Okazuje się, że jest coś takiego jak paśnik online, z kamerą zainstalowaną w nadleśnictwie Babki. Przy porannej herbacie zielonej dorzucam tę rozrywkę do medytacji żubrowej.
Oboje z Kochanym wpadliśmy w rytm budzikowo-grafikowy, budzik zapodaje rytm, my wykonujemy czynności. Środa była jeszcze bardziej szara niż wtorek (chyba nie tylko ja tak odczuwałam, bo z grupy pojawił się tylko Luk), a gdy wracałam do domu (zresztą znowu spóźniona - autobus podjechał po 25 minutach) na dobicie zaczął padać deszcz. Wcześniej nie miałam siły, żeby wymyślać coś na obiad, po drodze wrzuciłam do torby kulki wołowe, ale też wędzone tofu i seler naciowy do sałatki z jajka na jutrzejszy lunch. Co zrobię z tofu, tego jeszcze nie wiem; highlightem powrotu było spotkanie na dworcu Anne taszczącej walizy z Dublina do wioski, która poradziła, żeby tofu zamrozić. Poza tym sąsiadka poinformowała mnie, że rozmawiała z Sandrą (w sprawie opieki nad kotem koleżanki z pracy) i przy okazji powiedziała jej o śmierciach naszych kotów, więc obie dostałyśmy szczere wyrazy współczucia. Czy warto wspominać, że przy wyjeździe z miasta w nasz autobus uderzyła z boku osobówka? Kierowca tylko wychynął z kabiny i zapytał czy wszyscy są okej, a skoro osobówka udała się w dalszą podróż, zaś nasz autobus działał, kierowca-Irlandczyk podjął jedyną słuszną decyzję, aby jechać tam, gdzie miał być od dawna, thanks goat.
Zjedliśmy z Fredem obiad, zadzwoniłam do rodziców - mame już drzemała, tatko skrótowo nakreślił, że i u nich też dzieje się niewiele (poza jego nosem, który nie doszedł do siebie po covidzie), a mnie zamykały się oczy. Za dziesięć dni będziemy zygzakami przemieszczać się do celu. Tymczasem wiatr śwista, skrzypi wlotem do listów i trzaska furtką ogrodową.