Poranek był wolny, obudziłam się po siódmej, zrobiłam herbatkę, posiedziałam w salonie czekając, aż inni wstaną we własnym tempie, za oknem miałam zielone widoki na sąsiednie wzgórza. Aś zrobiła super jajecznicę na śniadanie i ruszyliśmy Wild Atlantic Way, torfowiskami do góry mapy. Po drodze zatrzymaliśmy się, żeby zobaczyć grobowiec w Malin More, zaraz był też drugi przystanek, w sklepie z lokalnymi rękodziełami, gdzie kupiliśmy dla siebie prezenty (książka
Best-Loved Joyce, dwa wełniane merynoski, dwukolorowy, wydziergany na miejscu dla mnie i kamizelka Original Aran Co. dla Freda, torebka w robiny Erin Knitwear). Sporo czasu spędziliśmy na Silver Strand, najpierw weszliśmy na zielony cypel obsiany owcami, trochę posiedzieliśmy tam gapiąc się na nos Ben Bulbena i rozmawiając o hipokampie. Po zejściu na dół leżakowanie na plaży (pogoda była łaskawa, wietrzna, ale tu wieje zawsze). Pod wieczór Aś chciała jechać na mszę, więc zostawiła mnie i Freda w Ballyshannon, pod pomnikiem Rory'ego Gallaghera. Zdjęcia z Rorym (oczywiście) zrobione i pokręciliśmy się w okolicach czarnej jak atrament rzeki Erne (R936, Mall Pier). Małe, prowincjonalne miasto, 100 m od centrum pasą się krowy. W drodze powrotnej do bazy, w Killybegs (cały czas grała nam płyta Turnaua po angielsku, od razu Grzesiu dostał kilka punków za to, że zna i lubi wczesnego Billy'ego Joela) zjedliśmy kolację, rybę z frytkami, w samochodzie, z widokiem na port. Kończymy sobotę oglądając o północy kilka pierwszych odcinków
Derry Girls na Netflixie. Zmęczona trochę, szczęśliwa.