Ostatnio miewam bogate sny, wiem, tylko zapominam o co kaman. Tym razem główną bohaterką snu przygodowego była Lorejn.
Wstałam wcześnie i z przyjemnością kręciłam się po Kuchniosalonie. Dopiero przed śniadaniem, około dziewiątej, zdałam sobie sprawę, że dla odmiany słońce sobie z nas nie kpi. Sprawdziłam mapę wiatrów, wiatru brak! Natychmiast powstał pomysł spacerowy, jeszcze tylko pranie w pralce musiało się domielić i wysadziłam do nowej doniczki ostatnie cebule. Gdy tylko przykucnęłam okazyjnie wyharatać z grządki jakiegoś chwasta, pod ręką pojawił się sąsiad-pomocnik:
Bán kręcił się pod nogami, zaglądał do doniczek i jak zwykle rzucał się pod nogi brzuchem do góry. Po prostu gamoń jakich mało. A na tych kilku metrach wiosna, kwitną obydwie jabłonie, kły mieczyków posadzonych dwa tygodnie temu mocarnie podnoszą ziemię.
Po grzebaninie i wystawieniu prania do ogródka na tyłach, ruszyliśmy z Fredem przed siebie (tylko lekkie okrycia, precz z mych oczu zimowe kurtachy!). Zaliczyliśmy postój w kawiarence przy plaży:
No i pięknie, idziemy dalej. W tym samym miejscu, co zazwyczaj, zauważam pasące się bernikle obrożne (pora obiadowa, to czego się dziwię?):
Dalej krowy na łące, kajakarze w wodzie, kwiatki na skałach, ptaszki na skałach, skały, więcej skał, dzwonię do tatki pokazać mu, gdzie idziemy, kończę rozmowę, idziemy dalej, wchodzimy coraz bardziej pod górkę i nagle widzę to:
Czy wy też to widzicie? Przyjrzyjmy się bliżej:
Cała kolonia puchatych dupelców z młodymi. Od kilku lat widzieliśmy tylko efekty ich wykopków pod szlakiem przy klifie, dziury w ziemi, czyli prace budowlane i żadnych mieszkańców. Dzisiaj jednak kłóliki za nic miały spacerujących turystów, widocznie one też czekały na to słońce jak na zbawienie. Ach, piękna sytuacja, warto było się przejść i dobrze, że oprócz kalkulatora miałam aparat fotograficzny. Co poza tem? Gorse pomimo przeschnięcia kwitnie i pachnie mirabelkami, psy spacerują, kajakarz czyta coś w smartfonie :D






Doszliśmy do portu, po drodze jak okiem sięgnąć wszystko w nastroju romansowo-lunchowym (kormoranów brak, pewnie na połowach, foki i mewy czekały w porcie na powrót kutrów). Weszliśmy na molo zobaczyć irenki, po czym wróciliśmy do domu krętą drogą bez pobocza (czyli jak zwykle). Przywitaliśmy się z sąsiadem-marynarzem, który siedział w słowiańskim przykucu na zewnątrz swojej chałupy (przyjechał do niego gość, którego znam z Czerwonych Drzwi; nie pamiętam imienia, bardzo ciężki życiorys, ostatnio chyba chciał być kobietą, ale może zrezygnował) oraz z Anną, która też postanowiła wygrzać kości i właśnie rozstawiała krzesełko przed lokum obok. Przerwa na obiad. Po zjedzeniu łazanek wybyliśmy do miasta, najbardziej potrzebny był nam papier do drukarki, ale zahaczyliśmy też o Costę.
Wieczorem po powrocie do domu Fred dostał ataku entuzjazmu i zaczął kopać w ogródku, przesadził dwa schowane w cieniu wrzośce w bardziej eksponowane miejsce, obkopał mini choinkę, żeby zabezpieczyć ją korą od zakusów perzu, i skosił trawnik. Po pracy długo rozmawiał telefonicznie z Wu.
Jeszcze jestem oszołomiona bogactwem słonecznym. Nom. Dobry dzień to był.