Byliśmy dzisiaj ponownie w El Paso: niby kupić to czy tamto, ale przede wszystkim w świetle dziennym czujnie obejść miejsca, gdzie mogłam zgubić moją mitenkę. Nie ma. Może zgubiłam ją jeszcze w Drołdzie? Komu potrzebna jedna rękawiczka? Nikomu. Mnie, bo teraz noszę jedną. Zygzakiem, zygzakiem (żwirek dla kotów dokupiony, robale na kolację oraz inne tysz) Costa, kawa, rozmowy o wczorajszym filmie. Po drodze zerkamy na efekty niedawnego sztormu (morze nadal podrażnione, na bocznych drogach trafiają się kałuże-giganty, przy domach dyżurują worki z piaskiem, pola spuchłe od wody).
W domu głównie relaks laptopowy. Aż do nagłej ciemnicy, gdy światło zgasło w całej wsi. Awaria prądu trwała krócej niż pół godziny w czasie której Mańka zdążyła sobie opalić od świecy dwa wibrysy, a ja mogłam zrobić to zdjęcie:
Myślę, że fotografia przedstawia adekwatnie etapy rozwojowe naszych kocóreczek.
Robiłam dochodzenie, które aplikacje pozwalają słuchać audiobooków na laptopie (nie chcę na czytniku, nie chcę na telefonie, chcę na laptopie). Dochodzenie objęło EmpikGo i Audiotekę, poczem się zniechęciłam odkrywszy, że jak rozumiem u nich na laptopie nie (albo źle rozumiem, też możliwe). Dante nie nadaje się do robienia na drutach, potrzebuję innego tekstu.
Pomimo starań, styczeń zamienił się w jeden wielki poniedziałek i śmignął raczej ponuro.

























