... sztorm, który będzie towarzyszył naszym wylotom, jego szczyt ma być jutro, ale forpoczta już przyszła, silne powiewy i deszcz siąpiący przez większość nocy.
W pracy pojawił się jeden strup, po południu natrętne myśli diagnostyczne mnie nie opuszczały. Mianowicie poznałam gościa, który ma zastąpić koleżankę z kanciapy obok (koleżanka wyniosła się wczesną wiosną do lepiej płatnej pracy, chyba nigdy nie obdarowałam jej na potrzeby tego bloga stosowną ksywą, w sumie była to znajomość przelotna). Bardzo intryguje mnie dalsza autoprezentacja pana zulu-guli, początki są niepokojące.
Mokro, paskudnie zimno; po południu przemieszczałam się autobusem, marszruta do dworca średnią przyjemnością, tyle tylko, że natknęłam się na Siwą, odbyła się miła pogawędka w trakcie czekania na pojazd. Poza tym Siwa była zachwycona Kochanym, który dokładnie tym samym autobusem na który czekałyśmy przyjechał do miasta w swojej pielgrzymce do lotniska.
Odkryłam wczoraj audiowersję Procesu w tłumaczeniu Szulca, więc uchem nadganiam lekturę papierową przy gotowaniu, sprzątaniu i ogarze ogólnym. W tym czasie Kochany jest małym uskrzydlonym punkcikiem na mapie Europy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.