Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baba yaga's house. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baba yaga's house. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2026

2237. Ostatni dzień stycznia.

Byliśmy dzisiaj ponownie w El Paso: niby kupić to czy tamto, ale przede wszystkim w świetle dziennym czujnie obejść miejsca, gdzie mogłam zgubić moją mitenkę. Nie ma. Może zgubiłam ją jeszcze w Drołdzie? Komu potrzebna jedna rękawiczka? Nikomu. Mnie, bo teraz noszę jedną. Zygzakiem, zygzakiem (żwirek dla kotów dokupiony, robale na kolację oraz inne tysz) Costa, kawa, rozmowy o wczorajszym filmie. Po drodze zerkamy na efekty niedawnego sztormu (morze nadal podrażnione, na bocznych drogach trafiają się kałuże-giganty, przy domach dyżurują worki z piaskiem, pola spuchłe od wody). 

W domu głównie relaks laptopowy. Aż do nagłej ciemnicy, gdy światło zgasło w całej wsi. Awaria prądu trwała krócej niż pół godziny w czasie której Mańka zdążyła sobie opalić od świecy dwa wibrysy, a ja mogłam zrobić to zdjęcie:

Myślę, że fotografia przedstawia adekwatnie etapy rozwojowe naszych kocóreczek.

Robiłam dochodzenie, które aplikacje pozwalają słuchać audiobooków na laptopie (nie chcę na czytniku, nie chcę na telefonie, chcę na laptopie). Dochodzenie objęło EmpikGo i Audiotekę, poczem się zniechęciłam odkrywszy, że jak rozumiem u nich na laptopie nie (albo źle rozumiem, też możliwe). Dante nie nadaje się do robienia na drutach, potrzebuję innego tekstu.

Pomimo starań, styczeń zamienił się w jeden wielki poniedziałek i śmignął raczej ponuro.

środa, 7 stycznia 2026

2213. Ciaśniota, powiedział Lincoln.

Rano wchodzę do Kuchniosalonu, a tam cała podłoga usiana strzępkami papierków wydzierganych z rolki papieru kuchennego schowanego nad moją głową. Mańka siedziała w tym bałaganie zupełnie beztroska, bo najważniejsze, że kotamatka żyje, miaaaaauuuuu, Bronisława zaś stała na skraju bałaganu z miną "przesadziłam, ale było warto". Nie wrzasnęłam. Dziewczyny nadtłukły mi też kubek z pomarańczowym kotem, jest w całości, ale co to za całość w której nie można zaparzyć herbaty. Nic, zero reakcji emocjonalnej. Może naprawdę jestem chora, coś mi się zagnieździło w mózgu i takie są pierwsze objawy? :) W milczeniu posprzątałam papier, wyczyściłam kuwety, tylko żarcia od razu nie dałam, żeby sobie przemyślały swoje złe uczynki. Bronisława kminiła, Mańka nie myślała, bo nie ma czym, więc chodziła za mną i pomiaukiwała. Gdy do Kuchniosalonu wszedł kotatata, Bronka od razu podbiegła z zostałyśmy niesłusznie pomówione ... kochamy te srajty, myślę, że one też potrzebują więcej przestrzeni. Rozmnożyliśmy się nie uwzględniając naszych możliwości lokalowych :D Czyli frustracja w związku z domową małością rośnie. Dzwoniłam dzisiaj do Instytucji, niczego się nie dowiedziałam, łaskawie przyślą nam papiery, żebyśmy sobie złożyli. Biurwowe procedury są niezwykle zniechęcające.

Poranek w pracy standardowy, prawie zawsze jako pierwsza przychodzi Ukrainka, która uczy się języka, więc dużo rozmawiamy o tym, co nas otacza, a że ją otacza wojna ... zaczęłyśmy dzisiaj od wielości tłumaczeń Mistrza i Małgorzaty na polski, bo przy tej czynności mnie zastała, przy poszukiwaniu audiobooków z różnymi polskimi wersjami.

Nudzę się, skroluję, wychodzę, wracam z burrito i kawą, odliczam. Nareszcie, pakuję się do samochodu. Jedziemy do Lidla, potem świńskim truchtem po prowincji do domu. Jeszcze raz śledzę trasę w google view, bo w drodze widziałam ładny, duży dom.


Z mamą rozmawiam pół godziny.

Czy mogę zrozumieć fizykę tym pustym łbem? Yyyy, rano freestylowo przeglądałam blogi i od miejsca do miejsca znalazłam taki wykład profesora Dragana o czarnych dziurach. Piękne. Kochany też zerkał. A teraz pora na Telesfora, ziew.

wtorek, 21 października 2025

2135. 211025.

Wczoraj wieczorem skończyłam czytać niewielki zbiór wierszy Fossego, Pies i anioł, więc dzisiaj przy porannej kawie mogłam kontynuować Nowe imię. Bo na chwilę zanurzyliśmy się z Kochanym w starym wzorcu: jedziemy razem do miasta, stajemy pod Czarną, wchodzę, kupuję dwie kawy w tym jedną na wynos, podaję Fredowi tę na wynos, mąż odjeżdża, zasiadam do lektury przy filiżance (dzisiaj jeszcze kupiłam Kochanemu dwa croissanty, bo nie jadł porządnego śniadania).

Powrót z pracy nieco opóźniony, byłam w domu kwadrans przed mężem; jedliśmy obiad do Ma chérie, płyty Czyżykiewicza, dobrze po szóstej.

Kolejne płyty, przywiezione z Polski: Mrowisko Klanu, Kinematografia Paktofoniki, Siódma pieczęć Republiki.

Coś tam dłubię przy CV i liście motywacyjnym, skończę jutro. Słucham muzyki. W planach niemiecki na duolingo i czytanka. Oraz patrzenie w Internatach, gdzie lecą samoloty :)

czwartek, 11 września 2025

2095. Usilne poszukiwania ...

... żwirku dla kotów (trzy miejsca, trzy rozczarowania, pojechaliśmy nawet do południowej bramy) opóźniły obiad i inne typowe działania (np. króciutkie wyjście z kotami; na dworze ziąb, ja w neonowej czapce, Fred w puchowej kurtce pod chłodnym niebem, na odchodnym zamknęłam od zewnątrz lufcik w sypialni — okno jest wypaczone i lufcik zacina się tak, że nie można go domknąć od wewnątrz). Nie mam dzisiaj żadnych historii, bo praca dość intensywna, cały dzień z ludźmi płatającymi się pod nogami, więc na koniec dnia nie chce mi się o tym myśleć. Mimo wszystko, chyba jest mi dobrze (ach, pomiędzy pracą a poszukiwaniami żwirkowymi, poszliśmy z Kochanym na kawę, tak sobie, bo lubimy ze sobą chodzić). Ponieważ mój wyjazd październikowy jest niemalże pewny (i koty zaopiekowane, i zastępstwo w pracy zorganizowane), wsączają się mi w głowę przyjemne perspektywy bycia w różnych miejscach (a przecież we wrześniu jeszcze koncert! jeszcze teatr!).

sobota, 3 maja 2025

1964. Regeneracja.

Owsianka z dwoma bananami na śniadanie. A to dlatego tak mję się stało, że nie było w lodówce nic za bardzo jadalnego śniadaniowo (ni ma jaj, ni ma fasoli w sosie pomidorowym, dlaczego?). Zainspirowana przez Gosię ze Szkocji zaczęłam robić lunch dla siebie: makaron razowy z dodatkiem pieczarek, kawalątka cukinii i żółtego sera. Mistrzyni kuchni po prostu ;), talerz wylizałam do czysta oglądając mietczynskiego robiącego sushi burgery, po czym rozwiesiłam pranie i ... poszłam spać. Obudziła mnie wiadomość tekstowa od Anne. Czas już był najwyższy, za godzinę Junona jechała do weta, więc poszłam się z nią pożegnać. Siedziałyśmy w sypialni na górze, my dwie i pulpecja wylizująca sobie łapki z leku.


Żegnaj pulpecjo, miałaś dobre życie.

Przepierka, prasowanie, robienie obiadu, sporo oglądam mietczynskiego (nadrobiłam kilka ostatnich filmików kulinarnych). Z innych randomowych rzeczy: zagadnęłam Aś, czy ma ochotę wzbogacić swój ogródek o parę lucyferów, bo wykopałam wczoraj kilka chaotycznie rozsianych bulw, które, jeśli nie znajdą sobie nowego miejsca, pójdą na Rysiową górkę (Aś się zdeklarowała, zawieziemy je, jak będzie na to czas); FB wyświetliło mi, że mamy z Kochanym ósmą rocznicę znajomości tamże; poza tym odkryłam wypalone! smugi na oknie, jedną bardzo głęboką, pełną popiołu. Czyli: okno w którymś momencie się paliło! Rzeczywiście, jakiś czas temu czuliśmy w domu spaleniznę, ale nie odkryliśmy wówczas źródła zjawiska. Zastanawiałam się, jakie urządzenie elektryczne stało w tym miejscu. Dopiero kiedy Fred wrócił z pracy, olśnił mnie: lusterko. Dom mógł nam spłonąć przez lusterko od kilku lat stojące na parapecie.

No i takto minęła sobota. Wypoczęłam, wyspałam się, siły zregenerowałam. Jutro wyciągam Fredowe hantle.

środa, 30 kwietnia 2025

1961. Ulga.

Powrót na własne śmieci ucieszył mnie jak wakacje na Hawajach. Z wielu negatywów naszego domku: mamy mało miejsca na wszystko, wpadamy na sprzęty, poza tym nie mamy zmywarki do naczyń. Z drugiej strony, nie mamy też blatu na którym odbija się każda postawiona szklanka, ani psa-atencjusza z lękiem separacyjnym i nawykami żebraka.

W pracy miła odmiana, najpierw wyjście na świeże powietrze i spotkanie z lokalnymi organizacjami, potem trochę finansowych papierków na koniec miesiąca. Pieniądze innych ludzi. Na szczęście na razie pracuję pod nadzorem. Wyszliśmy z Jamy o trzeciej, na miasto zalane słońcem. Pod dawnym M&S spotkałam Ger Bez Zęba Na Przedzie, teraz już z zębem, a nawet z całym garniturem nowych siekaczy. Jest już na emeryturze, pomalowana samoopalaczem i zadowolona, pogratulowała mi zatrudnienia (btw, w czasie spotkań pracowniczych wyhaczyłam Ronę, nowe ploteczki są takie, że i Bridżet znalazła lepszą pracę). 

Przed powrotem na wieś Kochany zabrał mnie do Woodiesa, gdzie kupił kilka roślin: dwie ozdobne szałwie na miejsce tych, które się w zeszłym roku wyrodziły (Hot Lips i greggi Royal Bumble), nowy łubin (tym razem kremowo-żółty), stokrotkę marokańską (Rhodanthemum Casablanca) i nachyłek (Up Tick Gold'n'Bronze). Mamy nadzieję, że bombowcom się spodobają, bo wszystko to z myślą o nich.

Na wsi wiadomości sąsiedzkie raczej smutne: wczoraj Kochany rozmawiał z Katlin, która poinformowała go, że Anna Emerytka już długo nie pożyje, odstawili jej leki i czekają. Sąsiadka zmarła kilka godzin po tej rozmowie. Z Junoną też jest źle. Zagadnęłam Anne przez messengera, koteczka miała w poniedziałek poważny zjazd (rak prawdopodobnie przemieścił się w kierunku kręgosłupa). 

Kochany zabrał się za prace ogrodowe, a ja padłam na twarz jak kawka. Dopiero kilka minut temu ocknęłam się na tyle, żeby zauważyć, że Anne do mnie napisała jeszcze raz przed dziewiątą. Oddzwoniłam. Rozmawiałyśmy chwilę, sąsiadka zapłakana; zaoferowałam się, że wpadnę, ale późno już. Zresztą, nie pomogę. Może jutro rano.

sobota, 15 lutego 2025

1887. Dzień składania z chaosu.

Trzeba było to kiedyś zrobić, szafa lintrup czekała na nas w trzech pudłach już jakiś czas. To był ten dzień, Pat i Mat ponownie uderzyli :D Nie wzięliśmy się za skręcanie mebla zbyt wcześnie, żeby nie doznać szoku. Zajęło nam to wszystko od południa do godziny 21:34. W międzyczasie dwa razy wychodziłam do Junony (raz na dłużej, żeby porządnie wyczyścić kuwetę), rozmawialiśmy też z mamą (żeby jej pokazać rozmiary bajzlu), Perlistym i Usz, poza tym wystąpiły tzw. niespodziewane okoliczności. 

Obojgu nam wydawało się, że szafa zmieści się tam, gdzie planowaliśmy, ale przy składaniu jej rozmiar okazał się zbyt dominujący. Efekt: totalne przedefiniowanie przestrzeni mieszkalnej. Uwaga: tam gdzie stała szafa z książkami, jest teraz nowa witrynka, szafa z książkami jest w miejsce półki na papiery, półka na papiery opiera się o biurko Freda, ponieważ stoi w miejscu, gdzie kiedyś był stół, którego tam nie ma, bo jest tam, gdzie sofa, a sofa tam gdzie nie stało nic, gdyż teraz sofa stoi przed kominkiem, ale nie tak przed kominkiem, tylko inaczej, tyłem do kominka (zasłania go, bo i tak go nie używamy). W ten sposób zostało ocalone miejsce kawowe, ale za to zamiast siedzieć naprzeciwko siebie, gdy pracujemy na laptopach, siedziby w jednym kątku nieomal ramię w ramię, jak squad do walki z dezinformacją. Dodam jeszcze, że przyszedł dzień, gdy przydały się wypociny Bogumiły Konstancji Załęskiej, cieniutki tomik jej krotochwilnej grafomanii był właśnie tym, co umożliwiło Kochanemu swobodnie przykręcić drzwi na zawiasach.

Nasi rozmówcy zaś wieści mieli różne. W domu rodzinnym Gosia przeżywa drugą młodość. Perlisty został poinformowany, że bilety kupione, hotel kupiony i teraz tylko trzeba kręcić młynka do marca. Usz dopiero teraz poinformowała nas, że umarł jej młodszy kot. Widzieliśmy go jeszcze w sierpniu, niestety nowotwór był podstępny i błyskawiczny. Usz bardzo źle to wszystko zniosła, niejako w konsekwencji rzuciła pracę i szuka teraz czegoś nowego. Bardzo przykra sytuacja po całości, no i małego, mięciutkiego jak jedwab, bardzo szkoda.

Padam na twarz. Kochany w ramach relaksu po raz drugi rozmawia z Perlistym. Pora pod prysznic.

niedziela, 3 marca 2024

1538. Skarpetki, spacer, kawa, relaks.

Mam poczucie jakby kończył mi się wakacje. W nowym tygodniu grupa wraca w pełnym składzie, ale jeszcze dzisiaj nie chciało mi się myśleć o tym garbie. Po wspólnym śniadanku, gdy Kochany relaksował się przy drugiej kawie, przejrzałam skarpetki i powoli zaczęłam wypełniać szuflady nowego mebla. Na razie kontrolnie, żeby zaplanować, co gdzie chcę przemieścić (mam tyle rupieci w szafach, że wypadają, gdy otwieram drzwi). Zapału starczyło mi na razie na wypełnienie trzech i pół szuflady. Jedną Fred zarezerwował dla siebie na robocze dynksy. 

Ponieważ pogoda była ładna, z góry wiedziałam, że nie zamierzam spędzić kolejnego dnia na borsuczym szuraniu w poszukiwaniu rzeczy. W południe odziałam się stosownie i z mężem za rączkę poszliśmy na poszukiwanie wiosny. Przy wejściu z plaży na szlak do klifów spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen w różowej czapce z pomponem. Na uwagę, że dawno się nie widzieliśmy zdradziła nam, że przez 4 miesiące była w Australii u córki (słusznie, trzeba używać życia). I powiedziała, że coraz jesteśmy młodsi :)


Pogoda świetna na taki kilkukilometrowy marsz, momentami było mi nawet za ciepło. Ścieżka gdzieniegdzie błotnista (to jeszcze po piątkowych opadach), na horyzoncie brak gór, ale morze łagodne, zupełnie nie przypominające tego sprzed dwóch dni. Przy plaży trzyma się od jakiegoś czasu spore stado bernikli obrożnej. Goarse dopiero zaczął kwitnąć, więc jego mirabelkowy zapach nie był jeszcze bardzo mocny.







Po dojściu do portu Fred kupił steki z tuńczyka na obiad i zawróciliśmy do domu. Spacerując przez wieś zauważyłam, że nie czuję już do niej takiej niechęci, jaką miałam po śmierci Ryszarda. Możliwe, że najgorszy czas mija. 

Kochany podkarmił "nasze" szpaki (czyli też całą resztę hałastry, łącznie z wronami-sąsiadkami i hałaśliwymi gawronami) i zrobił obiad (tuńczyk, ryż, sałatka z pora á la Kris) po którym wyjechaliśmy do miasta (chleb/inne takie/kawa). Po randce zakupowo-kawiarnianej wróciliśmy do domu skołowani i padnięci. Oczy mnie bolą, prawdopodobnie od chodzenia w pełnym słońcu. Powinnam nosić okulary przeciwsłoneczne, tylko jak, skoro bez korekcyjnych jestem ślepa jak kret.

sobota, 16 grudnia 2023

1461. Przygotowania.

I po co wyłażę z wyra przed słońcem? Internet, herbata, stopy mi marzną, powrót do łóżka. Oboje wstajemy dopiero po dziewiątej. Robię Kochanemu kawę, startujemy powoli z dniem, odprawiamy się dodając fast track i chwilę lamentujemy nad faktem bezsensowności przebukowywania biletów powrotnych na późniejszy lot (gdy kupowaliśmy bilety, późniejszego samolotu nie było, teraz z kolei przebukowanie się nie opłaca), feck it. Małżonek nastawia pranie pościeli. Śniadamy (krewetki przegryzane oliwkami i chlebem z resztkami pasztetu pomidorowego). Dzwonię do rodziców, żeby ich uprzedzić o możliwej wizycie kuriera (rychło w czas, bo mama już dostała dwa zawiadomienia o kurierze, a nie jest bezbronną staruszką). W końcu zaczynam się rozkładać z pakowaniem walizki, pastowaniem glanów, przeglądem kosmetyków i skarpet. Myję włosy i obcinam sobie grzywkę tępymi nożyczkami, bo włazi mi do oczu jak koniowi. Kochany odpala płytę zespołu Faun Fables, Born of the Sun (2016) i robi oryginalny obiad z kolejnych resztek znalezionych w lodówce (plastry bakłażana natarte oliwą z czosnkiem, posypane cheddarem i udekorowane pomidorkami koktajlowymi + nadziewane pieczarki + steki z tuńczyka + fasolka szparagowa + kartoffeln). A w ogródku ptasia szarańcza oraz Bán poluje, przy tej samej Mysiej Górze, co kiedyś Rysio

Gdy Kochany kończył przygotowania obiadowe, w oknie pojawiła się taka twarz:

Szczęść norze, a co dacie? Po obiedzie oddaję pieniążka i bazylię pod opiekę Annie i wyjeżdżamy na chwilę do miasta, żeby w TK Maxxie kupić jeszcze jeden prezent, mały termos (w drodze do domu znowu ciemno, w tym momencie mam ochotę zapaść w sen zimowy). Pakuję prezenty w ozdobny papier, piję herbatę, kombinuję co założyć pod kraciastą suknię bez rękawów, zmieniam plan i biorę inną marynarkę na drogę, pół godziny po szóstej jestem w zasadzie gotowa (laptop nadal działa, ładuję telefon). Jeszcze słuchanie Dezertera, dwa jajka sadzone na kolację, w końcu ubieramy się do wyjścia, rozłączamy kabelki, wyrzucamy ostatnie śmieci do kubła w ogródku, tuż przed ósmą ruszamy na północ.

Nie wezmę jeszcze jednego prysznica, bez przesady. Leżę pod kołdrą w koty, Fred ma przygotowany materac ustawiony w poprzek. Po herbacie i rozmowach z przyjaciółmi zaczęłam odczuwać znużenie. Ka wyszedł na późny spacer z psem. Z Kochanym nastawialiśmy zegarki na bardzo wczesne rano.

wtorek, 28 lutego 2023

1170. Na kurzej łapce.

Dobrze, że mam bloga. Inaczej nie pamiętałabym, że kupiłam mleko, żeby rano zrobić naleśniki, których chciało mi się wczoraj po południu. Albinoniego Oboe & Violin Concertos i zapach naleśników, słońce zagląda przez okno, Fred śpi z twarzą wtuloną w poduszkę, kot pochrapuje na tapczanie w Kuchniosalonie.

Dzień upłynął mniej więcej na sprzątaniu (w sensie szorowania podłogi w łazience, jeżdżenia na elektrycznym mopie i układania kilkudziesięciu par butów w miejscu, gdzie nie mieści się kilkadziesiąt par butów). Plusy dodatnie są takie, że Fred przed wyjazdem do Navan zawiesił w sypialni stare zasłony od Jot (dostaliśmy je lata świetlne temu), na miejsce jeszcze starszych starych zasłon, które były stare oraz miały dziurę (dużą, od bardzo dawna). Nie prasuję, w dupie mam, orzekłam zwyczajnie szczęśliwa z powodu Zasłon Zdobycznych. Tematyka zasłon poprzedziła inną jeszcze ciekawszą tematykę: kupić ten dom, zburzyć ściany i w końcu ułożyć wszystko tak, żeby pasowało.

Rodzice odezwali się już po wyjeździe Kochanego do pracy. U nich słońce, akurat wracali z obiadu u chińczyka. Okazanie zwierząt było, wszystko gra i buczy, mała Rozalka tłucze Wojtka jak trzeba.

Wykorzystałam prasowanie bielizny do obejrzenia Midsomer, 19.4 (trup w królikach to coś dla mnie). Jeszcze drobne dodatki do tekstów tu i tam, zerknięcie do pracowniczego laptopa z myślą o jutrze, i kończy się miesiąc, który w mojej głowie co trochę był marcem. Luty:

piątek, 30 grudnia 2022

1110. Perturbacje pierwszego świata.

Za oknem długo było szaro, padał deszcz, rozpogodziło się znacznie później i dla odmiany pojawił się nieprzyjemny, silny wiatr. Fred wrócił z pracy o trzeciej i położył się spać, więc poranek miałam cichy, przy własnej kawie i pojedynczym śniadaniu. Dopiero teraz zauważyłam, że dostaliśmy prezent od Juliji, zestaw śniadaniowy (kubek i miseczka z pingwinem, bardzo na czasie). Południe minęło mi nie wiem kiedy ... tak się wkurwiłam. Po pierwsze zauważyłam, że MyHeritage bez wcześniejszego porozumienia pobrało mi z karty grubsza sumę pieniędzy, poza tym przez godzinę kombinowałam jak zlikwidować konto Orange bez wychodzenia z domu. To drugie okazało się proste, choć oczywiście na stronie operatora nic o tym nie piszą. Sytuacja z MyHeritage podminowała mnie bardziej, bo genealogia to mój konik i wcale nie miałam zamiaru się z nimi rozstawać. No trudno, frack yourself! Po tych przygodach finansowych i rozmowie z kretynką z Orange'u, trudno mi było wyjść z absmaczku. Na dodatek mięso, które miało być na obiad, okazało się mieć rozszczelnione opakowanie, czyli wyszło ze świeżości. Opatuliłam się w sąsiedzkie prezenty (przypominam: czapka i szalik) i poszłam do Katlin oddać jej miskę i talerz w których było jedzenie dla naszej cat sitterki. Otworzył mi Ethan i zostałam przez niego zabita strzałem z broni, zanim zdążyłam mu powiedzieć, żeby nie robił tego przed obiadem, bo kartofle się mi w domu gotują. Pod wieczór trochę lepiej, w końcu się najadłam (jak mnie szał ogarnia, zapominam o odżywianiu umysłu; Kochany sam zrobił zakupy) i żal po MyHeritage powoli zaczął mi przechodzić. Miałam robić dzisiaj co innego, ale fuj z tym. Przysłano mi właśnie potwierdzenie, że pieniądze pobrane z mojego konta zostaną zwrócone. Gra pierwsza płyta Maanamu i Szał niebieskich ciał. Wydra będzie miała na imię Faustyna.

Ej no, co tam robicie?
___
edit 22:30 Fred znowu w pracy na bardzo długo. Obejrzałam ostatni odcinek Midsomer z szesnastego sezonu i się martwię o kota. Ryszard większość dnia spędził w domu i nic nie jadł (co jadł w krótkim czasie poza domem, tego nie wie nikt). Bardzo to niepodobne do naszego obżartucha. Czyli jednak ten piątek jest jakiś takiś garbaty. 

środa, 31 sierpnia 2022

987-988. Dogadzam sobie.

Wtorek był drugim dniem bez popijania kawy, a nawet bez herbaty, czyli radykalnie. Fred chodził po swoim mieście, umówił się z Grzesiem, którego przedstawił mi przez kamerkę. Takie tam omówienie sytuacji na świecie i przegląd nekrologów.

Łąka (ja nadal o puzzlach) została ułożona, zobaczyłam światło w tunelu przy Greatest Hits Thin Lizzy (2004), którego piosenki coraz bardziej zaczynają mi wchodzić do ucha. Wieczorem drugi odcinek Spraw Inspektora Morse'a, pod koniec byłam już bardzo senna i nawet wielki pająk, który zeskakując gwałtownie z prysznica zrobił ratowniczy trawers przez łazienkę nie podniósł mi ciśnienia. 

Co intrygujące, wczorajsza noc i dzisiejsza przespane doszczętnie, bez budzenia się i sennych niepokojów (dzisiejszego dziwacznego snu z panią Małgorzatą Lewińską), przypisuje to radykalnemu odcięciu kofeiny/teiny. A teraz już zielona herbatka jest pod ręką, chociaż gdyby nie kot dalej leżakowałabym w łóżku. Po pierwsze jednak, Ryszard łapoczynami domagał się wrzucenia zawartości saszetki do miseczki, po drugie w głowie miałam myśl umówienia się z weterynarzem na oglądanie kota, bo te ociućkane łapulki Ryszardowe mnie dobijają. Wizyta będzie jutro rano. Odhaczone obowiązki, więc rozpieszczam się. Zrobiłam podpłomyka z ziemniaków, które zostały po wczorajszym obiedzie — to jest moje śniadanie popitem kefirem, w głośnikach Thin Lizzy, czyli trochę starego (przepisy babci Mani), trochę nowego (bujanie się do muzyki irlandzkiego bandu). Za oknem ładny dzień się zapowiada. Dzień dobry, środo.
___
edit 12:50 Kochany chodzi po Nowej Alekandrii w poszukiwaniu laptopa dla mnie, tymczasem ja szósty raz słucham Whiskey in the Jar w wykonaniu Thin Lizzy. Słuchałam jej często 11 lat temu wędrując po Toronto (z dzisiejszej perspektywy była to zapowiedź lepszej przyszłości). 
___
edit 18:30


niedziela, 28 sierpnia 2022

985. Do jutra.

Ryszard większość dnia przeleżał na Fredowym biurku, od czasu do czasu przechodząc na stół i domagając się spojrzenia na kota:

Mocne postanowienie układania puzzli musiało ustąpić rzeczywistości. Fred zadzwonił, żeby pokazać wodę. Przyjaciele udali się w kierunku mojej wsi i zaproponowali, żebym pojechała z nimi do portu (dobrze, a nawet cudownie, bo akurat pora obiadowa, a u mnie tylko kartoffeln mit kefir). Obiad był więc z takimi widokami:

Po obiedzie krótki spacer na klify:


Seamus i Damhnaic, jak to chłopcy, marudzili i biegając robili zamieszanie. A może nie jak to chłopcy, nie wiem, nie znam się.  Naokoło Głowy pływały delfiny, a w porcie obok fok dryfowały dziesiątki lwich grzyw. Ciepłe wybrzeże było dzisiaj przykryte warstwą chmur, spadło na nas wprawdzie kilka kropli deszczu, ale tak nielicznych, że nie opłacało się zakładać kurtki. Niedziela gdzieś mi umknęła. Kot wrócił wcześnie z przechadzki, potem kręcił się naokoło przeszkadzając w układaniu puzzli (w końcu zasnął na kocu, którym przykryłam układany obrazek, czasami wybudza się i ciućka łapulki). Jestem senna i bez energii, jutro, obiecuję sobie, jutro będzie dynamiczniej.

środa, 19 stycznia 2022

764. Kolejny dzień stycznia.

Tata i babcia Mania, oboje w dobrych nastrojach, mama nieobecna (dzień pomylił mi się z sobotą, a jest środek tygodnia) — zadzwoniłam, wymieniliśmy uwagi aktualizujące. Tatko twierdzi, że od mojego wyjazdu nie je słodyczy i ćwiczy, babcia doskonale pamięta, który mamy rok i ile już dziadek nie żyje.

W południe podjechaliśmy z Kochanym na naszą plażę, potem do portu po dwie porcje chowdera. Pogoda nie była nadzwyczaj rewelacyjna, uporczywa chmura cały czas paćkała na nas deszczem. Zupę zjedliśmy w domu i Fred poszedł się położyć, żeby wyleżeć ból pleców.






Bimbałam sobie dzisiaj uroczo, trochę czytałam, słuchałam wykładu, szukałam narcyzów po sklepach internetowych (wszystko wszędzie wykupione, do diaska). Zatoki się odezwały, więc drzemeczka popołudniowa była. Na późny nibyobiad pieczony sea bass (okoń morski), potem Fred zabrał się za oglądanie Europy, Europy (niby, że na ten ból pleców, chociaż tak naprawdę to musi wrócić do pływania), gdy tymczasem ja przeszłam w stan weekendowego leżakowania z laptopem. Zupełnie już po jedenastej wieczorem Anne do mnie zamessengerowała z prośbą (dawno nie rozmawiałyśmy, więc się ucieszyłam). Jej koty widuję rzadko, ale jeść potrzebują, sasiadka chce mi dać klucze na wypadek, gdyby Majkel miał kłopot z zawinięciem do portu, a ona była zbyt daleko, aby wrócić im na ratunek. Przez chwilę przemknęło mi pytanie dlaczego Anne nie poprosiła o to Katlin, może i poprosiła zresztą. No cóż, faktycznie mając klucz można się natknąć na sąsiada w stanie nieciekawym w jego własnym salonie, ale nie będę tego teraz rozbierała na części, zgodziłam się oczywiście. 

Przy okazji Anne napomknęła, że małżonek mój jest najbardziej stylowo ubranym panem w naszej wsi. Zgadzam sie z nią, jest to fakt niepodważalny. Do tego i wielu innych tematów pewnie powrócę jutro, teraz pora spać, zakończyć miły dzień.

wtorek, 7 grudnia 2021

Postscriptum #721.

Koci dzień sztormowy.
 
 
Ach, ale dlaczego ty tu ... nie miałaś być w pracy?? Ja właśnie robiłem czekanie ...

Siedzę sobie w środku, bo mam domek.

Jesteś moją mamą.

...

Przecież wiem, że mi robisz zdjęcia.

piątek, 2 kwietnia 2021

472. No i voilà.

Mama przez internet wymieniła szczepienie AstraZenecą na Pfizera, będzie kłuta po tacie, za to drugą dawkę dostanie znacznie wcześniej niż to by miało miejsce w przypadku Astry. W południe zapukała do nas Anna, bardzo zadowolona, żeby nam powiedzieć, że po wczorajszej szczepionce nie ma żadnych negatywnych objawów (oferowałam jej wczoraj pomoc w zakupach). A jeszcze wracając do rozmowy z mamą, złożyliśmy życzenia babci Mani. Wydała mi się smutna, zmęczona, pamiętała o urodzinach Freda, o swoich zapomniała.

Zakupy w mieście zostały odhaczone, potem podjechaliśmy do Costy po kawy i tym razem natknęłam się na Aurę. Gdybym jej nie znała, uznałabym, że była niemiła.

Wróciliśmy do domu po czwartej, na niebie ani jednej chmurki, więc zamiast gotować, poszliśmy na plażę zjeść rybę z frytkami. Voilà:


Resztki spakowałam dla naszych szpaków, szliśmy przez parking z przyczepami i środek wsi. Tak pięknie było dzisiaj, powietrze zimne, ale brak wiatru rekompensował utratę ciepła. Wróciliśmy pod dom około siódmej, a słońce nadal przyświecało mocno i zdecydowanie.

W temacie jogi, oczywiście wokół kostek dłoni spuchnięcia po wczorajszych podpórkach. Zamiast się zniechęcać, zrobiłam serię rozciągającą mięśnie kręgosłupa.

Wieczorem czyta się.

poniedziałek, 15 marca 2021

454. Mistrz drugiego planu.

Powolny poranek, kawa po śniadaniu, spacer z mężem. Ryszard jak zwykle wystartował do towarzystwa i na koniec kociego patrolu okulał pod domem Judżina. Widząc jak do niego podchodzę, teatralnie przewrócił się brzuszkiem do góry, ale żadnego fukania, plucia i łapoczynów, które mu się zdarzają w sytuacjach bólowych. Wtulał się we mnie zadowolony, gdy niosłam królewicza-pączka do domu. Zdecydowaliśmy, że skoro kot żyje i nawet zaczyna mruczeć idziemy na drugi spacer. Właśnie znikaliśmy za rogiem, gdy zobaczyłam jak Ryszard wybiega z ogródka i żwawo próbuje nas dogonić na czterech zupełnie sprawnych łapach. ??

Takie coś poznajdywane na plaży:

Skorupa udekorowana żywymi pąklami, w środku ktoś, pustelnik być może. Ale co to jest to niżej?? Tyle pytań ...


Po powrocie ze spaceru Fred zniknął w sypialni na regenerację, a ja wysłuchałam wczorajszego koncertu Orlińskiego & Capella Cracoviensis w ramach festiwalu Opera Rara. Dostałam od Hebiusa jeszcze dwa pliki do przesłuchania, zeszłoroczne występy Orlińskiego w Aix-en-Provence i koncert na otwarcie sezonu Opery Narodowej :)

Późnym popołudniem do Rysia przyszedł Bán i koty bawiły się przed domem. Wygląda na to, że nasz puchatek ma boyfrienda. Dwie Blade Twarze z okien naprzeciwko zatkało.

Pewnego razu w Hollywood (2019) Tarantino — mówią, że rozwlekłe, a mnie się bardzo podobało. Kot nie mogąc się pogodzić, że prawie trzy godziny zajmujemy mu sofę robił za mistrza drugiego planu. Rozpychanie się, łażenia nad głowami, w końcu pół godziny szeleszczenia papierową torbą. 


Idę spać, jutro praca, miałam być w łóżku dwie godziny temu. Kot chrapie rozwalony na jego tapczanie.

wtorek, 1 września 2020

259. Koniec antybiotykoterapii, ewangelia o Wu i pełna kultura.

(Jak na razie) to ostatni dzień rysiowego antybiotyku, chyba wszyscy odetchnęliśmy. Kot trochę więcej dziś pospacerował, ale ma szlaban na łażenie po nocy i to bardzo pomaga w zdrowieniu. 

Fred dość wcześnie musiał wyjechać do pracy, czekała go ponad trzygodzinna trasa do miejsca przeznaczenia, zapewne wróci też bardzo późno. Osamotniona pozwoliłam sobie na dwa filmy i prawie półgodzinną rozmowę z mamą. Przyjaciel do końca świata (2012) — zdążyłam zapomnieć, że film zapisałam na liście do obejrzenia wieki temu ze względu na maciupki epizod Williama Petersena. Keira Knightley jak zwykle grała szczęką, ale już mnie to nie drażni. Późnym wieczorem natomiast nowsze Morderstwo w Orient Expressie (2017), oczywiście Góry Komputerowe, a Depp wygląda tu tak nieświeżo, jakby weszło mu to już w nawyk. Przy okazji uświadomiłam sobie, że Branagh jest chłopakiem z robotniczego, brudnego Belfastu. Od wczoraj czytam Wodnikowe Wzgórze Richarda Adamsa (WL, 2016), na razie nie odnajduję w nim przeczytanych w zapowiedziach zachwytów, ale całkiem być może, że to kwestia wysokiej poprzeczki. 

Są dobre wiadomości o Wu. Stu pojechał po niego, szwagier wraca do domu. Albo w każdym razie, po prostu wraca.

Wieczorny towarzysz: