Za oknem długo było szaro, padał deszcz, rozpogodziło się znacznie później i dla odmiany pojawił się nieprzyjemny, silny wiatr. Fred wrócił z pracy o trzeciej i położył się spać, więc poranek miałam cichy, przy własnej kawie i pojedynczym śniadaniu. Dopiero teraz zauważyłam, że dostaliśmy prezent od Juliji, zestaw śniadaniowy (kubek i miseczka z pingwinem, bardzo na czasie). Południe minęło mi nie wiem kiedy ... tak się wkurwiłam. Po pierwsze zauważyłam, że MyHeritage bez wcześniejszego porozumienia pobrało mi z karty grubsza sumę pieniędzy, poza tym przez godzinę kombinowałam jak zlikwidować konto Orange bez wychodzenia z domu. To drugie okazało się proste, choć oczywiście na stronie operatora nic o tym nie piszą. Sytuacja z MyHeritage podminowała mnie bardziej, bo genealogia to mój konik i wcale nie miałam zamiaru się z nimi rozstawać. No trudno, frack yourself! Po tych przygodach finansowych i rozmowie z kretynką z Orange'u, trudno mi było wyjść z absmaczku. Na dodatek mięso, które miało być na obiad, okazało się mieć rozszczelnione opakowanie, czyli wyszło ze świeżości. Opatuliłam się w sąsiedzkie prezenty (przypominam: czapka i szalik) i poszłam do Katlin oddać jej miskę i talerz w których było jedzenie dla naszej cat sitterki. Otworzył mi Ethan i zostałam przez niego zabita strzałem z broni, zanim zdążyłam mu powiedzieć, żeby nie robił tego przed obiadem, bo kartofle się mi w domu gotują. Pod wieczór trochę lepiej, w końcu się najadłam (jak mnie szał ogarnia, zapominam o odżywianiu umysłu; Kochany sam zrobił zakupy) i żal po MyHeritage powoli zaczął mi przechodzić. Miałam robić dzisiaj co innego, ale fuj z tym. Przysłano mi właśnie potwierdzenie, że pieniądze pobrane z mojego konta zostaną zwrócone. Gra pierwsza płyta Maanamu i Szał niebieskich ciał. Wydra będzie miała na imię Faustyna.
![]() |
| Ej no, co tam robicie? |


