Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mikołajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mikołajki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 grudnia 2022

1086. Szóstego.

Trudno zwlec się z łóżka w taki ziąb. Na przystanku zafascynowałam się ćwierkoleniem ptaka, którego szarą sylwetkę zauważyłam w krzakach mniej niż metr od siebie. Nie dowiedziałam się co za jeden (nauczka, żeby aplikację rozpoznającą ptasze piosnki mieć ściągniętą zawczasu). Przed pracą szybko udałam się do Czarnej, bo wypadła mi kawa za darmo (miło).

Słonecznie dzisiaj było, ale coraz mroźniej, prognozy straszą, że w nocy temperatura spadnie do 0, a pod koniec tygodnia może być nawet na minusie. Fred odebrał mnie z pracy (na horyzoncie góry jeszcze bez śniegu, ale coś je łapie, jakby szron jaśnieje) i zrobił nam obiad, gulasz z kopytkami i Krisową sałatką z pora (delicje! długo się po nim oblizujemy). Żółwim temptem osoby prawie zmiennocieplnej zabukowałam na niedzielę jogę o poranku. Obejrzeliśmy przedostatni odcinek Chłopów, potem zapadłam się w sprawy pisalnicze (z przerwą na drzemkę). Szyja mnie boli, mam nadzieję, że przejdzie jak zwykle.

poniedziałek, 6 grudnia 2021

720. Niemożliwe, znowu bez tytułu?

Dzisiejszy księżyc nazywa się młodym, dopiero bowiem wychodzi z nowiu. Taki właśnie sierp w towarzystwie gwiazdy wieczornej patrzył na mnie, gdy objeżdżaliśmy miasto nadal oświetlane zachodzącym słońcem. A potem skręt w mrok prowincji.

Ziąb. Zastałam Ryszarda wtulonego w mój szlafrok, śniadanko niedojedzone, więc pierwsze działanie to nakarmienie kota. Zawartość saszetki (indyk z karotką) została pochłonięta natychmiast, dodatkowo otworzyłam puszeczkę ryżu z morską rybą na kocie smuteczki jesienne.

Kochany jeszcze stał w korku gdzieś w rejonach stolicy, więc miałam czas na plany obiadowe i oglądanie zaległych vlogów. Chłód nadal mnie trzymał, mąż jechał i jechał, dojechał przed ósmą, gdy stałam pod prysznicem rozkręconym na wrzątek. Jemy, brzmi Steely Dan, następnie piosenka Turnaua o Bedford School, oczy mi się zamykają, ale jeszcze chwilę niech pobędzie poniedziałek.

Straszą nas sztormem o pięknie brzmiącym imieniu. Barra.

niedziela, 6 grudnia 2020

355. Coraz bliżej.

Przez większość dnia boli mnie gardło, pewnie od zbyt głośnego gadania wczoraj. Tak z perspektywy, tematy były podminowujące — toksyczne rodzeństwo, wychowanie w przemocowym i alkoholowym środowisku. Dzisiaj nie ryzykowaliśmy wychodzenia na spacery, chociaż przyroda nęciła — było słonecznie i bezwietrznie, za to od rana gruby szron zalegał na trawnikach. Mikołajkowo porozmawiałam z rodzicami, wieczorem zadzwoniłam jeszcze raz, bo zapomniałam tacie wspomnieć o powiadomieniu jakie dostałam wczoraj z lecznicy weterynaryjnej (nadal mają tam mój numer telefonu, choć sprawa była z pewnością prostowana). Ogólnie zaś spokój, wczorajszy rosół i kurzyna na obiad, rozmowy z Fredem jeszcze nawiązujące do dyskusji z Ka&Jot, telefony małżonka do teściów i bratowej, która obchodzi dziś urodziny.

Soundtrack: Paul Weller Modern Classics: The Greatest Hits (1998), Fred słucha też czarnych bluesmanów, których wczoraj widział w dokumencie o Richardsie. Pod wieczór próbowaliśmy obejrzeć Pachnidło (2006) Tykwera i prawie się nam udało — ostatnie pół godziny przewinęłam, żeby sprawdzić wybrnięcie z kwestii orgii. Nadal mnie zadziwia jak czasem słabe są filmy, które kiedyś miały dużą widownię.