Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w porcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w porcie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

2418. lipca koniec.

nadal źle sypiam
nie wiem czemu, nic takiego mi się nie śni, zero traum, może herbata za mocna

trochę działań koniecznych (panie wytrzeszczające w urzędzie, znowu) i zaskoczeń (to mamy już sierpniowe bank holiday? to jacyś znajomi znajomych na sobotę?)
no i dobra
minestrone i bruschetta w Simonie (brunch)
ryba we frytach z widokiem (obiad)


czerwcowe ploty o nowym lokatorze w domku po Annie potwierdziły się cieleśnie
pan zauważył nas, gdy spacerowaliśmy z koteczkami
oficjalne przedstawienie się odhaczone
Gerwazy nie wygląda na bardzo nienormalnego

na spacerze wiatr szeleści w krzewach, przynosi zmianę, deszcz, jesienne zapachy
pod wieczór ciężko drzemię

lipiec w tym roku pełen zdarzeń, choć mnie się wydaje, że nic się nigdy nie dzieje
widocznie się przyzwyczaiłam

piątek, 19 czerwca 2026

2376. Nareszcie ...

... piątek. Przez pracę przemknęłam aktualizując oprogramowanie, dając kciuki w górę oraz żółwiki. Skoro mieliśmy zahaczyć o Tesco, musiałam wziąć męża na kawę (ciśnienie miałam takie, że albo kawa, albo śpiączka). Z miasta przetoczyliśmy się do wsiowego portu, gdzie Kochany wybrał kupienie ryby z budki. Pomimo wcześniejszego deszczu ciepła i przyjemnie bezwietrzna pogoda zachęciła nas do pozostania pod fiszendczipsiarnią (zmyślnie zaangażowaliśmy plastikowe torby na zakupy jako pokrowce na mokrą ławę).



Dość szybko po powrocie do domu wyszliśmy z koteczkami, a potem we dwoje nad morze (starałam się utrzymać energię na równym poziomie, ostatnio jak siądę i się zadumam to kaplica; chyba trochę pomogła mi w tym zadaniu Banalna swoim komentarzem do mnie u Celta — długo jeszcze szczerzyłam się sama do siebie w uśmiechu, wprawdzie śmianie się z cudzej głupoty to nie jest rozrywka wysokich lotów, ale krążenie pobudza, więc bierę; Kochany w międzyczasie zdążył rozmówić się telefonicznie z Wu, KMŁ oraz Ka). 

Na wieczornej plaży pięknie, choć jak zwykle nie dla wszystkich: morze wyrzuciło ze swoich głębin ławice chełbii, a dwóch panów z dziwnymi kijkami wygrzebywało z piasku jakieś żyjątka, zapewne na obiad.

piątek, 22 maja 2026

2348. Początek weekendu.

Aj, po trzeciej zajrzałam do Bootsa, kupiłam krem z filtrem, ale też mascarę Elfa i teraz testuję, czy oczy nie będą mi łzawiły (na razie jest ok, kto wie, może znowu będę piękna!). Kochany pojawił się, gdy wracałam do biura zgarnąć papiery. Z miasta od razu pojechaliśmy do portu, żeby zjeść obiad.

Pogoda jak na obrazku poniżej. Dziwnie, szaro, raczej ciepło, wrażenie takie, jakby miała nadejść burza. Morze lekko faluje, góry Mourne zasnute grubą warstwą mgły. W porcie codzienna praca, ludzie pakują i rozpakowują dziwne ładunki, irenki wylegują się brzuchami do góry, czekają, mewy prowadzą obserwacje z powietrza.

Byliśmy najedzeni, czyli koci patrol odbył się od razu po naszym powrocie do domu. Reszta dnia rozlazła, nie wiem na czym minęły mi kolejne godziny. Wieczorem w końcu dodzwoniłam się do mamy; rozmowa turlała się bez konkretnego celu, podczas gdy mama mieszała w fasolce.

Dobrze jest, cieszą mnie drobne rzeczy, że np. dzisiaj mogę siedzieć tak długo, jak tylko mam ochotę, albo, że są plany na jutro. 

niedziela, 29 marca 2026

2293-2294. Ciepło?

To się tylko tak wydaje, mili państwo. W sobotę słonecznie, przeważnie. Zdjątko poniższe zdjęłam sobotnim porankiem, na nim jedyna (jak mniemam) Bella Vista, której cebula przetrwała atak szkodnika (jak teraz o tym myślę, sądzę, że to one mogły być źródłem zarazy, pobzyga zaatakowała je w pierwszej kolejności):


Po nietypowym śniadaniu (wsunęliśmy trochę wczorajszego gulaszu) pojechaliśmy do Drołdy, po prawdzie sprawdzić, czy przypadkiem nie zostawiłam w biurze włączonego grzejnika, bo mam świra, ale też zrobiliśmy zakupy w polskim sklepie, a potem poszliśmy na kawę do Czarnej. Kolejka spora, za to dobre miejsce, z widokiem na ulicę, gdzie obserwowałam taką koegzystencję:

Wróciliśmy do domu wczesnym popołudniem, trzeba było dziewczynom wynagrodzić nieobecność, więc koteły zostały wzięte na krótki spacer. Obiad. Kochany zadzwonił do Stu, ja w tym czasie długo rozmawiałam z mamą, prawie półtorej godziny, trudno mi teraz powiedzieć o czym (Franiulce trochę przechodzi, na Dolnym Śląsku jest zimno, a skoro Kochany skończył swoją rozmowę wcześniej, wspomnieliśmy mamie, co tam u Stu).

Wieczorem zaś wyjazd do Pieseła, chwilowi miastowi oboje (tym razem, bo w ciągu tygodnia Kochany będzie jeździł raczej sam. Zapakowałam się po żołniersku: półwilgotny ręcznik, szlafrok, krem, szczoteczka, książka). Od razu po przyjeździe i przywitaniu się z zaspanym gospodarzem, wzięliśmy go na spacer za osiedle (cień z uszami to ja):

W trakcie spaceru testowałam moce aparatu w telefonie, jak widać. S25 bardzo ciekawie rozjaśnia nocne krajobrazy (moje oczy widziały coś zdecydowanie ciemniejszego, albo raczej widziały niewiele). Towarzyszył nam gwiazdozbiór Oriona (po lewej):

Sądziłam, że po powrocie ze spaceru obejrzymy dobry film na Netflixie, ale ten punkt nie za bardzo wyszedł. Po długim skrolowaniu wybrałam The Royal Tenenbaums (2001), bo Anderson, ale bardziej, bo Hackman, bo Huston. Niestety początek mnie nie ujął, przegrał ze zmęczeniem, wygodny materac był bardziej przekonujący. Jeszcze chwila z książką i w kimono.

Obudziliśmy się na dobre chwilę przed nastawionym budzikiem, 7:29. Gdyby nie zegarki analogowe, które się same nie synchronizują, może nawet nie zauważyłabym, że właśnie dzisiaj czas przestawiono na letni. Byliśmy obudzeni i stęsknieni za koteczkami; Pieseł dostał jeść, a my nawet nie napiliśmy się herbaty, żołnierski ekwipunek spakowany, ruszyliśmy na południe :) Na zewnątrz szarość, drobny deszcz. Drugą podpowiedzią zmiany czasu, już w naszym domu, byłby zegar w termostacie, który przestawił się na rok 2011. Co ja robiłam w roku 2011?

Potencjalna drama: Maniusia właśnie intensywnie pociera łapką oko, które bardzo się zaczerwieniło, łzawi. Jakby powiedziała babcia Mania: zaś coś. Dzień dobry.
___
edit 16:30 czy to coś znaczy, że w Dantem utknęłam na Czyśćcu? :D Przed chwilą zadałam sobie pytanie, czy chcę tekstu słuchać dalej i okazało się, że nie. Bardzo słuchanie rozwlekłam w czasie, czyli to nie jest lektura na ten moment. Może jeszcze do mnie przyjdzie. Albo nie.

Ach, jestem dzisiaj błyskotliwą panią domu gdyż obiad: podjechaliśmy do portu, zamówiłam dwie duże porcje ryby z frytkami. Było zbyt wietrznie, żeby jeść z widokiem na morze. Widok na morze:

Zabraliśmy pakunek na chatę, dołożyliśmy do tego dwie puszki pepsi i rewelacja. Kochany poszedł już na drzemkę przed kolejną podróżą; siedzę z maluchami, oczko Maniowe raz lepiej raz gorzej, za to Maniusia, gdy nie śpi, jest jak syrena strażacka, nieskończona litania kocich zawodzeń o bólu oczka, porzuceniu przez rodziców i trudach kociego życia. 
___
20:40 Kochany wyjechał już do Pieseła, właśnie go spaceruje; rozmawialiśmy, gdy był w drodze po tej samej trasie, którą wczoraj pokonywaliśmy razem; zobaczymy się dopiero jutro po południu. Myślę sobie jak bardzo nie lubię, gdy się rozstajemy. 

sobota, 28 lutego 2026

2265. Błogosławiona sobota.

Po zapadlisku piątkowym (ku któremu nie było większego powodu: w pracy rozmiar zmartwienia pozostał ten sam, w domu przyjemnie), barometr idzie ku lepszemu (nie wiem w którą stronę jest to ku lepszemu, ale odczułam poprawę). Z rana słucham Bystroušky (że też nie znałam wcześniej tej ślicznej opery, a już adaptacja rysunkowa jest mega sztos). 

Po szybkim śniadaniu zbieram się do porannego spaceru (Kochany przy kawie, pod kotem; Mańka osikała z rana niedawno zakupiony koci tunel i jest bardzo z siebie dumna).

Czy to możliwe, że nie byłam kilka miesięcy na wsiowej plaży? Jak to? Ostatnie wpisy wskazują na listopad, może się mylę.

Rozmowa z mamą w drodze do plaży, nieliczni spacerowicze, głównie z psami (minęłam Gerarda z małym, białym terierem), na horyzoncie duży statek chyżo zmierzający ku Boyne i fatamorgana południowego wybrzeża; zaloty kosów, Alkoholowy Paddy (Jimmy) z załzawionym okiem, unikający mojego spojrzenia; cicha główna ulica wsi. Tak było na spacerze pierwszym.

Drugi wydarzył się bliżej południa, gdy Kochany ubrał się odpowiednio (mimo wszystko jest chłodno, mężowi na wietrze ekspresowo grabieją ręce). Wychodząc ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z Anne, przy okazji dołączyła do nas żyjąca połowa Ukraińskiego tandemu:

Tym razem wiatr był znacznie bardziej odczuwalny, musieliśmy się co nieco okapturzyć. Od razu skierowaliśmy kroki do Głowy, ale pierwsza grząska przeszkoda onieśmieliła nas na tyle, że zrobiliśmy w tył zwrot. W drodze do domu natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen, która nam obwieściła, że ona musi zrobić dwie rundki dziennie bez względu na aurę: idzie na plażę i się modli.

Powrót pod dom: weszłam na chwilę, żeby w termosie wziąć ciepła wodę do popicia i wyjechaliśmy Babcią do portu od innej mańki. Obiad z widokiem:


Pyszota: plamiak w panierce, fryty, sos czosnkowy, sok z cytryny.
Po drugiej znowu u siebie. I choć miałam "wielkie" plany na temat wyrywania badyli we frontowym ogródku, prawie od razu po wypiciu gorącej herbaty wzięła mnie taka senność połączona z odczuciem wychłodzenia, że udałam się na popołudniową drzemkę. Kochany obok mnie, wygrzewamy się do piątej jak dwa borsuki. Po przebudzeniu odkładam plany ogrodnicze na czas nieokreślony.

Kontynuuję słuchanie Żon nazistów.
Mija luty.

piątek, 14 listopada 2025

2159. Mocniejszy wiatr ...

... pojawił się wczoraj wieczorem. Deszcz się wzmógł i nie odpuszczał rano. Wydano dość rzadkie ostrzeżenie deszczowe, ze wschodu nadciągnął sztorm Claudia (Hiszpanie go tak nazwali), na południe od nas ostrzeżenia przed podtopieniami są nawet pomarańczowe.

Dla kontrastu z czwartkiem, dzisiaj w pracy leraks: młodzieży brak, jest za to audyt, para w wieku średnim (on z brodą i w tatuażach) wali do drzwi energicznie, śmichy chichy, siedzą zamknięci w pokoju ponad pół godziny, wszystko się im podoba, nie zauważają błędu na samym początku raportu, i bardzo dobrze. Odhaczone. Potem tylko słucham wiatru wzmagającego się za oknem i czytam stare wydanie Śpiewu ptaka Anthony'ego de Mello (zapewne skończę wieczorem).

Kochany zabiera mnie przed trzecią, lecimy do Lidla kupić coś na weekendowe obiady, i chodu do domu. Podróż była z zygzakiem, bo chcieliśmy zobaczyć, jak buja światem, w tym celu podjechaliśmy do portu. O, tak buja:


Ludzie kłaniając się wiatrowi zmierzali do budki z fish'n'chipsami, sklep rybny otwarty, bo co tam taki wietrzyk, krewetkowce pochowane za molem, gdzie woda prawie gładka; po drugiej stronie kilkumetrowe fale, pralka wyrzuca z siebie pianę, nad którą szybują morskie ptaki.

Mama mówi, że już wszystko na święta gotowe: pierogi ruskie i z kapustą, uszka oraz gołąbki zostały zamówione :D I super, zostały mi do zrobienia krokiety z cheddarem, bo lubię. Ale to plany na "za miesiąc", na razie słuchamy dobrych songów Bukartyka (z Mańką gładzoną energicznie po tłustym brzuszki, bo Bronka śpi w drapaku, obrócona tyłem do świata).

piątek, 16 maja 2025

1977. Nie po drodze.

No i czy my jesteśmy normalni? zapytałam retorycznie wchodząc do domu o godzinie szóstej po południu. 

Kochany wręczył mi rano nowy pasek do spodni, czarną plecionkę Ospray (podkradałam mu jego pasek, bo mój stary zaczął pękać; prezent zostawiłam sobie na później). Pracka; po pracce; zarezerwowałam fryzjera, dorobiłam dwa klucze (z których jeden otwiera drzwi, a drugi wręcz przeciwnie). Poszłam na nabrzeże, skąd Fred zabrał mnie na wieś świeżo umytą Babcią. Najpierw pojechaliśmy do portu, na obiad z widokiem:

Po rybie z frytkami na chwilę zajrzeliśmy do domu (m.in. odkryłam sprawę bezużytecznego klucza). Kochany postanowił dokupić jaja we wsiowym automacie, ja postanowiłam się przyczepić jak ogon (tylko zmieniłam apaszkę na Milanówek i pasek na Ospray). Pojechaliśmy, kupiliśmy jajka, po czym skręciliśmy w prawo, miast w lewo. Kawa. 

Spacer (od kawiarni przez Clanbrassil — w likwidowanym sklepie zostały ostatnie z ostatnich butów — Yorke St, Chapel St, Roden Pl, przejście pod Thomasem Williamsonem, spacer Marshes Shopping Centre i powrót Marches Lower do parkingu pod Tesco). U2 w głośnikach, gdy śmigamy do domu. Godzina szósta się zrobiła nie wiadomo kiedy.

Wieczorem obejrzałam do połowy Przejrzeć Harry'ego. Kochany idzie wcześniej spać (ale dopiero po pokazaniu mi zdjęć góry Brandona z roku 2007, z Fredem jeszcze bardzo Srogim).

sobota, 28 września 2024

1747. Dalsza część programu.

Wstałam dość wcześnie, niezbyt wyspana, bo mózg cały czas próbował do mnie gadać (znowu za ciepło; a tak w ogóle może powinnam zacząć medytować?). Szwagrowski też budził się kilka razy, odnosił wrażenie, że w sypialni jest kot (ha!). Zjedliśmy śniadanie we czwórkę, czasowo udało się nam to zamknąć gdzieś w okolicach "po jedenastej". Wyszliśmy na długi spacer z myślą, żeby w porcie zjeść rybę z frytkami (kolejne marzenie kulinarne Szwagrowskiego zostało spełnione).






Kłólików brak (jeden dupelec mignął mi przez ułamek sekundy, poza tym same dziury), za to było wszystkie inne, krowy przeżuwające lunch przy ścieżce, młode mewy nastawione na fast food, irenki wylegujące się na skałach. Z niejakim wzruszeniem zauważyłam, że Usz ze Szwagrowskim dobrali się jak my (ona wskazuje robala, on troskliwie fotografuje robala, patrzą zazwyczaj w tym samym kierunku). Po zjedzeniu ryby z frytkami wróciliśmy do domu tylko na chwilę (Katlin oczywiście zapoznała się z naszymi gośćmi, a przy powrocie dokładnie wypytała się też, czy im się podobało, bo jakżeby inaczej), następnie wyjechaliśmy najpierw do El Paso na kawę, potem do Carlingford (Kochany chciał szwagrostwu pokazać drogę przez góry). Ławeczka, zamek, kościół cabrio w gęstniejącym mroku (schodząc z zamku natknęliśmy się na białego pieska o imieniu Delilah i jej czarnego, kociego przyjaciela).


W drodze do domu zatrzymaliśmy się w Tesco i wpadliśmy na Wojtka, który wrócił po wakacjach i rozpoczął drugi rok studiów. 

Ponownie raczej wczesne spanie. Dużo chodzenia w nogach. Faktycznie nie ma bunkrów, ale też zajebiście.

sobota, 20 kwietnia 2024

1586. Słoneczna sobota.

Ostatnio miewam bogate sny, wiem, tylko zapominam o co kaman. Tym razem główną bohaterką snu przygodowego była Lorejn. 

Wstałam wcześnie i z przyjemnością kręciłam się po Kuchniosalonie. Dopiero przed śniadaniem, około dziewiątej, zdałam sobie sprawę, że dla odmiany słońce sobie z nas nie kpi. Sprawdziłam mapę wiatrów, wiatru brak! Natychmiast powstał pomysł spacerowy, jeszcze tylko pranie w pralce musiało się domielić i wysadziłam do nowej doniczki ostatnie cebule. Gdy tylko przykucnęłam okazyjnie wyharatać z grządki jakiegoś chwasta, pod ręką pojawił się sąsiad-pomocnik:



Bán kręcił się pod nogami, zaglądał do doniczek i jak zwykle rzucał się pod nogi brzuchem do góry. Po prostu gamoń jakich mało. A na tych kilku metrach wiosna, kwitną obydwie jabłonie, kły mieczyków posadzonych dwa tygodnie temu mocarnie podnoszą ziemię.

Po grzebaninie i wystawieniu prania do ogródka na tyłach, ruszyliśmy z Fredem przed siebie (tylko lekkie okrycia, precz z mych oczu zimowe kurtachy!). Zaliczyliśmy postój w kawiarence przy plaży:


No i pięknie, idziemy dalej. W tym samym miejscu, co zazwyczaj, zauważam pasące się bernikle obrożne (pora obiadowa, to czego się dziwię?):


Dalej krowy na łące, kajakarze w wodzie, kwiatki na skałach, ptaszki na skałach, skały, więcej skał, dzwonię do tatki pokazać mu, gdzie idziemy, kończę rozmowę, idziemy dalej, wchodzimy coraz bardziej pod górkę i nagle widzę to:


Czy wy też to widzicie? Przyjrzyjmy się bliżej:




Cała kolonia puchatych dupelców z młodymi. Od kilku lat widzieliśmy tylko efekty ich wykopków pod szlakiem przy klifie, dziury w ziemi, czyli prace budowlane i żadnych mieszkańców. Dzisiaj jednak kłóliki za nic miały spacerujących turystów, widocznie one też czekały na to słońce jak na zbawienie. Ach, piękna sytuacja, warto było się przejść i dobrze, że oprócz kalkulatora miałam aparat fotograficzny. Co poza tem? Gorse pomimo przeschnięcia kwitnie i pachnie mirabelkami, psy spacerują, kajakarz czyta coś w smartfonie :D







Doszliśmy do portu, po drodze jak okiem sięgnąć wszystko w nastroju romansowo-lunchowym (kormoranów brak, pewnie na połowach, foki i mewy czekały w porcie na powrót kutrów). Weszliśmy na molo zobaczyć irenki, po czym wróciliśmy do domu krętą drogą bez pobocza (czyli jak zwykle). Przywitaliśmy się z sąsiadem-marynarzem, który siedział w słowiańskim przykucu na zewnątrz swojej chałupy (przyjechał do niego gość, którego znam z Czerwonych Drzwi; nie pamiętam imienia, bardzo ciężki życiorys, ostatnio chyba chciał być kobietą, ale może zrezygnował) oraz z Anną, która też postanowiła wygrzać kości i właśnie rozstawiała krzesełko przed lokum obok. Przerwa na obiad. Po zjedzeniu łazanek wybyliśmy do miasta, najbardziej potrzebny był nam papier do drukarki, ale zahaczyliśmy też o Costę.

Wieczorem po powrocie do domu Fred dostał ataku entuzjazmu i zaczął kopać w ogródku, przesadził dwa schowane w cieniu wrzośce w bardziej eksponowane miejsce, obkopał mini choinkę, żeby zabezpieczyć ją korą od zakusów perzu, i skosił trawnik. Po pracy długo rozmawiał telefonicznie z Wu.

Jeszcze jestem oszołomiona bogactwem słonecznym. Nom. Dobry dzień to był.

niedziela, 3 marca 2024

1538. Skarpetki, spacer, kawa, relaks.

Mam poczucie jakby kończył mi się wakacje. W nowym tygodniu grupa wraca w pełnym składzie, ale jeszcze dzisiaj nie chciało mi się myśleć o tym garbie. Po wspólnym śniadanku, gdy Kochany relaksował się przy drugiej kawie, przejrzałam skarpetki i powoli zaczęłam wypełniać szuflady nowego mebla. Na razie kontrolnie, żeby zaplanować, co gdzie chcę przemieścić (mam tyle rupieci w szafach, że wypadają, gdy otwieram drzwi). Zapału starczyło mi na razie na wypełnienie trzech i pół szuflady. Jedną Fred zarezerwował dla siebie na robocze dynksy. 

Ponieważ pogoda była ładna, z góry wiedziałam, że nie zamierzam spędzić kolejnego dnia na borsuczym szuraniu w poszukiwaniu rzeczy. W południe odziałam się stosownie i z mężem za rączkę poszliśmy na poszukiwanie wiosny. Przy wejściu z plaży na szlak do klifów spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen w różowej czapce z pomponem. Na uwagę, że dawno się nie widzieliśmy zdradziła nam, że przez 4 miesiące była w Australii u córki (słusznie, trzeba używać życia). I powiedziała, że coraz jesteśmy młodsi :)


Pogoda świetna na taki kilkukilometrowy marsz, momentami było mi nawet za ciepło. Ścieżka gdzieniegdzie błotnista (to jeszcze po piątkowych opadach), na horyzoncie brak gór, ale morze łagodne, zupełnie nie przypominające tego sprzed dwóch dni. Przy plaży trzyma się od jakiegoś czasu spore stado bernikli obrożnej. Goarse dopiero zaczął kwitnąć, więc jego mirabelkowy zapach nie był jeszcze bardzo mocny.







Po dojściu do portu Fred kupił steki z tuńczyka na obiad i zawróciliśmy do domu. Spacerując przez wieś zauważyłam, że nie czuję już do niej takiej niechęci, jaką miałam po śmierci Ryszarda. Możliwe, że najgorszy czas mija. 

Kochany podkarmił "nasze" szpaki (czyli też całą resztę hałastry, łącznie z wronami-sąsiadkami i hałaśliwymi gawronami) i zrobił obiad (tuńczyk, ryż, sałatka z pora á la Kris) po którym wyjechaliśmy do miasta (chleb/inne takie/kawa). Po randce zakupowo-kawiarnianej wróciliśmy do domu skołowani i padnięci. Oczy mnie bolą, prawdopodobnie od chodzenia w pełnym słońcu. Powinnam nosić okulary przeciwsłoneczne, tylko jak, skoro bez korekcyjnych jestem ślepa jak kret.

niedziela, 8 października 2023