga z Audioteki, Rok w którym nie umarłem. Raptem trzy godziny, więc zaraz skończę. Albo nie. Jeeves and Wooster 1.4. Kawa w ogródku. Spacer nad morze. Lody w wafelku.

Jeśli chodzi o spacer nad morze, dałam się uszczypnąć krabowi (Corystes cassivelaunus?):


Jeśli chodzi o lody, większość konsumpcji dokonała się w ogródku (pogoda jeszcze jako tako, choć zapowiadano deszcz):


Mąż zrobił obiad i dzień prawie skończony. Od dziewiątej dieta Mańkowa, bo jutro jej kolej. Tak że tak. 

sobota, 25 kwietnia 2026

2321. Przyjemności i zmartwienia.

Po wczorajszym bólu dupy dzień zupełnie domowy, tylko wczesnym popołudniem wyjechaliśmy do Termon po dwie tartaletki na deser. Po pierwsze jednak, późno wstałam; gdy się wygrzebałam z wyra o dziewiątej, Kochany był już po śniadaniu. Zajęłam się rozwieszaniem prania, gotowaniem rosołu i towarzyszeniem rekonwalescentce, podczas gdy mąż szalał w ogródku: przekopywał górkę Rysiową, odkurzał Babcię, czyścił rynny. Bo dzień był po temu idealny, temperaturowo niby bez ekscytacji, jakieś 14-15 stopni, ale za to krajobraz bez jednej chmurki, bezwietrznie, upojnie. Rozmawiałam z mamą, rodzice mieli podobny pomysł, tylko ogródka więcej; mama przy Co ludzie powiedzą stwierdziła, że siły jej uciekają.

Rekonwalescentka:


Bronia zaczęła lizać ranę, więc pod wieczór trzeba było założyć kryzę.

Po rosole, rozsiedliśmy się w ogródku przed domem z kawą i tartaletkami. Poza tym na zdjęciu białe kalie od Katlin, które każdego roku rosną niezrażone jak chwast, rząd wrzosów kwitnących przez większość roku (nawet w styczniu), busz pod oknem, z rozmarynem i pszonakiem Bowles's Mauve na pierwszym planie, jeden z trzech kwiatów Delnashaugh (możliwe, że i one zostały zaatakowane przez wredną muchówkę i dlatego w tym roku nie są tak spektakularne), oraz kwiat elstara, może już ostatni, bo jabłoń ciężko choruje.







Piękny dzień. Jeeves and Wooster 1.3.

Wieczorem skończyłam słuchać Los, który dziedziczysz Orvos-Tóth (Agora, 2024). Potem już tylko zmartwienia Broniowe i rozkminki jak jej pomóc.

niedziela, 29 marca 2026

2293-2294. Ciepło?

To się tylko tak wydaje, mili państwo. W sobotę słonecznie, przeważnie. Zdjątko poniższe zdjęłam sobotnim porankiem, na nim jedyna (jak mniemam) Bella Vista, której cebula przetrwała atak szkodnika (jak teraz o tym myślę, sądzę, że to one mogły być źródłem zarazy, pobzyga zaatakowała je w pierwszej kolejności):


Po nietypowym śniadaniu (wsunęliśmy trochę wczorajszego gulaszu) pojechaliśmy do Drołdy, po prawdzie sprawdzić, czy przypadkiem nie zostawiłam w biurze włączonego grzejnika, bo mam świra, ale też zrobiliśmy zakupy w polskim sklepie, a potem poszliśmy na kawę do Czarnej. Kolejka spora, za to dobre miejsce, z widokiem na ulicę, gdzie obserwowałam taką koegzystencję:

Wróciliśmy do domu wczesnym popołudniem, trzeba było dziewczynom wynagrodzić nieobecność, więc koteły zostały wzięte na krótki spacer. Obiad. Kochany zadzwonił do Stu, ja w tym czasie długo rozmawiałam z mamą, prawie półtorej godziny, trudno mi teraz powiedzieć o czym (Franiulce trochę przechodzi, na Dolnym Śląsku jest zimno, a skoro Kochany skończył swoją rozmowę wcześniej, wspomnieliśmy mamie, co tam u Stu).

Wieczorem zaś wyjazd do Pieseła, chwilowi miastowi oboje (tym razem, bo w ciągu tygodnia Kochany będzie jeździł raczej sam. Zapakowałam się po żołniersku: półwilgotny ręcznik, szlafrok, krem, szczoteczka, książka). Od razu po przyjeździe i przywitaniu się z zaspanym gospodarzem, wzięliśmy go na spacer za osiedle (cień z uszami to ja):

W trakcie spaceru testowałam moce aparatu w telefonie, jak widać. S25 bardzo ciekawie rozjaśnia nocne krajobrazy (moje oczy widziały coś zdecydowanie ciemniejszego, albo raczej widziały niewiele). Towarzyszył nam gwiazdozbiór Oriona (po lewej):

Sądziłam, że po powrocie ze spaceru obejrzymy dobry film na Netflixie, ale ten punkt nie za bardzo wyszedł. Po długim skrolowaniu wybrałam The Royal Tenenbaums (2001), bo Anderson, ale bardziej, bo Hackman, bo Huston. Niestety początek mnie nie ujął, przegrał ze zmęczeniem, wygodny materac był bardziej przekonujący. Jeszcze chwila z książką i w kimono.

Obudziliśmy się na dobre chwilę przed nastawionym budzikiem, 7:29. Gdyby nie zegarki analogowe, które się same nie synchronizują, może nawet nie zauważyłabym, że właśnie dzisiaj czas przestawiono na letni. Byliśmy obudzeni i stęsknieni za koteczkami; Pieseł dostał jeść, a my nawet nie napiliśmy się herbaty, żołnierski ekwipunek spakowany, ruszyliśmy na południe :) Na zewnątrz szarość, drobny deszcz. Drugą podpowiedzią zmiany czasu, już w naszym domu, byłby zegar w termostacie, który przestawił się na rok 2011. Co ja robiłam w roku 2011?

Potencjalna drama: Maniusia właśnie intensywnie pociera łapką oko, które bardzo się zaczerwieniło, łzawi. Jakby powiedziała babcia Mania: zaś coś. Dzień dobry.
___
edit 16:30 czy to coś znaczy, że w Dantem utknęłam na Czyśćcu? :D Przed chwilą zadałam sobie pytanie, czy chcę tekstu słuchać dalej i okazało się, że nie. Bardzo słuchanie rozwlekłam w czasie, czyli to nie jest lektura na ten moment. Może jeszcze do mnie przyjdzie. Albo nie.

Ach, jestem dzisiaj błyskotliwą panią domu gdyż obiad: podjechaliśmy do portu, zamówiłam dwie duże porcje ryby z frytkami. Było zbyt wietrznie, żeby jeść z widokiem na morze. Widok na morze:

Zabraliśmy pakunek na chatę, dołożyliśmy do tego dwie puszki pepsi i rewelacja. Kochany poszedł już na drzemkę przed kolejną podróżą; siedzę z maluchami, oczko Maniowe raz lepiej raz gorzej, za to Maniusia, gdy nie śpi, jest jak syrena strażacka, nieskończona litania kocich zawodzeń o bólu oczka, porzuceniu przez rodziców i trudach kociego życia. 
___
20:40 Kochany wyjechał już do Pieseła, właśnie go spaceruje; rozmawialiśmy, gdy był w drodze po tej samej trasie, którą wczoraj pokonywaliśmy razem; zobaczymy się dopiero jutro po południu. Myślę sobie jak bardzo nie lubię, gdy się rozstajemy. 

piątek, 27 lutego 2026

2264. ... (beztemacie)

W drodze o poranku zebrało się nam na wspominki, pewnie dlatego, że wiosnę wyczuwamy (o świcie i wieczorami w ciemności coś kwili). I tak sobie rozmawiamy, Kochany i ja, że Ryśkowi by się podobało. Tymczasem nie ma Rysia, nie ma też bladych twarzy obserwujących kiedyś okolicę z okna vis-à-vis. Pamiętam, tylko od czasu do czasu panta rhei mocniej pobudza świadomość.

Po pracy wyszłam w kierunku polskiego sklepu, Kochany nadjechał zza winkla, zrobiliśmy zakupy, poszliśmy na kawę do Costy. 

A ty wiesz, że narcyzy ci kwitną? zapytał mnie mąż znienacka tuż po powrocie do domu. Aaaaaa, nie wiedziałam. Na jesieni jedną doniczkę z cebulami upchnęłam między płot i murek, prosz bardzo:

Musiały rozkwitnąć z dobry tydzień temu (pęcznieją także Ripy van Winkle); moja niewiedza jest najlepszym potwierdzeniem negatywnego całokształtu sezonu zimowego — mokro, grząsko, niechęć do wystawiania trepka za próg domostwa, trawnik przed domem zarośnięty mchem. Pozytywy: okoliczności przyrody podlewały wszystko tak konkretnie, że przydomowa choinka odratowana przez Freda w zeszłym roku chyba przetrwała kolejny czas niepogody.

W domu znowu uszka mi oklapły, naprawdę brakuje mi ruchu, nowości, Kochany zajęty swoimi sprawami, a ja klikam na oślep w poszukiwaniu strawy dla synapsów; Anne zaprosiła mnie na jogę, niestety w czasie, gdy nas nie ma w okolicy :(

sobota, 9 sierpnia 2025

2062. Pięćdziesiąty dzień lata.

Po kocim śniadaniu odkryłam, że Bronce wychylił się drugi kieł na dole, a ten po prawej stronie zniknął. Bronka Szczerbula. To jest zapewne powód dla którego niewiele je ostatnio suchych chrupek, musi ją boleć, malutką, ale bardzo dzielna jest. Sobota upływa mi więc na głaskaniu szczerbatego kota i głaskaniu zasmarkanego kota, na czytaniu powieści — przed drugą ukończyłam Will and Testament Hjorth (Verso, 2019) — gotowaniu obiadku (sos pomidorowy z pieczarkami i cukinią do świderków), na rozmowach video (rodzice idący właśnie do sklepu, Fred w czasie krótkiej przerwy w pracy i w czasie długiej przerwy w pracy). Rano miałam świetny pomysł, że cały dzień będzie ładny i wyniosłam pranie do ogródka, żeby nawet go nie rozwiesić, bo poczułam na rękach delikatne igiełki deszczu. Czyli pogoda taka sobie, jak należało się spodziewać, zamiast wierzyć naiwnie prognozom z AccuWeather, które są bardzo dokładne do czasu aż nie są, bo tak naprawdę, żeby przewidzieć tutaj pogodę, koniecznie jest wyjście przed dom, przy czym trzeba się pogodzić z rzeczywistością, że prognoza będzie trafna tylko na najbliższe kwadrans. Gdy po południu Kochanie przyjechał z pracy, obiad był już prawie gotowy, tylko kilka minut i najadaliśmy się do wypęku. Potem spacer z dziewczynami po jesienniejącym ogródku:


Zanim Kochany wrócił do domu, zdążyłam jeszcze potraktować octem jedną z osikanych książek, również Hjorth; na efekty trzeba trochę poczekać, niestety. Siedzę teraz przy biurku męża i klikam. Maniuśka drzemie na moim fotelu (bardzo udany dzień, dwa razy odwiodłam ją od siuśkania byle gdzie — maleństwo po otrzymaniu odpowiedniej porcji głasków, samo trafiało do jednej z kuwet). Bronisia siedzi na oknie obok biurka, na drapaku, i obserwuje ćmy buszujące w ciemniejącym ogródku, kuszone światłem z Kuchniosalonu (oczywiście od czasu do czasu rzuca się do polowania i odbija od szyby). Koty wydają się szczęśliwe, że cały czas ktoś z nimi jest, nawet, gdy chrapią i tylko strzygą uszami (chętnie poszłabym w nowym tygodniu na kocierzyński). Na osiedlu zapada zmrok.

czwartek, 26 czerwca 2025

2017-2018. Pięć i sześć :)

Środa
W naszym domu doszło do przemieszczenia się sił. Od kilku dni pracujemy na laptopach zalegając w sypialni, Mleczaki przejęły mój fotel, dzisiaj np. siedziałam na tapczanie w czasie obiadu, niedorostki właśnie były w trakcie drzemki. Po obiedzie Fredowym lektura; chcemy iść nad morze, ale zmogła nas pogoda niezachęcająca — chmury, chłodny wiatr. Zapadamy się oboje w letni sen burzowy. Po jakimś czasie Mózg mówi mi, że właśnie walczy z myślą, czy wstać na siku, wymaga to jednak głębszego zastanowienia. Gdy otrząsam się z zaspania, jest godzina ósma, na zewnątrz ponure, burzowe ciepło. Na chwilę oboje wychodzimy dorywczo popracować w ogródku (wyciągam rękawice, sekator, siedzisko).

Kamień milowy Mleczaków: nauczyły się wspinać na kuchenkę. Wieczorem Kochany zastał je w tym miejscu. „Odłożone” na bok, za chwilę radośnie pokazały swoją nowo nabytą umiejętność: pacz Kotato, umiem!

Czwartek
W nocy padał deszcz. Wybraliśmy się z Kochanym do miasta oboje, czyli rano przystanek pod Czarną, podałam mężowi kubeczek i wróciłam do środka na relaks przed pracą. W ciągu dnia zaszłam do sklepu charytatywnego, odnalazłam tam książkę Vigdis Hjorth, ale czujna stwierdziłam, że nie dam się ponieść entuzjazmowi, gdyż najprawdopodobniej już ją kupiłam i w oparach euforii, jak podpowiadał mi Mózg, odłożyłam na później (rzeczywiście tak było → marzec w Dublinie). W ebooku rozpoczęłam Rejwach Mikołaja Grynberga, głównie dlatego, że gruba Bator została w domu. Dobra czytanka, szybka, ale dająca do myślenia.

Wróciłam do domu wcześniej, upichciłam obiad. Kochany w domu po piątej. Jemy, aż się nam uszy trzęsą. Powietrze gęste od wilgoci, chmury poszarzałe.

niedziela, 25 maja 2025

1986. Niedziela na wsi i w mieście.

W nocy w jednym łóżku przebywały cztery osoby: dwie ludzkie oraz dwie osoby kocie, Niunia i Wojtuś.

Bardzo ładny dzień. Po śniadaniu poszłam na dwa spacery, najpierw z mamą wyspacerowałyśmy Maksia, małą pokrakę. Wracając zaobserwowałyśmy ptaki kołujące nad wsią, jednego wielkiego i dwa mniejsze usiłujące go przegonić. Sokoły i jastrząb? Ciekawe wydarzenie. Przegrupowanie; poszłam na cmentarz z mamą i Fredem, z sukcesem testowaliśmy wkładomat. 

Po powrocie było na tyle ciepło, że na chwilę wskoczyłam w sukienkę i w ogródku zaległam w fotelu z książką. Reszta zwierzyny równie obficie korzystała z promieni słonecznych: Gosiunia wylegiwała się na podwórku, koty polegiwały w fotelach lub asystowały przy posiłkach. Od czasu do czasu nad lasem kołował kruk, oznajmiając swoje przybycie, bądź przemieszczając się bezszelestnie.

Po obiedzie, który zjedliśmy pod parasolem na rodos, wyjechaliśmy z Kochanym do Tcy, na kawę w Kocie (piłam Kenię z kality, zjadłam kawałek baskijskiego sernika) i spacer przy tężni. Tego drugiego nie przerwał nam dzisiaj żaden lokalny pijaczek; przez jakiś czas grzaliśmy się na ławeczce przed tężniami. 

Ostatnie promienie słońca łapaliśmy ponownie w przydomowym ogródku.

Jeszcze raz wyszłam na spacer z mamą i Maksiem po kolacji (las nadal śpiewał, w oddali odezwały się żurawie). Przy szumie telewizorni (nie oglądamy programów informacyjnych, tylko kryminałki lecą w tle) Kochany rozmówił się z Marksistką, a to znaczy, że mamy zaklepany kolejny nocleg. Fajne takie życie.

sobota, 17 maja 2025

1978. Sennie.

Po wstawieniu prania wyszłam na poranny, godzinny spacer nad morze i nie zrobiłam ani jedniusieńkiego zdjęcia, bo przez ten czas rozmawiałam z mamą. U nich deszcz i nudy, u mnie słońce i nudy (Kochany wyjechał do pracy na ósmą). Dzień senny, drzemię, piję kawę; mama zadzwoniła jeszcze raz po południu, żeby powiedzieć, że znalazła ładny dom w naszej okolicy i kupuje ;) Kochany wrócił po piątej; obiad po szóstej. 

Gdy zbierałam pranie, na górce Rysiowej stał kos i tak na mnie spojrzał, jakby chciał zapytać: Przepraszam, a jabłka dzisiaj będą? Więc były; zaraz pan kos pojawił się z kosową i z widoczną radością zajęli się każde swoją połówką. Wszyscy zalatani, młode wróble już fruwają z rodzicami i uczą się korzystania z poidełka. Dobry jest taki spokojny dzień; tylko mam kłopot z czytaniem, odkładam to na później, które nie nadchodzi, bo ciśnienie leci w dół i oczy się zamykają. Chwilowo zafascynowałam się statystyką Eurowizji, tzn. lubię jak dodają te wszystkie punkty, to jest interesujące; bo jednak muzyka eurowizyjna najczęściej do słuchania się nie nadaje. 

wtorek, 13 maja 2025

1974. Piękny dzień ...

... kusił i skusił. Z Drołdy pojechaliśmy do El Paso na naleśniki, a potem do Blackrock na nie wiadomo co (spacer był, czyli jednak wiadomo).

Ponieważ zawsze dziwimy się światu, znaleźliśmy takie coś:

I to wcale nie jest muszla, tylko os sepiae, kość mątwia. 

W domku na obiad sklepowe krokiety; dupy nie urywały, ale mogą być. Ogólnie mam jak do tej pory dość spokojny tydzień pracowniczy: Szef jest dziwak, co bardzo dobrze mi współgra z moją własną dziwnością, praca zazwyczaj niezbyt stresująca, mam czas na zajmowanie się sprawami pobocznymi. Wieczorem piszę, podsłuchuję mężowskie rozmowy telefoniczne piąte przez dziesiąte i gapię się przez okno. 

Sąsiadka napisała mi wiadomość, że opiekuje się dwoma ukraińskimi kotami, do czasu aż ich właściciele znajdą dom, w którym będą mogli mieć zwierzęta. Zaszłam, zapoznałam się z rodzeństwem, piękne maluchy, bardzo odważne i żwawe:

Po powrocie od sąsiadki Kochany mi oświadczył, że się nam wykluły młode ;) Tzn. znalazł część skorupki jajka, najprawdopodobniej szpaczego:


Przy okazji inspekcji ogrodu się okazało, że ślimonie już wpierniczyły część łubinu i szałwi; odpowiedź jest stanowcza i bezwzględna.

piątek, 2 maja 2025

1963. Przedmajówkowo.

Gdyż majówka dopiero od popołudnia. Do południa praca, potem Kochany zabrał mnie z miasta.

Z okazji majówki, albo z okazji jakiejkolwiek, zaopatrzyłam się w Bootsie w nową szminkę do ust, tym razem L'Oreal nr 300, Le rouge Paris. Na pierwszy rzut oka niewiele różni się od mojej starej Maison marais, ale rzeczywiście trochę inaczej wygląda w zależności od podtonu skóry. 

Pochowano Annę Emerytkę.

Kochany zrobił obiad (dorsz jak marzenie) i grzebaliśmy nieco w ogrodzie: posadziliśmy łubin i dwie szałwie, trochę chwastów zostało ogarniętych, Fred podlał kilka krzaków; wpadł Mleko, od razu zainteresował się wyłącznie nowymi roślinami; Sąsiedzi chodzili tu i tam, Majk w samych porciętach polerował samochód, Katlin podzieliła się paroma ploteczkami, Lisa zaoferowała się Fredowi, że rozpyta w temacie metalowych tabliczek mogących upamiętnić Ryszarda (kot został oczywiście wspomniany wyłącznie w dobrym kontekście, że wszyscy go kochali i nadal go pamiętają).

Wielokrotnie bezskutecznie próbowałam skontaktować się z rodzicami. Okazało się, że byli we Wro na obiedzie (lambadziarze! ale cóż zrobić, gena nie wydłubiesz) oraz na rodos. Połączyłam się z mamą dopiero po naszej siódmej i nawijałyśmy ponad godzinę. Czyli jestem zmęczona, dopijam herbatę, czytam wpisy blogowe zamiast książki. Kochany mi mówi, że siedem lat temu o tej porze byliśmy w górach Kerry. Jakie siedem lat temu? Przecież dopiero co się poznaliśmy!

środa, 30 kwietnia 2025

1961. Ulga.

Powrót na własne śmieci ucieszył mnie jak wakacje na Hawajach. Z wielu negatywów naszego domku: mamy mało miejsca na wszystko, wpadamy na sprzęty, poza tym nie mamy zmywarki do naczyń. Z drugiej strony, nie mamy też blatu na którym odbija się każda postawiona szklanka, ani psa-atencjusza z lękiem separacyjnym i nawykami żebraka.

W pracy miła odmiana, najpierw wyjście na świeże powietrze i spotkanie z lokalnymi organizacjami, potem trochę finansowych papierków na koniec miesiąca. Pieniądze innych ludzi. Na szczęście na razie pracuję pod nadzorem. Wyszliśmy z Jamy o trzeciej, na miasto zalane słońcem. Pod dawnym M&S spotkałam Ger Bez Zęba Na Przedzie, teraz już z zębem, a nawet z całym garniturem nowych siekaczy. Jest już na emeryturze, pomalowana samoopalaczem i zadowolona, pogratulowała mi zatrudnienia (btw, w czasie spotkań pracowniczych wyhaczyłam Ronę, nowe ploteczki są takie, że i Bridżet znalazła lepszą pracę). 

Przed powrotem na wieś Kochany zabrał mnie do Woodiesa, gdzie kupił kilka roślin: dwie ozdobne szałwie na miejsce tych, które się w zeszłym roku wyrodziły (Hot Lips i greggi Royal Bumble), nowy łubin (tym razem kremowo-żółty), stokrotkę marokańską (Rhodanthemum Casablanca) i nachyłek (Up Tick Gold'n'Bronze). Mamy nadzieję, że bombowcom się spodobają, bo wszystko to z myślą o nich.

Na wsi wiadomości sąsiedzkie raczej smutne: wczoraj Kochany rozmawiał z Katlin, która poinformowała go, że Anna Emerytka już długo nie pożyje, odstawili jej leki i czekają. Sąsiadka zmarła kilka godzin po tej rozmowie. Z Junoną też jest źle. Zagadnęłam Anne przez messengera, koteczka miała w poniedziałek poważny zjazd (rak prawdopodobnie przemieścił się w kierunku kręgosłupa). 

Kochany zabrał się za prace ogrodowe, a ja padłam na twarz jak kawka. Dopiero kilka minut temu ocknęłam się na tyle, żeby zauważyć, że Anne do mnie napisała jeszcze raz przed dziewiątą. Oddzwoniłam. Rozmawiałyśmy chwilę, sąsiadka zapłakana; zaoferowałam się, że wpadnę, ale późno już. Zresztą, nie pomogę. Może jutro rano.

wtorek, 8 kwietnia 2025

1939. W domu i w ogrodzie.

Wtorek zastał mnie w samolocie, właśnie frunęłam nad Wielką Brytanią; lot bez wydarzeń, choć znowu cwany system Ryanaira wybrał mi fotel pośrodku (na szczęście nikt nie wychodził na siku oraz nie przejawiał dziwnych zachowań, mogłam się skupić na Murakamim, przy czym nad GB już lekko niedomagałam, oczy same się zamykały).

Wylądowaliśmy ledwie pięć minut po zapowiadanym czasie, samolot doturlał się gdzieś blisko granicy, jak nigdy, luzy, przechodzę trasę lotem błyskawicy, że aż zaskakuję Kochanego. Idziemy do Babci, po drodze moja Irlandia:

Przed drugą nad ranem jestem w domu, pod prysznic, do łóżka, nastawiam budzik na kwadrans po szóstej. Kochany wstał dużo wcześniej, ponieważ zaczynał pracę o siódmej; w tym czasie napychałam się jajecznicą; myję zęby, wychodzę z zapasem na wypadek problemów z zamkiem (drzwi zatrzaskują się przy pierwszej próbie), idę na przystanek. A tam piękny, irlandzki poranek bum!

W pracy same trusie. Zostałam na dodatkowe pół godziny, żeby wyjaśnić Saren i Kwietniowej ile zostało zrobione i co trzeba jeszcze zrobić. Dzięki temu witam się, a za chwilę żegnam z Conorem od matmy — okazji do spotkań nie będzie za wiele, jeśli kiedykolwiek.

Po pracy lunch w Moorlandzie i cisnę z buta do Kochanego; jestem na miejscu 40 minut przed czasem, zamawiam kawę, macham wirtualnie do Freda, chwilę rozmawiam z rodzicami, którzy bardzo kontenci turlają się w kierunku domu z nowo zakupionymi grabiami. 

Ogrodowo: w czasie mojej nieobecności rozkwitły Little Princess i narcyzy Delnashaugh. Z choinką niestety kaplica.

W porze obiadowej niespodziewanie zapukała do nas Anna; wróciła po sześciu tygodniach w szpitalu, ciężko z nią było, ale jakoś postawili ją na nogi. Zmieniła się, skurczyła jeszcze bardziej, brak górnej sztucznej szczęki też zrobił swoje.

Prezent od męża: szara koszulka polo Smedleya.

Kochany zjadł obiad beze mnie, po lunchu na mieście nie miałam szczególnej ochoty na nic, a później dopadła mnie jakaś niemoc, leciałam z nóg, więc prysznic i próba łóżka; nie zasnęłam, skrolowałam FB oraz Instagrama, filmiki o znajdywaniu dziwnych rupieci w błocie Tamizy oraz Luke Hamnett zadziałali/ły (yy?) terapeutycznie. Chaos, ale nie poprawiam. Umywalka brudna, ale umyję jutro. Dzisiaj tylko nawadnianie się i głupoty.

środa, 19 marca 2025

1919. Wschód półksiężyca.

Budzik był nastawiony na siódmą, ale jeszcze pół godziny turlaliśmy się pod kołdrą odmawiając kontaktu z rzeczywistością. Bez szkody, specjaliści zakładający nam nowe szerokopasmowe łącze pojawili się dopiero przed jedenastą i mimo wszystko uwinęli się sprawnie (w godzinę, choć procedura wymagała przerzucenia kabla przez dwa ogródki sąsiadów oraz wywiercenie kilku otworów na zewnątrz i w środku). 

W tym czasie skończyłam czytanie zbioru Antarctica Clare Keegan (Faber&Faber, 2023). 

Specjaliści wyszli, podłączyliśmy się do nowego modemu i jeszcze przed południem zaczęliśmy ponownie zaśmiecać naszą przestrzeń, Kochany rozmieścił na wieszakach wszystkie szale, które poprzednio trzeba było ściągnąć: I popatrz kochanie, tutaj jest kaszmir i wełna, tutaj jedwab, tutaj wiskoza, len i bawełna, pouczył mnie mąż. Przyjęłam to do wiadomości :D 

Wywiesiłam pranie. Obśmiałam tajemnicę makaronową. Otóż, rano wyrzuciłam do ogródka resztki ugotowanych świderków w przekonaniu, że może przydadzą się mewom. Rzeczywiście, ktoś się nimi zainteresował, przeniósł parę świderków i utopił w misce z wodą. Wylałam zawartość, nalałam świeżej wody. Za godzinę w misce z wodą pojawiły się kolejne świderki :D Kto i dlaczego?

Pogoda rześka, słoneczna. Ripy van Winkle rozkwitły, nie tak wspaniale jak w pierwszym roku, ale dają radę. Na niebie ani jednej chmurki, za to nad krajobrazem wisi rozmazanie, które pogłębia się pod wieczór. Po obiedzie wyjechaliśmy do miasta: Lidl, Costa, Tesco. 

Po powrocie do domu Kochany zabrał się za koszenie trawy, więc nadarzyła się sposobność rozmowy z Katlin. Sąsiadka powspominała trochę dawne czasy, gdy w domu Anny mieszkał niejaki Tommy z żoną, a obok, w domu Ivy i Li, drugi pijaczek. O tych pijaczkach podobno można by napisać książkę. Kolega Tommy'ego skończył marnie, zmarł po tym jak spowodował pożar; Katlin widziała jak go wyciągali całego czarnego. Ot, prowincjonalne strachy, jak z książki Keegan.

Czy martwię się jutrem? Trochę.

wtorek, 11 marca 2025

1911. Osłabienie.

Z listy nieszczególności: grupa wróciła do swojego typowego nieogarnięcia, a autobus powrotny na który chciałam zdążyć ... zepsuł się i musieliśmy czekać na naprawę.

Z rzeczy spoko: rano zaczęłam czytać zbiór opowiadań C. Keegan zatytułowany Antarctica; powiedziano, że autobus wróci za 20 minut, nie wzięłam tego na poważnie, tymczasem wrócił za 20 minut; po południu z pół godziny pracowałam w ogródku, obcięłam stare badyle lawendy, zauważyłam wielkiego trzmiela uwijającego się na pszonaku, który od dawna bardzo ładnie kwitnie nie dając zbić się z tropu rozłażącemu się na wszystkie strony rozmarynowi, drugiego trzmiela obudziłam uwalniając poduszkę zawciągu z pokładów chwastu. Dwa prawdziwe bombowce, waga ciężka. 

Czuję się jakaś taka osłabiona, strzyka mnie w plecach, bolą mnie duże stawy. Po pracy totalny brak energii, nie chciało mi się robić obiadu, podgrzałam ruskie pierogi ze sklepu. Byleby się nie rozłożyć.
___
edit 22:15 donoszę, że osłabienie mi przeszło po wysłuchaniu Dolly Parton. I słusznie ;)

niedziela, 23 lutego 2025

1894-1895. Drobne ...

... sprawy domowe. W sobotę pranie, słuchanie Prób, przeglądanie papierów, wypełnianie witryny papierami owymi, telefon do mamy. Pod wieczór zauważyłam, że rozkwitły pierwsze narcyzy. Do tego genealogia: coś ciekawego, nowego na MyHeritage — info o starożytnych korzeniach dostarcza mi super zabawy na wieczór, poza tym uruchamiam nowe wyliczenia pochodzenia etnicznego dla całej naszej czwórki. Moje wychodzą takie:

Te dwa inne to Bałkany (13.1%) i Germania (8.2%), jednakowoż raz kartofel, zawsze kartofel!

Ach, i jeszcze parapetowe chabazie ożyły, orchidea o którą w ogóle nie dbam od lat, znowu wypuściła chyży pęd i to maleństwo, Mammillaria hahniana, też wystroiło sobie w koronę:

(mały mózg, Opuntia tuna cristata, niestety padł, prawdopodobnie od początku był czymś zarażony).

Dzisiaj obudziłam się, gdy Kochany był jeszcze w domu. To sobie pogadaliśmy i on heja, niestety do pracy, a tu deszcz zacina, wiatr przekracza 50 km/h (więc nie aż tak źle, niemniej niemiło) i Kochany po otwarciu drzwi udawał przez chwilę, że robi Rysia (panika w oczach i w tył zwrot).

Słuchając trzeciej księgi Prób (skończyłam przed czwartą) kręciłam się po domu organizując, co musi być zorganizowane. I tak guzik płaszcza został przyszyty, jego kieszenie pozbawione zbędnych papierów, glany wypastowane bezbarwną pastą, bielizna spakowana, grzywka przycięta. Zrobiłam zdjęcie pierwszym narcyzom (jeszcze schowanym na tyłach ogrodu, żeby wiatr ich nie połamał); jak widać, pierwsze wystartowały "bezimienne":

Mieszkające z nimi w tej samej doniczce Lucky Number nie wyglądają najlepiej, prawdopodobnie zaatakowała je pobzyga cebularz, bo liście są anemiczne i nieregularnie rozmieszczone. 

Wieczorem jemy, planujemy wczesną pobudkę. Kochany nie doczekał się telefonu od Stu, ja za to ponad pół godziny rozmawiałam z rodzicami, którym opowiadałam o Rurykowiczach :D Najważniejsze rzeczy przeniesione do Kuchniosalonu; Kochany próbuje zasnąć; za oknem wiatr.