Z perspektywy trzech noclegów kolejność brzmi następująco: Odrodzenie miejsce pierwsze, Hala Szrenicka miejsce drugie, Dom Śląski miejsce trzecie.
Ze zmęczenia dopadła mnie bezsenność. Nie musieliśmy się dzisiaj spieszyć ze wstawaniem, bo tylko pakowanie i śniadanie, mimo wszystko jednak sen miałam przerywany, marnie regenerujący. O ósmej zeszliśmy na śniadanie (jajecznica z pieczywem), przy okazji znowu widzieliśmy się z Wackiem (siedział na dachu za oknem, wpuściłam go do jadalni).
Droga ze schroniska do Szklarskiej jest stroma i uciążliwa (pomimo raczej gładkiej nawierzchni), nie chciałabym jej przemierzać pod górę, szczególnie tego upalnego dnia.
Po długim marszu (minęliśmy m.in. wodospad Kamieńczyka) doszliśmy nareszcie do Szklarskiej i żeby się ochłodzić weszliśmy do pierwszej lepszej lodziarni (Lokalna na Jedności), która jak raz okazała się znakomita. Gdy dopełzliśmy do przystanku, byliśmy o kwadrans spóźnieni na autobus 107 do Jeleniej. Psiakość. Albo nie. Zjedliśmy makaron w Kamiennym Piecu, restauracji po sąsiedzku. Następny autobus miał zepsutą klimatyzację i naburmuszonego kierowcę, nałogowego palacza. Na szczęście, zaraz mieliśmy dobre połączenie do Miasteczka. Dopiero w Jeleniej dotarło do mnie, że to ostatni dzień szkoły (w autobusie spotkaliśmy córkę Mrzygłoda).
Nareszcie Miasteczko. Wysiedliśmy przed mostem, zaszliśmy do domu kultury (Deniro do nas zeszedł chwilę porozmawiać). W bloku ciocia eR przywitała nas botwinką i naleśnikami z serem (najpierw wskoczyliśmy pod prysznic, bo wiadomo; ciocia chodzi ubrana w non-ironowe fartuszki, jak babcia Mania, zapomniałam, że niektórzy starsi ludzie nadal ich używają). Mieliśmy pójść na spacer, ale w międzyczasie na naleśniki wpadła Hana, nad Miasteczkiem zawisła burza, a ciocia włączyła tv na mecz Polska-Austria (burza na jakiś czas odcięła prąd, mała strata). Poszliśmy na krótki spacer dopiero po meczu.
Czyżby lato?


