Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rory. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Postscriptum #1970-71.

Cork (mogłabym tu mieszkać, mogłabym)



Mallow, wieczór i poranek


góra Brandona i dalej przed się







Piękno tych okolic zapiera dech w piersiach. Ale czy chciałabym tu być przy złej pogodzie? Czy chciałabym tu mieszkać na stałe?

wtorek, 11 lutego 2025

1883. Wyprawa szpitalna 1.

Oboje wstaliśmy około ósmej, ja wcześniej i nastawiłam jeszcze pranie, żeby można było rozładować pralkę przed wyjściem. Herbata, wizyta u grubasinki, płyta Fresh Evidence Rory'ego w głośnikach, śniadanie (tylko ja, Kochany woli być na czczo, więc zajadam owsiankę z bananem). Tomograf w prywatnej klinice przy szpitalu zapisany na 11:40, byliśmy wcześniej ze względu na zwyczajowe korki przy parkingu. Tymczasem Kochany znalazł miejsce bardzo dobre (od razu na piętrze niedaleko wyjścia na szpital), wszedł do badania 10 minut przed czasem, jeszcze pięć minut i wychodzi z opatrunkiem na prawej ręce.

Pół godziny później jesteśmy już w kawiarni (Costa w Airside Retail Park), małżonek się nawadnia, ja wydłubuję chorizo z kanapki, Kochany dumny z uwiecznienia żony w outficie na misia Paddingtona pokazuje dowody rzeczowe komu popadnie, czy trzeba czy nie trzeba:

Po drodze zajechaliśmy do pawilonów Swords, w sumie na lunch do Milano (restauracja puściutka, pizza dobra jak zwykle). Poza tym wcześniej Fred chciał zajrzeć do TK Maxxa, w tym czasie poszłam do Easona i odbyłam tam ciekawą a niespodziewaną rozmowę. Zrobiłam bowiem kilka zdjęć książkom, których zamierzam poszukać w bibliotece, następnie stanęłam przy słownikach i właśnie wzięłam do ręki słownik angielsko-irlandzki, gdy usłyszałam za sobą słowa powitania i nGaeilge. Stał za mną starszy pan, któremu przez zaskoczenie nie mogłam na poczekaniu nic wydukać, na co on do mnie skąd jestem, a ja mu skąd jestem, to on do mnie jaksiemaszzz? To mu mówię, że dobrze. Pan ok. osiemdziesiątki powiedział mi, że pracował kiedyś na Białorusi i że polskiego też trochę liznął. I mówi po irlandzku, ale akcentem z Kerry. Przy czym jest z Dublina. Brian Lynch. Bo przedstawiliśmy się sobie, wiadomo, jak to w Irlandii po wymianie kilku zdań z nieznajomymi. Sprechen Sie Deutsch? zapytał mnie usłyszawszy moje nazwisko brzmiąco mu niepolsko, na co ja mu, że trochę szprechien. Pan bardzo chciał mi pomóc znaleźć coś do nauki irlandzkiego, i nawet w tym celu zabawił rozmową dwóch sprzedawców, którzy niestety najwyraźniej mówili tylko po angielsku. No cóż. Pożegnaliśmy się po jakichś 10 minutach, желаю тебе удачи (oczywiście, nie zrozumiałam, musiał powtórzyć drugi raz, że udaczi to po rosyjsku szczęście). Bardzo nietypowe spotkanie, pierwszy raz natknęłam się na Irlandczyka, który mówił tyloma językami, najwyraźniej dla przyjemności.

Po pizzy jeszcze się trochę pokręciliśmy w pawilonach, Kochany na spróbowanie kupił ziarna z Roasted Notes (irlandzka firma, która sprowadza kawę ze stanu Minas Gerais w Brazylii), zajrzeliśmy do Diesla, a ja do jeszcze jednej księgarni, Dubray. W drodze do domu zatrzymaliśmy się na chwilę w naszym mieście, bo chleb, chleba nam brak do szczęścia, i przed piątą jesteśmy u siebie, płaszcze ściągnięte, napoje zaparzone.
___
edit 21:25 Poza tym, muszę napisać, że moje Kochanie jest nieustraszone. Gdybym miała mieć tomograf z kontrastem, kisłabym przez kilka dni wałkując temat. Tymczasem Srogi Fred wyszedł po zabiegu z miną cokolwiek znudzoną i apetytem na sałatkę. 

Właśnie skończyliśmy oglądać na RTÉ My Left Foot: The Story of Christy Brown (1989) z Danielem Day-Lewisem. Jest co analizować (podczas oglądania połowa chleba zniknęła w tym samym miejscu, co pasztet).

niedziela, 9 lutego 2025

1881. Dół lutowy.

Kochany na dziewiątą do pracy, wygramoliłam się z łóżka, żeby mu towarzyszyć przy porannych rozkminkach i nakleić plaster. Znowu nie zdecyduję się na spacer. Pogoda meh. 

Do śniadania obejrzałam na RTÉ Player pierwszy odcinek The ABC Murders (2018) z Malkovichem. Miałam zamiar na tym poprzestać, ale po dodaniu dwóch do dwóch, zjedzeniu kabanosów i przygotowaniu sobie kawy, reszta weszła o wiele gładziej. Nie no, spoko.

Wieczorem za to, również na RTÉ, obejrzeliśmy z Kochanym dokument Rory Gallagher: Calling Card (2024). Bardzo przyjemny, nawet się nam przypomniało, że byliśmy w Ulster Hall (mąż się wzruszył, bo on się wzrusza :)).

U grubasinki ekspresowo, dziewczyna już chodziła w tę i z powrotem, włączając światła w korytarzu (z głodu przecie umierała ;)). Mam nadzieję, że prysznic mnie ożywi, bo czuję się jak martwa krewetka.

piątek, 3 czerwca 2022

898. Słowem, kultura.

Kochany położył się obok ok. piątej nad ranem, długą miał drogę, potem dowiedziałam się, że po nocy zatrzymywał się w trasie i podziwiał niebo, jak to mój mąż. Źle spałam, od rana mam zamuła, który pogarsza się wraz z pogodą. Przy kawie zaczęłam oglądać przygotowania do obchodów królewskiego jubileuszu (dzięki wpisowi Celta, który mi uświadomił, że przed południem jest Trooping the Colour), stąd posiedziałam przy lajwie The Telegraph (prowadzący Angole fantastyczni, sztywni i zachwyceni paradami wojskowymi jak porucznik pułkownik generał Scheisskopf). Dopiero wieczorem uświadomiłam sobie, że w Donegalu właśnie zaczyna się festiwal Rory'ego, ale zanim to nastąpiło odmroziłam sos do makaronu, żeby Kochany po pobudce mógł zjeść śniadaniolunch, i przejrzałam przemyskie archiwa genealogiczne. Że pogoda się skichała już pisałam. Fred po jedzeniu poszedł spać, dołączyłam do niego i kota z godzinę później i tak nam zleciało do szóstej trzydzieści, gdy trzeba było wstać, bo byliśmy umówieni z Ka. U przyjaciół zwyczajnie, kawa/herbata, pogadanka, film na Netflixie. Jarocin. Po co wolność (2016) — małżonek się wzruszył, może nawet gdzieś przemknął w tłumie. Nie dziwota więc, że znowu piszę notatkę po północy, bo trzeba było nam jeszcze zjechać na wieś. Obiecuję sobie, że odeśpię, a wyjdzie pewnie jak zwykle, bo tyle jest ciekawych rzeczy na tym świecie. 

niedziela, 13 lutego 2022

789. Łopot.

Śniłam, że był już czerwiec i zapomnieliśmy o festiwalu gitarowym Rory'ego :). Skąd mi ten sen, nie wiem. Obudził mnie deszcz za otwartym oknem i kot z petycją.

Od kilku dni trzymam się codziennych, krótkich sesji z duolingo, więc ...

— Kur**!, rzekę po raz któryś, głośniej, bo zapomniałam, że w niemieckim rzeczowniki zakończone na -tion są rodzaju żeńskiego (jak można zapomnieć o czymś takim?). Mąż podbiega z nożem (akurat robił obiad) i całusem. 
— Kocham cię, mówisz językami i na szczęście nie jesteś dziewicą koncentro ... konsekrowaną. 
— Ani konserwowaną, dodaję.

Pierwsza połowa dnia upłynęła z Janerką i Demarczyk. Fred zrobił obiad, zjadł wcześniej i pognał na zmianę do Blanchardstown. Wałkowałam genealogię (zaczyna to być taka bezmyślna odskocznia, jak układanie pasjansów). Rozmawiałam z mamą, która mi oświadczyła, że zaczęła się uczyć hiszpańskiego i ma na oku domek w Alicante. Bardzo słusznie. A na razie zamierza pracować tak długo, aż znajome-królika, które ostrzyły sobie zęby na jej stanowisko, zgrzybieją i pójdą na emeryturę. To też popieram, niech spadają młode prukwy. 

Wyrzucam sobie, że czytanie mi nie idzie, nie mogę się zmusić. Wymyślanie tematu pracy mgr też nie (we śnie miałam dobry pomysł, ale kiedy się obudziłam okazało się że taki nieszczególnie, w sumie rzucenie tego wszystkiego i wyjazd na festiwal Rory'ego było lepszym planem pod każdy względem). Czy mi zawsze deadline musi łopotać za uszami?

środa, 11 sierpnia 2021

603. Czwarta rocznica? :)

Z rana What Power Art Thou (Cold Aria) z Króla Artura Purcella, w kilku różnych wykonaniach.

W pracy doczytałam do końca biografię napisaną przez Connaughtona, Rory Gallagher. His Life and Times (The Collins Press, 2020). Uwaga podobna jak do poprzedniej próby biograficznej o Gallagherze — wszyscy go znali jako miłego człowieka i The end.

Fred już na mnie czekał, historia bowiem jest taka, że spadło mu z grafiku dzisiejsze zlecenie, więc po nocce Kochany podwiózł mnie do pracy, poszedł na obiad do Il Forno, zrobił zakupy, a potem razem podjechaliśmy na mój obiad do Termon. Wrap z kurzyną i szarlotka na ciepło z lodami, wszystko bardzo było pyszne.

Po powrocie do domu mąż zasypał mnie prezentami. Dostałam bukiet kwiatów, dwie pary butów Ecco (brązowe żeglarki i czarne rzymianki), wełniany pulowerek Polo Lauren w romby, wełniano-jedwabny szal Bally w biało-brązowe maziaje. Poza tym wylot do Polski zbliża się wielkimi krokami, więc Kochany usiłuje zarezerwować miejsce na pobyt w Dolinie Bobru (przy okazji mama mnie wkurzyła swoim stuporem w kwestii wyjazdu na weekend), a ja dopiero teraz przypomniałam sobie o możliwości wyrobienia karty EHIC.

Nom, w nocy ma nie być wody, więc ... szybkie mycie zębów i nie chce mi się nic oglądać. Zamiast tego będą Rememberings, autobiografia Sinéad (Penguin/Sandycove, 2021).

wtorek, 10 sierpnia 2021

602. Solówka.

Zaczęłam dzień od słuchania solówki w Walk on Hot Coals. Frustracja w związku z papierami mi się w głowie buduje i jedyny sposób, żeby się jej pozbyć, to pchnąć sprawę do przodu. Dzisiaj tylko telefon do mamy, żeby mi przeskanowała dwa papiery. Plusem dnia była późniejsza pobudka.

Prognoza pogody osłabia — mimo wszystko ciepło, oficjalnie na 99% nie będzie padało, a w mieście mżawka. Nie byłoby tematu, gdybym dzisiaj po sprawdzeniu prognozy nie założyła pierwszy raz nowej ramoneski. Piękna jest, zasługuje na lepszą aurę. Przed pracą croissant z kawą w Simonie, miejscu na 54 St Laurent (do pandemii pod tym adresem był Fifty4 Seafood Bar, z którego nigdy nie złożyło mi się skorzystać), stolik pod markizą i chwila rozmowy przez messengera z Luś. 

Kochany pracuje niedaleko, o jedno miasto na północ, ale znowu się mijamy i widzimy głównie w telefonie. Siedzę sobie o tej porze i zastanawiam jak niehisterycznie zagospodarować czas przed snem. Być może Midsomer Murders (jeśli już, to The Maid of Splendour), a w łóżeczku doczytywanie biografii Rory'ego.

środa, 4 sierpnia 2021

596. Jedność ze światem.

Pan od bojlera się o poranku zgłosił, rychło w czas, bo po południu zaczęło na wybrzeżu wiać, jak już od wielu tygodni nie wiało. Fred zdołał naprawiacza wpuścić do domu przed swoim wyjazdem, więc wróciłam do ogrzewających się ścian.

Z obserwacji podróżniczych: gdy rano zatrzymałam się przy przystanku czekając aż autobus wykołuje na główną ulicę, ja i pewien gawron skrzyżowaliśmy spojrzenia. Siedział nad moją głową, zawahał się, czy nie odlecieć, ale najwyraźniej jestem z tych niegroźnych. W drodze powrotnej zaś, gdy jechałam autobusem do domu, osa leciała przez dłuższą chwilę w tym samym kierunku. Jedność ze światem. Są też inne spotkania. Para Polaków, stonka i pan w koszulce GKS Katowice, czekali na autobus do Monaghan. Przyglądają się nam, usłyszałam. Popatrz na tą, zaśmiał się pan, popatrz na tamtą, teraz już podniosłam głowę i zauważyłam brak piątki u zadowolonego giekaesa, który ogłaszał stonce, jak głupio tu wyglądają ludzie (nie to, co oni). Uśmiechnęłam się do jego potylicy najoczywistszym z moich pogardliwych uśmiechów (nie chciałam, aby został przegapiony), tak żeby mała mogła go trącić ramieniem, niby że niewidzialnie dla mnie. Wyciągnęłam książkę napisaną po angielsku (nie ułatwiam dodania 2 do 2, nie jestem z Armii Zbawienia). Przypomniały mi się wczorajsze zakupy i kobieta podobna do bohaterki filmu Freda, która po zapłaceniu rachunku przytrzymała jeszcze kolejkę deliberując, które paluszki będą najlepsze, bo polskie. Nie zawsze czuję tę jedność.

Obiad bez Kochanego, więc postawiłam na gotowce: minestrone i falafel wrap z Lidla. Takie sobie, jednak najlepsza okazała się herbata. A książka, którą zaczęłam czytać wczoraj wieczorem to Rory Gallagher. His Life and Times (The Collins Press, 2020). Nic poza tym nie robię, zamiast zapychać głowę przemyśleniami, postanawiam odespać poprzednią noc, gdy z zimna turlałam się po Fredowej stronie łóżka.

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Postscriptum do trzech dni w Donegalu.

Gdzieś tam ocean ...


Plaża Fintra wieczorem.


Piątkowy wieczór przy kominku.


Sobotnie śniadanko.


Po drodze do Malin More, grobowiec sprzed 3000 tys. lat.
.

Silver Strand.





Glencolmcille Folk Village.




Pod Rorym.



Spacer po Ballyshannon.




Wieczorny widok na port w Killybegs.


Niedziela na Slieve League.
Idziemy tam na górę:


Owca z The Pilgrim Path:


Na klifie:




Obiadowy przystanek w Donegalu, Old Castle Bar.

czwartek, 24 czerwca 2021

555. Czwartek przekrojony na pół.

Poszłam spać późno (przynajmniej po pierwszej w nocy, czytanie i muzyka z yt), pobudka o siódmej, zielona herbata z książką, śniadanie, wstawienie prania, kawa, spacer nad morze połączony z rozmową z tatą i babcią (babcia mówi, że są gorsze i lepsze dni, nie może się nas doczekać, podziwia kwiatki przed naszym domem). Fred wstał przed południem, pomimo przydługiej nocki.

(po trzeciej nad ranem świt dobija się przez niedosłonięte okno, pięknie).

Powrót kota ze spaceru zapowiedział nam zbliżającą się psią pogodę. Wczesnym popołudniem zaczął padać letni deszcz, który przekroił czwartek na pół i nie opuścił wsi już do zmroku (i dobrze, lawendy zamieniają się w gąszcz, widziałam w nich trzmiela-giganta). Fred przygotowywał się do kolejnej zmiany, zadzwonił do teścia z życzeniami imieninowymi, zrobił sobie obiad (dla siebie odgrzałam wczorajszy sos cukiniowo-pieczarkowy). Ka już wie, że jutro zostawiamy samochód pod jego domem na weekend. Aś przypomniała, żeby spakować pościel i ręczniki, małżonek ma w plecaku ubranie "na góry" (po półgodzinnej lekturze udałam się na drzemeczkę i jednym okiem obserwowałam jak Fred rozpromieniony grzebał po szafach). Z drzemki wybudziło mnie uczucie, że nie mogę rozprostować nóg — Ryszard wyszedł na siku, po powrocie dołączył się do życia rodzinnego zasypiając w zgięciu moich kolan.

Szyby więc mokre, a ja po wyjeździe Kochanego do pracy dokończyłam biografię Rory'ego pióra Vignolesa (Gill Books, 2021). Książka pozostawiła mi ogromny niedosyt, dużo cudzych opinii, mało człowieka. Trochę (przez hałas wyciągu kuchennego) słuchałam na yt płyty On the Boards Taste (1970) i piekłam naleśniki.

Więc naleśniki z powidłami, komputer ogrywa mnie w scrabble, odcinek Blood Will Out (1999) z mamą Emmy Thompson kończy drugi sezon MM. Pakowanie.

środa, 23 czerwca 2021

554. Niepozbierana.

Dzień zaczął się zawiesistą mżawką, w całej rozciągłości był duszny i szary (dopiero późnym wieczorem rozpogodziło się nieco i budynki, które widać z naszej kuchni, ładnie prezentowały się na tle ciemniejącego nieba). Wróciłam z pracy autobusem, zrobiłam whatever na obiad, zaległam przed laptopem z popołudniową kawą i odcinkiem zatytułowanym Dead Man's Eleven (1999). Spałam tej nocy pewnie z osiem godzin, a i tak jakbym dostała młotkiem w głowę, tak leciutko. Może to pogoda (w pracy wszyscy ziewali), może dogoniła mnie wczorajsza noc przespana raczej niedbale. Od momentu, gdy wróciłam do domu (piąta po południu), za każdym razem, gdy otwierałam drzwi na zewnątrz, Ryszard siedział w zasięgu mojego wzroku. Ostatnio na śmietnikach przed domem Anny, zupełnie niewzruszony moim wołaniem i Bánem zaczajonym na Junonę w jego ogródku. Co on knuje?

Czytam i słucham muzyki, łyżką wyjadam jogurt z kubeczka. Biografia Gallaghera, rozdział szósty.

środa, 16 czerwca 2021

547. Środa again.

Skończyłam pracę wcześniej — jedną z koordynatorek bolało gardło i nie chciała nas narażać na ewentualny kontakt z koroną. Po zajęciach poszłam z Theresą do B+B, koleżanka z pracy niespodziewanie zapłaciła za moje muffinki i kawę. Bardzo miłe. Następnym razem to ja stawiam (za tydzień mamy z nią ostatnie zajęcia w tym roku szkolnym).

Fred już nie spał, gdy wróciłam do domu. Dostał cytrynową muffinkę do pracy i buziaka.

Jest jakiś konflikt pomiędzy naszymi sąsiadkami, Anną i Anne. Ta pierwszami powiedziała mi, że bardzo to przeżywa i nie wie, o co chodzi. Sprawa się wyjaśni, a ja w tym czasie będę pilnowała swojego nosa.

Tymczasem nasze plany dotyczące ostatniego weekendu czerwca nabierają rumieńców. Aś ma w następny piątek po południu szczepienie i to jest jedna chmurka, która może zepsuć horyzont.

Pomimo rozgrzebanej książki Eileen, zaczęłam czytać biografię Rory Gallagher. The Man Behind the Guitar Juliana Vignolesa (Gill Books, 2021). Poza tym wieczorem kolejny odcinek MM, tym razem Death of the Hollow Man (1998). Ciągle wyskakują na mnie w tym serialu znajome mi twarze aktorów drugoplanowych i ulegam pokusie sprawdzania, skąd się wzięły w mojej głowie.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

545. Happy vaccination day!

Wczoraj zerwałam się na równe nogi chwilę po szóstej, dzisiaj do trzech razy sztuka, za trzecim budzik mnie zaskoczył, za drugim w kuchni słyszałam koncertującego Rory'ego — Fred już nie spał. Szczepienie miałam w DIFE o 8.50, dziesięć po dziewiątej było po wszystkim. Jestem pod wrażeniem organizacji — 3 stanowisk recepcji, 6 stanowisk szczepiących, 36 miejsc siedzących dla osób po szczepieniu. Żadnego sapania na karku, ludzie zdyscyplinowani, pilnujący odległości, przerób jak na dworcu.

Gdy siedziałam na sali już "po", odczytałam wiadomość od Anne, jak w tytule notki.

Fred na mnie czekał, podwiózł mnie do centrum miasta i pofrunął do Dublina. W nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca kupiłam sobie w Bootsie trzy kredki do oczu (Rimmel 061, Maybelline 100, Revlon 865) i zachwycona faktem, że za wszystko zapłaciłam punktami z karty lojalnościowej ruszyłam w kierunku Scotch Hall. Po drodze zauważyłam, że z krajobrazu centrum miasta zniknęło Relish Cafe przy galerii Highlanes, gdzie bardzo smakowała mi super sałatka. Na ich miejsce jest już nowe Five Good Things Cafe. W dawnym Hotchpotch, który zwinął się na początku pandemii, jest z kolei ciastkarnia prowadzona przez Portugalczyków. 

Zakupy w Waterstones:

Lalala, bikoz aj kan. Do dwóch biografii Rory'ego dorzuciłam klasycznego Joyce'a i przepięknie wydane przez brytyjczyków W Dolinie Muminków. I jeszcze przy wyjściu kupiłam łagodne flat white na wynos w Insomnii (łagodne, bo mają też mocne, a wiem, bo zapytałam zdumiona, że jest coś takiego jak łagodne flat white). Powiewając papierową torbą z książkami i siorbiąc kawę ruszyłam przed siebie. Wróciłam do domu autobusem, na klamce od drzwi czekało na mnie zawiniątko ze sconesami od Katlin, a po drugiej stronie ulicy kot, który, gdy mnie rozpoznał, podbiegł radośnie kicając jakby był psem. Nastawiłam pranie, podgrzałam sconesy, zrobiłam sobie na oku kreskę kredką Revlonu o nazwie powerful plum, zjadłam sconesy z masełkiem. Ok, to teraz czekamy, co będzie.
___
edit 13:30 Ręka zaczyna mnie boleć, a Fred przesłał mi właśnie fotkę zrobioną na O'Connell St, pod pomnikiem Johna Graya:

___
edit 23:27 Wróciłam do książki Eileen, ale ruszyłam z trzydzieści stron i porzuciłam ją na rzecz pilota Midsomer Murders z panem Pokrzywą. The Killings at Badger's Drifts (1998), co za tytuł, co za twarze. Jeśli zaś chodzi o covid ręka boli ociupinę, nudy, myć ząbki i spać.

piątek, 28 maja 2021

Postscriptum #528.

Ladida ladida. Gdy pracowałam listonosz wrzucił nam do domu list od Świadków Jehowy. Nic nie mam przeciwko, traktuję na równi z KrK pod względem merytoryki, ale ta ich socjotechnika wyblakła (list napisano odręcznie, choć osoba nie miała pojęcia do kogo ta mowa).

Skarpetki Levi'sa małżonek mi kupił, ale o czarnej herbacie Barry's zapomniał, więc wyjechaliśmy po nią jeszcze raz po obiedzie słuchając kawałków z płyty Aqualung Jethro Tull. Potem kawa z Costy i spacer od Ramparts aż do Starego Mostu. Kwiecie kwitnie i pachnie odurzająco, w murze ptasie gniazdo, ludzie się pozdrawiają, jedna para (on z brodą, ona z różowymi włosami) siedzi z nogami przewieszonymi przez murek, patrzy na rzekę i słucha A Million Miles Away — nie mogłam nie zwrócić im uwagi, więc we czwórkę zagulgotaliśmy porozumiewawczym śmiechem. Some good music!




Przynajmniej półtorej godziny, niebo zachmurzone, ale przyjemnie, wolnym tempem idziemy, jak królowie życia. Wróciliśmy do domu po siódmej, w sam raz, żebym mogła zjeść trzy pajdy chleba z truskawkami i zasiąść do Gabinetu (z Pauliną Holtz i Rafałem Koseckim), sztuki online warszawskiego Teatru MŁYN. Zgrabna jednoaktówka o rozczarowaniach macierzyńsko-małżeńskich.

Ostemplowanych papierów od mojej byłej dyrekcyi oczywiście nie dostałam (czekam już miesiąc). Więc zamiast się skupić na robocie, konkretach, odpisuję na komentarze, serfuję w sieci. Bardzo mnie takie przeciąganie demotywuje. Dodane do mojej własnej prokrastynacji robi mi w głowie coś jak popołudniowy korek w wielkim mieście. Więc zajmuję się rzeczami, zamiast zajmować się Rzeczami. Rano w niedzielę jest joga. Zabukowane. Płaci się.

czwartek, 13 maja 2021

513. Małe radości.

Obudził nas o świcie wrzask wrony, a domyślamy się już co taki wrzask może oznaczać — Rysio wprawdzie wrócił (bardzo późno) na noc, ale o wczesnej porze okno znów było dla niego otwarte, jak nic więc spór terytorialny. 

Poszłam sama na plażę, gdy Fred pił pierwszą kawę (kończąc rundkę zauważyłam na dużym drzewie rosnącym za sąsiadką wronie dziecko dokarmiane przez rodziców). Po śniadaniu małżonek wziął się za wysadzenie starej paproci, wyrównywanie granicy trawnika i wysiew na tej granicy próbnej łączki, ja za przycinanie zeschniętych części lawend i obiad (łosoś z rozmarynem pieczonym w folii, pyszny). W głośnikach Tattoo (1973) Rory'ego (przydałby się jakiś t-shirt z jego podobizną "na Polskę"). Dzień niezbyt gorący, ale piękny, oficjalne prognozy podobnie jak wczoraj zapowiadały przelotne opady, których się nie doczekaliśmy (na horyzoncie od strony lądu pojawiały się brzydkie chmury, ale wiatr od morza załatwiał sprawę). Pod wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot (zawijając po drodze na plażę), na rozmowy i opychanie się bananowymi babeczkami. Szło nam tak dobrze, że na film nie starczyło już czasu. To pierwsza od kilku miesięcy wizyta u przyjaciół, ich chłopaki rosną jak na drożdżach. Lockdown be gone.

Annagassan.


Wieczór w ogródku u Ka&Jot.

czwartek, 9 lipca 2020

205. Prawko, pomadki, śmierć i plany.

Kilka telefonicznych prób połączenia się ze mną z Polski okazało się wiadomością od weterynarza na temat wizyty kardiologicznej kota. Przekazałam.

Kiedy długo nie ruszam się z domu w sprawach urzędowych, to potem jedna drobna rzecz stawia mnie na nogi od rana. Rzecz trwała sześć minut — Fred nie zdążył dokończyć ciasta marchewkowego, a już byłam z powrotem. Moje pierwsze prawko, z okropnym zdjęciem (zrobiono 9, żadne nie wyszło), ma przyjść pocztą w ciągu 10 dni. W nagrodę kupiłam w Bootsie trzy pomadki. Kolor 109 (Pursue Pretty) L'Oreala z serii riche shine, 055 (Bewitching Coral) Maxa Factora i 211 (Rosey Risk) Maybelline NY — ten ostatni najlepiej mi pasuje. Mąż mi je zjada, więc to ma być dobra wróżba na temat pracy. Gdy wróciliśmy głodni do domu, stało się jasne, że w kuchni ktoś nie żyje. Już kilka dni temu nos mi nie kłamał — pod biurkiem wiele księżyców nazad niepostrzeżenie wylądował kolejny ptaszek. Przed obiadem odbył się więc przyspieszony pogrzeb i zbieranie robaczków z podłogi.

Po obiedzie, co wypadło o ósmej wieczorem, Fred wstępnie umówił sobotnią wycieczkę. Croagh Patrick. Jedzie z nami Aś, być może Ka. Misterny plan zależny od pogody. Wieczorem znowu miałam ochotę na Allena. Zbrodnie i wykroczenia (1989), mniej komedii, więcej real life z morderstwem w tle. Świta mi myśl zakupienia paru filmów Woody'ego na dvd, bo gdy ten gość jest dobry, to jest doskonały.
___
edit 00:06 Słuchamy sobie świetnej muzyki Rory'ego Gallaghera z płyty koncertowej ostatnio kupionej przez Freda. Nieosłuchane, ma swój styl. Przy okazji wizyty w NDLS zajrzeliśmy do Dunnes Stores i wypatrzyłam dla męża rocznicowe wydanie Hot Press o muzyku. 25 lat minęło, jak zmarło się chłopakowi z Donegalu wychowanym w Corku.