Wstałam przed Kochanym, zajęłam się domowym przedszkolem. Pada rzęsisty deszcz, rozszczelniam okna, żeby dobrze go słyszeć.
Powinnam dietować, ale gdzie tam! Na śniadanie wjechała jałowcowa przysmażana (wyzywam los na pojedynek, albo co). Kochany też nie lepszy, po późnej kawie podgrzewa skrzydełka w zaciapie i zasiada przed talerzem pełnym dobroci na ciepło. Pogoda jaka jest, każdy widzi, powinnam oszczędzać, ale gęby zamknąć nie umiem: jedziemy na kawę? Do El Paso? Mężowi dwa razy pytania nie trzeba powtarzać. Jedziemy. Przez okraszoną deszczem Drołdę, gdyż z pracy Fredowej odchodzi McSean. Jest tylko znajomym, ale twarz tak charakterystyczna, na tyle jakaś, interesująca, że chcemy zapamiętać, Kochany nadrobił drogi, żeby wręczyć mu wedlowskie baryłki (w zasadzie poszliśmy go zobaczyć oboje; od McSeana znowu zalatywało alkoholem, szkoda).
W El Paso byliśmy na kawie, naleśnikach/cieście oraz poszliśmy do księgarni, podotykać książek (ostatnio kupuję czego dusza pragnie w innych przybytkach, więc u Roe najwięcej nadziei budzi we mnie solidna półka z poezją), potem w Tesco, po coś na jutrzejsze śniadanie i obiad (znowu odcięło mi prąd w drodze powrotnej).
W domu obiad Fredowy, spacer z kotami (znalazło się pół godziny bez mżawki, a nawet jeśli, miło jest chodzić w delikatnym deszczu), usuwanie z ogródka tego i owego śmiecia pozostawionego po remoncie, słuchanie audiobooka. Z wieczora obrazek wspierający argument o roli środowiska w dyskusji "środowisko czy geny" ;)
Dociera do mnie, że po obejrzeniu pierwszego odcinka Normal People w zeszłą sobotę zapomniałam o kontynuowaniu. Oto różnica międzypokoleniowa w działaniu, namacalne konsekwencje ledwie uświadomionego odczucia, że coś jest wprawdzie spoko, ale nie było produkowane z myślą o mnie. Dywagacje i utyskiwania na młode pokolenie (rozmowa u Teatru) po prostu odsuwam na bok, wobec faktów jest to jałowe, powtarzalne, nietwórcze. Do serialu wrócę. Jutro. Mañana. Na razie skończyłam odsłuchiwać Miecz przeznaczenia Sapkowskiego. Dobre słuchowisko, chciałabym powiedzieć, że ponadpokoleniowe, ale przecież tak naprawdę tego nie wiem. Idę spokojnie przez kolejnę opowiadania Woolf, zaczynam Czarodziejską Górę.

































