Z rana rozmawiałam z mamą, tatko trochę źle się wczoraj czuł, dzisiaj był już na chodzie.
Słuchałam płyt Nicka Cave'a, tych, które mamy w naszym zbiorze (tylko pięć). Zrobiłam listę albumów Cave'a i Davida Bowie wartych kupienia, wyszło mi 12 pozycji. Tymczasem Fred zamówił kolejną paczkę z Empiku, która za kilka dni wyląduje u moich rodziców. Jest w niej prezent dla taty, najnowsze wydanie dwutomowego atlasu ptaków autorstwa Kruszewicza.
Nie chciało się mi wychodzić na spacer, forpoczta chłodnej pogody zapowiadanej na weekend zdecydowanie mnie od tego odwiodła. Więc ziewam. Tuż przed zachodem słońca z czarnej chmury spadł grad, a Rysiowi po dietetycznym poranku wrócił apetyt.
Po długich poszukiwaniach filmu na dzisiaj trafiliśmy na Matnię (1966) Polańskiego, który po Nożu w wodzie kolejny raz chciał pokazać, że morze jako scenografia to dla niego bułka z masłem. Dorleac miała świetnie obcięte włosy. Sam film mnie znudził. Miałam wrażenie, że wszyscy aktorzy grają Polaków, a reżyser udzielił ekipie wskazówki: wyobraźcie sobie, że jesteście w Ustce. Bardzo dziwne. Bardzo.