Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaś. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

1972. Bez energii.

Zasnęłam gdzieś po drugiej w nocy, obudziłam się przed ósmą i już nie mogłam spać, obrazki z podróży kotłowały mi się w głowie, musiałam je posortować, zobaczyć co się utrwaliło. Pranie zostało wrzucone do pralki dopiero po dwunastej, gdyż ruszam się jak mucha w smole (choć jednocześnie odpisuję, uaktualniam i przy tym nawet od czasu do czasu myślę). Ceremonie i ceregiele raczej powolne, do bagażnika zaglądam z trzy razy w poszukiwaniu własnej głowy. Buty zostały umyte i wypastowane na następny czas.

Kochany wstał, przejrzał zdjęcia, zareagował na zaproszenie do Ka, położył się na pół godzinki, choć ładna pogoda zachęcała, żeby rzucić to wszystko i wyjechać do Kisłowodzka. 

Oboje z pewnością nie mieliśmy ochoty na gotowanie obiadu, z pomocą przyszło nam Borzalino, w niedziele otwierane o czwartej. Dopiero, gdy zerknęłam do menu, przypomniało mi się, dlaczego chciałam tu przyjechać. Risotto grzybowe. Sporą część jak zwykle zabrałam do domu w ramach inwestycji w poniedziałkowe śniadanie. W czasie obiadu dziwny algorytm doprowadził mnie do odkrycia, że jedna ważna dla nas osoba, z którą od dłuższego czasu nie mieliśmy kontaktu, usunęła nas z listy znajomych na FB. Coś zaszło jakiś czas temu, ale nie wiemy co, kompletny brak danych. Niby trochę przykro, z drugiej strony niekoniecznie; ciekawe czy kiedykolwiek zagadka się rozwikła.

Wieczorem nadal ciepło, ale też deszczowo-burzowo. Zaraz po obiedzie wyjechaliśmy z Drołdy do El Paso; kręciliśmy się po mieście, nawet podjechaliśmy na chwilę do Blackrock (głównie po to, żeby zrobić zdjęcia gawronom). Ka miał w planach spacer z Piesełem i nie chcieliśmy poganiać jego rutyny. Gdy w końcu znaleźliśmy się pod domem przyjaciela, na zewnątrz stał Wojtek ze sprawą (a nawet ze sprawami, kilkoma pakunkami do przechowania). We czworo spędziliśmy ponad godzinę na rozmowie w kuchni; znowu wyprztykałam się z energii i do domu wracaliśmy w milczeniu (odwieźliśmy też Wojtka do akademika). 

All in all, niedziela poświęcona na dochodzenie do siebie i kurowanie zakwasów.

poniedziałek, 20 listopada 2023

1434-1435. Wawa/Lub/Dub/home.

U Kaś w niedzielę do południa chodzę w podomce i zwierzątkowych papuciach. Jem tak śniadanie, piję herbaty, dostaję prezenty bez wyraźnego powodu (stopki w koty oraz papucie na nogach noszone z radością). 

W nocy język bardzo mnie bolał, w dzień łatwiej to ignoruję, ale po śniadaniu położyłam się do łóżka "na chwilę", czyli do momentu, gdy na bazę wpadła Kręcona Aśka. We czwórkę wybraliśmy się z buta do warszawskiej dzielnicy azjatyckiej, na ulicę Bakalarską, gdzie zjedliśmy dobry lunch w restauracji Hanoi (zamówiłam makaron udon z wołowiną), po czym jeszcze trochę spacerowaliśmy, chociaż pogoda nie zachęcała (w jedną i w drugą stronę szliśmy w chłodzie i sypiącym śniegu). 

Ciekawy zakątek stolicy, trzeba tu będzie wrócić przy lepszej pogodzie. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia przysiadamy przy herbacie na godzinę, żeby ostatecznie gdzieś tak wpół do szóstej wyjechać w kierunku Lublina, byle zdążyć na styk.

Resztą niedzieli to mozolne przemieszczanie się do domu. Najpierw w padającym śniegu musieliśmy dojechać do Świdnika, po prawie dwóch godzinach Kochany zatankował autko i na lotnisku oddał klucze. Gdy już rozpłaszczyliśmy się w samolocie, który niby był punktualny, przez dłuższy czas nic się nie działo i wylot nastąpił z opóźnieniem. Lot był zajęciem niesamowicie nudnym, siedziałam między dwoma facetami (wytatuowany brojler zerkający na książkę motywacyjną i żylasty chłoporobotnik z własnym pomidorem w sreberku; Fred miał miejsce w rzędzie za mną), którzy, jak to faceci, zawłaszczali moją przestrzeń. Z nudów próbowałam drzemać, trochę też odkrywałam nowe możliwości telefonu.

Fred idący ulicą Bakalarską

Na niebieskim parkingu w Dublinie byliśmy z Kochanym dopiero po pierwszej w nocy. W Irlandii niebo klarowne, żadnych opadów, poza metropolią drogi puste. Gdy po drugiej weszliśmy do domu, znalazłam zatkniętą w szparze listowej kopię kartki z przewodnika Louth Looking Good - nasz dom ponownie został wybrany jako ilustracja ogrodowych osiągnięć naszej ulicy. Dobrze jest być u siebie. Po trzeciej spać.

Poniedziałek był czasem na odpoczynek, przy czym wstałam wcześniej (gdzieś po ósmej) i zajęłam się relaksem na pół gwizdka, jak to ja (po podróży lubię porządkować zdjęcia, wspominać, cieszyć się tym, co było). Fred wstał o jedenastej, wypił kawę, mieliśmy czas wspólnie przemielić różne wydarzenia ostatnich dni, relację ze świekrą, i takie tam. A to wracałam do łóżka, a to wstawałam, w końcu pomogłam Kochanemu zrobić listę zakupów i wytoczyliśmy się z domu. Kiedy byliśmy na mieście zadzwonił Perlisty; Fred kontynuował tę rozmowę później, przy robieniu obiadu - może zobaczymy się z Fredowym kumplem w okolicach świąt, bo też zjeżdża ze świata do kraju. A może będziemy go gościć w następnym roku u nas? Kto wie. Rozmowa z moją mamą (już niedługo się widzimy). Rozmowa z Anną (martwiła się, że choruję). Rozmowa z Usz (czyżby kolejni goście w nowym roku?). Ogólnie pozytywy przeważają nad negatywami, na dworze zimno, ale nas tam nie ma. Pewnie pójdziemy spać wcześniej niż zwykle.

sobota, 18 listopada 2023

1433. Dzień ślubu.

Wczoraj odkryłam, że na iPhonie mogę publikować tutaj posty, ale nie mogę komentować, bo telefon mnie wylogowuje. Ot taki glitch pomiędzy jabłkiem i gugielem, znany, zgłaszany przez wielu, nadal odgórnie nierozwiązany.

Sporo się w nocy budziłam, głównie przez ból gardła i małość kordłową. Nad ranem z kolei obudziło mnie niecierpliwe tuptanie świekry przygotowującej śniadanie - wg polskiego czasu spaliśmy do „po ósmej”, na stole wędliny, puławianki, herbata wiśniowa już zaparzona. Kochany jeszcze przewracał się w łóżku, ja byłam dobrą synową. Po śniadaniu kawa w ćmielowskich filiżankach i szarlotka. 

Myśląc z wyprzedzeniem o tej krótkiej podróży miałam nadzieję, że przed wyjazdem do Warszawy odbędziemy spacer w kierunku pałacu, ale nic z tego nie wyszło. Grzebaliśmy się ze śniadaniem do południa, świekra chciała jeszcze przygotować obiad przed podróżą i zmyślnie wysłała nas po kwiaty (nie wiem, czy włączyła Radio Maryja żebyśmy się energiczniej ruszali, ale podziałało). Kochany kupił bukiet piwoniowych róż u Edyty za rogiem, trochę szliśmy naokoło osiedla, żeby spacer wydłużyć i byliśmy z powrotem w sam raz na obiad (który był bardzo dobry, jak zwykle u świekry). Okolica ta sama co zwykle, różnica taka, że komitet blokowy po odhaczeniu dzieci jako wrogów miru domowego (pod blokiem nie wolno się bawić) wziął się za zwierzęta - teraz jeszcze nie wolno dokarmiać ptaków, bo srajo i brudzo oraz kolegujo się ze szczurami. 

Do stolicy ruszyliśmy po drugiej po południu; podróż odbyła się bez większych przeszkód w coraz bardziej szarzejącym krajobrazie (śnieg, śniegu, śniegowi).

Przed głównym wydarzeniem przysiedliśmy we troje w Ciasteczkooo na ulicy Alternatywy, gdzie Fred dokończył dyktowanie mi dedykacji dla nowożeńców. Gdy dotarliśmy do urzędu, z ważnych gości brakował tylko Stu - na szczęście impreza opóźniła się na tyle, że szwagier zdążył w ostatniej chwili. Poza tym Usz ze Szwagrowskim wybrali najprostszą wersję ceremonii dzięki czemu szybko było po. No i było jeszcze zaskoczenie świadkowie - jednym ze świadków był wczesny recenzent Fredowego scenariusza. Spotkanie przeniosło się do Balkany Od Kuchni, znanej nam już z dobrej strony bałkańskiej restauracji na ulicy Strzeleckiego, która nasyciła nas po uszy. 

Już po siódmej wzięłam się za deser. Opuściliśmy zgromadzenie jakiś czas po Wu i świekrze, czyli świętowanie z jedzeniem zabrało nam około trzech godzin. Na końcu dnia wylądowaliśmy w ekskluzywnym mieszkanku Kaś i byliśmy rozpieszczani jak para królewska (dostałam własną podomkę i bamboszki z rogami), wygłaskałam aksamitne futerka Kacperka i Leosia, pogadałam o polityce i kotach (bo przecież wiadomo).


Język nadal bardzo boli, no good.

* zdjęcia wklejone po powrocie z wyprawy.

środa, 15 listopada 2023

1430. Podobnie.

Grafik dnia podobny do wczorajszego, poza tym jest trochę chłodniej i jaśniej. Mysz nadal ma się dobrze, szeleści w papierach, po czym słyszę podchodząc do kuchenki jak frenetycznie tupta za moimi plecami, żeby dobiec do swojego ulubionego miejsca zanim się odwrócę. Po pracy idę do polskiego sklepu (np. herbata malinowa). Wracam do domu (ciemno), odpalam piekarnik, bo wiem, że Kochany wiezie kacze nóżki. No i cuszzzz, jemy obiad (okazuje się, że bardzo dobry) i już jesteśmy zmęczeni. Kaś Matka Kotom dzwoni z zapytaniem, czy podróżnicy spakowani i śmieje się, gdy Fred zgodnie z prawdą jej relacjonuje, że w domu pierdolnik, a my odpoczywamy. Wstępnie umawiamy się z przyjaciółką na spotkanie i szamę w chińskiej dzielnicy. Nareszcie kończę czytać Nasz bieg z przeszkodami Woydyłło (2023). Podobnie jak z poprzednią jej lekturą, nie jestem adresatką tej książki.

środa, 1 listopada 2023

1416. Kasłu kasłu.

Rano zatekstowałam do Saren, że dzisiaj nie przychodzę. Męczy mnie kaszel i ból głowy, zobaczymy jak będzie jutro (mówiłam sobie), na razie doktora mam umówionego na piątek, ale może się okazać, że poczuję się lepiej. Kochany też miał dzisiaj wolne, więc mogliśmy spędzić razem tę ponurą środę. Napisałam wspomnienie o Rysiu z przeznaczeniem na stronę z kondolencjami, poza tym kasłałam, gadałam, piłam płyny na poprawę ogólnego funkcjonowania, siedziałam też w genealogii (jakiś czas temu napisała do mnie potencjalna krewna z pytaniem-pretensją, czy bym mogła podać jej więcej szczegółów o praprapraprapraprababce, bo ona by chciała wiedzieć, a tu — na MyHeritage, wszyscy od siebie ściągają — gdy chciałam zobaczyć jej drzewo, okazało się, że było zablokowane; jednym słowem dej, poszukaj, to ja będę miała; głupia cipa niech czeka na odpowiedź do świętego nigdy). 

Od rana deszcz i chłód — w taką pogodę Rysio siedziałby w sypialni z nosem zakrytym ogonem. Po małym obiedzie (oboje nadal mamy żołądki zawiązane na supły), jedziemy do weta zapłacić za kremację (€382) oraz do Lidla, żeby kupić chleb, poza tym chce się mi jabłek. Przy wyjściu jest licznik zadowolonych klientów, można kliknąć w zieloną buźkę, więc jak zwykle klikam trzy razy, za siebie, za Freda, za Rysia. To się nie zmieni. Dzwoniliśmy do moich rodziców. Udekorowali groby, ale nie pojawili się w czasie oficjalnych obchodów, i bardzo dobrze. Nie dowiedzieliby się tam niczego nowego.

Trzy Rysiowe miseczki są umyte i gotowe do schowania. Błyskawiczne (żeby za długo o tym nie myśleć) sprzątanie Rysiowej szafki oraz zapasów skitranych w schowku przy piecu odbyło się wieczorem. Gdy Anne pojawiła się w domu, wyszliśmy do niej obładowani jak pomocnicy świętego Mikołaja. Sąsiadka dostała dwie paczki pierogów (ruskie i z jagodami), do tego pudełko kwaśnej śmietany i książkę o Jeleniej Górze (po angielsku). Od Rysia dla Junony przytargaliśmy trzy duże torby kociego żarcia najlepszego sortu. Gdy kończyliśmy opis stanu toreb, na horyzoncie pojawił się Majkel, może pijany, na pewno wzruszony. Też widać po nim, że kochał tego kota, choć jak sam twierdzi, niekoniecznie z wzajemnością ;)

Gdy skończyliśmy jeść lekką kolację, zadzwoniła Kaś Matka Kotom: rozmawiamy o jej kotach i gdzie będą stały ich urny z prochami, o ateizmie, nadchodzącym wyjeździe na ślub. W międzyczasie opublikowałam wspomnienie o Rysiu na stronie wsi, więc czytamy reakcje mieszkańców i oglądamy cudze zdjęcia. Ludzie go lubili, to był wyjątkowy kot. 

wtorek, 17 października 2023

1401. Rozkminki jesienne.

Kochany położył się spać na pół godziny przed moją oficjalną pobudką, jeszcze trochę drzemałam trzymając męża za rękę. Niesamowity poranek z brzoskwiniowym niebem od strony Mournsów. I przenikliwy wiatr. A potem już tylko szarość. W pracy jak zwykle, bez turbulencji; Kochany przyjechał po mnie pod Centrum, pojechaliśmy do Lidla przy M1 i przy okazji zaszliśmy do Costy. Zjadłam pierwsze mince pie w sezonie i przez to się mi przypomniało wszystko: że przecież zaraz Halloween, że zaraz ślub, a potem bardzo szybko święta i jakoś tak potrójnie świątecznie się mi zrobiło. Na morzu fala, fala, fala zimowa, gniewna, a my przed późnym obiadem (mąż przygotowuje rybę, jemy o siódmej) przeglądamy ceny biletów lotniczych. Dzwonię do mamy, sprawdzić czy kaszle. Kaszle, ale jest w dobrym humorze, opatulona w swój niebieski szlafroczek siedzi w towarzystwie Niuni na tapczanie i ze smartfona rządzi światem. Ponieważ kminimy już o kolejnej podróży, Fred zadzwonił do Perlistego (Kochany spiknął kolegę z Ka, bo się okazuje, że mają wspólne hobby, nurkowanie); zobaczymy co z tego wyniknie.
___
edit 22:15 kontakt z Kaś Matką Kotom. Wygląda na to, że widzimy się w listopadzie, wbijemy do niej na kwadrat przy okazji pobytu okołoślubnego (cieszę się bardzo, dawno się nie gościliśmy, a w nowym mieszkaniu wcale). Fred wymienia uwagi o wyborach, bo wiadomo, Kaś żyje tymi sprawami, ma widoki z pierwszych rzędów i w poniedziałek rano płakała ze szczęścia (nie sama).

niedziela, 23 lipca 2023

1315. W proszku.

Niby się skupiam, ale nie skupiam się. Niby myślę o tym, ale nie myślę. Od pisania pracy wolę oglądanie Bernadette opowiadającej o edwardiańskich operacjach plastycznych

Kocia miska się stłukła i trzeba było pożyczyć miskę jeżową.

Pod wieczór rozmawiamy z Kaś Matką Kotom, która pokazuje nam swój koci balkon (i też zauważa, że Ryszard zmężniał wagowo; poza tym uświadamiamy sobie, że dobrze byłoby założyć profile zaufane, dopisuję to do zadań "na wyjazd"). 

Wieczorem Fred chciał obejrzeć jakiś film i nieszczęśliwie padło na Bajona Limuzynę Daimler-Benz (1981). Jest w nim wszystko, co lubimy (dramat, historia, dobrzy aktorzy), a i tak kiła. Od strony psychologicznej w ciągu pierwszego kwadransa bieg przez płotki bardzo mało prawdopodobne, pojawia się Maja i znowu gada Zanussim, potem jest jeszcze nudniej i hermetyczniej. Długo się nie męczyliśmy, seans został przerwany za obopólną zgodą. Z nieudanego oglądania wyniknęła ciekawa dyskusja o filmach :)

piątek, 2 czerwca 2023

1264. Dé hAoine.

Słońce, słońce, słońce, tak wygląda prognoza pogody dla wsi przez najbliższy tydzień. W pracy ostatni mail przyszedł tuż po dwunastej; z pięciu telefonów, które wykręciłam około godziny drugiej po południu, odebrane zostały trzy. Znaczy: feck off, jesteśmy na lunchu, po przerwie nie wracamy, długi weekend. Z serca uważam, że tak należy żyć i to jest kraj dla mnie. 

Sama też zjadłam obiad na mieście, więc po powrocie do domu tylko herbata i czat z Katlin (sąsiadka musiała komuś opowiedzieć, jak Ethan dostał dzisiaj meltdownu i uciekł Majkowi z placu zabaw, oraz, że widziała we wsi Majkela z Alkoholowym Paddym, zalanych w trzy dupy). W głowie już tylko długi weekend rozpościerający się przed nami, oraz marzenia o następnym weekendzie, który właśnie częściowo został zaplanowany (dwudniowy karnet na obydwa popołudnia wykupiłam przez Eventbrite; jaram się, że hej). Jeszcze napisanie i wysłanie listu z prośbą o kolejne przesunięcie deadline'u TT 2, co zabrało mi wieki i uśmiechnęło na końcu tego procesu, gdyż mnie system poinformował, że dostanę odpowiedź w ciągu 48 godzin (sobie wyobraziłam elfa, który to niby będzie mi odpowiadał w niedzielę w tym kraju). A w Polsce wtedy będzie marsz. Kaś Matka Kotom wybiera się na niego w stolicy, z kumplami i sąsiadami. Fred dał jej pełnomocnictwo do reprezentowania naszej podstawowej komórki społecznej.

niedziela, 12 lutego 2023

1154. I po co tak się turbować?

No i tak na początku trochę słabo się dzień kontynuował, łeb nawalał. Ale Fred przy porannej herbacie podzielił się ze mną pączkiem, a po śniadaniu poszliśmy nad morze, chociaż na chwilę i wbrew temu, że wiatr był dość nieprzyjemny (Fred śpiewał jakieś parodie Pameli, ja wykonywałam przebój Reksia, nawet nieźle mi szło). Przez kilka minut zatrzymaliśmy się też przy ulicy, żeby popatrzeć jak ludzie biegną — od południa we wsi był u nas 5 km marszobieg, Seaside run. Gdy Kochany wyjechał do wieczornej pracy, zaserwowałam sobie pocieszki, 19.2 odcinek Midsomer i nutellę jedzoną łyżką. Rozmawiałam dzisiaj ze sporą grupą ludzi, tylko elektronicznie, ale było to miłe zaiste, bo dużo dostałam wsparcia i pozytywnego feedbacku. Oraz koty, np. takiego od Kaś Matki Kotom:

Albo kot od Marii, Mikołaj:


Jutro już trzeba do pracy, weekend mi tylko świsnął za uchem. Fred powiedział, że może wróci o sensownej porze, więc poczekam siorbiąc herbatę i gmyrając oczami w lekturze.

sobota, 14 stycznia 2023

1125. Domowa sobota.

Źle spałam i późno wstałam, Kochany jeszcze później, zresztą dlaczego by nie, skoro dla nas obojga jest to dzień wolny. Zatoki mi dokuczają, budzą w nocy i napędzają stracha, więc chociaż wylazło na nas słoneczko, dałam sobie spokój ze spacerem nad morze (nadal za bardzo wiało). Po południu miałam spotkanie z dr Pierzastą i sobota była w jakimś sensie temu podporządkowana, tzn. robiłam co mogłam, żeby nie zająć się przeglądem badań. Seminarka upłynęła w miłej atmosferze i poczuciu wspólnoty losów, potem Kochany wrócił z zakupów (z bukietem zielonkawych róż i kapciami dla mamy), mogliśmy zjeść obiad, zająć się swoimi sprawami. Przy okazji "zajmowania się" Fred mi powiedział, że miał kiedyś ksywę Carlos (głównie dlatego, że na Krisa mówili Santana); teraz się mi zdaje, że wiedziałam o tym wcześniej, zresztą czy nie brzmi to logicznie?

Był telefon do Kaś Matki Kotom (zaprasza nieustannie, kiedy w końcu dojedziemy?). Był telefon do Wu w sprawie Fredowego wyjazdu do Polski za czas jakiś (gadanie o pracy, bratanicach, nowym kocie). Wyzwanie krokowe leży, już nic się mi nie chce, ani filmu, ani książki, w grę wchodzi jedynie odmóżdżanie internetowe niższych lotów.

wtorek, 4 października 2022

1023. Kolejny raz wokół słońca.

Lipa zrzuciła mnóstwo liści, w poszyciu zajączki wystawiają łby (grzyby takie, xerocomus subtomentosus), ptaki wędrują.

Babcia Mania większość dnia leży. Nie widzi już wcale, w jej pokoju jest włączone radio dla towarzystwa. Mówi całkiem do rzeczy, tylko jest bardzo słaba.

Na drugą byłam umówiona do fryzjera, zrobiłam sobie na głowie shaggy'ego. Potem szłam przez miasto. Dziwne uczucie czuć się turystą w miejscu w którym spędziło się kawał życia. Dziwne, ale też miłe, oniryczne. Od czasu do czasu zarzucałam szalik na szyję, choć dzień był jako tako ciepły i słoneczny.

Rodzice opowiedzieli o wizycie kuzyna Grega i cioci Ksty sprzed jakiegoś tygodnia. Chyba ścigają ich (albo raczej jego) problemy finansowe, mieszkanie które kupili zaledwie kilka lat temu zostało wystawione na sprzedaż. Jaki był cel wizyty, trudno powiedzieć, przyjmijmy optymistycznie, że to próba podtrzymania rodzinnych więzi.

Ach, i tort był, zjedliśmy go wieczorem pomiędzy odcinkami Columbo z trzeciego sezonu (4 i 5, starsze ode mnie). Była rozmowa z Kaś Matką Kotom, życzeniowo-aktualizująca. 

Działo się nie za wiele, szybko kładę się spać (jak na mnie). Dzisiaj się urodziłam, trzeba odpocząć.

piątek, 3 czerwca 2022

899. Dobry dzień, słaby stan.

Poszliśmy spać po drugiej, obudziło nas zimno, po ogaceniu uderzyliśmy jeszcze raz w kimono. Po ósmej trzydzieści obudziłam się ponownie, tym razem przegrzana szlafrokiem i zimowymi skarpetami, które na pół śpiąc założyłam w nocy. Jeszcze leżąc w łóżku wymieniłam messengerowe podrowienia z Kaś Matką Kotom. Jej futrzaste dziecka zwiedzają swoje nowe mieszkanie, które za miesiąc ma być gotowe do przyjacielskich wizytacji. 

Po śniadaniu wyjechaliśmy do miasta, najpierw do polskiego sklepu, bo przy okazji zaszłam do apteki na West St. zrobić zdjęcie do legitymacji. Pierwszą legitymcję studencką wyrabiałam 28 lat temu, ta będzie pierwszą z siwymi włosami, nie potrzebuję jej, ale nie chce mi się kopać z koniem, czyli panią w dziekanacie, która może być nawet młodsza ode mnie. Przy Tesco ze zdumieniem odkryłam, że w Drołdzie szykuje się nowa Costa, niestety w miejsce Cafe Lemonade, dobrej jadłodajni ze smacznymi sałatkami i pyszną pavlovą na deser. Szkoda. Byliśmy w "starej" kawiarni, pięć minut spaceru dalej, natknęliśmy się na Elaine. No nie całuj go tak, nie całuj, ciągle go całujesz, rzecze Elaine. I nie pytaj co tu jeszcze robię, 10 lat będzie w tym roku. No co miałam jej powiedzieć? I won't. Pożegnaliśmy Elaine-Która-Utknęła i pojechaliśmy do Oldbridge przejść się wzdłuż kanału rzeki Boyne.




Dobry dzień był na spacer, pogoda piękna, trochę burzowa, jaskółki śmigały tuż przy ziemi. Kochany wymyślił, że na obiad przygotuje krewetki z sałatką grecką, więc wracając do domu skręciliśmy na chwilę do portu.  

I kto ma skarpetki w jeże?


Niestety, gdy Fred zrobił obiad zjadłam kilka kęsów i musiałam się na chwilę położyć. Przez godzinę zamiast mózgu miałam w głowie jednego, wielkiego gluta. Trochę mi przeszło, gdy wieczorem zajęłam się sprawami biurokratycznymi (nie ma to jak wyrzut z nadnerczy starej, dobrej adrenaliny wkurwu). Udało mi się złożyć podanie o dostęp do programu statystycznego i podanie o zaliczenie lektoratu, sprawa legitymacji pozostała nierozwiązana, zarezerwowałam spotkanie, które nie dojdzie do skutku, bo mnie tam nie będzie. Zobaczymy co się wydarzy w związku z tym.

czwartek, 17 marca 2022

821. Paddy's Day Two.

Aś miała covida. Już nie ma, zresztą covid (podobnie jak sąsiadkowy) leciutki. A skoro nie ma, to informujemy ją o naszych pragnieniach wędrownych, które staną się ciałem, jeśli nie zakichamy się i nie zaplujemy po tym Patryku.

Po śniadaniu wygmyraliśmy się bowiem do Drołdy zobaczyć paradę, która nie była tak duża, jak się spodziewałam, ale byli szkoccy kobziarze z hrabstwa Down i ukraińskie flagi. Ludzi multum, jak na Temple Bar. Pogoda względna, byłam ubrana w owcę na owcy, więc nie odczuwałam zimna, niemniej podwiewało.



Fred zaparkował samochód na Shamrock Villas, wracając tam z parady szliśmy przed rodziną mówiącą po czesku, w której monologowano prostymi zdaniami o tym, co Ukraińcy dostają za darmo. Podobno w pubach 2-3 piwa dostają, po czem interlokutor próbował pobudzić połowicę swą do matematyki zadając jej pytanie ile by to było piw, gdyby odwiedził 10 pubów. Dopiero, gdy rodzina nas wyminęła zauważyłam, że najpewniej byli Romami. Spojrzeliśmy z Fredem po sobie ... strasznie jest wykluczający ten nasz język wielokrotnie złożony; ludzie, którzy nas podsłuchują, muszą przeżywać męki.
 
Spacer paradowy niespodziewanie mnie zużył, po obiedzie wybrałam się na drzemkę i przespałam przynajmniej godzinę. Obudziłam się w sam raz na rozmowę z Kaś Matką Kotom, która powoli przenosi się do nowego mieszkania. Rozmawialiśmy też z tatkiem i tak jak zleciało do późnego wieczora, więc miałam w głowie miejsce tylko na lżejszy film. Padło na Szablę od komendanta (1995), ale za obopólną zgodą przerwaliśmy brnięcie do końca (wymiękłam przy pierwszej dłużyźnie). Kolski ma dziadygowe poczucie humoru, a to jeden z jego słabszych filmów.

Za oknem cicha pełnia, o zmierzchu ptaszki gadają romansowo.

sobota, 19 lutego 2022

795. Między sztormami.

No i potwierdzono, że z końcem lutego wygasa obowiązek noszenia maseczek w większości miejsc. Tymczasem w rozmowie z mamą dowiedziałam się, że jeszcze na nowy rok zmarł znajomy matematyk z mojej dawnej pracy, 2 lata młodszy ode mnie. Powikłania po zarazie. Cholera.

Kochany pichcił pół dnia gulaszyk wołowy, po obiedzie, nie takim nawet późnym popołudniem, zasiedliśmy do Ojca Goriot (2004) z Aznavourem. Poprawne, dziwna epoka z tymi kobiecymi koafiurami jak u shih tzu i najciekawsze teksty jak zwykle miał czarny charakter. Wu przywiózł ten film Fredowi, gdy był w Irlandii gościem ze swoją żoną. Interesujący prezent.

Kaś Matka Kotom nowe gniazdko sobie wije, gałązki do niego znosi, zaprasza, a na razie przesyła zdjęcia ścian już stojących ze wstawionymi oknami (wykończeniówka leci), będzie pięknie, a my tam będziemy miód pić i zagryzać orzeszkami. Tymczasem jednak machnęliśmy kolejne dwa odcinki Ojca Teda, ja najadłam się po dziesiątej parówek i razem z kotem, którego znowu trzeba było wycierać z deszczu, słuchamy jak wiatr powraca.

wtorek, 14 grudnia 2021

728. Czternasty grudnia.

Pac, pac, pac, paca kotek, mamo, do pracy się spóźnisz. Tak było, ubzdurałam sobie, że nastawiłam w telefonie budzik. Może i owszem kiedyś nastawiałam, ale nie na dzisiaj rano. Obudziłam się dzięki Ryszardowi, który zaalarmował mnie, że jest po czasie, potem poszło już gładko.

Kochany miał dzisiaj wolne, szczęściara ja, podwiózł mnie w obydwie strony. Zawodowo dzień jak co dzień, jechaliśmy na pusto, z nudów zrobiłam trzy prezentacje w power poincie na następny tydzień, jedyną istotną rzeczą była krótka i treściwa rozmowa z Bridżet. 

Fred zrobił dla nas obiad, po którym okokoniłam się w kocyk i zaległam przed laptopem. Była rozmowa z Kaś Matką Kotom (wcale sobie nie szkoduje i dobrze u niej jest). Ale najwięcej to po prostu siedzimy i rozmawiamy o różnościach. Jutro mamy rzekomo wstać wcześniej i aktywnie delektować się wolnym dniem. No, nie wiem.

czwartek, 18 listopada 2021

702. Zdarzyło się w czwartek.

Oczywiście spałam nie za dobrze, już o piątej wylazłam z wyrka w nadziei, że wypiję ciepłą herbatę i to mnie zmęczy na dwie godzinki dodatkowego snu. Trochę się udało. 

W pracy standard, niepotrzebnie dźwigałam laptopa taki kawał, ręki nie czuję.

Zwykła pizza na cienkim cieście, margarita z Tesco, która robiła za obiad, bo wychodziła z daty, okazała się lepsza, niż się spodziewałam. Pochłonęłam ją prawie całą przed spotkaniem na zoomie z dziewczynami z projektu. 

Zadzwoniłam do Ka, żeby mu podziękować za propozycję przywiezienia mi po drodze jakichś cięższych zakupów. Ogarniam i pomocy nie potrzebuję, ale zawsze to miło usłyszeć i mieć jakieś extra opcje.

Fred zatrzymał się w tym samym pałacu, w którym mieszkaliśmy w sierpniu, drzwi obok. Jest w budynku sam z duchem Dorothei. Rozmawiam trochę wieczorem, nie tylko z Fredem zresztą, także z tatkiem (mama od razu założyła dzisiaj do pracy swój prezent, zielony T-shirt) i z Kaś Matką Kotów, która przesłała mi zdjęcia wychodzącej sąsiadeczki (na czterech kocich łapkach). Ciekawostka: Kaś w nowym roku ponownie się przeprowadza, tym razem na własne. Delektuję się rzutami jej przyszłego mieszkania, z pewnością ją odwiedzimy. Przez foliarzy Kaś cięgiem w robocie do 20, nawet w soboty; kiedyś to sobie odbije, spotkamy się, wygłaskamy koty, na razie tyle jej, co sobie pogada ze mną o ludzkiej głupocie.

Na dobranoc będą klasyczne Perswazje (1995) z Ciaranem i Amandą, moje najulubieńsze.

poniedziałek, 25 października 2021

678. Not bad.

Noc nie była taka najgorsza, katar jest w odwrocie, tyle, że dla odmiany przyplątała się gorączka i znowu nie mogłam spać. Myślę, że Ryszard jest bardzo kontent z moich postępów — pobudka o 3:30, więc jest posiłek o tej porze, w ciągu dnia zalegam w łóżku, czyli może mi towarzyszyć rozłożony na miejscu Freda. Z kociego punktu widzenia wreszcie pojęłam na czym polega dobre życie. Na pewno chcesz wyzdrowieć w tej sytuacji?, pyta Kaś Matka Kotom.

Zapomniałam napisać, że wczoraj Kochany kupił mi bukiet kwiatów (róże w towarzystwie kapusty). Dzisiaj natomiast mąż wrócił z pasiastym sweterkiem Hilfigera i syropami na różne rodzaje kaszlu, bo zaczyna się faza wypluwania płuc. Na zewnątrz znowu słonecznie, że można zwariować.

Napisanie nawet krótkiej notatki to wyzwanie, mózg mam rozmiękczony, wolę oglądać kryminały (Picture of Innocence i They Seek Him Here), albo bezmyślnie jeść winogrona. Jest bank holiday, jutro już trzeba zadzwonić do pracy, coś ustalić.

Wieczorem słuchamy Dezertera, Ziemia jest płaska (1998) i oglądamy trzy odcinki (2-4 z pierwszego sezonu) Ojca Teda.

niedziela, 25 kwietnia 2021

495. Annaloughan Loop.

Joga z Alison o poranku. Gołąb, jeleń, sznurówka, różne wersje smoka.

Długa rozmowa nas obojga z Kaś Matką Kotom. U niej zmiany, przeniosła się do Wawy, idealnie, będziemy mogli podskoczyć przy okazji wizyty u szwagrów.

Gdy wychodziliśmy z domu zaczepiła mnie Anna z przypomnieniem, że będzie kontynuowała pracę przy bluszczu. Przy okazji poinformowała mnie, że mam jazzy spodnie. Racja, krwistoczerwone, w sam raz na szlak.

Podjechaliśmy do Aś i wraz z nią cofnęliśmy się do Annaloughan Loop, od leśnej drogi przy trasie, którą często zmierzamy do Omeath. Fred widywał tam stojące samochody i chciał zaspokoić swoją ciekawość do czego się tam stoi. Teraz już wiemy.






Na szlaku jest sporo wypalonych drzew i łysych pniaków (pożar w zeszłym roku trwał tu kilka dni), samo miejsce bardzo dobre na aktywny, ale niewymagający wypoczynek. Po kilkugodzinnym spacerze (ok. 8 km różnych widoków) wróciliśmy do leśnego, dzikiego parkingu i zajechaliśmy jeszcze do Aś. Zupa cebulowa, wędzona makrela w zalewie octowej à la zielony śledź i dobra kawa. W domu jesteśmy z powrotem po ósmej. Zmęczeni.

sobota, 27 marca 2021

466. Twelve months of chasing sheep.

Z rozmowy przez messenger: Rodzice są zapisani na szczepienia w swojej gminnej przychodni, za parę tygodni tata będzie kłuty Pfizerem, mama kilka dni wcześniej AstraZenecą. Poza tym dzisiaj zostały wycięte dwa bukszpany (w tym jeden naprawdę stary) zieleniące się w tajemniczym kocim ogrodzie. Rodzice mieli dosyć nierównej walki z ćmą bukszpanową.

U nas za oknem dmucha i plucha, robię sałatkę jarzynową i gotuję rosół oglądając kozy wspinające się na tamę i puchate pingwinie dzieci. Boli mnie gardło i ogólnie czuję się tak sobie, to dobry klimat na Czarną żmiję z 1983 (dwa pierwsze odcinki) — późniejsze sezony były lepsze, ale trzeba od czegoś zacząć. Rosół przyda się jutro Fredowi do komponowania żurku, sałatkę upycham do lodówki i w siebie. Już późno, gdy rozmawiam z Kaś Matką Kotom, która mi obwieszcza, że służba zdrowia w Polsce padła. Nie mam powodu nie wierzyć, to ona jest służbą zdrowia. I właśnie wtedy Kaś pisze mi, że zwolniła się z pracy.

piątek, 5 lutego 2021

416. Chce się żyć.

Bardzo cichy, domowy jest ten piątek. Kot nie obudził nas o trzeciej w nocy, bo był zamknięty w kuchni, za to za oknem ptaszki ćwierkały bardzo przyjemnie. Fred złożył półkę w łazience. Obejrzałam piąty odcinek drugiego sezony 1000-lb Sisters — nowych odcinków nie wyczekuję, ale gdy mi się przypomni, chętnie się przy tym odmóżdżaczu zamorskim relaksuję. Nadal bardzo dokuczają mi zatoki i kicham, nos mam tak zimny, że nawet przy dzisiejszej ciepłej pogodzie (6°C) nie mam ochoty na wędrówki. 

Ćma z Wilhelmim (1980) na kolację (film byłby lepszy bez gulgoczącego pseudojazzu typowego dla lat 70-tych), potem rozmowa z rodzicami o kocie i psie — Maksiu właśnie ziewał i wybierał się z tatą na wieczorny spacer, a Niunia była w ciągu dnia na konsultacji onkologicznej. Możliwe, że koteczkę czeka naświetlanie oczodołu i kilkudniowy pobyt w klinice. Na messengerze piszę to Kaś Matka Kotom, która pociesza mnie, że ten rodzaj raka dobrze się leczy u ludzi, więc są widoki na świetlaną przyszłość. Super, bo w domu moich rodziców szkoda umierać, chce się żyć. Kasa pójdzie na to wszystko sześć razy większa, niż ostatnio. 

Słuchamy jednej z płyt ze składanki Piwnicy pod Baranami (2001), Ta nasza młodość. Rozmawiamy o Chełmie, Jeleniach, ulicy Ozorkowskiej w Łęczycy, gdzie mieszkali dziadkowie Freda, i o lekcji jazdy na krowie.