Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belfast. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belfast. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 kwietnia 2023

Postscriptum #1206.

Wieczór był interesujący, zaiste. Kochany zaparkował na Handy Park (ten sam parking, co ostatnio, gdy byliśmy tu razem) i z buta wędrowaliśmy do Ulster Hall. Na biletach mieliśmy godzinę 19:00, ale koncert zaczął się godzinę później i chyba takie od początku było założenie. Fred spieszył się na siódmą i przez to nie wypił kawy gdzieś w drodze (zgrzyt zupełnie niepotrzebny). 

Budynek stary jak drut, widać, że wiktoriańska robota, poza tym od samego wejścia podjarałam się informacją, że grał tam Rory (zawieszono na tę okazję tablicę pamiątkową, choć powiedzmy sobie jasno, Rory grał wszędzie; niemniej rozczulające było dla mnie, że gdy wychodziliśmy, nie tylko Fred robił zdjęcia tej tablicy. Gallagher jest tu kimś i tak powinno być). 


Jeśli chodzi o sam koncert ... byłam zaskoczona, jak dobrze brzmi Van Morrison (bo to o nim mowa). Przyjechał ze spora grupą muzyków, którzy okrasili występ solówkami. Ogólnie brzmienie trochę z pierwszej połowy lat 60tych, do tego Morrison dorzucił kontrowersję o kowidzie, która pewnie przysporzyła mu wrogów/wielbicieli, a mnie nic a nic nie obeszła, ponieważ jestem ponad to. 

Dobry wieczór, powrót na piechotę przez powoli wyludniające się miasto wzbogacił mnie o nowe obserwacje (np. duże mewy morskie po zmroku nie idą spać, tylko śmigają nad arteriami ulic błyskając brzuchami podświetlonymi sztucznym słońcem).

sobota, 22 sierpnia 2020

249. Niespodziewanie Belfast.

Belfast wygląda tak, jak brzmi. Belfastowo. Jakby miasto było nie do końca obudzone, nie do końca postanowiło, że dzisiaj nie będzie zamachu. Mężowi niespodziewanie wypadła kolejna robota, a ponieważ musiałam sobie kupić matę i kocyk na już, wygramoliłam się z łóżka po piątej, żeby mu towarzyszyć. 

Tak więc Belfast. 





Fred poszedł na dziewiątą do pracy, ja wyruszyłam na poszukiwania kocyka. Przy okazji do zapamiętania trzy zachwyty outfitowe: 1. starszy pan z białą bródką, z laseczką, w garniturze a la wszystko z innej parafii, w kapeluszu i zimowych rękawiczkach, 2. pan 55+, rowerzysta, łysiejący, na górze w sportowym wdzianku i skąpych szortach, na dole w sportowych butach, pomiędzy tymi krańcami jego jestestwa kabaretki z dużymi oczkami, w kieszeniach dłonie z różowymi tipsami na trzy cm, 3. rodzinka 2 + 2, chłopiec nosi opaskę na włosy od młodszej siostry, opaska jest w kolorach tęczy.

Po sąsiedzku z TK Maxxa zaszłam do hmv w Donegal Arcade. Szukam fajnych płyt, a gdy w końcu znajduję Gallaghera na półce irish locals, kupuję ... cztery, bo zniżki były. Rory Gallagher (1971), Tattoo (1973), Fresh Evidence (1990) i pośmiertna składanka radiowa BBC Sessions (1999). Za wszystko zapłaciłam mniej więcej tyle, co za jeden album, czyli może i jestem bezdzietną lambadziarą z kotem, ale za to jaką oszczędną! Mogłam wydać £33, a wydałam tylko niecałe £12. Do tego należy dodać jeszcze kawę z ciastkiem w Caffè Nero na Royal Avenue i późny lunch w Bob & Berts na 57 Fountain St. I moknę. Kilka razy bez znaczenia, raz porządnie. Czekając w samochodzie aż Fred skończy pracę, doczytuję Rok królika Bator do 154 strony. Nie mam siły dokończyć rozdziału. Nie mam siły rozwinąć kocyka. Wszystko inne jutro, dziś jeszcze prysznic.