Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malahide. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malahide. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2026

2349. Wycieczka kawiarniano-cmentarno-parkowa.

Poranne rozruchy wolne; Kochany ubiegł mnie we wstawaniu i ogarnianiu Kuchniosalonu. Śniadanie złożyłam z tego, co wymagało natychmiastowego zjedzenia: z parówek i robaków w pil pil, na swój talerz wrzuciłam jajko sadzone. Zębów mycie, włosów czesanie, bluzki szukanie, wyjazd do Dublina, a tak naprawdę początkowo do Dún Laoghaire ...


... ponieważ przed wizytą u Sinéad mąż chciał się napić kawy i w ten sposób dokonaliśmy przypadkowego odkrycia miłego miejsca: zaparkowaliśmy pod czymś o nazwie De Vesci Tower (penthouse dla posiadaczy, jak mniemam) i przeszliśmy się do wygooglanej chwilę wcześniej kawiarni single origin, Twobeans na 11 George St Lower. Bardzo klimatyczna okolica, dobra kawa, ciekawa atmosfera miejsca (fuzja lat 20 i 80 XX wieku plus minimalizm, płatność tylko kartą, większość stolików dla bezlaptopowców oraz ziarna wypalane w Berlinie). 


Z Dún Laoghaire już tylko rzut beretem do cmentarza Deansgrange. Naszym celem były oczywiście dwa groby: Dermot Morgan został pochowany w kwaterze rodzinnej (niedaleko miejsca, gdzie zaparkowaliśmy, jak się zaraz okazało), natomiast Sinéad O'Connor w bardziej "ekskluzywnej" (jak na Irlandię ;)) części cmentarza.



Dzięki jasnym wskazówkom na stronie DC, znalezienie tego o co nam chodziło nie było skomplikowane. Obydwa groby proste, u Dermota wzruszyły mnie lovely horses pozostawione przy kamieniu z jego nazwiskiem; dużo przestrzeni, cmentarz zalany słońce, urzędują na nim kruki.

Po wizycie cmentarnej zaczęliśmy zawracać w kierunku domu, ale z przystankiem: skręciliśmy do zamku w Malahide.



Lunch (testowanie nowego smaku Sanpellegrino, granat z pomarańczą), ławeczka, spacer ścieżką wśród paproci drzewiastych. Nie skorzystaliśmy z miejsc biletowanych, nie było takiej potrzeby.

Zaskoczona byłam, że wyprawa mnie zmęczyła. Po powrocie do domu ostatkiem sił dowlokłam się do Anne wręczyć jej dzbanek z filtrem (Kochany kupił jej taki sam jak nam), i musiałam na chwilę się położyć. Naprawdę na chwilę, bo chciałam skorzystać z dobrej pogody i wyjść z koteczkami na dwór. Po spacerze zapadłam się w stupor, w tym czasie mąż wyczarował mielone kotlety wołowe i zrobił obiad. Reszta kontaktu ze światem: w trakcie kociego spaceru jeszcze raz zaszłam do Anne, tym razem z Bronią / Krakusy zadzwoniły w czasie obiadu / dzwoniłam do mamy, a Fred do Wu. Wnioski ogólne: w Polsce gorąco, chyba wszyscy zdrowi, ale niestety musimy szukać opiekunów dla koteczek, bo wymarzone okoliczności są niedostępne.

sobota, 11 maja 2024

1607. Dzień przed wylotem.

Bardzo wcześnie jest jasno, jestem pewna, że na dobre przebudziłam się już po piątej. Nie mogąc ponownie zasnąć wygramoliłam się z łóżka, żeby zrobić sobie herbatę, wróciłam do wyrka i otworzyłam książkę. Morderstwo doskonałe le Carrégo zostało doczytane około godziny ósmej :D Naprawdę, bardzo miły początek dnia, powinnam tak częściej.

Po śniadaniu wybraliśmy się do Drołdy, żeby Hana mogła wysłać pocztówkę do przyjaciółki, oraz na kawę na West St (po drodze zerknęliśmy na szczerzącą się głowę Plunketta).

Wspaniała, letnia pogoda. Z Drołdy wyjechaliśmy do Malahide Castle. Rozczarowała mnie motylarnia (jeszcze bardziej, niż poprzednio), która wygląda tak, jakby już nikt o nią nie dbał, za to reszta spaceru przebiegła zgodnie z optymistycznymi przewidywaniami; dla nas to przedsmak wakacyjnego obiboctwa, którego spodziewam się za ponad miesiąc, dla Nastolatki ostatni dzień w Irlandii.



Chodziliśmy bardzo wolno, pokazując sobie motyle, kurki wodne i inne ptactwo, koty, wiewiórki i kłóliki. Do domu wróciliśmy zmęczeni ciepłem i mimowolną głodówką podróżniczą. Wypchaliśmy się makaronem po czubki uszu, Nastolatka spakowała walizkę i poszła sama na plażę, pożegnać się z morzem; trochę rozmawialiśmy o głupotach, jedliśmy truskawki; zerkałam na głosowanie Eurowizji (piosenek nie chciało mi się słuchać, ale Szwajcar jest faktycznie ok). Jutro pobudka przed  świtem (więc idę spać).

niedziela, 16 kwietnia 2023

1217. Niedziela w Malahide.

Ależ się mi dobrze spało. Dla odmiany małżonek wstał wcześniej, ja przyturlałam się do kuchni o dziewiątej. Na śniadanie resztki wczorajszych naleśników i krewetki w maśle czosnkowym. 

Wyjechaliśmy do Swords, Fred miał tam do odebrania baterię do kosiarki (wczoraj już przetestował, że jedna nie wystarcza na wykoszenie całego trawnika). Przy okazji powstał lepszy pomysł, wsparty dobrą pogodą. Zajrzeliśmy do ogrodów w Malahide. Zdawało się mi, że byliśmy tam całkiem niedawno, tymczasem pamiętniczek podpowiada, że ostatnio w roku 2018. Całkiem możliwe, że mój mózg myli posiadłość w Malahide z nieodległym Ardgillan (w którym byliśmy trzy razy w ostatnich 3 latach). Oczywiście zaszliśmy do motylarni (szybko wyszłam, dla mnie za gorąco), szwendaliśmy się po ogrodzie za murem ...





... potem po zachodnim parku (w którym przez jakiś czas towarzyszyła nam ciekawska kawka, która nie spieszyła się ani na gody, ani do jajek, ot, dziobała sobie w trawniku, albo spacerowała po ścieżce). 





Po spacerze pojechaliśmy do pawilonów Swords na obiad (pizze zostały wciągnięte co do okruszka), potem na chwilę do domu, żeby nakarmić kota i łapczywie napić się herbaty (to ja). Dzień pod Dublinem na początku ewidentnie podeszczowy, zrobił się słoneczny i bardzo ciepły, płaszcz, który zabrałam ze sobą, do niczego się mi nie przydał. Za to gdy zjeżdżaliśmy z górki do wsi, krajobraz spowiła mgła morska. Byliśmy umówieni na wieczór z Ka&Jot, w planach na krótko, trochę dlatego, że jutro oboje pracujemy, trochę z innych powodów związanych z częstym ostatnio nastrojem pani domu. Wizyta była przyjemna, uaktualniliśmy dane na temat przeżyć, wyjazdów i opinii, przyjaciel podzielił się swoim problemem rodzinnym, którego mu współczujemy. Po dziesiątej przed domem przywitał nas kot mokry od mgły. 

Czyli przebimbane, czyli nic nie zrobiłam. Trudno, suszę włosy, Kochany już w łóżku próbuje znaleźć wygodną pozycję do zapadnięcia w sen, bo jutro jest jutro.