Wieczór był interesujący, zaiste. Kochany zaparkował na Handy Park (ten sam parking, co ostatnio, gdy byliśmy tu razem) i z buta wędrowaliśmy do Ulster Hall. Na biletach mieliśmy godzinę 19:00, ale koncert zaczął się godzinę później i chyba takie od początku było założenie. Fred spieszył się na siódmą i przez to nie wypił kawy gdzieś w drodze (zgrzyt zupełnie niepotrzebny).
Budynek stary jak drut, widać, że wiktoriańska robota, poza tym od samego wejścia podjarałam się informacją, że grał tam Rory (zawieszono na tę okazję tablicę pamiątkową, choć powiedzmy sobie jasno, Rory grał wszędzie; niemniej rozczulające było dla mnie, że gdy wychodziliśmy, nie tylko Fred robił zdjęcia tej tablicy. Gallagher jest tu kimś i tak powinno być).
Jeśli chodzi o sam koncert ... byłam zaskoczona, jak dobrze brzmi Van Morrison (bo to o nim mowa). Przyjechał ze spora grupą muzyków, którzy okrasili występ solówkami. Ogólnie brzmienie trochę z pierwszej połowy lat 60tych, do tego Morrison dorzucił kontrowersję o kowidzie, która pewnie przysporzyła mu wrogów/wielbicieli, a mnie nic a nic nie obeszła, ponieważ jestem ponad to.
Dobry wieczór, powrót na piechotę przez powoli wyludniające się miasto wzbogacił mnie o nowe obserwacje (np. duże mewy morskie po zmroku nie idą spać, tylko śmigają nad arteriami ulic błyskając brzuchami podświetlonymi sztucznym słońcem).









