Wstajemy później niż zwykle, pijemy swoje napitki i opowiadamy sobie, co tam (Fred postanowił wyjechać z Miasteczka jeszcze wczoraj, bo atmosfera u cioci eR zaczęła się robić napięta).
Po śniadaniu pojechaliśmy do Tcy, trochę się pokręcić tu i tam. Byliśmy w Kocie (tym razem obsłużyła nas właścicielka, super kobieta), w Rossmanie (przy kasie zdybała mnie żona Dżi; byłam uprzejma, odpowiedziałam dzień dobry; widziałam ją już wcześniej i postanowiłam zignorować, ale jak widać nie dało się), w suszarni (Kochanemu też smakowało, bardzo się cieszę).
Doszliśmy do parku zdrojowego (po drodze zaczepił mnie mój były uczeń, Hubercik; jak się te dzieci starzeją ;)), zrobiliśmy tam kółeczko dla zdrowotności, potem Kochany zapragnął lodów, więc przed powrotem na wieś zatrzymaliśmy się w starej cukierni.
Po obiedzie macerowaliśmy się w domowej duchocie. Byliśmy też na cmentarzu, na krótko, żeby zapalić trzy wkłady reklamowane jako świecące się przez tydzień.
Trudno mi się wziąć za czytanie czegokolwiek z domowej biblioteczki, wysoka temperatura wysysa ze mnie wszelką chęć. Tymczasem Fred toczy z Rozalką walkę o otwarte okno, stawka jest wysoka (spokojny sen w chłodniejszym otoczeniu).
