Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donegal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donegal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Postscriptum do trzech dni w Donegalu.

Gdzieś tam ocean ...


Plaża Fintra wieczorem.


Piątkowy wieczór przy kominku.


Sobotnie śniadanko.


Po drodze do Malin More, grobowiec sprzed 3000 tys. lat.
.

Silver Strand.





Glencolmcille Folk Village.




Pod Rorym.



Spacer po Ballyshannon.




Wieczorny widok na port w Killybegs.


Niedziela na Slieve League.
Idziemy tam na górę:


Owca z The Pilgrim Path:


Na klifie:




Obiadowy przystanek w Donegalu, Old Castle Bar.

niedziela, 27 czerwca 2021

558. Niedziela na Slieve League.

Jak w tytule, choć już jestem w domu. Byłam trochę zmęczona po wczorajszym dniu, obudziłam się w nocy i moje nogi nadal szły, niemniej nie było przebacz, dzisiaj udaliśmy się na jedne z najwyższych klifów Irlandii. Sprawniej niż wczoraj poszło nam śniadanie i po dziesiątej już byliśmy w trasie, najpierw na punkt widokowy, potem podjechaliśmy możliwie najbliżej The Pilgrim Path. Marsz był do przewidzenia, taki w sam raz, ani długi, ani krótki, za to Fred i Aś przeszli po grzbiecie kilka kroków dalej ode mnie, gdy ja w zacisznym miejscu konsumowałam jabłuszko. Po szesnastej byliśmy ponownie na dole. Ponieważ Aś zamierzała ominąć popołudniowe korki, najpierw zjechaliśmy do domku i spakowaliśmy się przy ostatniej kawie/herbacie, a potem odbyły się poszukiwania miejsca na obiad. Restauracja znalazła się dopiero w Donegalu (mieście), naprzeciwko miejscowego zamku (i pewnie stąd jej nazwa, Olde Castle Bar). Upchnięto nas wprawdzie w rogu ogródka przy maciupkim stoliku (jak na trzech), ale jedzenie było bardzo dobre. Potem w drogę, czyli i tyle przygód na dzisiaj.  Do domu, z małym przystankiem na przepakowanie się do własnego samochodu, dojechaliśmy o jedenastej wieczorem. Nadal niektóre wypchane torby stoją w kuchni, czekają na lepsze chęci.

557. Sobota w Donegalu.

Poranek był wolny, obudziłam się po siódmej, zrobiłam herbatkę, posiedziałam w salonie czekając, aż inni wstaną we własnym tempie, za oknem miałam zielone widoki na sąsiednie wzgórza. Aś zrobiła super jajecznicę na śniadanie i ruszyliśmy Wild Atlantic Way, torfowiskami do góry mapy. Po drodze zatrzymaliśmy się, żeby zobaczyć grobowiec w Malin More, zaraz był też drugi przystanek, w sklepie z lokalnymi rękodziełami, gdzie kupiliśmy dla siebie prezenty (książka Best-Loved Joyce, dwa wełniane merynoski, dwukolorowy, wydziergany na miejscu dla mnie i kamizelka Original Aran Co. dla Freda, torebka w robiny Erin Knitwear). Sporo czasu spędziliśmy na Silver Strand, najpierw weszliśmy na zielony cypel obsiany owcami, trochę posiedzieliśmy tam gapiąc się na nos Ben Bulbena i rozmawiając o hipokampie. Po zejściu na dół leżakowanie na plaży (pogoda była łaskawa, wietrzna, ale tu wieje zawsze). Pod wieczór Aś chciała jechać na mszę, więc zostawiła mnie i Freda w Ballyshannon, pod pomnikiem Rory'ego Gallaghera. Zdjęcia z Rorym (oczywiście) zrobione i pokręciliśmy się w okolicach czarnej jak atrament rzeki Erne (R936, Mall Pier). Małe, prowincjonalne miasto, 100 m od centrum pasą się krowy. W drodze powrotnej do bazy, w Killybegs (cały czas grała nam płyta Turnaua po angielsku, od razu Grzesiu dostał kilka punków za to, że zna i lubi wczesnego Billy'ego Joela) zjedliśmy kolację, rybę z frytkami, w samochodzie, z widokiem na port. Kończymy sobotę oglądając o północy kilka pierwszych odcinków Derry Girls na Netflixie. Zmęczona trochę, szczęśliwa.

piątek, 25 czerwca 2021

Postscriptum #556.

Ka nie zdążył się z nami spotkać. Aś zapakowała nas do swojej czerwonej strzały i off we went. Śmigaliśmy w części przez Północną, potem wróciliśmy do Republiki. Były dwa-trzy krótkie przystanki, na kanapki, napitki, plażę Fintra, kupienie torfu do kominka. Dom jest na wzniesieniu, z kuchni widać Atlantyk i zgarbioną sylwetkę Ben Bulbena. Aś wypolerowała podłogi, powoli rozgrzaliśmy się herbatą, wywietrzyliśmy pokoje. Na kolację łosoś z rozmarynem. O tej porze siedzimy we trójkę przy kominku strzelającym torfowym ogniem, popijamy herbatę i snujemy plany przed snem. Zza góry podchodzi do nas czarna noc.