Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 października 2026

2480. Mój miesiąc.

Będzie dobry i trudny jednocześnie. W drugiej części czeka nas wyjazd, spotkania, doświadczenia, relaks. Najpierw jednak trzeba odmanianić sprawy biurowe, za półtorej tygodnia zacznie się grubszy przepływ indywiduów, papierologia i psychoterapia zagubionych w świecie ;E Po drodze kolejna wizyta u gp.

Zaczęłam dzień w Pe, najpierw kupiłam kochanemu podwójne espresso, a gdy mąż wyjechał w swoim kierunku, zjadłam rogalik i czytając dopiłam w kawiarni espresso z wodą. W biurze włączyłam Program 2 niechcący załapując się na kawałek Zony Mathiasa Énarda czytany przez Bonaszewskiego (już któryś raz natykam się na tę książkę). Biurowe pierdółki zostały przerwane przedpołudniową kawą z Benkiem, poza tym siedziałam w excelu, przygotowałam umowy dla pracowników (tych samych co zwykle). Z rozmowy kawowej wynika, że nie będzie problemu ze znalezienia zastępstwa na czas mojej nieobecności; bardzo mnie to cieszy.

Czwartek był jasny, ale coraz zimniejszy. Trochę grzebałam się z makaronem na obiad, więc wyszliśmy z koteczkami podczas zachodu słońca. Gdy wróciłam z Bronią z krótkiego spaceru, było już zupełnie ciemno. Zajrzałam do Anne, na chwilę, żeby zapoznać się z nową sąsiadką, drobną, śliczną koteczką, która miała być na tymczasie, ale najprawdopodobniej zostaje na stałe. Poza tym właśnie kupiłam bilet z Warszawy Wschodniej do Nadodrza (wcześniej zadzwoniłam do mamy, czy grafik pasuje; w Polsce dziewiąta, ale rodzice jeszcze czuwają, jak zwykle przy tv nastawionym na publicystykę). Ciemno. Chociaż dziesięć minut na ćwiczenia, prysznic, trawienie z książką, spać.

(notatka na jutro: myślę, że powinnam napisać o dziadku i jego Mrówce)

piątek, 18 września 2026

2467. Spieszno, jesiennie.

Powinnam oszczędzać. Dlaczego więc wydałam z rana kasę na dwie kawy i dwa ciasta marchewkowe? Mam dobre usprawiedliwienie: because it felt good. Wyszliśmy z Pe i rozstaliśmy się z Kochanym przed dziewiątą (w kawiarni gościły trzy pudle w trzech różnych rozmiarach, standard, mini & toy, rodzina), dzień został dobrze zaczęty. Czas przyspiesza, znowu jest piątek, tym razem mam poczucie, że niedokończony (emilki o poranku wprawdzie milczały, ale długo to nie trwało, ostatnia wiadomość wymusza na mnie wczesną odpowiedź w poniedziałek, a ja bardzo nie lubię wcześnie odpowiadać).

Rozjesiennienie: gdy po pierwszej szłam do sklepu, przez podeszwy trampek bardzo wyraźnie czułam ziąb od mokrego chodnika. Już się powoli opatulam, zawijam w wielowarstwowy kokon, zaraz wjadą mitenki, i wełniana czapka zamiast kaszkietu.

Z rana wybebeszyłam część szafy z wełnianymi swetrami: do przewietrzenia, wyprania, ewentualnego cerowania lub ogolenia ze zmechaceń (znalazłam tylko jedną dziurkę, raczej nie mole, a mechaniczne uszkodzenie; sweter mnie uśmiechnął, był to prezent od Kochanego z czasów zamierzchłych, pamiętam jak siedziałam w nim w holu Gołębiewskiego w Karpaczu ... tandetne miejsce). Wieczorem kontynuowałam przegląd, zostawiłam kilka rzeczy do delikatnego wyprania na jutro.

Wróciłam do genealogii, znalazłam dwa krótkie odpisy z akt przodków praprababci Józefy od strony babci Mani (pojawiło się i nowe nazwisko: Jarych).

Z FB dowiedziałam się, że w środę zmarł Bubbles, jeden z kotów penetrujących ogrody Oldbridge. Długo nazywałam go Generałem sądząc, że kot jest tylko jeden. Tak naprawdę były dwa, podobne do siebie, ale patrząc wstecz mam w archiwach głównie zdjęcia Bubbles, można było go odróżnić po białych skarpetkach. Przymilski był, lubił się ludziom objawiać, dawał się zapraszać na poczęstunek, dobry kot, piękny kot. Przy okazji wychodzi nam, że nie byliśmy na spacerze w ogrodach od roku. Trzeba to wkrótce nadrobić.

sobota, 18 lipca 2026

2405. Przedostatni.

Najlepiej śpi mi się nad ranem ... pewnie dlatego, że wtedy jest najchłodniej ... budzi mnie głos mamy obwieszczający, że jadą z tatkiem na targ i wrócą niebawem.

Wyskrolowałam wiadomość o śmierci pani z wrocławskiego "antykwariatu z kotem" (Małgorzata Chabińska-Piątek). Zeszłej soboty zatrzymałyśmy się z mamą przed ich witryną. Dwa lata temu przechodziliśmy obok z Kochanym, natknęliśmy się na panią Małgorzatę, zamieniłyśmy kilka słów o imionach towarzyszących jej zwierząt, o Dantem. Człowiek mi nieznany, mimo to osad zaskoczenia przemieszanego z niepokojem.

Po śniadaniu flaneryzm: Kot i park zdrojowy. Poobiednio około piątej (słońce nadal grzeje) spacer z Kochanym na cmentarz.

Koty rodziców dzielą się na residentes i visitantes. Do tych pierwszych należą niewychodzący Niunia, Wojciech i Józia, wychodząco-domowi Rózia, Rozalka, Gosia i Zofia oraz Mruczysław ogrodowy. Miauczysław i Filemon chyba też liczą się jako mieszkańcy ogrodowi, choć ich status jest nadal uchodźczy. Wśród visitantes są dwa czarne koty (w tym jeden kulawy) oraz jeden czarno-biały.

Rozalka z Gosią Psem

Jeden z bezimiennych visitantes

Miauczuś residente podczas obiadu w ogrodzie

Residentes: Rozalia, Mruczysław, Róża, Zofia

Uaktualniłam wiedzę na temat grobów zwierząt w ogródku na tyłach domu (zdjęcia z odręcznymi notatkami; las rośnie). Objadłam się fasolką. Pokręciłam w obejściu. Zadzwoniliśmy do świekry z życzeniami. Fred już ustalał, kiedy zobaczymy się ze Stu, ale hamuję piętą, nie czuję potrzeby pakowania się i innych takich. Samo przyjdzie. Z niechęcią myślę o powrocie do pracy. 

piątek, 10 lipca 2026

2397. Dzień pierwszy.

Zasnęłam po trzeciej (dobrze było zobaczyć drzewa te same, gwiazdy nad drzewami, mrok za płotem), obudziłam się około siódmej i już nie mogłam spać, natłok myśli. Zaraz wypróbowałam, czy na emailu pracowniczym działa mi automatyczna odpowiedź (cholera, nie działa). Musiałam wstać i się zmęczyć jeszcze bardziej, nie było innej rady, więc wyciągnęłam mężowskiego laptopa (zostawiłam mój w domu), zaczęłam uzupełniać wpisy blogowe, porządkować myśli.

Prezencik mężowski odpakowany z rana:

Bo rodzicom Fred wręczył prezenta już o trzeciej rano. 

Ruchy jak zwykle wolne, domowe. Poczekałam, aż Kochany obudzi się, zje śniadanie, o pierwszej wyruszyliśmy do Tcy. Kot, Rossman, krótki wypad do fryzjera, żeby się umówić na później (jakoś nie wiem sama ... przestaję lubić to miejsce, coś jest z paniami, jakieś coś off). Siedliśmy pod bazyliką, akurat odbywał się ślub, więc nie weszliśmy do środka. Powrót na wieś po telefonie od mamy, że już jadą w tamtym kierunku. Obiad, fragmenty Midsomer Murders z sezonu 22, spacer z mamą na cmentarz, chill, robienie kanapek, kolacja i dyskusje o historii.

Wieści z domu: stabilnie, choć Hana wpuściła gościa od kuchenki, co jest irytujące, bo prosiliśmy ją o coś przeciwnego. Well. Padam. Na jutro są plany.





piątek, 3 lipca 2026

2390. Pierwszy piątek lipca.

Miau miau miau miau, taką piosenkę Kochany śpiewał rano kotu. Przed moją pracą poszliśmy z Fredem do Czarnej. W ciągu dnia byłam na jeszcze jednej kawie, tym razem w Pe, bo wpadła do mnie Wiki, jak zazwyczaj tu i tam wymięta. Umówiłam się też na kawę w poniedziałek, z Benedyktem i Teresą.

Imigranci przywracają mi wiarę w zdolności intelektualne człowieka. Dzisiaj Asmahan.

Wracaliśmy do domu przez TK Maxxa i Tesco. Po pierwsze, Ka ma urodziny, mąż chciał kupić prezent dla przyjaciela, po drugie zakupy spożywczo-chemiczne, trochę na zaś. Wróciliśmy do domu przed piątą, a tu ekipa nadal siedzi, dom opatulony styropianem, tylko przód pół na pół jeszcze bez kocyka; panowie przytwierdzając płyty do ściany robili hałas jak podczas przemarszu wojska, wyglądało to na akord. I znowu wszędzie syf, gościu jeden z drugim tną styropian na trawie, bez osłony. Ech, w głośnikach the Cure, gdy Kochany robi na obiad makaron z pieczarkami i serem w sosie pomidorowym. Styropianowcy skończyli o wpół do siódmej.

Zaprosiliśmy się do Ka na wieczór; siedzieliśmy przy torcie urodzinowym i herbacie, nie za długo, o jedenastej jesteśmy z powrotem w domu. Bardzo szybko minął mi ten tydzień, przez większość dnia sądziłam, że nadal jest czwartek. Zdałam sobie sprawę, że wszystkie moje aktualne lektury są raczej z tych trudnych, mówią o sprawach przykrych. Mózg wymiętolony rzeczywistością nie chce sie teraz tym zajmować, czyli aaaa, kotki dwa.

wtorek, 14 kwietnia 2026

2310. Kolejna strata.

No i cóż, gdy z nudów o dziesiątej zadzwoniłam do tatki, tata był akurat u weterynarza z bożej łaski, musiał uśpić kota. Nie mogliśmy rozmawiać, więc chwilę spędziłam w niepewności o którego chodzi. Dopiero gdy tatko wrócił do domu i wyprowadzał Maksia, oddzwonił. Frania Biały Wąsik nie żyje. Malutka była, za mała na swój wiek, a kilka dni temu rozwinęły się u niej objawy jak u Bronisia: przestała jeść, oddychała z trudem. Ostatnia noc już bardzo zła, tata słusznie nie chciał tego przedłużać i sam podjął decyzję. Z czarnej bandy została tylko dzika Józefa :( 

Tata spacerując w obejściu pokazywał mi krzewy, ten jałowiec z gminy Skrzynki, tamten z Rozprzy ... musi wszystko zapisać, zbiera się w sobie.

W pracy znowu miałam zastój, sam własnymi ręcami uczyniony. Nie zrobiłam żadnych papierów, ledwie potwierdziłam kilka rzeczy, wysłałam rachunek, poza tym siedziałam w niedogrzanym biurze w mitenkach i czytałam ebooka. Kochany przyjechał punkt czwarta, zamiast do domu podjechaliśmy do Tesco i Costy. Trzeba się nam było trochę zrelaksować, poobserwować ludzi, zamieszać w filiżankach.

Wieczór to głównie gotowanie, jedzenie, potem długa rozmową z mamą. Zadzwoniłam, żeby rozproszyć złe myśli, ratownica. Może i dobrze, chyba wzajemnie poprawiłyśmy sobie nastrój. Za oknem mrok, a mnie się już marzą jasne czerwcowe noce.

niedziela, 15 marca 2026

Postscriptum #2279.







Jeszcze coś? Fred chodził w musztardowym swetrze. Z domu w centrum Miasteczka została tylko frontowa ściana, ale przynajmniej coś się zaczęło, jakaś pozytywna zmiana, a nie tylko butwienie i rozkład. Na cmentarzu cieszą, jeśli tak można powiedzieć, odrestaurowane kaplice nagrobne. O wiele za późno, ale lepsze to niż nic (zachodziłam w głowę, czy widziałam je już w tym nowym stanie, czy tylko wizualizowałam sobie zmiany. Ale nie, remont był rok temu, może tylko o tym czytałam). Opuszczając cmentarz Kochany pomógł starszej pani, zapalił jej znicz. 

Nad tamą dominowały dźwięki stukania i wiercenia, prace trwają, droga na koronie zamknięta. 

Jelenia jak zwykle, mieszanka rozkładu i twórczości. Może dlatego, że byłam tu wcześniej kilka razy, zauważam głównie twórczość, remont szeregu starych budynków przy Fortecznej. Ktoś coś ratuje, widać, że jest wizja (ogólnie, jadąc prowincjonalną drogą dolnośląską widać bardzo, gdzie mieszkają świry, które dokonują ekstra wysiłku; kochamy świrów). Wracając w kierunku Nowego Rynku wyhamowujemy za panem robiącym inspekcje koszy na śmieci, żeby nie zaciągać jego zapachu. Po drugiej stronie drogi spotykamy siostrę znajomych z Irlandii. Świat jest mały.

sobota, 28 lutego 2026

2265. Błogosławiona sobota.

Po zapadlisku piątkowym (ku któremu nie było większego powodu: w pracy rozmiar zmartwienia pozostał ten sam, w domu przyjemnie), barometr idzie ku lepszemu (nie wiem w którą stronę jest to ku lepszemu, ale odczułam poprawę). Z rana słucham Bystroušky (że też nie znałam wcześniej tej ślicznej opery, a już adaptacja rysunkowa jest mega sztos). 

Po szybkim śniadaniu zbieram się do porannego spaceru (Kochany przy kawie, pod kotem; Mańka osikała z rana niedawno zakupiony koci tunel i jest bardzo z siebie dumna).

Czy to możliwe, że nie byłam kilka miesięcy na wsiowej plaży? Jak to? Ostatnie wpisy wskazują na listopad, może się mylę.

Rozmowa z mamą w drodze do plaży, nieliczni spacerowicze, głównie z psami (minęłam Gerarda z małym, białym terierem), na horyzoncie duży statek chyżo zmierzający ku Boyne i fatamorgana południowego wybrzeża; zaloty kosów, Alkoholowy Paddy (Jimmy) z załzawionym okiem, unikający mojego spojrzenia; cicha główna ulica wsi. Tak było na spacerze pierwszym.

Drugi wydarzył się bliżej południa, gdy Kochany ubrał się odpowiednio (mimo wszystko jest chłodno, mężowi na wietrze ekspresowo grabieją ręce). Wychodząc ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z Anne, przy okazji dołączyła do nas żyjąca połowa Ukraińskiego tandemu:

Tym razem wiatr był znacznie bardziej odczuwalny, musieliśmy się co nieco okapturzyć. Od razu skierowaliśmy kroki do Głowy, ale pierwsza grząska przeszkoda onieśmieliła nas na tyle, że zrobiliśmy w tył zwrot. W drodze do domu natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen, która nam obwieściła, że ona musi zrobić dwie rundki dziennie bez względu na aurę: idzie na plażę i się modli.

Powrót pod dom: weszłam na chwilę, żeby w termosie wziąć ciepła wodę do popicia i wyjechaliśmy Babcią do portu od innej mańki. Obiad z widokiem:


Pyszota: plamiak w panierce, fryty, sos czosnkowy, sok z cytryny.
Po drugiej znowu u siebie. I choć miałam "wielkie" plany na temat wyrywania badyli we frontowym ogródku, prawie od razu po wypiciu gorącej herbaty wzięła mnie taka senność połączona z odczuciem wychłodzenia, że udałam się na popołudniową drzemkę. Kochany obok mnie, wygrzewamy się do piątej jak dwa borsuki. Po przebudzeniu odkładam plany ogrodnicze na czas nieokreślony.

Kontynuuję słuchanie Żon nazistów.
Mija luty.

czwartek, 15 stycznia 2026

2221. Nie mogę ...

... z tymi snami: obudziła mnie sytuacja taka, że byłam w domu rodzinnym i wpadłam w lekką konsternację, bo miałam gołe stopy i nie mogłam znaleźć kapci, a właśnie zauważyłam przez okno, że wieczorową porą Sting ciśnie z wizytą :D

Po pracy pojechaliśmy z Kochanym do kociego sklepu i duża kuweta została nabyta. Czyli znowu będzie przemeblowanie motywowane harcami dziewczyńskimi. Tylko nie dzisiaj, bo nic się nam nie chce i nie będziemy tego teraz zmieniali. Zaraz po obiedzie zadzwoniłam do mamy, zastałam ją siedzącą w zupełnej ciemności samochodu. Mama czekała na tatkę, który był z Bronusiem u weta. Tatko w końcu się pojawił z kotem i zestawem leków. Plan jest, żeby testować resztę kotów, a na razie wszyscy uważnie obserwują Bronisiowe życie (nawet onkolog przedzwoniła i pytała, czy w porządku).

Po obiedzie pokrzepiłam się The Gathering Anne Enright (Vitage, 2024). Prysznic + kołderka + książka o okropieństwach = odpoczywam. Skończyłam, właśnie skopiowałam na czytnik dwie następne czytanki. Kocóreczki ciamkają kolację. 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

2218. Do przyjęcia.

Noc ledwo przespana, jednak udało się wcisnąć sen z Bogusiem Lindą, który robił mi zdjęcia :) 

W pracy pomimo wszystko spokojnie (Szefowa chrypi, ale wróciła na miejsce, mogłam ją spytać o rzeczy i zrzucić na kogoś odpowiedzialność). Po południu Kochany szybko zabrał mnie z miasta do domu i dokończył robić obiad, gdy rozmawiałam z mamą o rzeczywistości kociej. A kocia rzeczywistość jest taka, że Bronisław jest w klinice, gdzie przetaczają mu krew i robią różne takie tam zdjęcia, żeby zobaczyć, czy jest tam jeszcze w kocie któreś z jego dziewięciu żyć na podmiankę. Bardzo smutna sytuacja. Mama pokrzepiona własną wydajnością (kocia lecznica w której wylądował Bronek, była trzecią z kolei do której dzwoniła), przytrzymująca się nadziei.

W międzyczasie Kochany rozmawiał też z Perlistym, więc wiemy, że solidny przyjaciel ma równie solidnego kota, jak hodowanego na piwie i sznyclach. Kot sam się adoptował, podobnie jak kiedyś Rysio; bardzo dobre takie przysposobienie, i dla kota, i dla Perlistego.

Dziewczyny drzemią (bardzo były dzisiaj spokojne). Zaraz wskakuję pod prysznic, książka i kciuki trzymane za dobry sen. Poniedziałek nie był zły, mógł być gorszy, do przyjęcia, a w kilku aspektach więcej, bo mam przecież Kochanego.

wtorek, 28 października 2025

2142. Pobankholidejowo.

W pracy wywaliłam w końcu przeciekający toner z niebieskim tuszem, zepsuty jeszcze przez Szefa. Refleksja filozoficzna: od razu lepiej. Bonusik: wydrukowałam śliczne zdjęcie Ryszarda, który teraz będzie mi towarzyszył w biurze. Spokojny, typowy dzień po bank holiday, jeszcze nie wszyscy wrócili umysłowo do pracy, więc nikt się nie czepiał i nie miał własnych pomysłów (nikt się nie czepiał, poza mną — zadzwoniłam z pretensją, że żarówki nadal niewymienione :D).

Odwiedziwszy wprzódy jajomat, jechaliśmy popołudniem na taki garniec złota:

Po śmierci emigranta, z kotów-lokatorów została Anne tylko Mili. Dzisiaj pierwszy dzień kocioopieki, sąsiadka wróci do domu w czwartek późnym wieczorem. Mili jest duża i ładna, ale nasza Bronia jest ładniejsza ;). Z kolei Fredowi kończy się czas dojazdów do Pieseła; po podaniu psu śniadania, mąż przyjechał do domu, podwiózł mnie do pracy, potem jeszcze raz zajechał do miasta, dokarmił Pieseła w czasie dnia, bo też i pomysł miał taki, że wieczorem już do niego nie wraca. Ale wieczór i tak będzie długi, Kochany jedzie na lotnisko, po Ka z rodzinką. Za szybko nie jedzie, samolot przylatuje o pierwszej w nocy (przy dobrym wietrze).

Po wege obiedzie (kartoffeln, fasolka z zasmażką, jaje), szybkim zmywaniu i moim chwilowym wyjściu do sąsiadki, zrobiliśmy sobie kolejny halloweenowy seans za sprawą następnej płyty dvd: Lawa (1989) Konwickiego. Bardzo dobra adaptacja Adasiowego tekstu. Myszy oglądały, ziewały, tłukły się i tak dalej. Mania w drugiej części dramatu słodko zasnęła nam na kolanach.

czwartek, 9 października 2025

2123. Szewcy, krajobrazy, pijalnie.

Dzień zaczęłam mailem do jednej z managerek. Myślę, że podług logiki na wakacjach nie powinnam się do niej odzywać, zrobiłam to tylko dla siebie, dla własnego dobrostanu, a trochę przez złośliwość. 

Rano kapsaicyna nadal utrzymywała się gdzieniegdzie na gładkich powierzchniach płaskich — gdy dotykałam twarzy po dotknięciu blatu biurka, czułam lekkie pieczenie skóry. Cóż. Nieważne. Zen. Zen również w trakcie śniadania, gdy temat zszedł na psy szczepienia. Fredowi nawet oczko nie drgnęło podczas słuchania matczynych teorii, przeciągnął się tylko kilka razy, żeby zrelaksować mięśnie. 

Anne przejęła opiekę nad myszami jeszcze wczoraj wieczorem, bo szwagier ze swoją dziewczyną środowym porankiem zaczęli się przemieszczać w kierunku Polski. Rano i wieczorem dostaję fotki i filmiki z kociczkami w roli głównej; sądzę, że po tym doświadczeniu będą jeszcze bardziej rozpuszczone.

Wracając do poranka — państwo D mieszkający piętro niżej, dokładnie pod mamą Freda, z przyjemnością przystanęli, żeby wypytać Kochanego o wszystko. Może ktoś by powiedział, że to wścibstwo z ich strony, ale ja uważam takie rzeczy za miłe. Prawie rozminęliśmy się z szewcem, musiałam chwilę poczekać; but prima sort i tanio jak barszcz (inna sprawa, że chciałam mu zapłacić w euro, gdyż mi komórki mózgowe nie zaskoczyły). Zaraz po załatwieniu sprawy szewskiej ruszyliśmy we troje przed siebie. Czwartkowa pogoda szara, przejściowo deszczowa. Najpierw cmentarz, Fred zapalił znicze, a w drodze do samochodu został zaczepiony przez człowieka wykonującego prace porządkowe. Podobno kolega. Do końca dnia Kochany nie przypomniał sobie rzetelnie, kto zacz.

Kierunek: Kazimierz. 

U Dziwisza spotkaliśmy grubiutkiego kota właścicieli oraz psa gości. Pies miał na imię Maryjanek i lubił słuchać Mieczysława Fogga. Wejście na punkt widokowy przy sanktuarium ZNMP. Obiad w libańskiej restauracji Kaslik poleconej nam przez PoE:

Po drodze, między Dziwiszem a punktem widokowym, kupiliśmy dla Anne kolejny prezent, ceramicznego kota-zawieszkę.

Kierunek: Nałęczów.

Coś jest w tym miejscu, zdecydowanie. Spacer wśród schorowanych kasztanowców, fotki z Prusem Bolesławem, napitki w pijalni czekolady Wedla (mnie się zachciało jeszcze lodów waniliowych) i powrót przez lubelską prowincję spowitą ciemnościami.

W domu, na kolację zjedliśmy po puławiance, które Kochany sprytnie zakupił rano u Sarzyńskiego. Oboje nas dopadła jakaś niemoc, niechciej, zmęczenie po niezauważalnie intensywnym, miłym dniu. Mąż dopina plany na jutro, bo wiadomo, znowu zygzaki. Mimo wszystko, nie chce mi się stąd wyjeżdżać, choć z drugiej strony, są dwa fajne miejsca, gdzie chcę być: dom rodziców i nasz własny, dom myszowy. Zawsze się za czymś tęskni.

środa, 1 października 2025

2113-2115. Czas chaosu.

Poniedziałek
Po pracy jedziemy zajrzeć do Woodiesa, ale nie kupujemy tego, co chcemy (liście zmieniają barwy, opadają, walają się pod nogami; zawsze było mi tego mało w Irlandii, to teraz mam). Coś znowu jest mi nieswojo, czuję wychłodzenie, więc od razu po smacznym obiedzie wskoczyłam pod prysznic i pod kołderkę (może nie tak natychmiast, bo jeszcze rozmawiałam z mamą o wełnianych butach zostawionych w Polsce, ale przed ósmą już wygodnie leżałam w sypialni). Jakbym wcześnie się nie układała, sen i tak dopiero po dziesiątej.

Wtorek
Podporządkowany pracy i pakowaniu. Coraz bardziej myślę, a co w piątek? A co jeśli zgubię, zapomnę? W pracy zaś nie pamiętam, żeby schować swój polski łeb, próbuję robić za dużo, za szybko odpowiadam na maile, za bardzo się staram. Dość tego, basta! Zwolnić trza, łazić leniwie. Na dworze jeszcze jesienniej niż wczoraj, i patrzta państwo, wrzesień się skończył:

Myjąc kuchenkę (ledwo ciapu ciap po wierzchu, oczywiście), obejrzałam starą kobrę z Gajosem i Raksą, Toccatę (1971). W końcu wzięłam się za ściąganie aplikacji do kamerki, którą chcemy umieścić w kuchni.

Środa
W pracy, zdecydowanie dzień świra. Z jednej strony papiery, z drugiej strony papiery źle przez kogoś wypełnione, z trzeciej inne jeszcze rozważania natury egzystencjalnej. Puściłam grupę z popołudniowych zajęć, w nadziei, że będę miała więcej czasu — czasu było dokładnie tak samo za mało. Na dodatek ziąb, oraz szwankujące ogrzewanie, ból głowy i palpitacje. Kochany przyjechał w momencie, gdy byłam gotowa rzucić to wszystko. Pojechaliśmy zrobić drobne zakupy spożywcze, przy okazji poszliśmy na kawę do Costy. 

W domu, zamiast wziąć się za coś praktycznego, spędziliśmy trochę czasu z myszami w ogródku. Czyli usiadłam z herbatą dobrze po szóstej, wypchana pączkiem i czipsami ziemniaczanymi. Zamiast obiadu (czipsy działają), zawiesiny: Kochany zawiesił nową roletę na miejsce starej, obgryzionej przez młodzież w czasie nocnych zabaw. Rozmowa z mamą, znowu temat butów. Co jeszcze posprzątać? Nie wiem, nie chce mi się. Co spakować, bo nie spakowane? W osiedlowej ciemności zaszłam do Anne, zaprosiłam ją na jutro wieczór. Obiadokolacja: robaki i łosoś na ciepło (posiłek właśnie skwierczy na patelni).

piątek, 19 września 2025

2102-2103. Przez czwartek i piątek.

Aaaa, długi czwartek, od momentu wyjazdu z domu (po siódmej) do powrotu (przed szóstą) trochę minęło. Dzień pracowniczy gęsty, aczkolwiek spoko, po prostu, trzeba było zrobić, co było do zrobienia. W końcu podpisałam kontrakt. Przyjęłam jeszcze dwóch interesantów o czwartej, kiedy miałam już wychodzić, więc wyszło, że w drogę powrotną zabrałam się z moim Kochanym.

Od rana nad wsią kilkakrotnie przeleciały ciemne helikoptery, robiły dużo hałasu. Zazwyczaj tego typu przeloty oznaczają akcję ratunkową, ale tym razem nie tylko ja zauważyłam, że helikoptery nie należą do straży wybrzeża. Myszy z emocji sikały jak najęte. Nawet sprawdziłam mapę flightradar w czasie jednego z przelotów (na niebie rzekomo nic, null, zero, czyli zapewne jakieś wojskowe hece, może Pomarańczowy leciał nad Irlandią).

Z innych njusów rodzinnych, Wu szczęśliwie się rozwiódł; rozmawiałam z mamą, więc zobaczyłam Gosię i Franię (koty, mamę i córkę).

W piątek radykalna zmiana pogody, od rana ulice mokre od deszczu. Odpękałam wszystko jak należy, i o drugiej Kochany porwał mnie spod biura. Pojechaliśmy do Północnej, kupić tanie rolety na miejsce tych, które Kocóreczki nam do szczętu poobgryzały (te pewnie też poobgryzają, więc się do nich nie przyzwyczajam). Po drodze mijaliśmy El Paso, więc zaszliśmy na obiad do suszarni, włala:

W drodze powrotnej z Newry znowu padało na nasz dopiero co umyty samochód. Po przekroczeniu progu króliczej nory, padłam jak kawka; przez pół godziny nic mi się nie chciało, dopiero po jakimś czasie zmusiłam się do powstania i zrobienia nam herbat. Manhattan Murder Mistery (1993), koniecznie.

wtorek, 9 września 2025

2093. Obserwacje, podmianka, niespodzianka, wiatr.

Rano pojechaliśmy z Kochanym razem do miasta. Przy zakupie kawy w Czarnej (jedna na wynos dla czekającego w samochodzie męża, druga na miejscu dla mnie) zauważyłam, że obsługuje mnie trans kobieta (duże dłonie, dziwnie wysoki głos). Bardzo ciekawe, niestety Kochany nie mógł dzielić ze mną obserwacji. Zapytałam oczywiście, czy jest na stałe; jednak nie, zastępstwo z Dublina. 

W pracy miło i trwożnie: zamieniam się z Szefem biurkami. 

Na wieś wróciłam z dwadzieścia minut wcześniej od męża, więc zaczęłam robić jadło (potato masz, szparagi na parze, pomidory w śmietanie), po swoim powrocie Kochany dorzucił do tego smażonego łososia. Gdy kończyliśmy jeść obiad, przypomniałam sobie, że dostałam w ciągu dnia wiadomość od Anne na WhatsAppie: prezent koncertowy, wyjście w ten weekend, suuuper!

Już gdy wylądowałam w naszej wioseczce i weszłam w osiedle, zauważyłam wzmagający się wiatr. Teraz pada i wieje coraz mocniej.
___
edit 19:55 rozmawiałam z mamą. Poopowiadałam jej, że u nas sztorm bez imienia, że zapowiada się wszak inny, później w tygodniu, że odkryłam pusty listopad w kalendarzu Ryanaira dla mojego ulubionego lotniska i początkowo sądziłam, że to wina irlandzkiego przewoźnika słynącego z chciwstwa — ale nie, to lotnisko we Wrocławiu ma przerwę w pracy, bardzo niefortunnie, bo miałam ochotę na mikrowypady. Cóż. Mama pokazała mi zupełnie czarną Józefę świecącą pomarańczowymi ślepkami.

Wieczór zapowiada się krótki, już mnie łóżko przywołuje.

sobota, 2 sierpnia 2025

2055. Pierwsza sobota sierpnia.

Mania, mistrzyni spadania
do kuwety,
niestety

(wiersz Freda, naokołośniadanny, bo akurat konsumowałam owsiankę z bananem i jagodami).

Kochanie najpierw do mnie zadzwonił przed ósmą (byłam jeszcze w łóżku), potem przyjechał całkiem wcześnie do domu. Cała sobota była bardzo domowo-książkowo-sieciowa. Gdzieś w połowie uświadomiłam sobie, że poniedziałek przecież też mam wolny (bank holiday, azaliż), więc doprawdy, wakacje.

Błogosławieni, którzy siusiają
albowiem do nich należy
wszystko


To uwaga Fredowa przed konsumpcją wątróbki, w temacie Mani obudzonej ze snu popołudniowego zapachami jakże miłemi. Oraz inne takie, np. przy okazji mężowskiego komentarza, że do ogródka przyleciały wróble, dochodzi do podziału na team "liszka" (Fred) i team "wąsiówka" (moi).

Maniusia do tej pory głównie "ćwierkała" (cieniutkie, kociaczkowe pomiaukiwanie), Bronia ma podobny głosik, którego jeszcze z 2-3 tygodnie temu nie dało się rozróżnić. Ale dziewczyny rosną i głosy zaczynają brzmieć coraz dojrzalej. Dzisiaj po spacerze (bo spacerowaliśmy w ogródku; Mleczaki już rozpoznają sytuację, że szelki=wyjście na dwór) Mańka wypróbowała zupełnie inną tonację, coś jak kotka Cala znana z I Go Meow. Puściłam ten przebój, dziewczyny zachwycone, Mańka próbowała wokalizy.

Skończyłam czytanie The Summer Book Tove Jansson i pozostając w Skandynawii wezmę się zaraz za Will and Testament Vigdis Hjorth, po której bardzo dużo sobie obiecuję. Szary, ale ciepły sierpniowy wieczór, nadawałby się na spacer z mężem nad morze; niestety, Kochany właśnie wsiadł do samochodu i gna na północ.

czwartek, 17 lipca 2025

2039. Czwartek ...

... zaczął się źle. Najpierw informacja o śmierci Kołaczkowskiej, potem kot, którego dokarmiam w czasie nieobecności Anne, zabił kosa przylatującego do naszego ogrodu. Poinformował mnie o tym, wrzeszcząc w niebogłosy, z ptakiem w pysku. Więcej się do niego nie odezwę. 

W pracy lepiej, audyt finansowy odbył się ekspresowo; jedna osoba sprawiła nam przyjemność wpadając zupełnie niespodziewanie i poprawiając statystykę, o innej dowiedziałam się z emilka. Już o drugiej byłam gotowa do wyjścia; wcześnie, więc pojechaliśmy do El Paso na naleśniki, tym razem podane jak się należy.

Powrót z El Paso w deszczu, z płytą kamienną The Cure:
— Kjurowe takie, mówię.
— Tak, Beksiński spokojnie mógłby się chlastać.
— Tylko, że już się pochlastał. Właśnie dlatego uważam całe to chlastanie za przereklamowane.
— Jednorazówka, filozoficznie przytaknął małżonek.

W domu, Fred zrobił obiad (długo przygotowywał wołowe kotlety mielone, gdy konwersowałam z mamą o naszych myszach — mama podzieliła się kocimi wiadomościami z domu: dzika kotka, która zrobiła rodzicom prezent w postaci kociąt, została dwa dni temu wysterylizowana, i goi się jak na kocie). Wieczorem wyszliśmy do ogródka; Kochany pochował kosa pod kwiatkiem, który kupił jakiś czas temu. Kwiatek nazywa się kangurza łapa albo anigozanthos. Resztki murawy oraz parę obciętych badyli wyniosłam na Rysiową górkę; tak niedawno pan kos kładł się tam i zażywał słonecznych kąpieli. Teraz myślę sobie, że przybysz regularnie przepłasza nam ptaki, o przerażonym hałasie porannym u skrzydlatych sąsiadów już nie wspomnę, bo to nie może być dobry zwiastun.

Folguję sobie ostatnio, nie ćwiczę prawie wcale; zamiast tego poświęcam czas na oglądanie najnowszego mietczynskiego (z Kochanym), który nadal jest w deserowym czerwcu. No i świetnie, Fajdrosa jeszcze ogarnę (już przeczytałam, zostały jeno przypisy i komentarze).

wtorek, 15 lipca 2025

2037. Robi mi się ...

... z tych dni pracowniczych jakieś dzień za dniem. Budzę się, jem, jadę, potem trzeba coś zrobić, wracam (dzisiaj autobusem, patrząc na siwe odrosty Ivy, leje, aż Blake chodzi od okna do okna, żeby wszystkie pozamykać). Kochany podekscytowany mocno zapowiedzią poważnego badania, które odbędzie się dopiero w następną środę, ale już wzbudza emocje; dobrze, że to się w końcu wydarzy, czekaliśmy kilka miesięcy. Pamiętam, żeby późniejszym wieczorem iść do sąsiadki i sprawdzić, jak się mają czarno-białe imigranty (kuwety na razie puste, widocznie koty wolały wyskoczyć do ogródka); piękne są, dorodne, ciekawe czy Bronka osiągnie takie rozmiary. Na razie Bronia jest wielkości suchego skrzata, a ruchami przypomina łasiczkę, jej kościsty kręgosłup przedziwnie wygina się w garbate esy floresy. Dzisiaj w trakcie zabawy koteczka znalazła na półce różową mysz, zabawkę wujka Ryszarda i obchodziła się z nią dość zaborczo (w myszy była chyba kocimiętka, bo Mleczak dostał ataków głodu na chrupki i ogólnie był nad wyraz podekscytowany). Oczko Maniowe ma się dobrze, problemy z pyszczkiem nie wróciły, zobaczymy, co jutro powie wet. Dziewczyny mają mnóstwo energii i w zabawie się nie oszczędzają (Bronia od weekendu ma lekko zranione prawe uszysko, ale nie chowa urazy).

piątek, 11 lipca 2025

2033. Przepiękny ...

... dzień (który musiałam zacząć od pracy :E, cóż), niezwykle ciepły, z mgłą morską przedzierająca się w kierunku lądu; przeczytałam sztukę Jona Fossego, The Dead Dogs (Oberon Books, 2014); porozmawiałam z szefową szefów, z rozmowy wynikła możliwość, że we wrześniu przejmę dowodzenie z automatu, łatwiej niż to wyglądało w czasie rozmowy o pracę.

Kochany przyjechał po mnie Babcią, jeszcze na chwilę podjechaliśmy do domu wywiesić pranie w ogródku. I do Carlingford, bo szkoda dnia. Na początku także tutaj zaskoczyła nas mgła zagnieżdżona w zatoce ...

Parkując natknęliśmy się na Aś; przyjaciółka pościła, ale nie miała problemu, żeby towarzyszyć nam w lunchu, więc we troje zaszliśmy do Ellen. Rozmowa była głównie o kotach. Okazuje się, że Aś z partnerem też ostatnio adoptowali mleczaka, całego białego (dostał biblijne imię, co mję wcale nie dziwi ;)).

Po obiedzie lody i spacer do mola, posiedzenie na naszej ławce, powrót przez zamek króla Jana.


W domu antybiotyki i patrzenie jak Mleczaki wcinają. Anne wpadła do nas, gdy maluchy były już po kolacji — przyniosła dary, dwie grube linki do gryzienia. Maniowe oczko wygląda dzisiaj prawie jak zdrowe. Siedzimy w przegrzanym Kuchniosalonie i nie robimy nic ważnego, Kochany przygotowuje się mentalnie do pracowniczego weekendu.

czwartek, 10 lipca 2025

2032. Dwudziesty dzień lata.

Rano napierdalanka kocia, oczko Maniusiowe wydobywać się zaczęło z zaczerwienionej powłoki, wrócił wigor, wróciły siuśki. Miałam niepokoje, bo dzisiaj gównażeria zostawiona na ponad dziesięć godzin sama w domu, ale cóż zrobić, chrupki i żwirek są za pienioszki, matka z ojcem poszli do pracy, coby głodu i smrodu w domu nie było.

Odnotowuję więc o poranku, że pani Stempelek któraś tam, młoda miła dziewczyna z pieprzykiem, ma na imię Lily.

W biurze byłam sama, z wszystkimi papierami odhaczonymi, więc zaczęłam się gnieździć jak kwoczka, a to laminować, a to plakaty i informacje przypinać pinezkami, miejsce swoje znaczyć (zdjęć rodzinnych jeszcze na tablicy nie ma, ale będą, oj, będą, mąż z kotami i bez kotów); zadzwoniłam do tatki, który w kowbojskim kapeluszu załatwiał sprawy i nosił przy sobie telefon, bo wczoraj mu mówiłam, żeby nosił.

Na tyłach biura jest podwórko zamkniętego blokowiska. Tuż po południu, zaparzając którąś z kolei herbatę, obserwuję kobietę z piątką dzieci, najmłodsze może mieć z dwa latka. Afganka? Czarna suknia, ale różowa chusta zasłaniająca twarz (niqab?), chętnie wyszłabym zagadać, jednak kobieta znika, gdy czajnik kończy gotowanie. Rodzina najpewniej zajmuje mieszkanie na pierwszym piętrze, tak wynika z przemieszczania się drobnicy, która regularnie zbiega i wbiega na zewnętrzne, metalowe schody.

Wyszłam z placówki pół godziny po trzeciej, nie doczekawszy się śladu emilkowego zainteresowania, po doczytaniu ostatniej strony książki Zsuzsy Bánk Śmierć przychodzi nawet latem (Czarne, 2023). Za zakrętem wpadłam na naszego Li, któremu głupi brat ogolił głowę na jeża. Zaprosiłam Li na jutro, może tym razem przyjdzie; widać, że chłopak jest kompletnie zagubiony i szuka przyjaznej twarzy. Potem już standardowo, marsz do Freda, miastem, następnie chodnikiem wzdłuż szpalerów budlei (o jakże mi dobrze wpadło do łba, żeby założyć sandałki, lnianą koszulę i fru fru spodnie, gorąc, stopni irlandzkiego Celsjusza pewnie z dwadzieścia czy). Zrobiłam zakupy w Lidlu i poczekałam na Kochanego; wyjechaliśmy do domu tym razem bez zwłoki.

Po obiedzie, zadzwoniłam do mamy, pokazałam rekonwalescentkę ciągle walczącą z wahaniami formy (trochę senny maluszek, brykać zaczyna dopiero teraz, na dodatek po południu żadnych pozakuwetowych siusiek, że znowu dopadają mnie zmartwienia — bo jak to bez siusiek, gdzie są siuśki?). I co się okazuje: u rodziców gdzieś na "gospodarce" okociła się cudza czarna kotka. Trzy maluchy dostały tymczasowo imiona po dziadkach (widać, taka nasza rodzinna tradycja), znajomy weterynarz szuka im dobrych domów.