Nadszedł czas pakowania. Znowu. Po śniadaniu Kochany upchnął w walizce trochę koszul, które kiedyś zostawił u mamy z myślą, że nie będzie musiał przylatywać z cięższym bagażem. Czasy się zmienił, nie bywamy aż tak często. Mąż zdecydował się również na zabranie ze sobą obrazu wiszącego w salonie, obrazu-prezentu, wieki temu namalowanego przez wujka — będzie epopeja z jego dalszym transportem, albo i nie, może zawiśnie u moich rodziców. Ja z kolei wzięłam książkę Szyszkowskiej, Człowiek uwikłany. Żegnamy się. Pod stopami opadłe liściem. Wyruszamy tuż po 10.
Na warszawską Pragę-Południe wtoczyliśmy się niemalże o czasie; PoE już czekał na nas w kawiarni No i co przy Kamionkowskiej, stolik zarezerwowany, napitki zacne, rozmowa, oglądam rysunki naszego blogowego kolegi, życzymy wszystkiego dobrego sprzedawcy w tiarze.
Jakby nie było fajnie, trzeba pozostawać w ruchu — podstawowa zasada życiowa. Przed trzecią musieliśmy jechać dalej: czekało na nas kolejne wydarzenie, spotkanie rodzinne w innej części miasta, w restauracji China Town na Ursynowie; nieoczywisty budynek, ale jedzenie dobre; wokół stołu trzech braci i ich partnerki, intrygująca mieszanka osobowości (Usz ze Szwagrowskim nie mogli uczestniczyć, z różnych powodów).
Po szóstej rozchodzimy się, każda para w swoją stronę. My do apteki, do samochodu i znowu w drogę. Część podróży na Dolny Śląsk odbyliśmy w drobnym deszczu (déjà vu z poniedziałku); chwilowy przystanek, jak często się nam zdarza, w Wiśniowej Górze, żeby Kochany mógł wesprzeć się kolejną kawą. Nogi i tyłek drętwieją. W końcu las, znajoma dróżka ukryta wśród drzew, brama jest otwarta, wystarczy przesunąć.
Dziwne takie wędrowanie, nigdy się zdumiewać nie przestanę, rano tam, wieczorem tutaj.










































