Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Empik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Empik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2026

2277. Baba ze wsi.

Około północy czasu lokalnego na MOPie Wiśniowa Góra zajadamy hot dogi, a wpół do trzeciej stoję w lesie przed zamkniętą bramą i się chichram, bo mama się chichra. Rzeczone parówki:

W drodze, już w lasach przed wsią, trzy razy Kochany zwalniał dla bezpieczeństwa spacerujących saren. Piękna jest noc. Po trzeciej układamy się do snu, niezbyt długiego (za kilka godzin mama wyrusza do pracy, Maksiu plącze się pod łóżkiem, koty wymieniają myśli). Dopiero w świetle poranka, przy pierwszej herbacie otwieram paczki skitrane za łóżkiem. A w nich ładne rzeczy, Empikowe prezenty od Kochanego (Rudzka jeszcze bożonarodzeniowa, paczka gdzieś się wówczas zawieruszyła):

Cuda z Tezeusza (jestem pod wielkim wrażeniem, wszystko było opisane na stronie antykwariatu bardzo adekwatnie):

Oraz inne dobra kultury:

La la la, Vaim zaczęłam czytać. Oraz dużo spałam w południe (Kochany wyjechał do Tcy sam, zamówił mi na jutro fryzjerkę i kupił w Kocie herbatę jaśminową). W outficie baby ze wsi spędziłam cały dzień w domu rodzinnym. Zajadając bułeczki obejrzeliśmy MM (początek czwartego sezonu). Teraz zerkam na Zemstę z Gajosem. 

Anne przesłała dwa zdjęcia myszowe, dziewczyny ujęte w pozach klasycznych, oraz kupiła mi kartę SD (w przyszłości będę mogła zdarzenia domowe nagrywać). 

Czytam, oglądam, koty głaskam, piję dużo wody, epatuję.

niedziela, 22 grudnia 2024

1832. Jednak chorobowo.

Kochanego dopadło to samo, tylko inaczej. Zaczęło go boleć gardło, pojawiła się silniejsza gorączka i większość dnia mąż spędził w łóżku; posilał się rosołkiem i herbatami z miodem, oglądaliśmy też razem kolejne Columbosy :)

Rano na krótko poszliśmy z tatkiem na cmentarz, żeby zapalić dwa znicze; pogoda była mało zachęcająca, przenikliwie zimno i szaro; w drodze powrotnej spotkaliśmy mamę spacerującą Maksia. W południe rodzice wyjechali do miasta; kiedy wrócili, zjedliśmy we czworo obiad. 

Poza prezentem, o którym już wiem co nieco, w domu są cztery nowiutkie książki do zabrania, włala:

Przed wigilią jeszcze coś uszczknę z tej wyprawki, na razie po piątej (mrok, że oko wykol) skończyłam czytanie Wieczoru Trzech Króli Szekspira z tomu podwójnego (Wydawnictwo "W drodze", 1994). 

I wiadomo, że wspólna kolacja, i wiadomo, że kryminałki na programie kryminałkowym. O ósmej termometr naliczył Kochanemu stopni Celsjusza 38 i 1/2. Noc ma być deszczowa (nie sprawdzę, ale takie było obwieszczenie dla ludu). Posiedzimy, pewnie jeszcze raz zmierzę mężowi temperaturę. 

czwartek, 25 lipca 2024

1682. Randka / praca / dom / randka.

Czasu na poranną kawę w Czarnej więcej niż wczoraj, więc dla siebie też zamówiłam ją w normalnej filiżance. Fred zrobił dla nas obiad i po trzeciej podjechał pod Centrum, żeby mnie zabrać do domu (njus: małżonek korzystając ze zniżek kupił frytkownicę beztłuszczową, niezbyt dużą, w sam raz na dwie osoby). Napasłam się mężowskim spaghetti i po piątej z muzyką lat 80-tych w głośnikach wyruszyliśmy przed siebie (do Carlingford, bo się nam już do kawiarni nie chciało).

Pogoda pełna niespodzianek, w drodze przez góry piękna, potem nieco słonecznego ciepła i nagły powiew wiatru od strony gór, gdy staliśmy na molu. 

Przeszliśmy się też trochę przez miasto przy okazji odkrywając, że rupieciarnia Williego na stałe zmienia adres.


Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu, na miasto spadł deszcz.

Rozmawiałam z mamą: o jej przyszłej emeryturze (pewnie jakoś tam się zbliżającej), o sprawie kociej (rodzice znowu wywalili kasę na kastrację cudzego czworonoga), o gryzieniu się w język (literalnie), o Fredowych zakupach z Empiku (prawie w całości już się pojawiły u rodziców). Potem spacer z Piesełem w kierunku tęczy na horyzoncie (doszliśmy aż do ronda, przy którym na murawie wyrosła rodzina wielkich, kłapiastych olszówek). Niebo świeżo obmyte deszczem, zachód słońca nas nie ominął. Późnym wieczorem na ekran wjechał krótki Fanatyk (2017) z Cyrwusem. 

wtorek, 25 czerwca 2024

1652. Dzień we Wro.

Sympatyczny był ten gorący wtorek, nawet się trochę niechcący opaliłam, szczególnie na ramionach. Rano odwieźliśmy mamę do pracy i pojechaliśmy do Wrocławia, najpierw do Magnolii, bo Fred miał jedną, krótką sprawę w Empiku (chciał odnaleźć pewną płytę cd), poza tym właśnie tam zostawiliśmy samochód; zamiast zakupu płyty, w książce Co robią lisy znaleźliśmy wspólnie sześć wiewiórek oraz kupiłam trzy cholernie drogie książki, dwa Mrożki (autobiografię i opracowanie Nasiłowskiej) i jednego Kurskiego. Gdy małżonek załatwiał sprawę w banku, poszłam kupić nam bilety tramwajowe, po czym dziesiątką dojechaliśmy do Teatralnej, żebym mogła pokazać "mój" instytut (o, tu był!). 

Drugie śniadanie w Hard Rock Café na Rynku (amerykańskie naleśniki z syropem klonowym); spacer Szewską w poszukiwaniu kawiarni Cherubinowy Wędrowiec (spotkaliśmy Tycjana śpiącego w antykwariacie i pamiątkę po Dantem na zewnątrz budynku — znam imiona kotów, bo właścicielka akurat otwierała drzwi, był z nią też pies o imieniu Nuta).

Kawa jakże zacna w przyjemnym, schowanym od gawiedzi miejscu (przed nami rozpościerał się malutki, okolony murami ogród Ossolineum). Spacer od Szewskiej przez plac Uniwersytecki i Dubois do Rydygiera; obiad w Powoli. W drodze powrotnej do tramwaju wstąpiliśmy jeszcze do Galerii Miejskiej na Kiełbaśniczej (wstęp bezpłatny, eksponaty dziwnociekawe, uaktywniające mi tę część mózgu, która chciałabym rysować, lepić i dziergać bez sensu).

Tramwaj 22 zawiózł nas do naszego autka, a po czwartej byliśmy z powrotem na wsi. W domu kupne pierogi, spacer z Kochanym, serial tv. Po dziesiątej jestem już nieźle zmęczona. Wiem, że za mało śpię, ale nie mogę się powstrzymać, tyle jest światłości.

czwartek, 18 stycznia 2024

1494. Błogosławieni, którzy ugościli, albowiem oni zostaną ugoszczeni.

Słońce zaczęło wschodzić akurat, gdy jechałam do miasta (Kochany mnie podwoził):

W pracy normalne turbulencje, oraz pięciokilometrowy marsz na Drzwi Otwarte; bardzo było ciekawie, wiadomo, bo zajrzeliśmy do klasy, gdzie się odbywał dog grooming (oraz w bonusie spotkałam interesującą rodaczkę, tłumaczkę pracująca w ambasadzie, która się przekwalifikowuje). Nasz gość wyjechał po południu. Fred zdążył przyjechać po mnie z Dublina i nawet zabraliśmy Saren po drodze. 

Sprzątałam po gościu, przygotowywałam się do jutrzejszego odbębnienia trzech godzin uczycielskich, rozmawiałam z rodzicami (chcąc nie chcąc temat zszedł na politykę, przecież kabaretu ciąg dalszy, ale też sprawdzaliśmy zawartość kolejnej paczki, która przyszła z Empiku). Plany na weekend się nam zmieniły — zamiast hrabstwa Cork i Marksistki, będzie hrabstwo Kerry i Marksistka. Też dobrze, a może nawet lepiej?

niedziela, 7 stycznia 2024

1482-1483. Szósty & siódmy.

Sobota.
Kochany położył się do łóżka gdzieś o piątej nad ranem i zamówił budzenie na jedenastą. W nocy nie uchyliłam okna w sypialni (jak mamy to ostatnio w zwyczaju), ale i tak marzłam pod kołdrą. Przyczynę poznałam dopiero rano: przyszedł do nas mroźny, słoneczny wyż znad Skandynawii, w ogrodzie jeszcze jakiś czas utrzymywał się szron. Na zewnętrznym parapecie znowu pojawił się Bán (pewnie skuszony moimi niezbornymi ruchami podczas przygotowywania owsianki), a nawet bezczelnie zamiauczał. Dopóki się nie odzywa, okno jest zasłonięte, a w słońcu widać jego uszy, mogę sobie wyobrażać, że to Rysio, i to jest bardzo przyjemne uczucie. 

Fred musiał przed obiadem odebrać u dostawcy części do autka (łożyska do tylnych kół), więc wyjechaliśmy do miasta z planem kulinarno-zakupowym w głowie. Najpierw łożyska, TK Maxx, potem parking przy dworcu autobusowym, a stamtąd spacer do CG. Dobry obiad (dla Kochanego był to pierwszy normalny posiłek), kawa w Czarnej, następnie zakupy spożywcze w Tesco. Gdy dojeżdżaliśmy do domu powoli zapadał zmrok. 

Z przyjemności niespodziewanych: Kochany postanowił kiedy dokładnie leci do Polski załatwić swoje sprawy artystyczne i zabiera misia w teczkę, czyli mnie, na jeden weekend (sam wraca po dwóch tygodniach, ale podróż z mężem oznacza, że spędzę dwa dni u rodziców, co jest zawsze miłe). Daty wybrane, bilety kupione, rodzice poinformowani. Oprócz tego Fred rozmawiał z koleżanką z Mallow, szykuje się mu nocowanie u znajomych ... może tym razem i ja się wybiorę? I jeszcze, małżonek kupił duuużo rzeczy w Empiku na sumę niebagatelną. Styczeń zaczyna wyglądać nieco dynamiczniej. 

Wieczorem Sherlock, 3.02 (2014). W grudniu niechcący obejrzeliśmy ostatni odcinek sezonu, więc teraz trzeba było zaliczyć środkowy i zrobiliśmy to z przyjemnością, bo okazał się zabawny.

Niedziela.
Budzik zaryczał o 3:30 (nadal nie wyłączyłam powiadomienia ustawionego na wyjazd do Polski w grudniu). Kochany o wpół do drugiej wyjeżdżał do pracy, więc obiad zjedliśmy wcześniej niż zwykle, a poranek spędziliśmy na serfowaniu w sieci, rozmowach i piciu herbat. Pogoda była tak jasna i przejrzysta, że gdy Fred odjechał wyszłam na spacer do morza. Fotografowałam swój długi cień i mrużyłam oczy, ciężko się szło pod słońce, szybko mnie to zmęczyło. 

Musiałam przygotować zajęcia na jutro, najpierw jednak zajadając jogurt z granolą obejrzałam czwarty odcinek Death of an Expert Witness (1983). Wstawiłam małe pranie, zrobiłam plan na jutro, umyłam włosy, przekonałam samą siebie do zerknięcia na piąty odcinek Dalgliesha podczas kolacji.

W piątek zaczęłam czytać E.E. Olgi Tokarczuk (Wyd. Literackie, 2020), ukończyłam ją dzisiaj po dziesiątej wieczorem. Bardzo satysfakcjonująca lektura do suszenia włosów (jest psychologia, jest Breslau), podczas czytania moje myśli wracały do Empuzjonu.

czwartek, 4 stycznia 2024

1480. Dzień czwarty.

Wstałam o siódmej (miałam poleżeć dłużej, ale w pięć minut uznałam to za bezcelowe przeciąganie nudnej sytuacji), napiłam się zielonej herbaty, zrobiłam dobre śniadanie (dwa jajka, mozzarella, pomidorki), wstawiłam Fredowe pranie (potem nawet wywiesiłam je na trochę w ogródku), na deser mała kawa i trochę winogron (walczę z podjadaniem słodkości). W końcu wyszłam na spacer:


Mimo słońca odczuwałam chłód większy niż wczoraj i zamiast do rumowiska doszłam tylko do zakątka z kamieniami. Pół godziny po jedenastej byłam już z powrotem -- po drodze spotkałam Amber (pod sklepem, przez moment myślałam, że to Rysio), a pod domem Bána, wiecznego optymistę (niczym go nie częstuję, ale i tak podbiega z powtarzalnym entuzjazmem).

Dokończyłam oglądanie miniserii Cover Her Face, a ponieważ wiem, że polecany przez Hebiusa drugi sezon nowego Dalgliesha zaczyna się od adaptacji powieści Death of an Expert Witness, postanowiłam najpierw obejrzeć wersję z Marsdenem (zerknęłam na jeden odcinek, w którym nawet jeszcze nie zginął ten, kto powinien). Zrobiłam prasowanie i obiad. Gdzieś pomiędzy nadrobiłam całkiem świeże dwa pierwsze odcinki piątego sezonu 1000-lb Sisters (prawie cały czwarty sezon przegapiłam bez żalu). Sporo dzisiaj tego lampienia się w ekran. Kochany wrócił zmęczony, zjedliśmy obiad, pogadaliśmy; herbata, ćwiczenia, prysznic, lektura, spać.

sobota, 4 czerwca 2022

900. Las rzeczy różnych.

Którąś już noc pod rząd w ogródku pojawia się miaukająco-mrukający kot, nie wiemy nawet dobrze jak wygląda, bo ciemno. Jeszcze trzy noce wstecz bał się, gdy pojawiałam się w oknie, ale dzisiaj chyba próbował wejść do środka, słyszałam jak spadł ze śmietnika. Nie widujemy go w ciągu dnia, Ryszard się do tej znajomości nie przyznaje i wraca do domu, gdy przybysz decyduje się na moment zniknąć z widoku. Bardzo dziwne. 

Kupiłam rodzicom testy DNA, będziemy się badać, już się nie mogę doczekać. Zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzieć i przy okazji sprawdzić, co jest w paczkach, które ostatnio przyszły do nich z Empiku na zamówienie Freda (tym razem nie było przykrych niespodzianek, wszystkie zawierały to, co małżonek wrzucił na listę). Już sobie głów nie łamiemy, gdzie to wszystko zmieścimy, przekroczyliśmy punkt krytyczny, nie ma sensu o tym myśleć.

Wyszliśmy na spacer do wiejskiej plaży. Na miejscu oczywiście pożałowałam, że nie wzięłam aparatu, fale były spektakularne. Więc tylko czarny kamień:

Praca w ogródku, nie za dużo. Fred przesadził jednego cherlaka w róg działki, ja wysadziłam do gruntu przekwitnięte prymulki i w korytku na ich miejscu wylądowały cebule przekwitłych narcyzów, "fałszywe" Jetfire i Lucky Number, żeby się w nowym sezonie razem wykłuwały.

Wiemy już kiedy przyjedzie do nas teściowa, Kochany po popołudniowej drzemce uknuł w głowie cunning plan lipcowo-sierpniowych ruchów i kupił jej bilety. Przebimbałam dzień, Fred zrobił dużo więcej, jeszcze wieczorem posortował swoje koszule, słyszałam jak mówił do szafy brzydkie wyrazy. Idę czytać, bo mam wyrzuty sumienia.

niedziela, 20 lutego 2022

796. Franklin.

Dzień zaczęty śniadaniem i parowaniem wypranych skarpetek (takie wspólne zajęcie małżeńskie). Fred musiał wyjechać do Północnej (obiad i bardzo dużo ciastków spożyłam już we własnym towarzystwie). Z godziny na godzinę pogoda robiła się coraz paskudniejsza, parę krótkich przejaśnień oraz jedna tęcza nie zamydliły mi oczu.

Po wielogodzinnym wgapianiu się w mój nędzny tekst zaliczeniowy (pewnie w nadziei na wypatrzenie jakiejś w nim mądrości) w końcu wysłałam go dr Pierzastej. Nie wiem czemu ja się zawsze tak pier**lę i odkładam, feedback dostałam szybko, od zarobionej kobiety, która pewnie czekała na mnie od tygodnia, a nie pisała, bo jest kulturalna. Z grubsza fajnie, o metodzie pogadamy w nowym semestrze. Zalegało mi to z tyłu głowy, więc jestem zadowolona, że mogę odhaczyć (na jakiś czas, mind you).

Na czytelnicze zatwardzenie wzięłam Ferdynanda Wspaniałego Kerna (WL, 2014). Oczywiście sukces, może się dzięki temu odblokuję ;). Rozmawiałam też z rodzicami, doszła do nich ostatnia część Fredowego zamówienia z Empiku, na deser jest jedna pomyłka (zamiast Polańskiego zapakowano nam jakiś horror). Rodzice względnie rześcy, czekają na wiatr, planują podcięcie lip, trzymają się jakoś, polityki mają powyżej uszu.

Po północy aż do rana Franklin ma być w pełnej krasie. Mam nadzieję zmróżyć oko i śnić piękne sny.

wtorek, 7 września 2021

630. Druga rocznica.

Rano konstruktywnie wykorzystałam dostępność sieci, odprawiłam nas i wypełniłam formularz pobytu (to ciekawe, że w Irlandii potrzebują tylko jednego papieru, inaczej niż w Polsce). Potem przed śniadaniem przeszliśmy się z Kochanym do sklepu po chrzan, spacer za rączki po wsi, na głodniaka, gdyż nam keczap do parówek nie pasował ;)

Fred miał wizytę u dentysty zaplanowaną na wczesne popołudnie, ja w tym czasie kupiłam w Magnolii trzy książki (aaargggh): Bezbożnika Szumlewicza, Etykę dla myślących Środy i Erystykę Schopenhauera. Zostały dorzucone do paczki, która, mam nadzieję, niedługo przyleci za nami. Małżonek chciał jeszcze skorzystać z usług lokalnej fryzjerki, zaleźliśmy do Markizy, wysączyłam herbatę, zjadłam dwa rożki z toffi i polansowałam się u fryzjerki jako dama do towarzystwa. W ciągu dnia podczytuję Mój rok relaksu i odpoczynku Moshfegh, która nie jest o tym, co sugeruje tytuł.

W domu po obiedzie rodzice zaserwowali nam torta, było smacznie, miło, niestety jutro nie jedziemy w podróż poślubną jak dwa lata temu, ta różnica nastraja mnie bardzo neurastenicznie. Fred zapakował już paczkę z książkami i płytami (firma przewozowa odbierze ją pod koniec września), ubrania, buty i dingsy piętrzą się wokół walizek.

czwartek, 26 sierpnia 2021

618. Wakacje trochę zajęte.

Dzień pełen przemieszczeń. Po dziesiątej pojechaliśmy do Wro samochodem mamy. Podpisałam umowę z uczelnią, potem zaszliśmy do Magnolii i do dentysty — postanawiam, że usuwanie kamienia i piaskowanie będę robiła standardowo, bo to świetna sprawa. Aparat korekcyjny jeszcze nie teraz, ale pomysł jest to wcale nie taki durny, najpierw jednak trzeba zacząć zarabiać. W Magnolii (a raczej w Empiku) zakupy następujące:

Przywieźliśmy do domu deszcz, zjedliśmy obiad i od tej pory byczymy się i gadamy. 

Zapomniałam książeczki z hasłami, ale na (nie)szczęście mam pocztę otwartą na telefonie, i w taki sposób dowiedziałam się, że ktoś z Teaching Council już przetwarza moje papiery wysłane ledwie dwa dni temu (irlandzka snail mail nagle jak błyskawica). Odpowiem na wiadomość jutro, zanim wyruszymy w kolejną, tym razem dalszą podróż. A tymczasem rodzice z Fredem rozwiązują przy kanapkach problemy świata. Zwierzęta śpią.

czwartek, 25 marca 2021

464. Dzień z Nickiem.

Z rana rozmawiałam z mamą, tatko trochę źle się wczoraj czuł, dzisiaj był już na chodzie. 

Słuchałam płyt Nicka Cave'a, tych, które mamy w naszym zbiorze (tylko pięć). Zrobiłam listę albumów Cave'a i Davida Bowie wartych kupienia, wyszło mi 12 pozycji. Tymczasem Fred zamówił kolejną paczkę z Empiku, która za kilka dni wyląduje u moich rodziców. Jest w niej prezent dla taty, najnowsze wydanie dwutomowego atlasu ptaków autorstwa Kruszewicza.

Nie chciało się mi wychodzić na spacer, forpoczta chłodnej pogody zapowiadanej na weekend zdecydowanie mnie od tego odwiodła. Więc ziewam. Tuż przed zachodem słońca z czarnej chmury spadł grad, a Rysiowi po dietetycznym poranku wrócił apetyt.

Po długich poszukiwaniach filmu na dzisiaj trafiliśmy na Matnię (1966) Polańskiego, który po Nożu w wodzie kolejny raz chciał pokazać, że morze jako scenografia to dla niego bułka z masłem. Dorleac miała świetnie obcięte włosy. Sam film mnie znudził. Miałam wrażenie, że wszyscy aktorzy grają Polaków, a reżyser udzielił ekipie wskazówki: wyobraźcie sobie, że jesteście w Ustce. Bardzo dziwne. Bardzo.

wtorek, 10 listopada 2020

327-329. Odpoczynek.

Niedziela.
Nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Poranek był więcej niż miły, a ja pachnąca szamponem. Na spore zakupy wyjechaliśmy pod wieczor, mamy prowiant na kilka zachcianek w dniach najbliższych: rosół, krokiety z pieczarkami i barszczem, naleśniki na słodko, sałatkę jarzynową. Załapaliśmy się na stanie w kolejce przed Tesco, na szczęście pogoda była całkiem w porządku. Wieczorem wspólny seans z Ninateki, odrestaurowana cyfrowo Lekcja martwego języka (1979) Majewskiego z Łukaszewiczem. Muzyka trochę zbyt łopatologiczna, ale to bardzo pięknie sfotografowany film.

Poniedziałek.
Fred powoli dochodzi do ładu po długich dniówkach i zmianach czasu pracy z dziennego na nocny. Bardzo mnie cieszy, gdy mogę mu rano zrobić kawę wiedząc, że cała reszta dnia jest tylko dla nas. Po śniadaniu i kawce wczesnym popołudniem podjechaliśmy na wiejską plażę gotowi na zmierzenie się z deszczem. Leciuchno popadało na nas tylko na początku. I tak szliśmy sobie opakowani goretexem, szczęśliwi. Po powrocie zagadnęłam do mamy w temacie odwiecznych poszukiwań nowego-starego kredensu i paczki, która właśnie przyszła z Empiku. Rodzice akurat wrócili z zakupów z zapasami różnych dóbr na wypadek tego nieszczęsnego lockdownu w Polsce. Podtrzymują dobry humor opowiadając o zwierzakach i meblach. Po południu kuchnia pachniała rosołem (już jest w zamrażarce), zrobiłam też sałatkę. Słuchaliśmy dużo dobrej muzyki na yt, Bowie, Iggy, Nick. Aż musiałam poczekać z zapytaniem, czy małżonek chce groszek do sałatki, czy nie, bo małżonek się wzruszał muzyką. Fred umył później naczynia nucąc piosenkę o marszałku Koniewie Piwnicy Pod Baranami. Wieczórem obejrzeliśmy Zmory (1978) Marczewskiego, ponownie na Ninatece. Stąd rozmowy do późnej nocy, które zastały nas we wtorek.

Wtorek.
Poranek, pierwsza zielona herbata, zaraz zjem sałatkę. O tej porze zazwyczaj przeglądam obserwowane blogi, właśnie słucham Stacey. Fred jeszcz śpi. Ryszard został wypuszczony po szóstej. Nie wiem kiedy wrócił, ale wiem, że skorzystał z otworzonego okna. Gdyż dzisiaj w kuchni była pliszka, a raczej to, co z niej zostało. Dzień dobry, dniu.

czwartek, 30 stycznia 2020

44. No drama, unlike some people.

Małżonek jest niemożliwy ... kupił mi śliczne trzewiczki, karmelkowe Barkery na niebieskiej podeszwie, które razem z prążkowanymi skarpetkami wyglądają jak standardowe wyposażenie panien z lat 30-tych, gdy chcą się ubrać po chłopacku!

W Tesco bezskutecznie poszukujemy chrzanu. Irlandczycy nie znają się na chrzanie i robią z niego sos.

Wieczorem na obiadokolację pstrąg z ryżem i kalafiorem, na deser moje ulubione ciastki z polskiego sklepu i czarno-biała Konopielka (1981). Czy ten film nie jest nadal aktualny? W sensie konformizmu, w sensie mitologii, obcinania inności? :) Fred zamawia w Empiku Biblię Poznańską i parę płyt (folk, Ralpha, dwa filmy — Kler i Seksmisję). Odbierzemy wszystko w Polsce, do wylotu został mniej niż tydzień.

— Bardzo się cieszę, że z Tobą jestem, każdego dnia, powiedziałam ja.