Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szwagry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szwagry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 października 2025

2124. W drodze.

Nadszedł czas pakowania. Znowu. Po śniadaniu Kochany upchnął w walizce trochę koszul, które kiedyś zostawił u mamy z myślą, że nie będzie musiał przylatywać z cięższym bagażem. Czasy się zmienił, nie bywamy aż tak często. Mąż zdecydował się również na zabranie ze sobą obrazu wiszącego w salonie, obrazu-prezentu, wieki temu namalowanego przez wujka — będzie epopeja z jego dalszym transportem, albo i nie, może zawiśnie u moich rodziców. Ja z kolei wzięłam książkę Szyszkowskiej, Człowiek uwikłany. Żegnamy się. Pod stopami opadłe liściem. Wyruszamy tuż po 10. 

Na warszawską Pragę-Południe wtoczyliśmy się niemalże o czasie; PoE już czekał na nas w kawiarni No i co przy Kamionkowskiej, stolik zarezerwowany, napitki zacne, rozmowa, oglądam rysunki naszego blogowego kolegi, życzymy wszystkiego dobrego sprzedawcy w tiarze.

Jakby nie było fajnie, trzeba pozostawać w ruchu — podstawowa zasada życiowa. Przed trzecią musieliśmy jechać dalej: czekało na nas kolejne wydarzenie, spotkanie rodzinne w innej części miasta, w restauracji China Town na Ursynowie; nieoczywisty budynek, ale jedzenie dobre; wokół stołu trzech braci i ich partnerki, intrygująca mieszanka osobowości (Usz ze Szwagrowskim nie mogli uczestniczyć, z różnych powodów).

Po szóstej rozchodzimy się, każda para w swoją stronę. My do apteki, do samochodu i znowu w drogę. Część podróży na Dolny Śląsk odbyliśmy w drobnym deszczu (déjà vu z poniedziałku); chwilowy przystanek, jak często się nam zdarza, w Wiśniowej Górze, żeby Kochany mógł wesprzeć się kolejną kawą. Nogi i tyłek drętwieją. W końcu las, znajoma dróżka ukryta wśród drzew, brama jest otwarta, wystarczy przesunąć.

Dziwne takie wędrowanie, nigdy się zdumiewać nie przestanę, rano tam, wieczorem tutaj.

wtorek, 24 grudnia 2024

1834. Wilija'24.

Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:

Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;). 

Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.

Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:

W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem. 

Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.

poniedziałek, 30 września 2024

1749. Powrót.

Po szóstej rano goście zostali uściśnięci i wyjechali z Fredem w kierunku lotniska (szkoda, fajni goście). Pralka została włączona. Prasówka. Blogówka. Weltschmerz w domu i za oknem. Na trzech suszarkach wielkie płachty prania. Ponieważ rano przeczytałam o śmierci Krisa Kristoffersona, zapętliłam się na słuchaniu Sunday Mornin' Comin' Down w różnych wykonaniach, a to nie pomaga. Czyli nic dziwnego, że pierwszy raz w życiu zaczęłam podjadać chipsy z octem ;)

Zanim Kochany wrócił z pracy, zaliczyłam coś w rodzaju drzemki na tapczanie. Odłożyłam dokańczanie rozpoczętych lektur (i ogólnie zbieranie mózgu z podłogi) na jutro. Poszwy na nasze łóżko wyprasowane, można ubrać. I film obejrzeliśmy, kolejny Has, tym razem Nieciekawa historia (1982). Oj, Bergman bardzo. Poza tym wrzesień pyk.

sobota, 28 września 2024

1747. Dalsza część programu.

Wstałam dość wcześnie, niezbyt wyspana, bo mózg cały czas próbował do mnie gadać (znowu za ciepło; a tak w ogóle może powinnam zacząć medytować?). Szwagrowski też budził się kilka razy, odnosił wrażenie, że w sypialni jest kot (ha!). Zjedliśmy śniadanie we czwórkę, czasowo udało się nam to zamknąć gdzieś w okolicach "po jedenastej". Wyszliśmy na długi spacer z myślą, żeby w porcie zjeść rybę z frytkami (kolejne marzenie kulinarne Szwagrowskiego zostało spełnione).






Kłólików brak (jeden dupelec mignął mi przez ułamek sekundy, poza tym same dziury), za to było wszystkie inne, krowy przeżuwające lunch przy ścieżce, młode mewy nastawione na fast food, irenki wylegujące się na skałach. Z niejakim wzruszeniem zauważyłam, że Usz ze Szwagrowskim dobrali się jak my (ona wskazuje robala, on troskliwie fotografuje robala, patrzą zazwyczaj w tym samym kierunku). Po zjedzeniu ryby z frytkami wróciliśmy do domu tylko na chwilę (Katlin oczywiście zapoznała się z naszymi gośćmi, a przy powrocie dokładnie wypytała się też, czy im się podobało, bo jakżeby inaczej), następnie wyjechaliśmy najpierw do El Paso na kawę, potem do Carlingford (Kochany chciał szwagrostwu pokazać drogę przez góry). Ławeczka, zamek, kościół cabrio w gęstniejącym mroku (schodząc z zamku natknęliśmy się na białego pieska o imieniu Delilah i jej czarnego, kociego przyjaciela).


W drodze do domu zatrzymaliśmy się w Tesco i wpadliśmy na Wojtka, który wrócił po wakacjach i rozpoczął drugi rok studiów. 

Ponownie raczej wczesne spanie. Dużo chodzenia w nogach. Faktycznie nie ma bunkrów, ale też zajebiście.

piątek, 27 września 2024

1746. Sobota Piątek w Dublinie.

Spałam po partyzancku, na rozkładanym siedzisku w Kuchniosalonie (Kochany obok, na tapczanie). I się okazuje, że całkiem dobrze. Rano oczywiście testowanie młynka ręcznego. Działa jak złoto, tylko teraz preferencje do aeropressu (o których nie mam jeszcze pojęcia) trzeba jakoś ustalić. Najpierw zepsułam kawę Fredowi (19, za coarse i wyciskałam bez czekania). Potem Szwagrowski ustawił na 13 i zrobił kawę metodą odwróconą na 32 g, wyszła mocna, kwaskawa, prawie jak podwójne espresso lekko rozciągnięte. Dla siebie zrobiłam na tym samym ustawieniu, ale chciałam utrafić w 10g. Trzeba kupić wagę :]

Nasi goście wstawali spokojnie, zjedli śniadanie w południe i mogliśmy ruszać do Dublina. Kochany zaparkował przy dworcu Connolly, stamtąd wędrowaliśmy zygzakiem (na początku towarzyszył nam deszcz przechodzący w malowniczą mżawkę, gdy przechodziliśmy mostem nad Liffey) w kierunku Zielonego Stefana zatrzymując się po drodze w Bewley's na Grafton St (flat white i sernik z mango). 

W Stefanie zieleń na spółkę z brązem opadłych liści i świeżych kasztanów.




Byliśmy też u Oscara Wilde'a na Merrion Sq. Chodząc po mieście tu i tam w końcu zgłodnieliśmy porządnie. Szwagrowski wyśledził dobry pub po drugiej stronie Stefana i zaczęliśmy wracać w tym kierunku. Po drodze zatrzymał nas kolejny przelotny deszcz i plan został zmieniony, poszliśmy do pubu Bruxelles, bo było bliżej. 


Tym razem miałam bardzo udane doświadczenie kulinarne, cottage pie bez udziwnień: wołowina duszona z marchewką, groszkiem i szalotkami pod kołderką z mashu (pewnie z mlekiem). Wszyscy byli bardzo zadowoleni ze swoich zestawów, na dodatek siedzieliśmy w legendarnym Zodiac Lounge (szwagry zamówili sobie po Guinnessie i zachwycali się azotową pianką). 

Powrót przez Dublin piękny i brzydki, stary i nowy, zatrzymaliśmy się na chwilę w Tower Records, żeby poszurać w płytach, przeszliśmy też przez teren Trinity College (przez chwilę nawet zajrzeliśmy do galerii Douglasa Hyde'a, gdzie Fred w odpowiedzi na pytanie z czym mu się kojarzy AI, zgodnie z prawdą napisał na tablicy "czosnek", po czym szybko opuściliśmy miejsce nie zatrzymywani przez nikogo ;)) i nowoczesne nabrzeże.



Po siódmej byliśmy z powrotem w samochodzie, w drodze do domu z przystankiem na Lidla (bułki na jutro potrzebne), wszyscy bardzo zmęczeni; trudno się dziwić, że tylko herbatki i towarzystwo wyciszone, ma już porozkładane kołderki. Gęsty dzień.
W głośnikach Thin Lizzie :)

niedziela, 15 września 2024

1734. Niedziela w odcinkach.

Zdecydowanie za mało snu; położyłam się po północy i jeszcze jakiś czas nie spałam (sobota zakończyła się uroczystą relokacją do ogrodu kolejnego gigantopająka), ale rano trzeba było wstać na śniadanie Junony i mój zegar mózgowy nie dawał mi spokoju. Pogoda szara, brak wiatru, lekka wilgoć (w nocy mżyło), wydaje się nawet ciepło. Narzuciłam na siebie bluzę i zaszłam do futrzastej sąsiadki, przy okazji ucięłam czat z Majkiem, który, wiadomo, kręcił się wokół swojego cackosamochodu (sąsiad opowiedział mi, jak Bán z sukcesem udał przed Katlin Junonę). U Junony szybkie tulanko, krople i wróciłam do domu, gdzie już czekała na mnie herbata i obudzony mąż (przed wyjściem zrobiłam mu kawę). Kolejny dzień sprawdzania stanu powodziowego z Wyborczą.
___
edit 11:27 Na śniadanie robale i pieczywo z masłem czosnkowym. Rozmowa z mamą (w lesie pada niezbyt intensywnie i rodzice są optymistycznie nastawieni); dla rozproszenia umysłu słucham dalszych części The Big Four, wypijam kawę; Fred zerka na wiadomości o stanie Bobru, pokazuje mi jak wygląda most z którego kiedyś patrzyliśmy na rzekę, teraz pozbawiony barierek, z wodą przelewającą się bezpośrednio pod jego brzuchem. Czytam właśnie, że w najbliższym czasie nastąpi niekontrolowany zrzut wody z zapory :I A więc najgorsze jeszcze przed nimi.
___
edit 14:00 Słucham kreminału, Kochany robi żurek, oraz rozmawia z Usz (szwagierka zdała relację z wizyty u mamy). Kilka minut temu woda przelała się przez zaporę, za godzinę będzie w Miasteczku.
___
edit 18:00



Po żurku à la Fred (czy też żurku 1500 kalorii) poszliśmy na spacer. W drodze do plaży spotkaliśmy Dżejmiego, który zakosami, jak dzikie zwierzątko, udawał się na plotkarski zwiad w temacie, kto wprowadza się na osiedle. Sąsiad zamierzał udawać, że tylko przechodzi, podsunęliśmy mu pomysł, żeby niby podziwiał nasz ogródek; poza tym wytłumaczyłam się z mojej porannej nieobecności autobusowej. W drodze powrotnej spotkaliśmy z kolei Johna, Sprzedawcę Butów, po cywilnemu i w towarzystwie pięknego, dużego psa rasy czarny terier rosyjski. Pomiędzy tymi dwoma spotkaniami doszliśmy nieco za kamienny winkiel, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy do kawiarni. Zajęcie miłe, choć w myślach i dialogach nadal wielka woda.
___
edit 22:10 Wu zadzwonił do Freda, coś krótko rozmawiali. Próbowaliśmy oglądać Teczkę Ipcress (1965), ale albo już nie te klimaty, albo jesteśmy zbyt spięci sytuacją ogólną; po pół godzinie zaczęły się pierwsze skrolowania fejsbuka w poszukiwaniu najnowszych informacji o zaporze, rzece, moście, i tak dalej. Zapora stoi, rzeka płynie, na moście worki z piaskiem, wojsko przyjechało, ciemno. Pocieszam się, że ktoś uratował psa, a ktoś inny jeża. Ogólnie jednak jest słabo i nic nie możemy z tym zrobić.

sobota, 31 sierpnia 2024

1719. Jak w kalejdoskopie 2.

Noc spędziliśmy u Andrju, w innej sypialni niż ostatnio, nadal jednak pięknie, przestronnie, z oknem uchylonym na świat. Na całe szczęście temperatura w sobotę nieco zelżała. W planach był grill, wcześniej wybraliśmy się z Andrju i SP na spacer wokół glinianek (trasa wiodła przez tory kolejowe, bardzo interesujące). Dwie żony zostały w domu (tylko dwie, gdyż nie dla mnie muzułmańskie podziały i rozmowy kuchenne o niczym).


— I co? Są bunkry?
— Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście :D

W trakcie spaceru drogę przecięła nam mysz (konkretnie myszarka polna, z ciemną pręgą na pleckach), w innym miejscu widzieliśmy trawersującego szczura. Nie pytam już, co to znaczy ;) Wszędzie nawłoć nawłocią pogania.

Wróciliśmy w południe; na grillu były same delicje: karkówka (nie próbowałam), swojska kiełbasa i kaszanka, Perła w szklanicach (nie próbowałam); godzinkę przed naszym wyjazdem do kompanii dołączyli Jackowie, spóźnieni na okoliczność poimprezowej senności.

O czwartej żona Jacka podrzuciła nas do Usz. Dzięki temu mieliśmy godzinkę relaksu przy gazowanej wodzie. Bo z Wu byliśmy umówieni o szóstej na rodzinną konsumpcję baby ziemniaczanej; wyruszyliśmy we czwórkę (Fred, ja, Usz, Szwagrowski) na trwający jakiś kwadrans spacer przez osiedla. Przywitał nas krzątający się przy kuchni Wu, jego córki oraz Stu. 


W ofercie baba ziemniaczana oczywiście, poza tym churros, wybór ciast, napoje gazowane; w tle Traperzy znad Wisły oraz Artur Andrus. O dziesiątej byliśmy z powrotem w "naszym" bloku. 

***

Obok nas cichutko przeszedł sierpień.

sobota, 13 lipca 2024

1670. Miły zwyklak.

Razem z chłopakomężem obudziliśmy się o wpół do szóstej. Zabrałam się z nim na wieś (Kochany pojechał dalej, o ósmej zaczynał pracę; drogę przecięły nam krowy schodzące na pastwisko i czarny kot, czyli musi być dobrze), w domu na chwilę włączyłam ogrzewanie, zrobiłam pranie, spakowałam nowe ubrania, czekając na koniec cyklu czytałam Chamstwo (lektura wolno mi idzie, jak widać, po dokończeniu rozdziału zostawiłam książkę w sypialni), zdrzemnęłam się i rozmawiałam z mamą (rodzice gościli się dzisiaj w cukierni przy parku zdrojowym; Maksiu coś choruje, tylna łapa nie nadaje się do użytku). Pogoda była szara, ale całkiem ciepła, nie chciało mi się spieszyć z powrotem; wyszłam dopiero na autobus po pierwszej (€5.50) i przez ponad połowę zielonej, prowincjonalnej trasy jechałam w nim jako jedyna pasażerka. 

Pieseł naprawdę ucieszył się na mój widok. 

Kochany wrócił po piątej, zrobiłam nam mało wyszukany obiad (kopa kartofli, pomidory w śmietanie, stek z tuńczyka), obejrzeliśmy trzeci odcinek After Life, rozmawialiśmy z Usz (szwagrostwo przyjeżdża do nas pod koniec września na kilka dni, mają już kupione bilety; super!). Spacer wieczorny, oczywiście. Zrobiliśmy inną trasę, trochę przy głównej drodze, trochę przez bogatsze osiedle, wszystko to z mamą na nasłuchu (mama lubi architekturę, i w ogóle). Prysznic, jeszcze jedna herbata, pogadanka o życiu (pies wylegujący się obok).

sobota, 18 listopada 2023

1433. Dzień ślubu.

Wczoraj odkryłam, że na iPhonie mogę publikować tutaj posty, ale nie mogę komentować, bo telefon mnie wylogowuje. Ot taki glitch pomiędzy jabłkiem i gugielem, znany, zgłaszany przez wielu, nadal odgórnie nierozwiązany.

Sporo się w nocy budziłam, głównie przez ból gardła i małość kordłową. Nad ranem z kolei obudziło mnie niecierpliwe tuptanie świekry przygotowującej śniadanie - wg polskiego czasu spaliśmy do „po ósmej”, na stole wędliny, puławianki, herbata wiśniowa już zaparzona. Kochany jeszcze przewracał się w łóżku, ja byłam dobrą synową. Po śniadaniu kawa w ćmielowskich filiżankach i szarlotka. 

Myśląc z wyprzedzeniem o tej krótkiej podróży miałam nadzieję, że przed wyjazdem do Warszawy odbędziemy spacer w kierunku pałacu, ale nic z tego nie wyszło. Grzebaliśmy się ze śniadaniem do południa, świekra chciała jeszcze przygotować obiad przed podróżą i zmyślnie wysłała nas po kwiaty (nie wiem, czy włączyła Radio Maryja żebyśmy się energiczniej ruszali, ale podziałało). Kochany kupił bukiet piwoniowych róż u Edyty za rogiem, trochę szliśmy naokoło osiedla, żeby spacer wydłużyć i byliśmy z powrotem w sam raz na obiad (który był bardzo dobry, jak zwykle u świekry). Okolica ta sama co zwykle, różnica taka, że komitet blokowy po odhaczeniu dzieci jako wrogów miru domowego (pod blokiem nie wolno się bawić) wziął się za zwierzęta - teraz jeszcze nie wolno dokarmiać ptaków, bo srajo i brudzo oraz kolegujo się ze szczurami. 

Do stolicy ruszyliśmy po drugiej po południu; podróż odbyła się bez większych przeszkód w coraz bardziej szarzejącym krajobrazie (śnieg, śniegu, śniegowi).

Przed głównym wydarzeniem przysiedliśmy we troje w Ciasteczkooo na ulicy Alternatywy, gdzie Fred dokończył dyktowanie mi dedykacji dla nowożeńców. Gdy dotarliśmy do urzędu, z ważnych gości brakował tylko Stu - na szczęście impreza opóźniła się na tyle, że szwagier zdążył w ostatniej chwili. Poza tym Usz ze Szwagrowskim wybrali najprostszą wersję ceremonii dzięki czemu szybko było po. No i było jeszcze zaskoczenie świadkowie - jednym ze świadków był wczesny recenzent Fredowego scenariusza. Spotkanie przeniosło się do Balkany Od Kuchni, znanej nam już z dobrej strony bałkańskiej restauracji na ulicy Strzeleckiego, która nasyciła nas po uszy. 

Już po siódmej wzięłam się za deser. Opuściliśmy zgromadzenie jakiś czas po Wu i świekrze, czyli świętowanie z jedzeniem zabrało nam około trzech godzin. Na końcu dnia wylądowaliśmy w ekskluzywnym mieszkanku Kaś i byliśmy rozpieszczani jak para królewska (dostałam własną podomkę i bamboszki z rogami), wygłaskałam aksamitne futerka Kacperka i Leosia, pogadałam o polityce i kotach (bo przecież wiadomo).


Język nadal bardzo boli, no good.

* zdjęcia wklejone po powrocie z wyprawy.

piątek, 23 czerwca 2023

1285. Terapie.

Praca do trzeciej. Zaraz wracaliśmy, bo kot spał zamknięty w domu (a może by chciał wyjść przecież). Nie mogę czekać na specjalną okazję, lubię patrzeć jak się cieszysz, powiedział mąż po wręczeniu mi dużej, jedwabnej chustki All Saints. Próbowałam motania na różne sposoby, ale lubię styl ludowy, babciny (wtedy dobrze widać szkielety wplecione w kwiaty). Telefon do taty (bo dzień ojca) i rozmowa z mamą (np. o przepychankach w Szkle Kontaktowym). Fred też łapie kontakt: rozmawiał ze Stu (Na razie tu żyję, bo się przyzwyczaiłem, stwierdził szwagier), potem z Usz, o konflikcie, innym spojrzeniu na szwagra i o pracy do dupy (cała ta długa wymiana informacji i opinii o żyćku zostawia w Kochanym gorzki posmak). Jeszcze trzeba mi zapisać, że małżonek dokończył montaż telewizora na uchwycie przy ścianie, dzięki czemu ekran nareszcie nie zagraca powierzchni płaskich maciupeńkiego domu. Zamiast filmu obejrzeliśmy wspomnianego przez Usz Makłowicza, bo mówił dobrze o naszej Irlandii. Późnym wieczorem pierwsze spotkanie ze stroną Lubgens. 

piątek, 17 marca 2023

1187. Kolejny dom.

Szwagrowski wszystko ogarnia (zainspirował mnie nawet, żeby po powrocie do domu wyrzucić z naszej kuchni rzeczy, których od lat nie używamy), śniadanie przez niego podane było wzorcowe, na dokładkę dostaliśmy w prezencie zapasy czystka. W zawodach na ilości porannej kawy Usz wygrałaby z Fredem zdecydowanie (dwa i pół kubka). Przed dziesiątą opuściliśmy Ursynów, po jedenastej zobaczyliśmy kominy Azotów. Została jeszcze chwila do wizyty u notariusza, spędziliśmy ją spacerując po Empiku. Sprawy biurokratyczne, które zebrały całe rodzeństwo i teściową w jednym miejscu trwały jak dobry egzamin dyplomowy, 40 minut. Potem Kochany przeparkował samochód pod blok i trochę czasu spędziliśmy w piątkę. No coraz bardziej się tu robi jak w kaplicy, to Stu podczas jedzenia flaków, na uwagę, że w oknie też jest jakaś kartka z modlitwą. Po jakimś czasie zjawiła się teściowa, która załatwiała dodatkowe formalności papierowo-finansowe. Zjedliśmy pyszne zrazy wołowe, popchnęliśmy ciastem, po zrobieniu kilku zdjęć do rodzinnego albumu szwagrostwo udało się w kierunku Wawy, teściowa do kościoła, a my do parku Czartoryskich. Spacer do łachy wiślanej (spotkaliśmy panią z dwoma ślicznymi psami, jeden miał oczy jak Bowie), Zielona, herbata w Okrąglaku; wszystko to zabrało nam trochę czasu, wracaliśmy przez miasto już drzemiące.

Energia mi gdzieś ucieka, mogłabym natychmiast położyć się i zasnąć.
___
edit 22:10 W tvp1 mówili, że nie ma pisowskiego państwa, tylko jest Polska, a teściowa chciała pogadać o tym, że Trzaskowski dąży do ograniczenia jedzenia mięsa. Na szczęście jedliśmy pierogi ruskie i zagryzaliśmy je śledziami (Usz lubi to połączenie, stąd pomysł na test smaków), więc było pole manewru do zmiany tematu. Brawo my ;) Nie tylko Fred zauważył dzisiaj nerwowe zachowanie Wu.

środa, 1 marca 2023

1171. Orzeł wylądował.

Przynajmniej jedna rzecz z głowy, szwagier jest na miejscu. Byłam niespokojna, bo Kochany i jego brat są zupełnie różni ... Freda wszyscy lubią ;) Poza tym gościć starszą panią, nawet jeśli słuchającą Radia Maryja, to trochę co innego, niż natykanie się z rana w Kuchniosalonie na rosłego faceta z zarostem i opalenizną szejka. Dodatkowo nakładają się mi stresory. Doszła praca online z Gronją, a w ciągu dnia dostałam link do kursu języka irlandzkiego i przekonałam się ile tego jest. Różne luźne sznurki wiszą. Pół dnia przełaziłam bez celu pomiędzy Kuchniosalonem i sypialnią. Ryszard trzymał się sypialni, na szejka łypie okiem nieufnym.

Jak trzy krople, ironizował Wu, gdy Fred zadzwonił do Stu z życzeniami i obaj bracia mogli najmłodszemu poskładać (w kamerce pojawiła się również głowa kolejnego pokolenia wolandów i pokazała ciotce wszystkie mleczaki). 

Jednym uchem łowię kuchenne rozmowy.

sobota, 21 stycznia 2023

1132. Leniuszkowata sobota.

I wcale bym nie wstała przed wschodem słońca, gdyby mi Ryszard nie wydeptywał żołądka w sprawie śniadania. A kuchnia przywitała mnie wiadomością, że w kranie nie ma wody. Najpierw doczytałam na stronie, że prace nad naprawą pękniętej rury trwają do szóstej rano, ale po założeniu okularów się okazało, że do szóstej po południu. Argghhh! Mogłam nam pomóc tylko dobrym śniadaniem (dla mnie połowa wczorajszego obiadu, dla Freda ser wędzony z warzywami i kolendrą). Oprócz braku wody mieliśmy od wczoraj zatkany odpływ przy zlewie kuchennym. Na te dwa nieszczęścia dobre jest wyjście z domu, więc pomimo szarej pogody wyjechaliśmy do miasta. Najpierw poszliśmy na kawę do ulubionej naszej Costy, potem szwendaliśmy się po parku handlowym, żeby w TK Maxxie znaleźć prezent dla Katlin (✓), a dla mnie nowy kubek na szczoteczkę do zębów (✓). Po szybkich zakupach spożywczo-chemicznych (kret do odblokowania rur), skręciliśmy na pole bitwy. Spotkanie z Generałem było nieuchronne:


I takie tam dwa kółka spacerowe zostały zrobione:



Po drodze była rozmowa z Usz-solenizantką. A tu jeszcze raz Generał:


Wiem, że koty są dwa (drugiego spotkaliśmy wychodząc z ogrodu), ale ich imion nadal nie pamiętam, więc pozostanie szarża.

Okazało się po powrocie, że jeden problem techniczny został rozwiązany. Na drugi problem został napuszczony kret. Wieczorem byliśmy umówieni z Ka na herbatę. W ogóle przebieg soboty mógł być inny, bo jeszcze dwa dni temu Aś sugerowała, że może razem (my, Ka) weźmiemy udział w jej procesie decyzyjnym dotyczącym kupna nowego samochodu. Z zamiarów została wizyta wieczorna u Ka&Jot. Najpierw jednak Fred miał dłuższą rozmowę ze Stu do której dołączyli się obydwaj bratankowie (dzieciaki podobnie jak tata i wujek próbowali swoich sił w pozdrawianiu rymem, był wątek rekinowy w wykonaniu bratanka młodszego, BM). Szwagier opowiadał o swoich osiągach pływackich (bardzo mu kibicujemy) i stanie Wolski. Po skończonej rozmowie ze Stu, zadzwoniłam do mamy (w Polsce śnieg i 50 wróbli na tarasie). Prezent został wręczony Katlin. W końcu dotarliśmy do Ka&Jot na herbatę i sałatkę jarzynową. Pogadaliśmy o rzeczywistości (przede wszystkim o trudnej pracy i Ka i różnych dziwnie podejmowanych decyzjach emigracyjnych) i po dziesiątej byliśmy z powrotem. Sporo jak na sobotę bez wydarzeń. 

niedziela, 18 grudnia 2022

1098. Osiemnastego.

Obudziłam się o trzeciej nad ranem, a potem już na dobre o ósmej. Przyszła zmiana, wiatr uderzając wprost w drzwi wejściowe wychłodził nam dom bardziej niż ostatnie przymrozki. Współczułam Fredowi, że w taką pogodę musiał sposobić się do wyjazdu na nocną zmianę. Ech.

Zadzwoniła Usz, z nowiną, że Wu adoptuje kota dla córki. Czyli reforma w podejściu (oboje z Fredem uważamy, że córka to zasłona dymna, żeby nie wyszło, że twardziel też lubi koty). Było przesyłanie zdjęcia małego dzyndzla w kontenerku (dziewczynka, ma 4-5 tygodni) i ogólne zachwyty. W czasie świąt szwagierka będzie niedaleko od nas, bo jedzie do teściów, ale bliskość jest złudna, widać ją głównie na mapie. Poza tym leki u Usz działają, czuje się lepiej, wróciła do pracy. Pod wieczór był też telefon od Wu, główny temat kot oczywiście. Reasumując, u szwagrów dzieje się (najczęściej) dobrze.

Opakowałam prezenty dla rodziców w ozdobny papier i włożyłam je do walizki. Sprawdzam prognozy pogody na najbliższy tydzień, układam w głowie plany (nie aż tak bardzo, ale jednak). Rozłożyłam się z prasowaniem, bo raz, że trzeba odgruzować tapczan (Julija przyjeżdża w tygodniu), dwa, warto podpakować walizkę rzeczami, które i tak trzeba będzie do niej kiedyś włożyć. Przy okazji zerkałam na kolejny (16.4) odcinek Midsomer. Czuję, że dzień przeciekł mi przez palce. Fred już w Północnej. Gdy wróci, pewnie będę w drodze do pracy. 

wtorek, 15 listopada 2022

1065. Gnam.

Nie bardzo mam teraz kontakt z emocjami, wszystko gna i szumi. Chciałam wczoraj napisać kilka słów pożegnania, ale nic nie przychodziło mi do głowy, nic ważnego, czym chciałabym się dzielić. Do plecaka wrzuciłam Rzeźnię numer pięć Vonneguta (Albatros, 2011) na drogę oraz pendrive z zaczątkiem pracy mgr na ewentualne później.

Zmartwiła mnie wczorajsza rozmowa Freda z Usz, która odwiedziła psychiatrę i będzie brała leki. Oczywiście dobrze, że będzie brała; po prostu nie sądziłam, że jest u niej tak źle. Kochany uwolnił się od paskudnych relacji z rodzicami i nierealnych oczekiwań poprawy, ona najwyraźniej nie, a dziewczyna jest dobra i zwyczajnie jest mi jej szkoda. Przemoc rodzi takie frukta i można sobie w dupę wsadzić łkanie, że przeca bardzo się starali, ale co było robić

Wylot był zaplanowany na wczesne popołudnie, więc już o dziesiątej zaczęliśmy się kierować na stolycę. Po drodze zatrzymaliśmy się w Coście na obrzeżach miasta, Aurze usta zadrżały w nerwowym uśmiechu, gdy nas zobaczyła.

Nocny sztorm przegonił paskudną pogodę, wyleciałam o czasie, przy dobrej widoczności (daleko na horyzoncie leżakowała w słońcu nasza wieś); większość bardzo komfortowego lotu (miałam wolny rząd 15) spędziłam na lekturze (skończyłam siódmy rozdział i resztę książki zostawiłam na lot powrotny). Rodzice już na mnie czekali, szybko przemieściliśmy się do wsi, bo wisiała im jeszcze nad głową audiencja u plebana umówiona na siódmą (1200 + 200 organista). W telewizorni odcinek Columbo z Roddym McDowallem; Kochany pokazał mi w kamerce kolejny kubek Emmy Bridgewater, zakupiony dzisiaj (w deseń borsuczy); na piętrze cicho i ciemno.

czwartek, 1 września 2022

990. Po równo.

Z rana wyprawa do weta (dzięki Anne, która nas podwiozła). Ryszard dostał sterydy na chyranie, krople przeciw roztoczom i przypomnienie o kolejnym szczepieniu. U lekarza zachował się jak zwykle (żywcem go nie wezmą!). Julie, weterynarz, która się nim zajęła, była bardzo miła, kompetentna i wyrozumiała. Po powrocie zrobiliśmy mały spacerek mamino-koci naokoło osiedla, potem wyszłam na długi spacer do Tamtej Wydmy.



Rybio-słony zapach i silniejszy wiatr, pomimo tego szło mi się szybko i lekko. Spotkałam młodą mewę, która chyba nie może latać (uszkodzone skrzydło, może wyżywi się zostając przy brzegu, bo innej pomocy dla dzikiego ptaka nie ma — uciekała ode mnie na piechotę, a gdy zainteresował się nią jeszcze jeden spacerowicz, zwodowała się na chwilę, żeby go zgubić) oraz tego nieszczęśnika:


Głuptak. Przy wydmie zauważyłam też sporo głośno gadających ostrygojadów, widać ruszył sezon jesiennych przelotów i zbierania się w towarzyskie stada.

Fred przez część dnia przemieszczał się z lubelskiego do opolskiego. Ciocia Ce była niepomiernie zdumiona, że nie przyjechałam z Fredem (bo my jak te bliźniaki syjamskie). W czasie mężowskiej nieobecności bardzo odeszłam od naszego typowego menu — dzisiaj znowu fasolka, pieczarki, brokuły, kefir, i chyba ogólnie jem mniej, co mi akurat odpowiada. Ponieważ Anne krygowała się przed przyjęciem pieniędzy za pomoc, zaprosiłam ją na jutrzejszy lunch. Skrobię po finansowym dnie (poranna wycieczka kosztowała mnie 90 juro), ale i tak się na to cieszę. Wieczór spokojny i ciepły, więc, żeby było po równo, zepsuł się zamek w drzwiach i podgrzewacz wody w prysznicu (odpowiedni poziom wkurwu był, więc zdjęcia zrobione i plan pójścia do biura też jest). 

Kochany zapodał mi taką nowinę, że Usz ze swoim Miłym już na poważnie rozważają możliwość emigracji z Polski. Pracują, płacąc podatki finansują ten bajzel, więc nie tylko się nie dziwię, ale kibicuję. Na wieczór trzeci odcinek Spraw Inspektora Morse'a. I sama nie wiem, strasznie to było jakieś takie pierdołowate i stare. Jak się Morse nie poprawi w następnym odcinku, to zrywam z nim, trudno.

niedziela, 31 lipca 2022

956. Wczoraj ...

była urodzinowa rozmowa z Usz (szwagierka akurat gdzieś pomiędzy Krakowem a Wawą przyjęła życzenia wszystkiego).

Przed obiadem nic ciekawego, ot, domowe szuranie i rozmowy nieskoordynowane. Obiad, gmyramy się do wyjścia. Miało być dobrze, na nogach skarpetki w jeże, wyżej lniane spodnie Poetry i kraciasta, zajebista koszula Joseph z fikuśnymi rękawami. Wpadłam na pomysł, żeby wziąć ze sobą granatowy płaszcz, co potem okazało się kluczowe.

Gdyż po wyjściu ze stacji Connolly zaczął kropić na nas deszcz. Na początku niewielki, poza tym pierwszy przystanek w drodze do tuptania nie był bardzo daleko.

Bo znowu wylądowaliśmy na Grafton St w Bewleys. Siedliśmy niedaleko wejścia, obok nas dwie kobiety w różnym wieku, jedna z nich, ta starsza, okazała się zakonnicą o imieniu Lisa, która była kiedyś w Polsce, w ... Polanicy. Skąd wiem? Bo ja się nie mogę opanować, żeby nie gadać z obcymi ludźmi. Obsługiwał nas kelner, Luke.

Po wyjściu z kawiarni okazało się, że pada jeszcze bardziej. Ogaceni czym tam było pod ręką doszliśmy do centrum handlowego Stephen's Green. W TK Maxxie teściowa niespodziewanie dla samej siebie kupiła sobie walizkę na czterech kółkach (stara zostanie u nas). Z nosami po których ściekał nam deszcz przeszliśmy pod Gaiety Theatre, ale ponieważ był jeszcze czas, po sąsiedzku weszliśmy przeczekać te pół godziny w Caffè Nero. Potem zostawiliśmy walizkę w recepcji teatru i przez prawie dwie godziny słuchaliśmy tuptania Riverdance. Brandon Asazawa fikał w głównej roli męskiej (podobno dopiero kilka tygodni temu został solistą).

Po przedstawieniu już nie padało. Lało. Fred prowadził nas w deszczu  i ciemności do stacji Pearse, z postawionym kołnierzem, dźwigając w ręku walizkę i oglądając się od czasu do czasu za siebie. Wyglądał jak morderca ze zwłokami w bagażu, jak w amerykańskich filmach noir.

Przejechaliśmy do stacji Connolly i tam poczekaliśmy pół godziny na połączenie do naszego miasta. Chociaż spodnie kleiły się mi do ciała, wcale nie było zimno. Mokra i ciepła noc.

Jeszcze słyszę to tuptanie, to w pociągu Fred (ja też). W domu chwilę po północy. Ryszard czekał zmoknięty przed domem. Mamy od kota naganę. 

poniedziałek, 14 marca 2022

818. Uczucia pomieszane.

Ach, z rana szuru szuru w deszczu. Ale przynajmniej wiatr nie urywa głowy, mówiłam sobie. Te kilka godzin pracowniczych minęło szybko, zrobiliśmy w trójkę dobry lunch, potem w innej grupie rozmawialiśmy o tym, dlaczego Fiutina warto zabić ... miły taki początek tygodnia, gdy na horyzoncie majaczy dłuuugi weekend. Po południu Fred wracał z Północnej, nadrobił kilka km, żeby mnie zabrać z centrum miasta. Pogoda zmieniła się na słoneczną i wszystko byłoby wzorcowo, gdyby przed obiadem robionym przez Freda nie zaczął mnie boleć żołądek. Nie było to miłe, na tę chwilę trochę lepiej. 

Chyba nie polecimy do Polski na początku kwietnia, powinniśmy podjąć decyzję teraz, a opiekuna dla kota brak, poza tym nic tam po nas, skoro teść w szpitalu i nie wiadomo co dalej. Rozmawialiśmy o tym chwilę z Usz, która właśnie maszerowała stolicą setki km na wschód. Zaproszenie dla szwagrów pozostaje otwarte, czeka na sprzyjające okoliczności przyrody.

wtorek, 1 marca 2022

805. Pancake Tuesday.

Szron pokrył świat, dzień był przejrzysty i chłodny. Pracowałam z Piterem, potem z Ifą, a raczej oni pracowali, ja spędzałam z nimi czas. Panowało zamieszanie, instalowano nowe komputery, pół dnia siedziałam w podziemiach.

Tłusty Czwartek ma swój odpowiednik w Dniu Naleśnika. W związku z tym na lunch zjadłam jednego pankejka z ciasteczkowym smarowidłem. 

Fred był już w domu, gdy czekałam na autobus powrotny. Kartofle obrane, kaczuszka do piekarnika, w odtwarzaczu prezent Fredowy dla mnie, Wariacje Goldbergowskie nagrane w 1981 przez Glenna Goulda, w zremasterowanej wersji (2004). Ale małżonek nieprzytomny, kaczuszki nie dopieka, potem dzwoni z życzeniami urodzinowymi do kuzyna zamiast do brata. No i tak ... śpiący książę już pod kołdrą, bo inaczej jutro (a zrywa się w środku nocy) paluszków się nie doliczy. Poza rozmowami o sytuacji na Ukrainie, dzień spokojności.

poniedziałek, 15 listopada 2021

698. Weselmy się.

Nawet ciepło. Deszcz złapał mnie i Freda, gdy dochodziliśmy do morza. Czyli dobrze nam radził Ryszard, który po dokonaniu próby kociego wysiadywania w ogródku, wrócił zdegustowany lecącym w dół barometrem.

Namęczyłam się przy abstrakcie badania jak nieszczęście, Kochany zrobił w tym czasie obiad i bazę do sałatki greckiej (bazę, bo we wsi zabrakło oliwek i musieliśmy je przywieźć z Dundalk).

Fred kontaktował się po południu z różnymi osobami, rozmawialiśmy więc z Justą, która grała w filmie, a teraz kaszle, i z Usz, której teść (oczywiście niezaszczepiony, a jakże) z covidem wylądował w szpitalu. Ja z kolei zadzwoniłam do rodziców, żeby się dopytać o chorujące psy — Dziewczynki się trzymają.

Po szóstej zawinęliśmy się w wyjściowe gajerki i powoli zmierzać poczęliśmy w kierunku kina (jeszcze tylko zakup wspomnianych oliwek). Kino-widmo (ICM), bilety po juro 10.60, oprócz nas trzy osoby, jedna pani siedziała przed nami, dwie inne szczebiotki zasiadły z tyłu. Znamy się ze Smarzowskim, więc trudno mnie zaszokować. Wesele (2021) ma dobre momenty i parę słabych. Wróciliśmy z Fredem do wsi po jedenastej i nadal rozmawiamy o fabule, czyli nie jest źle. W tym czasie mąż postawił mi przed nosem sałatkę grecką. Przez to gadanie i wymiatanie oliwek z talerza przegapiłam północ