Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gościmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gościmy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 września 2024

1749. Powrót.

Po szóstej rano goście zostali uściśnięci i wyjechali z Fredem w kierunku lotniska (szkoda, fajni goście). Pralka została włączona. Prasówka. Blogówka. Weltschmerz w domu i za oknem. Na trzech suszarkach wielkie płachty prania. Ponieważ rano przeczytałam o śmierci Krisa Kristoffersona, zapętliłam się na słuchaniu Sunday Mornin' Comin' Down w różnych wykonaniach, a to nie pomaga. Czyli nic dziwnego, że pierwszy raz w życiu zaczęłam podjadać chipsy z octem ;)

Zanim Kochany wrócił z pracy, zaliczyłam coś w rodzaju drzemki na tapczanie. Odłożyłam dokańczanie rozpoczętych lektur (i ogólnie zbieranie mózgu z podłogi) na jutro. Poszwy na nasze łóżko wyprasowane, można ubrać. I film obejrzeliśmy, kolejny Has, tym razem Nieciekawa historia (1982). Oj, Bergman bardzo. Poza tym wrzesień pyk.

niedziela, 29 września 2024

1748. Niedziela w Dublinie.

Pod wieczór ścięło mnie konkretnie, ale znowu budziłam się i kręciłam w drugiej części nocy. Pogoda nie pomagała, zaczęło mocniej wiać, przez co wiatr stukał drzwiami od łazienki (okno było tam uchylone, przymknęłam je dopiero nad ranem). Znowu więc wyszłam z wyrka wcześnie, za mną Fred, goście tradycyjnie, najpierw Szwagrowski zrobił dwie poranne kaffki dla żony.

Burbon, Szwagrowski pociągnął nosem zanurzonym w torebce świeżo otwartej kawy (serce rośnie na takie proste radości).
O, widzę hedonizm, Kochany prześmiewczo pogroził palcem.
Szwagier wszedł w to jak w masło.
Dni hedonistów są policzone ... 
Każdego są dni policzone, tylko nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, dokończył triumfalnie Fred.

Po śniadaniu zadzwoniłam do mamy. W domu lepiej, rodzice wyszli z przeziębienia, które ich męczyło cały tydzień (mama przywlokła złośliwego bakcyla z pracy, jak zwykle). Ale smutek, bo Maksiu chory, będzie miał diagnostykę serca (ma kilka guzów do usunięcia, jednak nie wiadomo, czy jest dość silny na operację). Opowiedziałam nasze njusy, że goście, że jemy, że mam tajemniczą alergię.

Śniadanie gości; rozmowa o rodzinnych patologiach. Wiatr i deszcz. Pojechaliśmy do Dublina, ponieważ kolejnym marzeniem kulinarnym Szwagrowskiego był tradycyjny Sunday roast. W praktyce okazało się, że trudno jest o tak późnej porze zamówić stolik w kultowych miejscach. I cóż, ruszyliśmy do stolicy na ślepo. Kochany zaparkował przy Merrion Sq, gdyż w planach była też galeria. Za €19 na głowę Fred kupił bilet na objazdowe impresjonistki, a ponieważ mieliśmy jeszcze chwilę do wejścia (bilety były na 3:15), Szwagrowski zaprosił nas na kawę do Coffeeangel na 15 Leinster St S. Potem galeria, przede wszystkim Berthe Morisot i Mary Cassatt; mało było piesków, kotków wcale.


Po galerii byliśmy gotowi na obiad. Szwagrowski zaproponował miejsce z którego ostatnio zrezygnowaliśmy z powodów logistycznych, Devitts Pub na 78 Camden St Lower. 


Skusiłam się na risotto z grzybami, bardzo smaczne, nieuczulające ;)

Przez kilka ostatnich dni wieczorami jestem coraz bardziej zmęczona, teraz nie inaczej. Goście już śpią, mnie kusi jeszcze jedna herbata; za oknem wzmaga się wiatr (podobno rano ma być u nas lepiej, oko bezimiennego sztormu jest znacznie niżej na mapie). Od jutra powrót do zwykłości.

sobota, 28 września 2024

1747. Dalsza część programu.

Wstałam dość wcześnie, niezbyt wyspana, bo mózg cały czas próbował do mnie gadać (znowu za ciepło; a tak w ogóle może powinnam zacząć medytować?). Szwagrowski też budził się kilka razy, odnosił wrażenie, że w sypialni jest kot (ha!). Zjedliśmy śniadanie we czwórkę, czasowo udało się nam to zamknąć gdzieś w okolicach "po jedenastej". Wyszliśmy na długi spacer z myślą, żeby w porcie zjeść rybę z frytkami (kolejne marzenie kulinarne Szwagrowskiego zostało spełnione).






Kłólików brak (jeden dupelec mignął mi przez ułamek sekundy, poza tym same dziury), za to było wszystkie inne, krowy przeżuwające lunch przy ścieżce, młode mewy nastawione na fast food, irenki wylegujące się na skałach. Z niejakim wzruszeniem zauważyłam, że Usz ze Szwagrowskim dobrali się jak my (ona wskazuje robala, on troskliwie fotografuje robala, patrzą zazwyczaj w tym samym kierunku). Po zjedzeniu ryby z frytkami wróciliśmy do domu tylko na chwilę (Katlin oczywiście zapoznała się z naszymi gośćmi, a przy powrocie dokładnie wypytała się też, czy im się podobało, bo jakżeby inaczej), następnie wyjechaliśmy najpierw do El Paso na kawę, potem do Carlingford (Kochany chciał szwagrostwu pokazać drogę przez góry). Ławeczka, zamek, kościół cabrio w gęstniejącym mroku (schodząc z zamku natknęliśmy się na białego pieska o imieniu Delilah i jej czarnego, kociego przyjaciela).


W drodze do domu zatrzymaliśmy się w Tesco i wpadliśmy na Wojtka, który wrócił po wakacjach i rozpoczął drugi rok studiów. 

Ponownie raczej wczesne spanie. Dużo chodzenia w nogach. Faktycznie nie ma bunkrów, ale też zajebiście.

piątek, 27 września 2024

1746. Sobota Piątek w Dublinie.

Spałam po partyzancku, na rozkładanym siedzisku w Kuchniosalonie (Kochany obok, na tapczanie). I się okazuje, że całkiem dobrze. Rano oczywiście testowanie młynka ręcznego. Działa jak złoto, tylko teraz preferencje do aeropressu (o których nie mam jeszcze pojęcia) trzeba jakoś ustalić. Najpierw zepsułam kawę Fredowi (19, za coarse i wyciskałam bez czekania). Potem Szwagrowski ustawił na 13 i zrobił kawę metodą odwróconą na 32 g, wyszła mocna, kwaskawa, prawie jak podwójne espresso lekko rozciągnięte. Dla siebie zrobiłam na tym samym ustawieniu, ale chciałam utrafić w 10g. Trzeba kupić wagę :]

Nasi goście wstawali spokojnie, zjedli śniadanie w południe i mogliśmy ruszać do Dublina. Kochany zaparkował przy dworcu Connolly, stamtąd wędrowaliśmy zygzakiem (na początku towarzyszył nam deszcz przechodzący w malowniczą mżawkę, gdy przechodziliśmy mostem nad Liffey) w kierunku Zielonego Stefana zatrzymując się po drodze w Bewley's na Grafton St (flat white i sernik z mango). 

W Stefanie zieleń na spółkę z brązem opadłych liści i świeżych kasztanów.




Byliśmy też u Oscara Wilde'a na Merrion Sq. Chodząc po mieście tu i tam w końcu zgłodnieliśmy porządnie. Szwagrowski wyśledził dobry pub po drugiej stronie Stefana i zaczęliśmy wracać w tym kierunku. Po drodze zatrzymał nas kolejny przelotny deszcz i plan został zmieniony, poszliśmy do pubu Bruxelles, bo było bliżej. 


Tym razem miałam bardzo udane doświadczenie kulinarne, cottage pie bez udziwnień: wołowina duszona z marchewką, groszkiem i szalotkami pod kołderką z mashu (pewnie z mlekiem). Wszyscy byli bardzo zadowoleni ze swoich zestawów, na dodatek siedzieliśmy w legendarnym Zodiac Lounge (szwagry zamówili sobie po Guinnessie i zachwycali się azotową pianką). 

Powrót przez Dublin piękny i brzydki, stary i nowy, zatrzymaliśmy się na chwilę w Tower Records, żeby poszurać w płytach, przeszliśmy też przez teren Trinity College (przez chwilę nawet zajrzeliśmy do galerii Douglasa Hyde'a, gdzie Fred w odpowiedzi na pytanie z czym mu się kojarzy AI, zgodnie z prawdą napisał na tablicy "czosnek", po czym szybko opuściliśmy miejsce nie zatrzymywani przez nikogo ;)) i nowoczesne nabrzeże.



Po siódmej byliśmy z powrotem w samochodzie, w drodze do domu z przystankiem na Lidla (bułki na jutro potrzebne), wszyscy bardzo zmęczeni; trudno się dziwić, że tylko herbatki i towarzystwo wyciszone, ma już porozkładane kołderki. Gęsty dzień.
W głośnikach Thin Lizzie :)

czwartek, 26 września 2024

1745. Som.

Zaczęłam dzień od oglądania filmików relacjonujących niszczycielskie działania huraganu Helen na Cozumelu. Chociaż w zasadzie nie. Zaczęłam ten czwartek przed zaśnięciem rozmawiając z mężem o adaptacjach trylogii Sienkiewicza i rozkminianiu dlaczego kobiety były w nich tak słabo zagrane (poza Baśką, oczywiście).

Leje. Wstaję, leje, ląduję w pracy, leje, coś tam robimy w grupie, leje, kończę pracę leje, więc czekam na Kochanego w Jamie. Myk myk, szybko do samochodu i na lotnisko. W drodze rezerwuję stolik w Scholars. Na lotnisku bliski parking zajęty, musimy wskrobywać się Babcią na trzecie piętro. Jest jeszcze chwila czasu do przylotu szwagrostwa, więc włala (baśniowego rogala z polewą malinową znowu nie ma, hańba!):

Po godzinie trzeciej: machania, powitania, następnie bieżanie w kierunku trzeciego piętra oraz jazda na północ. Po dwóch krótkich przystankach (stacja benzynowa, Tesco), zameldowaliśmy się w restauracji à la carte. Bardzo ładne miejsce, za oknem deszcz i wiatr, a my siedzimy w środku i jest potencjał. Zamawiam chicken liver parfait na przystawkę i rybę dnia na główne. Na talerzach dzieła sztuki, przystawka świetna, ryba dnia pewnie również, niestety po kilku kęsach coś zaczęło mi się dziać, dostałam kołatania serca i poczułam, że powinnam przestać robić to, co właśnie robię. W końcu przeszło. Gdy dziabnęłam jeszcze kęs ryby, miałam ten sam efekt. Może to był tylko stres, ale postanowiłam zostawić temat obiadu w spokoju (tym bardziej, że od razu przestałam być głodna). Szwagrowski sugeruje alergię krzyżową, nie wiem jednak co z czym. Niepokojące i wyczerpujące psychicznie. Może po prostu mam świra. Trudno.

Przyjechaliśmy do wsi w całkiem dobrych nastrojach, Fred skręcił jeszcze na chwilę do portu, żeby pokazać rodzinie jak wodą buja światem w ten sztormowy dzień. Coś wspaniałego, przynajmniej, gdy patrzy się na to z bezpiecznego, ciepłego miejsca na górce.

W domku zaś, po wstępnych zagnieżdżeniach, dostaliśmy prezent iście królewski. Poza dwiema kawami z palarni Harmonia, to:


Myśleliśmy, żeby taki kupić, cichutki i precyzyjny, ręczny młynek do kawy (tutaj jeszcze ze składaną rączką). No to mamy. Były herbaty i rozmowy Polaków w akompaniamencie ciasteczek rozmarynowych. Dla gości dzień męczący (jak każda podróż), a że jeszcze mamy inną godzinę, skończyliśmy nasiadówkę o dziesiątej. Jest miło, dom wypełnił się do ostatniego kąta.

sobota, 11 maja 2024

1607. Dzień przed wylotem.

Bardzo wcześnie jest jasno, jestem pewna, że na dobre przebudziłam się już po piątej. Nie mogąc ponownie zasnąć wygramoliłam się z łóżka, żeby zrobić sobie herbatę, wróciłam do wyrka i otworzyłam książkę. Morderstwo doskonałe le Carrégo zostało doczytane około godziny ósmej :D Naprawdę, bardzo miły początek dnia, powinnam tak częściej.

Po śniadaniu wybraliśmy się do Drołdy, żeby Hana mogła wysłać pocztówkę do przyjaciółki, oraz na kawę na West St (po drodze zerknęliśmy na szczerzącą się głowę Plunketta).

Wspaniała, letnia pogoda. Z Drołdy wyjechaliśmy do Malahide Castle. Rozczarowała mnie motylarnia (jeszcze bardziej, niż poprzednio), która wygląda tak, jakby już nikt o nią nie dbał, za to reszta spaceru przebiegła zgodnie z optymistycznymi przewidywaniami; dla nas to przedsmak wakacyjnego obiboctwa, którego spodziewam się za ponad miesiąc, dla Nastolatki ostatni dzień w Irlandii.



Chodziliśmy bardzo wolno, pokazując sobie motyle, kurki wodne i inne ptactwo, koty, wiewiórki i kłóliki. Do domu wróciliśmy zmęczeni ciepłem i mimowolną głodówką podróżniczą. Wypchaliśmy się makaronem po czubki uszu, Nastolatka spakowała walizkę i poszła sama na plażę, pożegnać się z morzem; trochę rozmawialiśmy o głupotach, jedliśmy truskawki; zerkałam na głosowanie Eurowizji (piosenek nie chciało mi się słuchać, ale Szwajcar jest faktycznie ok). Jutro pobudka przed  świtem (więc idę spać).

piątek, 10 maja 2024

1606. U Olbrzyma.

Dawno mnie tam nie było, na Grobli znaczy. Kochany bywał z gośćmi, ja ostatnio w sierpniu 2017 roku, gdy pierwszy raz przyleciałam do Irlandii. Wstaliśmy wcześniej, żeby po dziewiątej odpalić rakietę. Rano przeczytałam u Rybenki, że ona była wczoraj. Czyli się rozminęłyśmy :) 

Marsz od po dwunastej do po trzeciej; ciepło; samochód na parkingu Causeway Coast Way, stamtąd spacer najpierw górnym szlakiem aż za Amfiteatr, do ławeczki na której rozłożyliśmy się z napitkami. 




Pogoda wspaniała, niezbyt wietrznie, słońce nienamolne, much dużo, wszystkie przyjazne; piątek, więc udawało się zrobić zdjęcia krajobrazu bez turystów. Po ławeczkowym przystanku powrót do zejścia schodami i spacer do Amfiteatru dołem, następnie powrót po własnych śladach i zejście jeszcze niżej, do Port Ganny.






Droga powrotna z Północnej była monotonna i męcząca. Obiad, bardzo spóźniony, już "u siebie": z żołądkami zawiązanymi na supeł dojechaliśmy do Borzalino, żeby wymieść talerze do czysta zanim obsługa zdążyła mrugnąć. W domu prawie od razu poszłam pod prysznic; byliśmy tak zmęczeni, że zaległa między nami cisza, każdy regeneruje mózg w swoim własnym ekosystemie. U mnie od wczoraj kryminał le Carrégo, Morderstwo doskonałe (Sonia Draga, 2013). Za oknem nadal ptasie koncerty.

czwartek, 9 maja 2024

1605. Zbierając siły.

Dzień od początku zapowiadał się na słoneczny i ciepły, więc wyjechałam z domu tylko w marynarce, bez kurtki. Chwilę po dziewiątej zorientowałam się, że dzisiaj pracuję krócej, zmieniło to nasz wspólny plan (po drodze miałam ekspresowe spotkanie z Bridżet w temacie kontraktu); wyszłam z budynku Centrum tuż po dwunastej i od razu, we trójkę, pojechaliśmy do Carlingford (w drodze krótka rozmowa z czubkiem głowy mojej mamy, która siedziała w pracy cichej jak makiem; a to wszystko przez to, że rano się pomyliłam i wysłałam wiadomość tekstową do niej, zamiast do męża mego ślubnego; poza tym w górach widać kwitnienie bluebells bardzo wyraźnie).

Najpierw była wizyta w znajomym miejscu, gdzie nasza gościni kupiła kubek dla siostry, chwila rozmowy z Aś, i wylądowaliśmy w herbaciarni Ruby Ellen. Po obiedzie spacer po mieście, szukanie pocztówki, oglądanie cmentarza i kościoła cabrio oraz wizyta w rupieciarni Williego (Hana kupiła dwie następne książki).

Poszliśmy też na molo, żeby popatrzeć jak języki mgły wędrując wzdłuż wybrzeża wchodzą w zatokę (powietrze znacznie się ochłodziło), i wróciliśmy do samochodu przez zamek króla Jana (cały ten czas oboje z Kochanym byliśmy w identycznych, czerwonych t-shirtach Siekiery, już we właściwych rozmiarach, bo rano na szczęście zauważyłam, że niechcący się zamieniliśmy). 

W drodze powrotnej rozbolała mnie głowa, efekt taki, że na dłuższą chwilę zamknęłam się w sypialni.

Pierwszą przeczytaną książką z weekendowego stosu zostało Misterium Czarnika (Nisza, 2023), krótka, poetycka opowieść o geju ze wsi, który mocuje się ze swoją tożsamością. Na LC książka została raczej zjechana. A mnie się podobała. Wczoraj zaczęłam, dzisiaj doczytałam, akurat gdy leczyłam ból głowy małą kawą zrobioną przez Kochanego. Fred przygotował dla nas kolację (sałatka grecka z lokalnymi robakami), po której mogliśmy się pozapadać w fotele i łóżka zbierając siły przed jutrzejszą przygodą.

środa, 8 maja 2024

1604. Streszczenie.

Kochany zawiózł mnie do pracy, po czym razem z Haną wyjechał na południe, żeby chodzić w górę i w dół po Glendalough (w międzyczasie kupił Nastolatce nowiuśkie merrelle). W pracy spędziłam kilka godzin z Matju. Podróżnicy wrócili przed ósmą i zaraz po zjedzeniu późnego obiadu zapadli w letarg. Maksiu chyba ma się lepiej, nadal nie wiadomo, co mu dolega (wieczorem rozmawiałam z rodzicami).

wtorek, 7 maja 2024

1603. Po długim weekendzie.

Wracałam do domu z myślą, że zaraz zasiadam do laptopa i kupuję bilet powrotny z wakacji. Jakby mnie gdzieś tam usłyszeli, gdyż po czwartej otrzymałam maila z informacją, że dziękują mi za aplikację, ale nic z tego. Nie powiem, zrobiło mi się przykro, na kilka sekund (rozmowa o pracę mi nie poszła, tak uważałam, więc nie miałam oczekiwań na wyrost). Będę się tym kiedyś martwiła, ale nie dzisiaj (kupiłam powrót w fotelu obok Freda, cudownie!).

Tak w ogóle, to Kochany znalazł czas, żeby mnie rano podwieźć do pracy, a potem zabawiał Hanę kolejnymi lokalnymi atrakcjami (ok. szóstej oboje wrócili ze zwiedzania neolitycznych grobowców). Obróciłam się kilka razy wokół własnej osi, zjedliśmy obiad i zrobiło się po siódmej. 

Nareszcie skończyłam Babilon Nowaka/Obirka (Agora, 2022), częściowo z ulgą, bo temat niespodziewanie mnie zmęczył. W domu cisza, mąż coś tam dłubie w Kuchniosalonie, młodzież pewnie czyta, a mnie dręczy mały głód.
___
23:24 zjadłam Fredową zupę grzybową z razowym makaronem, porozmawialiśmy z młodzieżą (okazuje się, że młodzież zna Miecia) o lekturach, maturach (dzisiaj przecież odpalił polski) i bzdurach. Bardzo mile spędzony wieczór, tylko znowu kołderka nocy przykrótka. 

poniedziałek, 6 maja 2024

1602. Kaczki relaksują.

Jak w tytule. Wstaliśmy ciut wcześniej niż ostatnio, żeby dojechać do kaczek w Północnej o ludzkiej porze. I rzeczywiście, najpierw załapaliśmy się na pokaz karmienia ptaków za kwadrans pierwsza, a potem (choć nie sądziliśmy, że tak długo zostaniemy) na karmienie rączką własną o trzeciej. W Castle Espie widać kolejne zmiany: tym razem siatkę rozciągnięto nad zwiedzającymi, więc kaczki/gęsi mogą podejść do ludzi, jeśli taka ich wola. Jest ich mniej niż w 2021, reguły przytułkorezerwatu też się nieco zmieniły, ale życie trwa dalej. Nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego, tylko iPhone'a, miało to swoje dobre strony (zamiast patrzeć przez obiektyw, chłonęłam atmosferę).





Udało się nam pozostać w tym miejscu do trzeciej, ponieważ poza spacerem zaliczyliśmy także zupę w lokalnym barze. Do tego nastolatka zrobiła ciekawe zakupy (urocze przypinki i używane książki). Rano był plan odwiedzenia po drodze jeszcze jednego miejsca, ale rzeczywistość go zweryfikowała (czas nie jest z gumy, dla nikogo). 

U rodziców Maksio ma się troszkę lepiej, ale poprawa nie jest spektakularna. Kochany po powrocie zabrał się za wszelkie sprawy domowe, podczas gdy ja i Hana zaczytywałyśmy się w lekturach różnych. Tak więc obiad został mi podstawiony pod nos, potem bla bla, prysznic i klikanie z unikaniem pogłębionych przemyśleń, że jutro trzeba wracać do pracy.

niedziela, 5 maja 2024

1601. Powtórka z Dublina.

Nie zerwaliśmy się do śniadania od razu, siedzieliśmy w łóżku popijając pierwsze poranne napitki z nowych kubków. W takiej pozycji zadzwoniłam też do mamy, która akurat przeglądała stare papiery i wyrzucała niepotrzebności, np. wyciągi z mojego nieistniejącego konta. Przy okazji wyłowiła starą pracę licencjacką z WSF-u: Działalność kartograficzna i pisanie jako motywy kolonialne w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Mądre, najs, kiedyś sobie przeczytam :D Rodzice czują się dobrze, w planach niedzielnych mieli sortowanie wielkogabarytowych śmieci i inne pożyteczne sprawy. Niestety, Maksio im choruje, wczoraj był awaryjnie u dochtórki, rodzice próbują go wyleczyć z poważnego zapalenia psiej pupy.

Usz ze Szwagrowskim zapowiedzieli wizytę na wrzesień. Superowo.

Zanim wyjechaliśmy, do naszych drzwi zapukałan Anna. Otworzył jej Fred (akurat byłam w szlafroku i jadłam śniadanie), ale sąsiadka chciała porozmawiać ze mną. Jeszcze raz powiedziała mi, że nie wiedziała o tych ptakach, była w związku z tym pokojowa wymiana zdań. Nie wierzę jej, ale się nie przeprowadzamy, więc relacje sąsiedzkie będą podtrzymane. 

Słonecznie i ciepło, miasto wydawało się nam nieco wyludnione. Najpierw wyjechaliśmy M2 do znanego nam już zakątka w Inchicore na połów polskich książek za 1 lub 2 euro (wycena na oko, na podstawie grubości egzemplarza). Efekt imponujący (to tylko nasz stosik, nastolatka ułożyła sobie własny; Orbitowski dostał się mi za darmo, jako bonus):

Nurkowaniu w makulaturze i czat z bibliotekarką (ta sama pani, co w zeszłym roku, nadal ma pretensje do Tokarczuk) trochę trwało, następnie obraliśmy kierunek na Glasnevin. Po wejściu na teren cmentarza od razu skierowaliśmy kroki do Tower Cafe, gdzie Hana zjadła swój pierwszy w życiu quiche. Spacerując i rozmawiając dotarliśmy do ogrodu botanicznego. Było warto, od naszej ostatniej wizyty miejsce wybujało roślinnością, szklarnianą i każdą inną też.



Hitem ogrodu była feeria rododendronów, wszędobylskie wiewiórki szare, żółw błotny drzemiący na skraju stawu oraz kurki wodne pływające z gromadą kurcząt. A dla mnie jeszcze Kociara, jak wyjęta z kartek Ciemno, prawie noc, nęcąca wiewiórki.

W drodze do domu na dłużej zatrzymaliśmy się w pawilonach Swords, nasz gość chciał zrobić zakupy w Bootsie, my też się z chęcią poplątaliśmy tu i tam (i w końcu nabyłam osłonkę na szczoteczkę). W domu byliśmy po szóstej, ledwo zrobiłam obiad i padłam jak kawka. 

Aplikacja w iPhonie podpowiada mi, że wychodziłam mniej kroków niż wczoraj, mimo to jestem bardziej zmachana. Zapewne dołożyła się do tego cieplejsza pogoda. Regeneruję się, jak mogę (płyny, zajęcia inne, niż przebieranie nogami).

sobota, 4 maja 2024

1600. Sobota w Dublinie.

Sobotę zaczęliśmy spokojnie, oczywiście mieliśmy w głowie ogólny plan, ale obyło się bez pośpiechu (czyli nic nowego sub sole). Podczas robienia śniadania zauważyłam, że do Anny przyjechał ten sam facet, który wczoraj grzebał przy rynnach. Gdy Fred wyszedł do ogródka, gość nie omieszkał go natychmiast poinformować (w bardzo ugrzecznionej formie), że coś tam odetkał i wszystko jest w porządku. Nie wnikam, albowiem ... gdy ludzie mnie w ten sposób rozczarowują, ma to dla nich dalekosiężne konsekwencje i pfe ze mną pozostanie.

Po śniadaniu wyjechaliśmy do Dublina; na początku mżył na nas lekki deszczyk, ale w drodze wszystko się wyklarowało. Kochany zaparkował pod stacją Connolly i stamtąd ruszyliśmy we trójkę na bardzo długą przechadzkę po stolicy. 

Weszliśmy na moment do Merrion Square, żeby przywitać się z Oscarem, i na dłużej do galerii narodowej:



Znalazłam przyjemność w tropieniu malowanych piesków, zauważyłam też Nano Reid :) Niestety, nie mogliśmy zobaczyć Caravaggia (aktualnie jest w Belfaście). Wizyta miała Hanie unaocznić Dublin od strony kulturowej, ale nie zamierzaliśmy jej dręczyć i rzecz nie była przeciągnięta ponad miarę.

Spacer (i pewnie też chłód) zaostrzył nam apetyty; zdecydowaliśmy, że na obiad pójdziemy do Milano na 38 Dawson St (na talerze wjechały pizze, które zostały wymiecione do czysta):


Zamiast rozejrzeć się w Milano za deserem, w celach poglądowych przeszliśmy do Bewley's na Grafton St. Kawiarnia z witrażami zrobiła na Hanie wrażenie :)


Po deserze był dalszy spacer, odwiedziny u Zielonego Stefana i powolny powrót przez miasto, z zaglądaniem w okna wystawowe i zakupy w Tower Records. 




Hana kupiła kilka płyt, Kochany dodał jej kilka kolejnych, oboje z małżonkiem zrobiliśmy sobie wzajemnie prezenty kubkowe z cytatami z Ojca Teda. W nogach ponad 10 km :)

Po powrocie do wsi, pod domem napatoczyliśmy się na Katlin, która podekscytowana wprowadziła nas w ostatnie wydarzenia oraz swoje przemyślenia związane z Majkelem, jego groźbami w kierunku Anne (coś się zadziało w czasie naszej nieobecności) i próbą sąsiedzkiej pomocy. Mamy być grupą wsparcia; będziemy na tyle, na ile możemy. 

Obyło się bez kolacji, przeważyło zmęczenie. Przysłuchując się rozmowie trwającej w Kuchniosalonie za ścianą z przyjemnością stwierdzam, że nastolatka się nam zrelaksowała i poczuła pewniej.

piątek, 3 maja 2024

1599. Dzień pierwszy.

Fred przywiózł gościa jakoś po drugiej, wyrwało mnie to ze snu, ale zdecydowałam, że przywitam się rano. Pomimo tego, że spałam niewiele, dość szybko się obudziłam, Kochany wyjechał na Północ, a ja zajęłam się wprowadzaniem Hany w wiejskie rozrywki. Po śniadaniu wyszłyśmy w kierunku plaży, zatrzymałyśmy się na kawę (gościni była zaskoczona, że w tak małej wsi jest tak profesjonalnie wyglądające miejsce) i obeszłyśmy Głowę; nie zrobiłam zbyt wiele zdjęć, za bardzo byłam skupiona na rozmowie i opisywaniu krajobrazu:



Duszno, zawiesina na horyzoncie skutecznie przysłoniła góry i inne punkty orientacyjne; po marszrucie byłyśmy nawet nieźle zmęczone, więc obiad i sjesta; Fred wrócił szybciej niż się spodziewałam, we troje spędziliśmy wieczór na pogadankach (albowiem wygadani jesteśmy bardzo, starsze pokolenie z pewnością ;)). 

Nastrój zwarzyło mi sąsiedzkie odkrycie. Jeszcze przed wyjściem na spacer zauważyłam, że u Anny jest facet, który naprawiał dziurawą obudowę rynny, a na dachu obok niego kręcą się szpaki. Pomyślałam, że przecież ma rozum i wiedziałby, gdyby w środku było gniazdo. Obudowa została naprawiona, ale po południu nadal widziałam szpaki usiłujące wejść pod rynnę, z robalami w dziobach. Postawiłam na bezpośredniość i zaszłam do Anny, zapytałam ją czy w środku jest gniazdo. Sąsiadka powiedziała mi, że szpaki próbowały je zrobić, na co ja jej, że nie sądzę, bo gniazdo chyba już tam jest, i to z młodymi. Rzeczywiście zresztą, stojąc tak pod domem usłyszałam ich głosy. Anna zmieniła front i stwierdziła, że jutro rano wezwie tego samego gościa, żeby odetkał dziurę, którą naprawił, a ponieważ stało się to zdecydowanie za szybko, sądzę, że od początku wiedziała o całej sytuacji. Myślę też, że jeśli jutro dziura nie zostanie odetkana, więcej się do niej nie odezwę. Postanowione.

Anne wróciła na tydzień, uściskałyśmy się i chwilę rozmawiałyśmy o rzeczach lekkich i zabawnych (jak np. takie, że Hana już poznała białego gamonia, i że kot próbował jej wcisnąć jakoby był moim hojnie dokarmianym ulubieńcem). Nie wnikam w kwestię Majkelową, sama się wyjaśni z czasem.

czwartek, 18 stycznia 2024

1494. Błogosławieni, którzy ugościli, albowiem oni zostaną ugoszczeni.

Słońce zaczęło wschodzić akurat, gdy jechałam do miasta (Kochany mnie podwoził):

W pracy normalne turbulencje, oraz pięciokilometrowy marsz na Drzwi Otwarte; bardzo było ciekawie, wiadomo, bo zajrzeliśmy do klasy, gdzie się odbywał dog grooming (oraz w bonusie spotkałam interesującą rodaczkę, tłumaczkę pracująca w ambasadzie, która się przekwalifikowuje). Nasz gość wyjechał po południu. Fred zdążył przyjechać po mnie z Dublina i nawet zabraliśmy Saren po drodze. 

Sprzątałam po gościu, przygotowywałam się do jutrzejszego odbębnienia trzech godzin uczycielskich, rozmawiałam z rodzicami (chcąc nie chcąc temat zszedł na politykę, przecież kabaretu ciąg dalszy, ale też sprawdzaliśmy zawartość kolejnej paczki, która przyszła z Empiku). Plany na weekend się nam zmieniły — zamiast hrabstwa Cork i Marksistki, będzie hrabstwo Kerry i Marksistka. Też dobrze, a może nawet lepiej?