Joga z Alison o poranku. Gołąb, jeleń, sznurówka, różne wersje smoka.
Długa rozmowa nas obojga z Kaś Matką Kotom. U niej zmiany, przeniosła się do Wawy, idealnie, będziemy mogli podskoczyć przy okazji wizyty u szwagrów.
Gdy wychodziliśmy z domu zaczepiła mnie Anna z przypomnieniem, że będzie kontynuowała pracę przy bluszczu. Przy okazji poinformowała mnie, że mam jazzy spodnie. Racja, krwistoczerwone, w sam raz na szlak.
Podjechaliśmy do Aś i wraz z nią cofnęliśmy się do Annaloughan Loop, od leśnej drogi przy trasie, którą często zmierzamy do Omeath. Fred widywał tam stojące samochody i chciał zaspokoić swoją ciekawość do czego się tam stoi. Teraz już wiemy.
Na szlaku jest sporo wypalonych drzew i łysych pniaków (pożar w zeszłym roku trwał tu kilka dni), samo miejsce bardzo dobre na aktywny, ale niewymagający wypoczynek. Po kilkugodzinnym spacerze (ok. 8 km różnych widoków) wróciliśmy do leśnego, dzikiego parkingu i zajechaliśmy jeszcze do Aś. Zupa cebulowa, wędzona makrela w zalewie octowej à la zielony śledź i dobra kawa. W domu jesteśmy z powrotem po ósmej. Zmęczeni.





