Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luke Hamnett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luke Hamnett. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 kwietnia 2025

1939. W domu i w ogrodzie.

Wtorek zastał mnie w samolocie, właśnie frunęłam nad Wielką Brytanią; lot bez wydarzeń, choć znowu cwany system Ryanaira wybrał mi fotel pośrodku (na szczęście nikt nie wychodził na siku oraz nie przejawiał dziwnych zachowań, mogłam się skupić na Murakamim, przy czym nad GB już lekko niedomagałam, oczy same się zamykały).

Wylądowaliśmy ledwie pięć minut po zapowiadanym czasie, samolot doturlał się gdzieś blisko granicy, jak nigdy, luzy, przechodzę trasę lotem błyskawicy, że aż zaskakuję Kochanego. Idziemy do Babci, po drodze moja Irlandia:

Przed drugą nad ranem jestem w domu, pod prysznic, do łóżka, nastawiam budzik na kwadrans po szóstej. Kochany wstał dużo wcześniej, ponieważ zaczynał pracę o siódmej; w tym czasie napychałam się jajecznicą; myję zęby, wychodzę z zapasem na wypadek problemów z zamkiem (drzwi zatrzaskują się przy pierwszej próbie), idę na przystanek. A tam piękny, irlandzki poranek bum!

W pracy same trusie. Zostałam na dodatkowe pół godziny, żeby wyjaśnić Saren i Kwietniowej ile zostało zrobione i co trzeba jeszcze zrobić. Dzięki temu witam się, a za chwilę żegnam z Conorem od matmy — okazji do spotkań nie będzie za wiele, jeśli kiedykolwiek.

Po pracy lunch w Moorlandzie i cisnę z buta do Kochanego; jestem na miejscu 40 minut przed czasem, zamawiam kawę, macham wirtualnie do Freda, chwilę rozmawiam z rodzicami, którzy bardzo kontenci turlają się w kierunku domu z nowo zakupionymi grabiami. 

Ogrodowo: w czasie mojej nieobecności rozkwitły Little Princess i narcyzy Delnashaugh. Z choinką niestety kaplica.

W porze obiadowej niespodziewanie zapukała do nas Anna; wróciła po sześciu tygodniach w szpitalu, ciężko z nią było, ale jakoś postawili ją na nogi. Zmieniła się, skurczyła jeszcze bardziej, brak górnej sztucznej szczęki też zrobił swoje.

Prezent od męża: szara koszulka polo Smedleya.

Kochany zjadł obiad beze mnie, po lunchu na mieście nie miałam szczególnej ochoty na nic, a później dopadła mnie jakaś niemoc, leciałam z nóg, więc prysznic i próba łóżka; nie zasnęłam, skrolowałam FB oraz Instagrama, filmiki o znajdywaniu dziwnych rupieci w błocie Tamizy oraz Luke Hamnett zadziałali/ły (yy?) terapeutycznie. Chaos, ale nie poprawiam. Umywalka brudna, ale umyję jutro. Dzisiaj tylko nawadnianie się i głupoty.