Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2026

2447. Sierpniowa mżawka.

Wstałam przed Kochanym, zajęłam się domowym przedszkolem. Pada rzęsisty deszcz, rozszczelniam okna, żeby dobrze go słyszeć.

Powinnam dietować, ale gdzie tam! Na śniadanie wjechała jałowcowa przysmażana (wyzywam los na pojedynek, albo co). Kochany też nie lepszy, po późnej kawie podgrzewa skrzydełka w zaciapie i zasiada przed talerzem pełnym dobroci na ciepło. Pogoda jaka jest, każdy widzi, powinnam oszczędzać, ale gęby zamknąć nie umiem: jedziemy na kawę? Do El Paso? Mężowi dwa razy pytania nie trzeba powtarzać. Jedziemy. Przez okraszoną deszczem Drołdę, gdyż z pracy Fredowej odchodzi McSean. Jest tylko znajomym, ale twarz tak charakterystyczna, na tyle jakaś, interesująca, że chcemy zapamiętać, Kochany nadrobił drogi, żeby wręczyć mu wedlowskie baryłki (w zasadzie poszliśmy go zobaczyć oboje; od McSeana znowu zalatywało alkoholem, szkoda).

W El Paso byliśmy na kawie, naleśnikach/cieście oraz poszliśmy do księgarni, podotykać książek (ostatnio kupuję czego dusza pragnie w innych przybytkach, więc u Roe najwięcej nadziei budzi we mnie solidna półka z poezją), potem w Tesco, po coś na jutrzejsze śniadanie i obiad (znowu odcięło mi prąd w drodze powrotnej).

W domu obiad Fredowy, spacer z kotami (znalazło się pół godziny bez mżawki, a nawet jeśli, miło jest chodzić w delikatnym deszczu), usuwanie z ogródka tego i owego śmiecia pozostawionego po remoncie, słuchanie audiobooka. Z wieczora obrazek wspierający argument o roli środowiska w dyskusji "środowisko czy geny" ;)

Dociera do mnie, że po obejrzeniu pierwszego odcinka Normal People w zeszłą sobotę zapomniałam o kontynuowaniu. Oto różnica międzypokoleniowa w działaniu, namacalne konsekwencje ledwie uświadomionego odczucia, że coś jest wprawdzie spoko, ale nie było produkowane z myślą o mnie. Dywagacje i utyskiwania na młode pokolenie (rozmowa u Teatru) po prostu odsuwam na bok, wobec faktów jest to jałowe, powtarzalne, nietwórcze. Do serialu wrócę. Jutro. Mañana. Na razie skończyłam odsłuchiwać Miecz przeznaczenia Sapkowskiego. Dobre słuchowisko, chciałabym powiedzieć, że ponadpokoleniowe, ale przecież tak naprawdę tego nie wiem. Idę spokojnie przez kolejnę opowiadania Woolf, zaczynam Czarodziejską Górę.

środa, 19 sierpnia 2026

2437. Zajęta.

Gdyż mnie goni dedlajn. Słabo się przez to czuję, smarkam i kaszlę. Tak siebie żałowałam już od samego rana, że zaprosiłam Kochanego na kawę, zamiast od razu popędzić do pracy, hue hue.

Dzień deszczowy, przez to spacer z myszakami krótki (zaczynaliśmy w słońcu, zaraz jednak przypełza zła chmura i zrobił finito). Jeszcze chwilę po południu zrobiłam coś do pracy na jutro (buuuu), a potem już tylko głupoty (nawet odwiedziłam Gosię w Słupsku). Mama słabo się czuła (interpretacja: przez pogodę), ale i tak rozmawiałyśmy z pięćdziesiąt minut, o różnych takich, w tym o śmierci Traczyk-Stawskiej. Poza tym mama chwaliła nową pralkę, malutką ale sprytną, oraz nowe okulary dzięki którym jest modna (cool oprawki) i widzi wszystko na ekranie tv. Pod wpływem stresu na poczet jutra, które wcale mi się nie podoba, czytam Woolf; dobranoc pchły na noc ...

sobota, 15 sierpnia 2026

2433. Bobkowym szlakiem.

Oj oj, spałam kiepsko i wogle, z rana trochę się mi nie chciało zwlec, ale byłam bardzo dzielna. I dobrze, gdyż:







Wyruszyliśmy w drogę po dziewiątej, ok. jedenastej zaczęliśmy spacer, ok. pierwszej byliśmy na górze, potem jeszcze zejście i ok. czwartej azymut na naszą wieść. 

Bardziej niż szlaków ludzkich, trzymaliśmy się bobkostrad; góra stała w jesiennej szacie, niżej wielkie paprocie, wyżej fjulytowe wrzosowiska buczące bombowcami. Oj dobre to było, dobre wyjście na świat sierpniowy w kolorach siana, zmęczonej zieleni, czerwieni jarzębin; pogoda w punkt, nie za gorąco, wiało niewiele. Trochę się ludzi nazłaziło, ale też bez przesady; pod szczytem dwie panie nas wyhaczyły, jedna pochwaliła się, że chodziła po Tatrach. Irlandka! 

Mały minus: jakaś menda przytarła nam Babcię zaparkowaną pod świętym Michałem, przytarcie z tyłu na prawym błotniku, niewielkie, ale jednak (żeby cię zatwardzenie chwyciło, a nie puszczało przez miesiąc, cunt!).

Z mamą rozmawiałam krótko, tuż po obiedzie; mama oglądała właśnie na BBC First jak Lady Catherine de Burgh przyjechała do Bennetów, więc nie chciałam jej rozpraszać uwagi ;) Jestem padnięta w miły sposób; i tylko łeb mnie napiernicza (mam nadzieję, że to nie zawianie, tylko tlenu przedawkowanie).

piątek, 10 lipca 2026

Postscriptum #2396.

Gdzie to ja byłam? Padłam na ryjek. Wyczerpujący był ten dzień przemieszczenia, dla męża również. Kochany tak się zapamiętał w kontakcie z Haną, nadziei, że pokaże jej jak w Irlandii jeździć samochodem, i tak dalej, że zapomniał zjeść obiad i stawił się do podróży głodny. W autobusie gorąco, na lotnisku tłumy, walizka do rejestracji okazała się o 2 kg za ciężka, kolejka przy kontroli głośna i frustrująca. Obserwowałam twarz Freda i stwierdziłam, że muszę go wyprzedzić i kupić coś do jedzenia na cito, żeby mi mąż nie padł. Kochany zjawił się, gdy byłam już obkupiona w Marqette, słabujący, ale pachnący Armanim za 300 juro ;)

Na szczęście nie musieliśmy się dławić kanapkami, odlot był opóźniony o dwadzieścia minut, w sam raz, żeby skończyć prowizoryczny posiłek i cisnąć dalej. Sam lot bez wydarzeń, żadnych turbulencji, znużona ciepłem kiwałam się na siedzeniu przy przejściu (Kochany siedział z drugiej strony, trzy rzędy przede mną). Przed podróżą w ostatniej chwili ściągnęłam na czytnik Intermezzo Sally Rooney, ale lektura szła mi słabo (widać, że w tym tygodniu łeb mi się rozszczelniał, bo zapomniałam zapisać, że Okruchy dnia skończyłam słuchać na początku tego tygodnia, w poniedziałek lub wtorek rano; jeszcze gorzej, że dopiero w czasie lotu napisałam po dużej przerwie do Agniechy, przepraszam).

Przylecieliśmy może z dziesięć minut po przewidzianym czasie, ale cóż z tego, skoro odbiór bagażu rozlazł się na piątek — czekaliśmy godzinę! a rodzice z nami. Czyli przywitanie było przed pierwszą czasu lokalnego, Kochany wymienił tatkę za kierownicą i heja, nad nami Wielki Wóz i ostry sierp lipcowego księżyca.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

2358. Czerwcowe BH.

Kiedy leziemy po El Paso bez celu (wcześniej byliśmy w Króliczej Norze na kawie), myślę sobie jakie mam szczęście. Tuptamy bocznymi ulicami, przyglądamy się rachitycznym domom, krzywym kominom, rewitalizacjom i zapuszczeniom (dobra lokalizacja, ale budynki klaustrofobiczne jak w Small Things Like These). Pogoda mokra, parna, wzięłam kurtkę przeciwdeszczową, deszcz dopadł nas dopiero, gdy dojechaliśmy Babcią do sklepu zoologicznego i Dunnesa.

Przejeżdżaliśmy wzdłuż niebieskiej plaży — piraci już przyjechali, są pierwsze namioty. Od razu włączyło mi się myślenie wakacyjne.

O drugiej w domu, powoli robię część obiadu (ryż z pieczarkami), Kochany resztę, słuchamy Paktofoniki i Megadeath. Między opadami deszczu udaje się nam wcisnąć wyjście z koteczkami (Bronia testuje nowe szelki; w oddali słychać burzowe pomruki). Kupiłam już bilety powrotne z wakacji. Tylko powrotne, nadal nie wiemy gdzie dokładnie lecimy z Dublina :D Trochę kasy zeszło z konta, czyli w najbliższych dniach szlaban na bzdury.

czwartek, 16 kwietnia 2026

2311-2312. Z otchłani nieróbstwa.

W środę niechciej totalny, do tego stopnia, że rano zamiast cisnąć do pracy od razu, zaprosiłam Kochanego na kawę i zwlokłam się do biura dopiero o dziewiątej. 

Nic nie szkodzi, nikt nie zauważył, choć szefowa zaskoczyła mnie nawiedzając Jamę dwie godziny później. 

Łeb mi wysiada. Skąd wiem? W końcu przejrzałam finanse za przeszły rok i nie potwierdziłam błędów o których byłam przekonana, że tam są. Tylko grudzień się mi wykrzaczył, ale to już wszyscy wiemy. Czyli dobra nasza, jest pozytyw, mogę dalej wypoczywać :E

Czytam dwie książki, ale na dobitkę postanowiłam czegoś słuchać, wybrałam pierwszą część cosy crime Richarda Osmana, no i jak na złość na razie jakieś to nudne (a miało być łatwe i porywające). Wieczorem za oknem plumka deszcz.

Poranna odmiana czwartkowa: słońce świeci, ptaszęta śpiewają, oboje mamy ochotę rozpędzić się i jechać aż do Donegalu; w drodze do miasta ukazuje się nam dziki królik gnający środkiem asfaltu. A może to był zając? W każdym razie zwolniliśmy, stworzenie zrobiło to samo, następnie skręciło w prześwit między żywopłotami i tyle je widzieliśmy. Kupiłam Kochanemu kawę i maślany rogalik z pistacjami, całus, mąż do roboty; zasiadłam przy kawie i ... niespodziewanie skończyłam czytać wypożyczoną z biblioteki książkę Cusk. Sądziłam, że mam przed sobą jeszcze z trzydzieści stron, ale nie :) Chyba znalazłam nową, ciekawą pisarkę.

W pracy kolejny dzień sążnistego obiboctwa, Benedykt wpadł wypełnić referencje, chwilę później przyszła szefowa, głównie, żeby się z nim spotkać, we troje udaliśmy się na kawę do Pe (to był druga poranna kawa dla mnie, więc wzięłam na wynos). Poza tym audiobook, parę maili, burrito na lunch i najbardziej zmotywowana dziewczyna, która po czwartej znalazła czas, żeby wpaść i pokazać mi zdjęcia.

Krótko cieszyłam się z odmiany pogody. Gdy wracałam z mężem przez prowincję, sprawy miały się identycznie jak wczoraj: deszcz, góry na horyzoncie po raz kolejny zostały odwołane. Fred zrobił obiad (kurczak curry z ryżem), słucham kryminału, Mańka sika i zawodzi pieśni godowe.

niedziela, 12 kwietnia 2026

2308. Na prowincji.

Mieliśmy plany na wczesne popołudnie; przed wyjazdem w kierunku północnym dzień turlał się bez spiny. Dobry sen, pogodna pobudka, śniadanie. Zrobiłam kawę i zasiadłam do oglądania Pani Dalloway (1997) z Vanessą Redgrave. Po filmie rozmowa z mamą (nie było niczego nowego do przekazania, po prostu chcę trzymać kontakt jak często się da).

Przed wyjazdem do El Paso rozmawiałam chwilę z Anne, która w dość ponurym nastroju wyszła na zewnątrz. Widać, że konsumpcja dużej ilości mediów nie wpływa na nią dobrze, wszystko bierze sobie za bardzo do serca. Kochany zatrzymał się na pierwszej stacji benzynowej przy prowincjonalnej drodze, zatankowaliśmy, wysłałam Anne rachunek, żeby pokazać cenę i adres (nie wnikałam, czy sąsiadka skorzystała z tego miejsca i poczuła się lepiej, nie ma co jątrzyć). Od kilku dni trwają protesty spowodowane ceną paliw, które wg mediów powodują, że w 2/3 stacji w kraju nie ma benzyny. Niczego podobnego nie zaobserwowaliśmy po drodze w naszym regionie (najprawdopodobniej temat bardziej dotyczy zachodu)

W Atami byliśmy na miejscu chwilę przed czasem, spotkaliśmy Ka&Jot z dzieckami na przejściu dla pieszych przed restauracją. Dobre jedzenie, trochę wiadomości z kraju i ze świata (zamiast o benzynie rozmawialiśmy o rodzajach pogrzebów i księżach błogosławiących wszystkich jak leci), chłopcy siedzieli naprzeciwko mnie: Seamus wziął jakiś bardzo ostry ramen, którego nie dokończył jeść, Domhnaic zachęcony przez Jot zabawiał nas scenką o tym, jak w restauracji zachowują się bogacze (ma chłopak talent aktorski). Mieliśmy z Kochanym pomysł, żeby po obiedzie w rewanżu zaprosić przyjaciół do kawiarni, ale koniec końców wylądowaliśmy u nich w domu, bo Ka miał jeszcze prezent dla Freda. Herbata, ciasto, Pieseł biegający między domownikami.

Po powrocie do domu oklapłam, za to mąż pełen energii zabrał się za prace domowe: umył podłogę, naprawił szufladę ze skarpetkami, zawiesił w ogródku bee house. Zerkałam chwilę na teleturniej The Money List. Dobry dzień. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

2302. Mruczymy ...

... sobie do uszu jak dwa stare niedźwiedzie. To ile masz latek teraz? pokaż na palcach. Mąż liczy na jednej dłoni, ale rezygnuje. Wstać trzeba, myszy w Kuchniosalonie już niespokojne, jeść, kupa, kochać. Gdy Kochany obrządza koty, dzwonię do rodziców, którzy są już po śniadaniu. Składają Fredwi życzenia, potwierdzają, że wieje.

Po śniadaniu (żur á la Fred) jedziemy do Kildare, najpierw do centrum miasta w nadziei zainstalowania się w dobrej kawiarni. Niestety w Square pocałowaliśmy klamkę. Trudno, poszliśmy do The Ball Alley, na kawę i ciastko (ciastko było na pewno z mlekiem, teraz pozostaje mi wyczekiwać efektów; w tle Nina Simone, tylko patrzeć jak mi vloga zablokują):

Następnie pojechaliśmy do Village, gdzie Kochany szukał prezentu dla siebie. I znalazł! W Gant dwie pary rękawiczek wyściełanych kaszmirem, u Armaniego koszulę w ulubionych kolorach. Na deser hot dogi (zjadłam połowę, dla mnie zbyt hot) i jadziem do domu. Niby takie hop siup, nic się nie działo, a tymczasem jest już dobrze po piątej.

Z życzeniami dzwoni najpierw Usz, potem Wu. Jemy białą kiełbasę, ja tylko trochę, bo znowu za dużo przypraw (nie wiem, co ludzie mają z tymi przyprawami), więc wieczorem w erfrajerze robię frytki (Kochany już idzie spać, dobranoc, pchły na noc).

piątek, 3 kwietnia 2026

2298-2299. Czasem słońce, czasem deszcz?

Na to wychodzi. Czwartkowy poranek chłodny i jasny, wieczór deszczowy, więc gdy zajechaliśmy do Pieseła, obyło się bez spaceru. Śpisz? zatekstowałam do mamy o naszej dziewiątej wieczorem, gdy akurat chodziłam po Tesco w El Paso. Nie śpię. I tak to z mamą sobie porozmawiałyśmy, a to o tym, że w pewnej publikacji tytuł naukowy się pojawił przed moim nazwiskiem, i że w takim razie nobles oblige, że afera jest w powiecie, gdyż po Ojca Narodu przyjechali o szóstej rano, oraz że, imaginuj sobie, jesteśmy z nim prawie jak rodzina, przez ciocię Stachę, która była przecie kuzynką babki szwagra od starszej siostry. Niby wiedziałam, ale proszę mamę o rozpisanie tego ostatniego na diagramie. Pokazałam też mamie dom, i Pieseła, który postanowił nam towarzyszyć w salonie razem ze swoją gumową żabą.

Sen aż za dobry, przez dłuższy czas o piątkowym poranku nie rozpoznawałam dźwięku budzika w moim własnym telefonie. W końcu nie dało się tego wypierać, mąż jeszcze wciągnął kawę, ja majtki na tyłek (już w majtkach, a nawet chyba czapce na głowie, zdołałam zrobić kilka lekcji Duolingo i zapaść w mikrosen czekając na Kochanego) i wracamy (deszcz). Na chwilę skoczyliśmy do Tesco, tuż po jego otwarciu, a potem już do domu, gdyż myszy nas wypatrywały, mocno zaniepokojone i głodne.

W domu, zachęcona wczorajszą rozmową zajęłam się genealogią, aktywnością bardzo satysfakcjonującą, bo w końcu znalazłam w aktach tę ciociną kuzynkę, która w innych czasach mieszkała w odległości 150 m, więc może nawet ją znałam, choć kontury wydarzeń bardzo zatarły się w mojej pamięci. Kochany wrócił od GP, zjedliśmy późne śniadanie (m.in. guacamole) i wyjechaliśmy do Drołdy. Polski sklep, Czarna, spacer do Szkota. W tym ostatnim odkryłam, że najnowsze tłumaczenie na angielski Hjorth jest już w księgarniach (kochany kupił dwie płyty Queen). Deszcz, słońce, deszcz. W drodze do samochodu kupiłam mężowi skarpetki Barbour, w bażanty :)

Ach, to obrazek z życia rodzinnego, gdy nurkuję w genealogii okolic Dębicza (jedne zagadki są bliskie rozwiązania, więc oczywiście pojawiły się inne), na gazie pyrka rosół, w głośnikach płyta Innuendo Królowej, a Mańka Sikawka relaksuje się przy włochatej nodze Kochanego:

Rosół w końcu dopyrkał, zjedliśmy i Kochany musiał jechać z powrotem do Pieseła, po drodze robiąc "niewielkie" zakupy dla przyjaciół, którzy niedługo wracają z zagranicznych wojaży. Zostałyśmy z dziewczynami same, cisza zaległa, zrobił się nastrój na książkę (wprawdzie słonecznie, ale mam niechcieja związanego z samotnymi spacerami, wolę towarzystwo męża).

Doczytałam przed chwilą autobiografię Keaton, wcześniej, przy myciu garów zaczęłam słuchać Panią Dalloway. Ciężkie lektury sobie ostatnio wybieram, nie wiem czy to potrzeba, czy zbieg okoliczności. 

Rosół przeniesiony tuż pod drzwi, niech przeciąg do czegoś się przyda ...

piątek, 6 marca 2026

2271. W stronę przyjemności.

Kiedy byłam w pracy, zawitał do nas elektryk, z relacji Kochanego wynika, że elektryk-idiota (bez drabiny, bez wiertarki, bez głębszego pojęcia), ale inszallah, był. Mamy nowe czujniki dymu i innych atrakcji. 

Popołudniowy relaks domowy rozkładam pomiędzy Gosią przygotowującą niejadalne paskudztwo, mieciem kontynuującym wiwisekcję III części Dziadów i końcówką Żon nazistów, wszystko z laptopika ustawionego na stole obok którego leżakowałam (przyniosłam z sypialni gruby koc zainspirowana Kochanym — mąż w ciągu dnia nadal udręczon bólem nogi spał pod kotami na tapczanie w Kuchniosalonie). Takie to są małe, ale oszałamiające radości dnia powszedniego. Dzień jasny i cierpki, z rana musieliśmy chwilę poczekać, aż warstewka lodu spełznie z Babcinych szyb; na horyzoncie Donard z dobrze widocznym, białym przedziałkiem muru granicznego.

niedziela, 1 marca 2026

2266. Ależ …

… spało się wspaniale! Wygramoliłam się z łóżka po ósmej, jak królowa; królewskie śniadanie było jeszcze później. Gdzieś w międzyczasie Maniuśka przechodziła samą siebie: najpierw tłukła się z siostrą o panowanie na drapaku umiejscowionym na szafie z książkami, potem lunatykując Siuśka zsikała się do pudła stojącego obok drapaka. Normalnie: wylazła z drapaka, umiejscowiła pupkę w pudle z poduszką i centralnie nalała (odniosłam wrażenie, że gdy krzyknęłam, nagle się obudziła). Nie można jej nie kochać, ale ręce opadają (poniżej, Maniuśka już po akcji silkalniczej, kontynuuje spanie jakby nigdy nic).

Pogoda się spaskudziła, więc zamiast spaceru nad morze jest wyjazd do miasta, żeby kupić chleb, ale także ot tak ... po mieście iść, kawę pić, kupić przecenione kalendarze (zakupy książkowe zostawiłam na wizytę w mniejszej księgarni):

Duży kalendarz, ponieważ w środku są grafiki Angeli Harding (jej rysunki wykorzystuje np. wydawnictwo Faber&Faber; myślę, że kupiłam The Lighthouse P.D. James głównie dla okładki), kieszonkowy, bo już marzec, poza tym w środku są obrazki z osiemnastowiecznego zielnika. Po spacerze z Waterstonesa zrobiliśmy jeszcze niewielkie zakupy, przejechaliśmy się serpentyną po naszym zadupiu (jaja w jajomacie zakupione, wielkie posiadłości mignęły nam po drodze, ciekawe jak się im mieszka, jak to jest być ziemiaństwem) i nach Hause. 

Pogoda rozpaczliwa, znowu leje! Ale co to dla nas — dostaliśmy zaproszenie od Ka i nic nas nie powstrzymało przed wieczornym wyjazdem. Włos umyty, wepchnęliśmy w siebie obiad, Kochany zadzwonił do Stu w celu happy birthday, i można ruszać. U Ka cicho, Jot wyleciała do macierzy, z głośnych został tylko dopiero co ostrzyżony Pieseł. Obejrzeliśmy z przyjacielem Żyć nie umierać (2015) i sarkając na braki artystyczne wyruszyliśmy do domu. Znowu wieje.

sobota, 28 lutego 2026

2265. Błogosławiona sobota.

Po zapadlisku piątkowym (ku któremu nie było większego powodu: w pracy rozmiar zmartwienia pozostał ten sam, w domu przyjemnie), barometr idzie ku lepszemu (nie wiem w którą stronę jest to ku lepszemu, ale odczułam poprawę). Z rana słucham Bystroušky (że też nie znałam wcześniej tej ślicznej opery, a już adaptacja rysunkowa jest mega sztos). 

Po szybkim śniadaniu zbieram się do porannego spaceru (Kochany przy kawie, pod kotem; Mańka osikała z rana niedawno zakupiony koci tunel i jest bardzo z siebie dumna).

Czy to możliwe, że nie byłam kilka miesięcy na wsiowej plaży? Jak to? Ostatnie wpisy wskazują na listopad, może się mylę.

Rozmowa z mamą w drodze do plaży, nieliczni spacerowicze, głównie z psami (minęłam Gerarda z małym, białym terierem), na horyzoncie duży statek chyżo zmierzający ku Boyne i fatamorgana południowego wybrzeża; zaloty kosów, Alkoholowy Paddy (Jimmy) z załzawionym okiem, unikający mojego spojrzenia; cicha główna ulica wsi. Tak było na spacerze pierwszym.

Drugi wydarzył się bliżej południa, gdy Kochany ubrał się odpowiednio (mimo wszystko jest chłodno, mężowi na wietrze ekspresowo grabieją ręce). Wychodząc ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z Anne, przy okazji dołączyła do nas żyjąca połowa Ukraińskiego tandemu:

Tym razem wiatr był znacznie bardziej odczuwalny, musieliśmy się co nieco okapturzyć. Od razu skierowaliśmy kroki do Głowy, ale pierwsza grząska przeszkoda onieśmieliła nas na tyle, że zrobiliśmy w tył zwrot. W drodze do domu natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen, która nam obwieściła, że ona musi zrobić dwie rundki dziennie bez względu na aurę: idzie na plażę i się modli.

Powrót pod dom: weszłam na chwilę, żeby w termosie wziąć ciepła wodę do popicia i wyjechaliśmy Babcią do portu od innej mańki. Obiad z widokiem:


Pyszota: plamiak w panierce, fryty, sos czosnkowy, sok z cytryny.
Po drugiej znowu u siebie. I choć miałam "wielkie" plany na temat wyrywania badyli we frontowym ogródku, prawie od razu po wypiciu gorącej herbaty wzięła mnie taka senność połączona z odczuciem wychłodzenia, że udałam się na popołudniową drzemkę. Kochany obok mnie, wygrzewamy się do piątej jak dwa borsuki. Po przebudzeniu odkładam plany ogrodnicze na czas nieokreślony.

Kontynuuję słuchanie Żon nazistów.
Mija luty.

piątek, 13 lutego 2026

2250. Radość z łopatki.

Duje o poranku, potem do Wyspy wkracza chłodne słońce. W pracy letarg, jestem raczej cicha, strapiona mokrą wykładziną, nic dziwnego, że najwięcej frajdy sprawiło mi kupienie plastikowej łopatki :) Poza tym postanawiam nie przejmować się rzeczami na które mam wpływ minimalny — niby to oczywista oczywistość, ale periodyczna aktualizacja powyższego programu jest konieczna, mikroruchy z łatwością rozstrajają go w kierunku rojeń wielkościowych.

Poszliśmy z Kochanym na kaffkę:


W drodze do domu widziałam góry pobielone śniegiem. I dobrze, niech ziębi. W domowym cieple słucham Sobowtóra Siembiedy.

środa, 11 lutego 2026

2248. Idzie wiosna.

Przygoda: gdy odjeżdżaliśmy spod Tesco, przednie prawe koło zaanonsowało flaka. Mieliśmy dużo szczęścia, bo przestało padać, a opona zapasowa nie puszczała powietrza. Mąż był bardzo dzielny. Niestety, stało się to w czasie, gdy większość mechaników w mieście kończy pracę. Musieliśmy dojechać do wsi na zapasówce i wszelkie inne działania zostały odłożone do jutra. Po przygodzie wcisnęliśmy makaron z pesto. Znowu zadzwoniłam do mamy: Bronuś już nie ma zapowiedzianych wizyt u weterynarza, nie poprawia mu się, żeby to zauważyć nie trzeba specjalisty. Transfuzja wystarczyła na miesiąc, tak jak przewidywano, następnej nie będzie. Tymczasem idzie wiosna :I
___
edit 21:00 czyli nie jestem w miłym nastroju, choć umiem liczyć błogosławieństwa: właśnie półleżę w łóżku jak caryca, prysznic był, kołdra grzeje, Kochany siedzi w Kuchniosalonie z maluchami, może zrobię sobie jeszcze jedną herbatę, światło mamy, bateria w laptopie naładowana, a zepsuty czujnik napierdala tylko od czasu do czasu, już zdążyłam się przyzwyczaić. Nastrój niemiły jest smutkiem połączonym z wyczerpaniem. Bronusia mi żal, przygoda z samochodem była bardzo męcząca, choć oboje zachowywaliśmy pozorny spokój. Wbrew przewidywaniom, nie skończyłam słuchania Żulczyka tak szybko, jak mi się roiło. Historia jest przygnębiająca, przez jakiś czas współgrała z moim nastrojem jakby była na tym samym poziomie oklapnięcia, ale właśnie zaczęła ściągać mnie w dół. Słuchać, nie słuchać, słuchać, nie słuchać, może jeszcze jeden rozdział, jutro dokończę resztę.

środa, 4 lutego 2026

2241. Plany i zwyczaje.

Ustalone. Opiekunka do kotów jest, urlop i potencjalne kandydatki na zastępstwo są, samochód jest (zamiast do Poznania lecimy do Wawy). Wieczorem przy dźwiękach Cream rezerwujemy bilety "do" (decyzje o "z" nie zostały jeszcze podjęte). O planie poinformowałam mamę w czasie pracy, każda z nas w swoim biurze (biuro mamy jest mniejsze, ale jaśniejsze i po prostu ładniejsze).

Przez ostatnie kilka dni najwięcej rozmawiamy z Kochanym w samochodzie, albo przy obiedzie, gdyż poza tym separujemy się, żeby nie zaburzać Fredowi jego procesu twórczego, a mnie słuchania audiobooków bez słuchawek. I tak, po dłuższym czasie, z chłodnawej sypialni wchodzę do zaparowanego Kuchniosalonu, gdzie mąż słuchając antycznej muzyki rockowej pichci obiad (dzisiaj wątróbka i sałatka z pora). Jestem szczęściarą, notuję se we łbie po raz kolejny

Pomiędzy obiadem i rezerwacją biletów rozmawiamy o zabójstwie pod Narożnikiem. Ciekawe, czy kiedyś ich znajdą, morderców.

Kochany zadzwonił już do Stu, żeby poinformować go o naszym dziwnym rozkładzie jazdy i pożądanym czasie podstawienia samochodu. Dobrze mi. Planowanie jest dobre, planowanie cieszy duszę. W międzyczasie wyciągnęłam bransoletkę, którą dostałam pod choinkę. Hematyty i turmalin. Odwaga i determinacja, ochrona i wewnętrzna równowaga, głosi opis kamieni. Pierdoły, mamroczę. Noszę od jutra.

piątek, 30 stycznia 2026

2236. Randka, kino, strata, szczęście.

Aaaa, poezja piątkowego poranka, wstaję wiedząc, że jutro wstawać nie muszę. Śniło mi się, że byłam na podwórku u rodziców; tuż przede mną wylądował wielki kruk i zaczął karmić czymś kruczątko. Czuła ta chwilą prysnęła jak bańka mydlana, gdy uświadomiłam sobie, że tym czymś jest niedźwiadek. Oczywiście interweniowałam. I tak oto, mamy niedźwiadka ;)

Popołudnie było niezwykle miłe. Nareszcie wydobyłam się z Jamy, pojechaliśmy z Kochanym na Północ, najpierw na obiad do Atami, potem na kawę, następnie do kina na Hamneta (2025). Ach!



W czasie obiadu w suszarni skontaktowałam się z rodzicami. Niestety, Bronisiowe wyniki nadal spadają, może nie zdumiewająco gwałtownie, ale ma to miejsce, takie są fakty. Z Franią za to nie jest najgorzej, dostała syropek na wzmocnienie odporności. Rodzice oczywiście z jednej strony przybici, z drugiej gotują się do wzięcia rzeczywistości na klatę, z trzeciej w międzyczasie rozprawiali się ze sznyclami z wczorajszego kupnego obiadu (sznycle dla olbrzymów, niezjadalne za jednym zamachem).

Nieprzyjemne wydarzenie z którym jeszcze słabo się pogodziłam: zgubiłam jedną mitenkę. Tak byłam dzisiaj podekscytowana i zakutana w różne rzeczy, że prawdopodobnie odłożyłam mitenki na bok w czasie jazdy Babcią i zapomniałam o tym wychodząc z samochodu. Jedną znalazłam po seansie, między fotelem pasażera i drzwiami, więc domyślam się, że druga została gdzieś hen. Może jeszcze ... może jeszcze. Mam męża najlepszego z mężów: objechał ze mną miejsca podejrzane o zagarnięcie mojej mitenki, chodził z latarką i zaglądał pod cudze samochody, wszystko to w oparach po świetnym kinie, które, co tu dużo mówić, wycisnęło mi łzę.

piątek, 2 stycznia 2026

2208. Powrót do rzeczywistości.

Ale tylko trochę :) Skoro nie chciałam brać urlopu z puli na nowy rok, dzisiaj oficjalnie powinnam być w pracy. I byłam. Kochany zabrał się ze mną do biura i przez dwie godziny rozwiązywaliśmy problemy pierwszego świata (mąż chciał ustalić, o co chodzi z pieniędzmi pobranymi z jego konta jeszcze na początku grudnia): telefony do obsługi klienta banku (na trzech rozmówców, trzech z silnym hinduskim akcentem, wszyscy dopiero się przyuczali, Bareja zrobiłby o tym film), fizyczna wizyta w BOI (jedna rozmowa telefoniczna odbyła się właśnie w siedzibie banku); w międzyczasie poszliśmy na chwilę do Czarnej, żeby napić się kawy i zjeść po krłasancie z ham&cheese. A jeszcze alarm w biurze zgłaszał problem, że nie ma bidaczek połączenia z Internetem. Yhhh. Tak jak myślałam, nikogo nie obchodziło, że dzisiaj pracuję (jeden chłopak zapukał o dziewiątej, ale on generalnie nie zajmuje się rzeczywistością, więc nawet się nie zdziwiłam, że nie pamiętał o grafiku).

Mąż wrócił po mnie popołudniem: obiad w Valley Inn na prowincji, i powrót do Drołdy, najpierw, żebym mogła sprawdzić, czy w biurze wyłączyłam grzejnik, następnie do dwóch supermarketów w celu uzupełnienia zapasów na weekend. Za każdym razem, gdy wychodziliśmy z samochodu, dopadał nas i przesiąkał na wskroś okropny, mokry ziąb. W świetle jaśniejącej głowy Księżyca w pełni wróciliśmy do domu dopiero o szóstej. Gdy tylko włączyłam laptopa, od razu dostałam powiadomienie o możliwym śniegu. Ajajaj, żółte ostrzeżenie śniegowo-lodowe dla wszystkich hrabstw jest na jutro i na niedzielę:

Przez cały dzień podczytywałam Szymiczkową. Był pomysł wieczoru filmowego, ale z powodu totalnego wychłodzenia wybrałam gorący prysznic i zaleganie pod kołdrą z przygodami zakopiańskim profesorowej Szczupaczyńskiej (Znak, 2025). Właśnie skończyłam, wyczytałam do strony ostatniej. Fajrant, jakby powiedział dziadek Bronek.

piątek, 19 grudnia 2025

2193-2194. Napełnianie pustego słoika.

Jem ostatnio regularne, dziwne śniadania, prawie jak Grandad Joe: fasolka w tomacie i dwa jajka sadzone (tylko z lepszym chlebem, bo nie znoszę tego ichniego, białego i miękkiego jak nie powiem co, ale coś niedobrego). Bawi mnie myśl, że za kilka dni radykalna zmiana: będą świeże bułeczki kupowane rano przez tatkę. Byle dowiosłować. 

W czwartek rano dopadła mnie zmęczenio-nerwowość (czekam na spotkanie online), po południu zniechęcenie orką na ugorze. Energia ze mnie wyciekła; nie stało się nic dodatkowego, po prostu chyba deadline piątkowy, poczucie, że większość podopiecznych stosuje obstrukcje typowe dla niedojd pierwszego świata, oraz nadodpowiedzialność za cudze sprawy wytrąciły mnie z zen ku odrętwieniu. W takiej sytuacji nawet czytanie Pałacu to jak nóż w serce, nie mogę. Ale w domu, na łóżku, znajduję skarpetki w muchomory tygrysa, prezent od męża (muchomory były od Katlin), i gapię się na autopilocie w przedostatni odcinek Dalgliesha. Słoiczek z energią powoli się napełnia.

W piątkowe przedpołudnie użyłam swojej władzy: po dwóch godzinach rozpuściłam wszystkich do domu, bo już nie chciało mi się na nich patrzeć; uporządkowałam papiery, wysłałam parę emilków z życzeniami, dokonałam kolejnej próby napełniania słoika, działało, bo mogłam już przeczytać kilka stron Pałacu. O trzeciej Kochany się zjawił w swoim różowym płaszczu i wyjechaliśmy w kierunku północnym (miałam ochotę na obiad w mieście, ale zaczęły się właśnie świąteczne imprezy pracownicze i Simona była zarezerwowana na cały piątek), do stolika dla dwojga w The Valley Inn, przydrożnej knajpy dla klasy robotniczej, gdzie obiady są robione tak, jakby podawała irlandzka babcia: mash, gotowana kapusta, marchew i pasternak okalające kurzynę w białym sosie z leśnych grzybów, rozkosz! Przeżuwam, mniam, mniam, mniam, i czuję, że żyję, że oboje żyjemy:

Ze ścian patrzyły na nas lisy z limitowanych grafik Jonathana Walkera albo nieżyjącego Micka Cawstona, w tym z jednej podpisanej adekwatnym tytułem Friday Afternoon (po prawdzie lis nie patrzył, bo czytał gazetę):

Po obiedzie ruszyliśmy do El Paso, oficjalnie, żeby umyć Babcię w myjni (co w końcu się nie wydarzyło, jakiś kiks systemu), ale skoro jesteśmy w mieście to wiadomo, kawa:

W następstwie kawy spacer miejski, światełka i mała księgarnia Riverside czynna do szóstej, w niej dwie starsze panie Irlandki God bless you, thanks God, oraz jedna imigrantka (Irlandia powoduje, że God mnie nie drażni, nie jest to God różnych odwróconych baś, tylko zupełnie inny gościu). Więc musi być książka, wącham to i tamto, Kochany znalazł dla siebie taki prezent, który oczywiście zaraz mu wyczytam:

Wracamy do domu niby wieczorem, ale nocą. Ciemno. Zaniepokojona Mańka siedzi w oknie i zerka. Mąż kupił tacie dwa dodatkowe prezenty perfumowane, czyli na lotnisku dokupię coś tylko dla mamy. Zaraz robię nam herbaty, trochę piszę, potem wybieram się do sypialni na samotnicze dooglądanie A Taste for Death (1988; już wiedziałam, kto zabił), na koniec online kupuję włóczki i druty. 

Oczywiście, gdy tylko otrząsnęłam się ze słoikowej zadumy, przeczytałam ilustrowaną książkę Gavina Fridaya o Piterze i wilku.

Bronisława kilka dni temu nauczyła się zdobywać szafę, na którą Maryja wchodziła spacerując po karniszu. Kochany kupił im dzisiaj drapak-siedzisko, teraz obie kocóreczki leżakują w nim pod sufitem przytulone do siebie. Z fotela widzę tylko jedno różowe uszko Manii, wystawione za nowe posłanko. Nie do wiary, mam wolne.

niedziela, 14 grudnia 2025

2189. Nasłuchując.

Kochany pojechał rano do pracy, cokolwiek go wczoraj przygniotło, trochę zeszło.

Duża część niedzieli została wypełniona słuchaniem Nieznośnej lekkości bytu Kundery. Skończyłam słuchankę ok. czwartej, mogłam nareszcie umyć włosy i zabrać się za robienie obiadu. Podczas prysznica przyszła mi do głowy ciekawa hipoteza na temat milczenia Luśka (pewnie pod wpływem wczorajszej rozmowy z mamą); pożyjemy, zweryfikujemy. Ekspresowo wcisnęliśmy z Kochanym spaghetti. Przez chwilę skupiłam się na Szczygle, po czym odkopałam Dalgliesha z Marsdenem, A Taste for Death (1988); tradycyjnie sześciopak, będzie mnie więc bawił do piątku. Nadal młoda godzina, przyjemnie jest mieć czas.

niedziela, 26 października 2025

2140. Klucz!

Gdyby nie retro zegarki, które same się nie przestawiają, inaczej niż zegarki w telefonie i laptopie, może nawet nie zauważyłabym zmiany czasu na zimowy: "na stary czas" wstałam później niż wczoraj, zmotywowała mnie myśl, że myszy czekają na śniadanie. Kochany też długo relaksował się w mieście, i słusznie; przyjechał na wieś po dziewiątej czasu zimowego; pierwsza zauważyła go Maryjka, wystartowała z pozycji leżącej do okna, Kotato, Kotato!


Miałam do oddania dwie książki wypożyczone w bibliotece w Dublinie. Dzień był akurat idealny na przebywanie w pomieszczeniach, więc zygzakiem pojechaliśmy: najpierw do Drołdy, żeby kupić żwirek dla kotów oraz chleb dla nas, i napić się jeszcze kawy, następnie do stolicy, a w powrotnej drodze do pawilonów Swords, żeby zjeść pizzę w Milano. 

W Inchicore jesień :)


Niedziela częściowo odbyła się pod hasłem poszukiwania klucza. Ostatni raz widziałam go przed południem — ponownie weszłam do domu, żeby zabrać rękawiczki, bo ziąb, klucz dyndał wówczas w zamku. Od tego momentu słuch po kluczu wcale nie tak łatwym do zgubienia (zaopatrzony jest bowiem w czerwoną smycz i różne brzdąkaje) zaginął. Napisałam do Anne, żeby sprawdziła, czy przypadkiem nie ma go w drzwiach naszego domu, co też sąsiadka po swoim powrocie z morsowania uprzejmie uczyniła. Ano, ni ma. W sumie mnie to uspokoiło, bo wykoncypowałam, że w takim razie odłożyłam go gdzieś w czasie szukania rękawiczek (Mózg wątpił, ale mu powiedziałam, żeby się w końcu zamknął). No i super, wracamy po szóstej, jest już ciemno, jak w piosence, wchodzę do środka, klucza nadal ni ma. O cholera, wertowałam najbliższą rzeczywistość przez kolejne pół godziny. I co się okazało? Okazało się, że cały czas miałam go ze sobą, w brązowej kurtce Barboura, która ma podwójne kieszenie! (facepalm) Ale poważnie, bardzo się zaniepokoiłam: czyli tak się odczuwa ubywanie rozumu.

Wracając zaś do naszej wyprawy, oto łupy biblioteczne, nieplanowane, bo nigdy nie wiadomo, co wygrzebie się ze sterty książek za tujuroicz (byliśmy tam ostatnio w czerwcu; albo pani ma tak dobrą pamięć, albo my mamy w sobie coś):


Po znalezieniu klucza zrobiłam powyższe zdjęcie i nareszcie mogłam się zrelaksować. Szara, deszczowa niedziela szybko zleciała, dobrze, że jutro jest bank holiday. Kochany jeszcze długo rozmawiał przez telefon, m.in. ze starszym z braci, usiłując pomóc w rozwiązaniu problemu, który może rozwiązać wyłącznie sam petent, ale cienszko, skoro petent informacji zwrotnych nie słucha i dlatego ma problemy. Z innych "problemów" (ten może nawet całkiem nasz), Bronia pierwszy raz wskoczyła na szafę obok lodówki. Mamy w domu nastolatkę, która szuka guza i testuje granice.

Kochany zapewne już w mieście, ja niewątpliwie w szlafroku, przed chwilą dojadłam coś jeszcze, bo lunchowa pizza, choć przepyszna, nie została przeze mnie skonsumowana w całości (ostatnio zrobiłam się wrażliwa na różne składniki, dość powiedzieć, że proces starzenia się organizmu nie budzi mojego entuzjazmu). Może za chwilę porozmawiamy przez Messengera. Bardzo kocham mojego męża.
___
edit 21:55 to już od dłuższego czasu wiadomo, ale zapisuję, żeby pamiętniczek też wiedział: mamy nową prezydentkę, lewaczkę Catherinę Connolly.