Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą joga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą joga. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 czerwca 2025

2001-2002. Nowy tydzień.

Poniedziałek
Zgraliśmy się z Kochanym po południu. Wcześniej, gdy jeszcze byłam w pracy, zauważyliśmy w jednym ze stowarzyszeń czarno-białego kota. Młodziutki, lubi psy, napisałam wiadomość z zapytaniem o możliwość adopcji, zero odzewu. Rozmawiałam z mamą, przedstawiając jej m.in. potyczki adopcyjne. Czytałam Gottland. Po południu za oknem paprochy deszczu (sąsiedzi już prawie skończyli kłaść dachówkę na przybudówce). 

Cytat dnia: My to normalni nie jesteśmy, stwierdził mąż, ale lubię to. Kochanemu lepiej, chociaż musiał być w pracy od wczesnego poranka.

Wtorek
Trochę za późno pomyślałam sobie, że warto byłoby zacząć ten nudny dzień od biegu, albo od jogi. Nie zaczęłam. Wyszłam z chaty o ósmej rano (z Fredem), wróciłam po siódmej wieczorem (z Fredem, tym samym, mężem mym).

W pracy samiuteńka, czytam książki, nic się nie dzieje, wysyłam z dwa-trzy emilki, kilka razy widzę przez kamerę zamontowaną na zewnątrz, jak po chodniku pod drzwiami maszerują przedszkolaki wtę i z powrotem. Dokończam Gottland, kontynuuję Białe zęby. Przez chwilę rozmawiam z koleżanką z biura obok, w końcu o wpół do czwartej zostawiam ją na dobre; jedziemy z Kochanym do El Paso, jemy obiad w Lisdoo, pijemy kawę w ulubionej kawiarni, przejeżdżamy obok domu Ka&Jot, więc się wpraszamy na trochę i przy herbacie w ogrodzie (plecy grzeję w popołudniowym słońcu) głośno dyskutujemy o prymicjach i adopcjach.



Wracamy do domu z U2. Zaszłam do Anne podziękować jej za linki przesyłane w ciągu dnia i wyjaśnić, dlaczego na razie nie będę się rozglądała za innym kotem. Pogoda ładna, dobrze ją wykorzystaliśmy. 

niedziela, 13 listopada 2022

1063. Śmierć.

Dzień zaczął się jogą i ogólnie było wspaniale, miałabym o czym pisać. Nie napiszę teraz. Ponad pół godziny temu zmarła babcia Mania. Umarła w swoim domu, tak jak chciała.

wtorek, 8 listopada 2022

1058. Wnętrze.

Fred wrócił padnięty o horrendalej godzinie i długo spał. Przed południem zrobiłam prasówkę dla Gronji, która poszła mi znacznie szybciej niż ostatnia papierkowa robota z excelem (może dlatego, że teraz nie miałam szablonu, więc robiłam notatki własne?). W międzyczasie zarezerwowałam jogę na niedzielny poranek, to będzie pierwsze od dwóch lat spotkanie jogowe na mieście. Już nawet zapłaciłam i mam nadzieję, że tym razem żaden robal nie przeszkodzi mi we wzięciu udziału, Anne też się cieszy.

Reszta dnia raczej w domu, wychynęłam tylko do ogródka, żeby napełnić ziarnem wróbli karmnik i poprawić przewróconą doniczkę. Wieczorem obejrzeliśmy z Kochanym dawno odkładane Wnętrza (1978) Woody'ego Allena, którymi od razu się zachwyciłam, bo nie mogło być inaczej. Piękny obraz kwasu rodzinnego, do tego aktorzy grają jak nawiedzeni, scenografia i kostiumy perfekcyjne. 

piątek, 24 września 2021

646-647. Be brave, be human, make mistakes.

Spacer z kotem w czwartek był, wcześniej była praca, wieczorem ogólne napięcie. Nie wiem, czy to bardziej kwestie pracownicze, czy współodczuwanie z Fredem jego mąk twórczych, ale spałam bardzo, bardzo źle i poranną jogę, na którą zapisałam się u Alison, załatwiłam na leniuszka: wstałam o 6:30 zgodnie z budzikiem, nakarmiłam kota, nastawiłam wodę na herbatę i ... poszłam spać. 

Po śniadaniu i kawie dla odprężenia poleźliśmy z Kochanym naokoło Głowy:



W rybnym nadal nie mają chowdera, więc na obiad wróciliśmy do domu.

À propos mąk męskich, ostatnio Fred intensywnie zajmuje się filmem, bo coś jakby świta na horyzoncie wizja premiery jeszcze w tym roku. Kochany ślęczy więc przed laptopem i dzwoni po ludziach, dzięki temu pierwszy raz od wieków rozmawialiśmy ze Zbyniem.

Wracając do jogi, przed siódmą wieczorem dostałam wiadomość od Alison, że niedługo zaczynamy. WTF? Z moją głową nie jest najlepiej (żeby pomylić poranek z porą wieczorną i zorientować się dopiero, gdy zapadał zmrok!), ale wzięłam udział, od czasu do czasu sprawdzając, co tam z rosołem. Be brave, be human, make mistakes, takie błogosławieństwo na dzisiaj, cheesy, ale coś w tym jest. Zjedliśmy rosół o dziesiątej (dzień kończy się przyjemnie).

Poza tym była rozmowa z Marksistką, bo sprawę mam: chcę się podpisać pod projektem ustawy obywatelskiej Legalna Aborcja, nie można online, a tu nie wiem, kto zbiera.

niedziela, 30 maja 2021

530. No power Sunday.

Półtorej godziny jogi yin o poranku przez zoom, na jajecznicy bez chlebka (Fred musiał pojechać rano do Lidla, żeby go kupić). Więc pierwszy większy posiłek to Fredowy żurek z chlebem, po południu, bo czas, kap kap kap, przecieka mi, gdy się tulam, rozmawiam o festiwalach piosenki żołnierskiej w czasach PRL-u i innych takich. Nadal nie mam dzisiaj połera. Leniwie gapię się jak Bernadette wszywa koronki do swojego nowego projektu.

Fred zadzwonił do brata, złożyliśmy mu życzenia. Długo Wu nie słyszałam, a w zasadzie nigdy nie słyszałam go w tak dobrym nastroju, gdy wiadomo przez słuchawkę, kiedy rozmówca się uśmiecha. 45 minut to niezły wynik. Na tapecie urodziny, choroba, yerba, szczepienia (Wu będzie miał za tydzień drugie dziabnięcie Pfizerem). Podbudował mnie ten kontakt. 

Wyjechaliśmy potem po chusteczki, a wracając z Drołdy Fred skręcił jeszcze na niebieską plażę. Pogoda była dzisiaj naprawdę letnia, tylko ja, jak ten dzik, przez większość dnia zalegałam w domu. Spacer był. I góry na Północy ledwo widoczne, jak namalowane akwarelą. Anna zapukała wieczorem, bo wyłączyła swoją Nokię i potrzebowała pomocy z ponownym włączeniem, więc jej powiedziałam o wszystkim, że Fred mnie rozpieszcza (znowu pół dnia gotował, tym razem fasolkę po bretońsku), i że no power.

Zatoki mam zaglucone, i nie mam nastroju. Wiem, co będzie, rozmowy nocne z Kochanym i klikanie, kaptur od szlafroka naciągnięty na głowę, jak u tego gościa z Gwiezdnych Wojen.

niedziela, 25 kwietnia 2021

495. Annaloughan Loop.

Joga z Alison o poranku. Gołąb, jeleń, sznurówka, różne wersje smoka.

Długa rozmowa nas obojga z Kaś Matką Kotom. U niej zmiany, przeniosła się do Wawy, idealnie, będziemy mogli podskoczyć przy okazji wizyty u szwagrów.

Gdy wychodziliśmy z domu zaczepiła mnie Anna z przypomnieniem, że będzie kontynuowała pracę przy bluszczu. Przy okazji poinformowała mnie, że mam jazzy spodnie. Racja, krwistoczerwone, w sam raz na szlak.

Podjechaliśmy do Aś i wraz z nią cofnęliśmy się do Annaloughan Loop, od leśnej drogi przy trasie, którą często zmierzamy do Omeath. Fred widywał tam stojące samochody i chciał zaspokoić swoją ciekawość do czego się tam stoi. Teraz już wiemy.






Na szlaku jest sporo wypalonych drzew i łysych pniaków (pożar w zeszłym roku trwał tu kilka dni), samo miejsce bardzo dobre na aktywny, ale niewymagający wypoczynek. Po kilkugodzinnym spacerze (ok. 8 km różnych widoków) wróciliśmy do leśnego, dzikiego parkingu i zajechaliśmy jeszcze do Aś. Zupa cebulowa, wędzona makrela w zalewie octowej à la zielony śledź i dobra kawa. W domu jesteśmy z powrotem po ósmej. Zmęczeni.

piątek, 2 kwietnia 2021

472. No i voilà.

Mama przez internet wymieniła szczepienie AstraZenecą na Pfizera, będzie kłuta po tacie, za to drugą dawkę dostanie znacznie wcześniej niż to by miało miejsce w przypadku Astry. W południe zapukała do nas Anna, bardzo zadowolona, żeby nam powiedzieć, że po wczorajszej szczepionce nie ma żadnych negatywnych objawów (oferowałam jej wczoraj pomoc w zakupach). A jeszcze wracając do rozmowy z mamą, złożyliśmy życzenia babci Mani. Wydała mi się smutna, zmęczona, pamiętała o urodzinach Freda, o swoich zapomniała.

Zakupy w mieście zostały odhaczone, potem podjechaliśmy do Costy po kawy i tym razem natknęłam się na Aurę. Gdybym jej nie znała, uznałabym, że była niemiła.

Wróciliśmy do domu po czwartej, na niebie ani jednej chmurki, więc zamiast gotować, poszliśmy na plażę zjeść rybę z frytkami. Voilà:


Resztki spakowałam dla naszych szpaków, szliśmy przez parking z przyczepami i środek wsi. Tak pięknie było dzisiaj, powietrze zimne, ale brak wiatru rekompensował utratę ciepła. Wróciliśmy pod dom około siódmej, a słońce nadal przyświecało mocno i zdecydowanie.

W temacie jogi, oczywiście wokół kostek dłoni spuchnięcia po wczorajszych podpórkach. Zamiast się zniechęcać, zrobiłam serię rozciągającą mięśnie kręgosłupa.

Wieczorem czyta się.

czwartek, 1 kwietnia 2021

471. Zasiedziali.

Próbujemy dostosować się do rytmu świąt cyrklując, kiedy przed weekendem zrobić zakupy. Może i my nie obchodzimy, ale inni pewnie tak, zresztą ... trudno powiedzieć. 

Wstąpił w nas Duch Czytelnictwa. Fred zaciągając się yerbą zaczął w końcu czytać swój prezent urodzinowy sprzed siedmu lat (od ówczesnej dziewczyny), Morfinę Twardocha, ja wzięłam się za pierwszą część wywiadu-rzeki z Bartoszewskim (po dwóch rozdziałach sądzę, że cały tekst przyjmę z uczuciami mieszanymi). 

Była jeszcze joga z Adriene — chciałabym zrobić z nią miesięczne wyzwanie, ale już teraz widzę, że ma zbyt dużo póz w podparciu rękami, co moje nadgarstki i stawy w palcach być może jutro oprotestują. W związku z tym nie wstrzymuję oddechu. 

Czwartek był szary i zimny.

niedziela, 28 marca 2021

467. Bajkowo.

Piękna taka pobudka, ósma, za oknem szaro i drobniutki, wiosenny deszcz, wyskoczyłam z wyrka, zrobiłam herbatę, zjadłam śniadanie odprowadzając wzrokiem kogoś pod parasolem, rozłożyłam matę do jogi na półtoragodzinne spotkanie na zoomie. Prawie nie odczułam tego, że w nocy zmienił się czas na letni. Alison wspomniała o rozpoczynającym się dziś w Indiach święcie Holi.

Deszcz padał całą niedzielę. Zaniosłam Annie sałatkę do spróbowania (ma szczepienie w nadchodzącym tygodniu, co mnie bardzo cieszy). Fred zrobił żurek na obiad, potem poleżakowaliśmy sobie poobiednio. Obejrzałam do końca pierwszy sezon Czarnej żmii (odcinek o zarazie aktualny, szczególnie motłoch w sądzie, który kwiczał w podnieceniu za każdym razem, gdy oskarżyciel podnosił głos). Kotu zmiany czasu nie wytłumaczę, wrócił po jedenastej wieczorem, wcale nie spóźniony ;) Małżonek daje mu właśnie kolację nucąc motyw przewodni z Bajek z mchu i paproci.

niedziela, 28 lutego 2021

439. A blanket of radical self-adoration.

Zwlokłam się z łóżka wcześniej niż kazał rozsądek, bo miałam zarezerwowane na dziewiątą półtorej godziny jogi z Alison via zoom. Przy piciu pierwszej herbaty zielonej kot przyniósł mi wróbla, jeszcze ciepłego (zaczęło się wczoraj od rudzika, ale dzisiaj to było już wręczenie prezentu w kuchni) — nie dałam Ryszardowi jeść, żeby nie wyrabiać w nim nawyku handlu wymiennego, więc kiedy rozłożyłam matę, kot przyszedł zgłosić się jeszcze raz po śniadanie i ugryzł mnie dwa razy w rękę. Trwałam w pozie, twarda, niewzruszona, jedzonko trzeba było wydębić od taty. Pączek wrócił do mnie po śniadaniu i zajął koc, który używam jako prop. Odbyliśmy tę sesję razem :)

May I be safe, may I be happy, may I be healthy, may I live a life of ease. Poranek z błogosławieństwem. Do wsi przyszła mgła, która zasłoniła słońce.

Po drugim śniadaniu i kawie rozpogodziło się, poszliśmy z Fredem nad morze (oczywiście wcześniej kocia pętelka). Mnóstwo ludzi, młodziaki w kostiumach kąpielowych wbiegały do wody, nad plażą słońce i zapach fish and chips, a mgła jak szary koc unosiła się nad wodą daleko na horyzoncie.

Wróciliśmy do domu bardzo leniwi, na wyluzowanych kolanach. Zamiast się napić herbaty, od razu przesadziłam kupione w piątek kwiatki z osłonek do doniczek. Skończyłam na czas, gdy zimna mgła właśnie powracała nad wieś (jakbym wyczuła jej intencje). Kochany zrobił dla nas obiad, potem pojechał do miasta po chleb. Mówi, że nie może się na niczym skupić i jest na siebie zły. Rozlazła żona zapewne w niczym mu nie pomaga. Nie mam planu na nowy tydzień, czuję się przez to zupełnie niezorganizowana, bez poczucia kontroli i, prawdę mówiąc, chcę się schować pod kołdrą.

niedziela, 24 stycznia 2021

404. Czytam w myślach i kicham na kwiaty.

Śniło mi się, że Marek zaczął znowu pić, tak mną ten sen wstrząsnął, że obudziłam się, gdy Kochany był jeszcze w domu i mogłam miotającemu się mężowi pomóc robiąc mu kawę na drogę. Freda mój sen wcale nie zdziwił, oświadczył mi, że wczoraj słuchał Dyjaka całą drogę z i do pracy, a ja, wiadomo, czytam w myślach.

Przed południem spadł śnieg ... pokazałam go mamie. Obejrzałam kolejny odcinek Poirota z trzeciego sezonu, Morderstwo na Balu Zwycięstwa (1991), akcja ma miejsce w roku 1935.

Nie mogłam się dzisiaj skupić na jodze, najpierw zadzwonił Fred, potem kręciłam się w mniej wygodnych pozach i odczuwałam chłód ciągnący od podłogi, skończyłam złorzecząc pod nosem (zrobiłam się bardzo mało elastyczna i mi to przeszkadza). Generalnie niedziela minęła niepostrzeżenie i na błahych, mało praktycznych czynnościach. Słucham Fredka, nucę God Save the Queen, wieczorem zajadamy się z Fredem łososiem wytaplanym w ziołowym masełku, opowiadam małżonkowi jakieś niestworzone historie, a on nazywa mnie swoim skrzatem. Wazon z kwiatami w tym czasie już musi stać w łazience, tak bardzo pachną żonkile i hiacynt — nie mam serca wystawiać ich za okno, na mróz, więc jeszcze się trochę pomęczę. Jutro Fred wstaje trochę wcześniej niż dzisiaj, znowu pobudka, wolny rozruch, kawa do termosu, Kochany idzie już więc spać, u mnie herbata z miodem, prysznic i jeszcze jeden mały Belg, siłą rozpędu będzie to odcinek 3.11, Tajemnica Hunter's Lodge (1991).

poniedziałek, 11 stycznia 2021

391. Dark times.

Katlin wróciła do formy, tuż po południu zapukał do nas Majk z dostawą sconesów. Ja tymczasem, poza pochłanianiem lekcji duolingo, zajęłam się zajęciami dobrej żony, ugotowałam rosołek i zrobiłam ryż po mojemu do rybki.

Irlandia w grudniu miała najniższą zachorowalność w Europie, teraz ma dla odmiany najwyższą. Tymczasem małżonek pomimo pandemii ma kilka zleceń i trochę mnie martwi, że będzie się musiał kręcić wśród różnych ludziów, także takich, którzy pracę-sracę cenią ponad własne zdrowie. Na wieczór ostatnie odcinki Dyzmy, joga z youtubem i wypaśna płyta MTV Unplugged Kultu (2010).

niedziela, 18 października 2020

306. Joga, pandemia, kontakt, cmentarz.

Pierwszy raz do kontaktu z Alison użyłam aplikacji zoom. Zajęcia były udane, do tego słoneczko wyzierało przez okno w kuchni. Tak to ja mogę codziennie. Fred wstał później, żeby mi się pomiędzy asaną łabędzia i smoka nie plątać. W efekcie mąż po swojej kawie zamiast śniadania miał od razu obiad. Wcześniej wysłał długo odkładanego smsa do Wu. Trudno jest ułożyć w krótkie zdania, to co się kotłuje w głowie, szczególnie jak z góry wiadomo, że odbiorcę łatwo można przytłoczyć, bo jest łatwoprzytłaczalny. Pozytywnie mnie zaskoczyło, że Wu dość szybko i składnie odpisał. Widocznie czuje się lepiej, miejmy nadzieję, że nie chwilowo.

Po obiedzie pojechaliśmy na cmentarz:


Jak to "po co?". Zdjęcia zrobić. Po powsinodze cmentarnej zajechaliśmy do TK Maxxa w Drołdzie. Dostałam w prezencie buty timberlandy, na lżejsze wycieczki, ale za kostkę i w goretexie, oraz ocieplane rękawice börjessona, obydwie rzeczy przydadzą się w spacerach nad morzem. W drodze do domu na chwilę skręciliśmy na wiejską plażę, chyba głównie po to, żeby sprawdzić, czy wymiotło dzikie tłumy obecne tam w południe. Wymiotło, ale było około szóstej, na wieś nadpełzła jesienna szarówka. Dosłownie przed domem Fred odebrał telefon od Kaś Matki Kotom — dostaliśmy wiadomość, że nasza wspólna znajoma załapała covida, tego co wg niektórych nie istnieje. Fred zamierza robić fasolkę po bretońsku, ja po prysznicu będę kontynuowała oglądanie Powrotu Szerloka, zapewne będzie to odcinek o sześciu Napoleonach. Drapie mnie w gardle, ale niedziela na plus, poza njusem o pechowej Iwonie.

niedziela, 20 września 2020

277-278. Fair Head i niczego sobie niedziela.

Sobota.









Obudziłam się o siódmej po kilku godzinach snu przerywanego kręceniem się z powodu chłodu (już chyba pora powitać podgrzewane koce). Ponieważ jakoś nie mogłam ogarnąć, Fred zrobił kanapki, dwa termosy herbaty i wypchnął mnie z domu. Pojechaliśmy na the Fair Head, klify w Północnej. Zatrzymaliśmy samochód na prywatnym parkingu przy farmie (£3), pogoda i widoczność nam dopisały, z wybrzeża było widać wyspy Szkocji. Szlak nie jest długi, ale też i nie spieszyliśmy się. Widać, że to popularne miejsce wśród wspinaczy skałkowych, bo sporo ich ćwiczyło. Cudnie było, aż zaszliśmy za daleko i trzeba było się cofać. W powrotnej drodze chcieliśmy jeszcze zobaczyć the Dark Hedges, ale brak pobocza do zatrzymania i tłumy w alei nas zniechęciły. Efekt trasy przez Dundalk: znalazłam włoską restaurację, Nonna Nenne', z wierzchu nie zachęcającą, w kompletnym podogoniu na Bachelors Walk, ale która serwuje domowe, włoskie dania (wiemy, bo to był nasz obiad tego dnia, włoskie makarony i cannoli na deser), poza tym od Ka&Jot wyjechaliśmy ze słoikiem litewskiego miodu (zajrzeliśmy do nich na chwilę, na pół filiżanki herbaty). Oboje przed północą padliśmy do łóżka jak kawki. Czuję jak Fred szczerzy się w uśmiechu nawet przez sen.

Niedziela.
Nadal jest słonecznie, w powietrzu czuć jednak coraz bardziej przejmujący chłód. Na zajęcia jogi yin i nidry wyjechałam z Anne pół godziny przed południem, wróciłam po drugiej. Wspaniale spędzony czas, w czasie nidry miałam pod powiekami widzenie — obraz Freda ;) Wróciłam akurat w sam raz, żebyśmy zdążyli razem zjeść obiad. Po piątej miły znowu wyruszył za Dublin. Yin jest powolna, ale teraz jestem zupełnie rozmiękczona, siedzę i myrdam palcami u stóp, na tyle mam siły. Cieszy mnie wizja gorącej herbaty z miodem i jakiegoś filmu kostiumowego, a w dłuższej perpektywie zaproszenie na obiad Anne i jej Majkela. Anne zaproponowała już miejsce, w przyszłym miesiącu obie mamy urodziny, data obiadu będzie pewnie pośrodku.
___
edit 23:20 Tym kostiumowym filmem okazała się nowa Emma (2020). Ponieważ czytałam kiedyś niezbyt pochlebną recenzję, przyjemnie się zaskoczyłam. Generalnie film momentami idzie w kierunku slapsticku i muzyka podkreślającą komizm irytuje, za to aktorzy nie świecą nakładkami na zęby, śpiewają normalnymi, ludzkimi głosami, główna bohaterka przy trefionej fryzurze ma "no makeup look", kostiumy, scenografia, kolor zdjęć — same plusy.

niedziela, 23 sierpnia 2020

250. Niedziela z opóźnionym zapłonem.

Rano nie chciało mi się zleźć z wyrka, Rysio zadziałał jak niezawodny budzik. Jechałam z Anne na pierwsze zajęcia półśpiąca, ale było warto. Godzina i czterdzieści pięć minut jogi yin i nidry. Znalazłam swoje miejsce :)

Reszta niedzieli to zakupy obiadowe na kilka najbliższych dni, odsłuchanie kupionych wczoraj płyt, rozmowa telefoniczna z mamą (jest w słabej formie, jesień ją dopada) i zaskakująca wiadomość o śmierci Marii Janion.

piątek, 7 sierpnia 2020

234. Buuu.

Kurzonki mnie napadli. Wczorajszy spacer nic nie miał z tym wspólnego. Przed wyjazdem, na prostej drodze we własnej kuchni nieodpowiednio postawiłam stopę. Bardzo to upierdliwe, trudno jest siedzieć, mam focha i nic mi się nie chce.
___
edit 21:30 Małżonek nosił dzisiaj skarpetki w małpki. W bólu trochę pomógł mi gorący prysznic i spacer nad morze. Nad morzem mnóstwo zielonej sałaty, wyrzuconych na piasek meduz i niebo coraz bardziej zachmurzone. Fred jedzie na basen na ósmą, a ja mam w tym czasie drugi dziś chit-chat z Anną (pierwszy był przed spacerem). Dwaj chłopcy ponownie zainteresowali się naszym ogrodem, i Anna spłoszyła ich pukając w okno zanim wyszłam z kubkiem herbaty w ręce zapytać najuprzejniej, o co się rozchodzi. W efekcie stojąc w ogródku pogadałyśmy sobie o tym, jakie te dzieci dziwne nowadays. Jestem ciekawa, co ich zainteresowało, bo przez okno odniosłam wrażenie, że tłumaczą sobie zasady jakiejś gry.
___
edit 22:30 Przed dziesiątą wychynęłam z domu zaniepokojona, że Fred nadal nie wrócił. Skończyło się półgodzinną pogadanką o zmroku w ogródku Anne, z nią, jej mężem, Fredem i Katlin, oraz zapisaniem się na pierwsze w życiu zajęcia jogi.

wtorek, 7 stycznia 2020

21. Czwarta miesięcznica.

Pierwsza aktywność dnia: wrzucanie ubrań do pralki zapętlone z karmieniem kota. Chociaż nie, najpierw otwarcie okna w sypialni, dlatego nie zauważam kiedy po posiłku Ryszard wychodzi na wieś. Wzięło mnie na królewskie śniadanie, jajecznica, owszem, ale z kartoflami okraszonymi masłem i śmietaną. Organizm czegoś się domaga, tylko mówi niewyraźnie. Fred od rana w Dublinie, a u mnie jak trwoga to na matę. Plecy bolą, już mi raz pomogło kilka dni jogi.
___
edit 18:20 Fred kupił mi cieniutką podkoszulkę Adidasa, długi rękaw, będzie na jutro. Dla siebie gołębi płaszcz Holland Esquire z wełny od Moona, przepiękny, i letnią marynarkę Paula Smitha, wełna z dodatkiem nylonu.

Do dwudziestej jest pogodowy alarm żółty, i teraz wyraźnie słychać dlaczego. Wiatr z lądu pędzi nad morze, uderza w nas jakieś dalekie odbicie wielkiego sztormu na północy. Mam nadzieję, że pogoda się naprostuje, jak obwieszczają prognozy, i jutro będzie miód i orzeszki. Małżonek właśnie pakuje spodnie do podwijania ...