Trudno zwlec się z łóżka w taki ziąb. Na przystanku zafascynowałam się ćwierkoleniem ptaka, którego szarą sylwetkę zauważyłam w krzakach mniej niż metr od siebie. Nie dowiedziałam się co za jeden (nauczka, żeby aplikację rozpoznającą ptasze piosnki mieć ściągniętą zawczasu). Przed pracą szybko udałam się do Czarnej, bo wypadła mi kawa za darmo (miło).
Słonecznie dzisiaj było, ale coraz mroźniej, prognozy straszą, że w nocy temperatura spadnie do 0, a pod koniec tygodnia może być nawet na minusie. Fred odebrał mnie z pracy (na horyzoncie góry jeszcze bez śniegu, ale coś je łapie, jakby szron jaśnieje) i zrobił nam obiad, gulasz z kopytkami i Krisową sałatką z pora (delicje! długo się po nim oblizujemy). Żółwim temptem osoby prawie zmiennocieplnej zabukowałam na niedzielę jogę o poranku. Obejrzeliśmy przedostatni odcinek Chłopów, potem zapadłam się w sprawy pisalnicze (z przerwą na drzemkę). Szyja mnie boli, mam nadzieję, że przejdzie jak zwykle.