Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jelenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jelenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2026

2403. Dzień siódmy.

Od wczesnego rana nad Miasteczkiem wisiała mgła. Po sąsiedzku kupiłam w owadzie świeże bułki (orkiszowe, pyszne), po wymeldowaniu się z pałacu około wpół do dziesiątej zajrzeliśmy do sklepu jeszcze raz (tym razem podjechaliśmy), żeby kupić wkłady do zniczy. Przez resztę dnia bardzo sobie gratulowałam, że założyłam dzisiaj lniane spodnie i takiż top, bo temperatura rosła z godziny na godzinę. Mieliśmy zamiar odwiedzić cmentarz, ale początkowo nie dało się tego uczynić od żadnej mańki, droga była zamknięta, z oddali dobiegał nas dźwięk pił. Za to podjechaliśmy do pałacu Lenno na kawę i ciastko, następnie wpadliśmy do cioci eR, który powitała nas następną kawą i ciastkiem :) Wyszliśmy na spacer dookoła komina spotykając przy kościele Annę i Krzysztofa z Lubomierza. Po gawędzie historyczno-obyczajowej poszliśmy nad Bóbr — niestety, rzeka wyglądała bardzo źle, w takich warunkach odwiedzanie zapory miało jeszcze mniej sensu, woda mulista, aż serce boli. Wróciliśmy do cioci w porze wczesnoobiadowej i zostaliśmy wypchani po korek domowym spaghetti. Dopiero po obiedzie, gdy byliśmy już na wylocie, udało się nam dostać na cmentarz; Kochany zapalił znicze na kilku rodzinnych grobach oraz na grobie dawnego znajomego dzięki któremu mąż odnowił kontakt z Perlistym.

Kochany miał w planach spotkanie z przynajmniej dwiema osobami, ale choć przejeżdżaliśmy obok domu Miłej, a mąż zadzwonił do Zbynia, nic z tego nie wypaliło.

Resztę dnia spędziliśmy w podróży, najpierw szukając chłodu i cienia w Jeleniej. Kochany zaparkował pod Nowym Rynkiem, łaziliśmy tam w kółko po dwóch księgarniach (szukałam Baranowskiego Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa i trylogii husyckiej Sapkowskiego), zjedliśmy lody u Sowy, ostrożnie wychynęliśmy w kierunku starego Rynku, żeby w końcu wylądować w Aroma Cafe. W drodze do rodzinnej wsi zatrzymaliśmy się jeszcze na MOP-ie Jawor Wschód, tylko na tyle, żeby się wesprzeć hot dogami. W domu rodziców po dziewiątej.







środa, 15 lipca 2026

2402. Dzień szósty.

O czwartej nad ranem obudził mnie silny deszcz, burza z piorunami, musiałam wstać, żeby zamknąć okno; okazało się później, że nikt oprócz mnie tego zjawiska przyrodniczego nie zarejestrował. Może więc jestem zającem pod miedzą z okiem zawsze gotowym do otwarcia. 

Środa była znacznie wolniejsza w porównaniu z ostatnimi dwoma dniami. Mieliśmy z Agniechą pogadankę poranną, poczem, wyturlawszy się i wydrapawszy się po leniwych brzuszkach, o jedenastej wyjechaliśmy we troje do Jeleniej na brunch w to samo miejsce Januszowe, co w poniedziałek (wcześniej zajrzeliśmy do pałacu w Miasteczku, żeby odebrać klucz od pokoju i mieć z głowy martwienie się, czy zdążymy na czas; Janusza brak, za to pierogi z jagodami tak samo dobre). Po udanym posiłku podjechaliśmy do pałacu w Pakoszowie na kawę (statysta postanowił kosić trawnik centralnie przed nami, poor devil). Był jeszcze przystanek w Kopańcu, oraz widok spod dawnego Förstelbaude w Gierczynie (ośrodek odrestaurowany dość festyniarsko, w stylu hotelu dla nowej-klasy-średniej).

Po tych podróżach lokalnych, o piątej byliśmy ponownie w zakątku Agniechowym tchnącym zenkiem. Obejrzeliśmy umocnienia przeciwpowodziowe, napiliśmy się zielonej herbaty, pogadaliśmy, zapuściłam ciekawskiego żurawia do prywatnego siedliska i dostałam w prezencie książkę oraz poradę w jakiej kolejności czytać historię wiedźmińską.

W Miasteczku pojawiliśmy się o ósmej; pałac wydawał się zupełnie opuszczony, ale mieliśmy kod do budynku i klucze do pokoju (znowu, tak jak w 2021, gdy byliśmy tutaj z tatką, urzędujemy pod jedynką), więc brak ludzi i duchów w niczym nam nie przeszkadzał. Rozpakowaliśmy lary i penaty, odbyłam krótką rozmowę z mamą (oberwanie chmury i lokalne podtopienia w Tcy), i wyjechaliśmy za rzekę. Ciocia eR była zaskoczona, przyjęła nas jednak miło, mogliśmy w jej lodówce zdeponować zapasy kiełby, strzeliliśmy po herbatce, zerknęliśmy na mecz Anglia-Argentyna, i wyszliśmy w ciemniejące miasto.








poniedziałek, 13 lipca 2026

2400. Dzień czwarty.

Pobudka była wczesna, piąta rano, na szczęście rodzice mają zwyczaj bardzo wcześnie budzić się do pracy, więc im nasza ekstraporanna eskapada nie przeszkadzała. Musieliśmy być kwadrans po ósmej na Nadodrzu, żeby z dworca kolejowego odebrać Pana Od Espresso. Wszyscy mamy wolny rozruch, koty jedzą śniadanie najszybciej.

Wyjechaliśmy z domu przed rodzicami. Asnyk wiozący PoE był trochę spóźniony, mogłam podziwiać przedwojenny dworzec ulegający entropii oraz zauważyć, że ogłoszenia są w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, bo takie są czasy. Lubię pociągi. Po przywitaniu z PoE cisnęliśmy dalej. Najpierw El Gato na Gubińskiej, następnie podróż do Jeleniej i brunch w Skradli Widelce (maciupka sytuacja, dosiedliśmy się do Lesława z rodziną, pierogi z jagodami boskie) → spacer Jelenią (→ bazylika mniejsza Erazma i Pankracego → napitki w Aroma Cafe → mijanka z cerkwią Piotra i Pawła → krótka wizyta w kościele garnizonowym, co łaska 5 złotych). GPS w telefonie i skręt w ściernisko. O miejscu Agniechy nie miałam wyobrażenia, dałam się zaskoczyć z wielką przyjemnością. Łąka za płotem śpiewa. Ciepło bardzo.





niedziela, 15 marca 2026

Postscriptum #2279.







Jeszcze coś? Fred chodził w musztardowym swetrze. Z domu w centrum Miasteczka została tylko frontowa ściana, ale przynajmniej coś się zaczęło, jakaś pozytywna zmiana, a nie tylko butwienie i rozkład. Na cmentarzu cieszą, jeśli tak można powiedzieć, odrestaurowane kaplice nagrobne. O wiele za późno, ale lepsze to niż nic (zachodziłam w głowę, czy widziałam je już w tym nowym stanie, czy tylko wizualizowałam sobie zmiany. Ale nie, remont był rok temu, może tylko o tym czytałam). Opuszczając cmentarz Kochany pomógł starszej pani, zapalił jej znicz. 

Nad tamą dominowały dźwięki stukania i wiercenia, prace trwają, droga na koronie zamknięta. 

Jelenia jak zwykle, mieszanka rozkładu i twórczości. Może dlatego, że byłam tu wcześniej kilka razy, zauważam głównie twórczość, remont szeregu starych budynków przy Fortecznej. Ktoś coś ratuje, widać, że jest wizja (ogólnie, jadąc prowincjonalną drogą dolnośląską widać bardzo, gdzie mieszkają świry, które dokonują ekstra wysiłku; kochamy świrów). Wracając w kierunku Nowego Rynku wyhamowujemy za panem robiącym inspekcje koszy na śmieci, żeby nie zaciągać jego zapachu. Po drugiej stronie drogi spotykamy siostrę znajomych z Irlandii. Świat jest mały.

sobota, 14 marca 2026

2279. W tę i z powrotem.

Wyruszyliśmy do Miasteczka o dziewiątej. Pogoda sprzyjała, choć oczywiście w miarę zbliżania się do gór nasilał się chłodny wiatr. Trochę nas tu nie było, pozmieniało się to i owo, wiele innych spraw wcale nie. Kochany kupił w Dino wkłady do zniczy, w drodze na cmentarz zajrzeliśmy na pięć minut do rodziny (powiadam: chodzenie po wizycie w toalecie jest znacznie przyjemniejsze niż przed wizytą w toalecie), przyjęła nas Hana z mokrą głową i jej rudy kot. Mrzygłoda spotkaliśmy później, gdy trawersowaliśmy przez rynek. Oczka świeciły mu się złowieszczo, jak zwykle.

Tama sucha, zamknięta dla odwiedzających. Majestatyczna. Tak jadąc to tu to tam, zauważyłam cmentarz pożerany przez barwinek, potem dość niespodziewanie w ogródku mijanego domu zobaczyliśmy Miłę. Przy Miłej zatrzymaliśmy się na chwilę, podobnie przy cmentarzu — prawie go już nie ma, kilka nagrobków, doły po grobach, jednak ktoś zostawia znicze. Wieczorem znalazłam informację, że to dawny cmentarz ewangelicki, zdjęcia jego stanu sprzed kilku lat są mocno nieaktualne. 

Po inspekcji tamy, pojechaliśmy do Jeleniej (panorama Karkonoszy jak zwykle mnie zaskakuje). W mieście zjedliśmy obiad na zewnątrz bistro Green House, bo niewielka restauracja była w całości wypełniona klientami. Długo czekaliśmy na zamówienie, warto było (wiatr szumiał nad głowami, Kochany wrócił do samochodu po dodatkowe okrycia). Podjechaliśmy też bliżej centrum, na kawę w Aroma Cafe. Przyjemne miejsce, pluszowe, pełne wygodnych foteli poupychanych w wąskich zakamarkach.

Droga powrotna nie zajęła nam więcej niż dwie godziny. Może jutro dodam coś więcej; podróże cieszą, ale zużywają, teraz mam ochotę wyłącznie na siedzenie z nogami na lampie i zerkanie na gangsterów mordujących się w Ojcu chrzestnym.

piątek, 21 czerwca 2024

1648. Powrót do świata.

Z perspektywy trzech noclegów kolejność brzmi następująco: Odrodzenie miejsce pierwsze, Hala Szrenicka miejsce drugie, Dom Śląski miejsce trzecie.

Ze zmęczenia dopadła mnie bezsenność. Nie musieliśmy się dzisiaj spieszyć ze wstawaniem, bo tylko pakowanie i śniadanie, mimo wszystko jednak sen miałam przerywany, marnie regenerujący. O ósmej zeszliśmy na śniadanie (jajecznica z pieczywem), przy okazji znowu widzieliśmy się z Wackiem (siedział na dachu za oknem, wpuściłam go do jadalni).


Droga ze schroniska do Szklarskiej jest stroma i uciążliwa (pomimo raczej gładkiej nawierzchni), nie chciałabym jej przemierzać pod górę, szczególnie tego upalnego dnia.

Po długim marszu (minęliśmy m.in. wodospad Kamieńczyka) doszliśmy nareszcie do Szklarskiej i żeby się ochłodzić weszliśmy do pierwszej lepszej lodziarni (Lokalna na Jedności), która jak raz okazała się znakomita. Gdy dopełzliśmy do przystanku, byliśmy o kwadrans spóźnieni na autobus 107 do Jeleniej. Psiakość. Albo nie. Zjedliśmy makaron w Kamiennym Piecu, restauracji po sąsiedzku. Następny autobus miał zepsutą klimatyzację i naburmuszonego kierowcę, nałogowego palacza. Na szczęście, zaraz mieliśmy dobre połączenie do Miasteczka. Dopiero w Jeleniej dotarło do mnie, że to ostatni dzień szkoły (w autobusie spotkaliśmy córkę Mrzygłoda). 

Nareszcie Miasteczko. Wysiedliśmy przed mostem, zaszliśmy do domu kultury (Deniro do nas zeszedł chwilę porozmawiać). W bloku ciocia eR przywitała nas botwinką i naleśnikami z serem (najpierw wskoczyliśmy pod prysznic, bo wiadomo; ciocia chodzi ubrana w non-ironowe fartuszki, jak babcia Mania, zapomniałam, że niektórzy starsi ludzie nadal ich używają). Mieliśmy pójść na spacer, ale w międzyczasie na naleśniki wpadła Hana, nad Miasteczkiem zawisła burza, a ciocia włączyła tv na mecz Polska-Austria (burza na jakiś czas odcięła prąd, mała strata). Poszliśmy na krótki spacer dopiero po meczu.

Czyżby lato?

poniedziałek, 17 czerwca 2024

1644. Miasteczko.

Nad ranem budziłam się kilka razy, rozbudzał mnie blady świt o czwartej, różne strefy czasowe na zegarkach oraz nocny fitness Rozalki i Wojtusia. Bałam się, że prześpię budzik, albo że źle go nastawiłam (chciałam pożegnać się z mamą przed jej wyjściem do pracy). Niebo przed godziną siódmą było bez jednej chmurki. Pięknie. 

Objadłam się zupą pomidorową (kiedyś babciną, teraz już maminą), jeszcze raz przejrzałam, co biorę, a czego nie biorę; tatko wrócił z miasta (przywiózł nam świeże pieczywo); po dłuższym budzeniu się, kręceniu i doprowadzaniu do stanu używalności (Fred w ogrodniczkach przeciągał się i pił kawę z pół godziny), po dziewiątej wyruszyliśmy. Komitet pożegnalny:

Jechaliśmy przez Tcę, więc była kawa w Kocie oczywiście. Zrobiliśmy też zakupy w aptece, tak na wszelki wypadek.

A w Kocie spotkaliśmy Psycholoszkę. Bardzo była miła ta rozmowa. I klimaty takie, o:

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do Tadka, żeby przez ponad dwie godziny, nad zieloną herbatą i ptasim mleczkiem, rozmawiać o rzeczach ważnych i istotnych oraz dyskutować na temat miru domowego z jedną Franciszką.

Potem Jelenia i obiad w restauracji Kucie Smaku na placu Ratuszowym (dla mnie pierogi ruskie, smażone, i bukiet sałatek). 

Nareszcie Miasteczko. Przywitaliśmy się z ciocią eR i poszliśmy na dłuższy spacer, na cmentarz i po izotoniki. Po drodze Fred rozmawiał z paroma ludźmi (bo wiadomo). Po powrocie zostaliśmy nakarmieni i załapaliśmy się na początek meczu Francja-Austria. Przyjechał Mrzygłód, ustaliliśmy grafik poranny na jutro. Wreszcie, po dziesiątej prysznic i spać. Za oknem burza.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

621-622. Cały pałac nasz.

W niedzielę wróciliśmy do naszego pokoju przed dwunastą w nocy. Bo było tak, że rano, po śniadaniu tatko już się spakował i przed odjazdem wyszliśmy na Miasteczko obchodząc jego najważniejsze punkty (wpadliśmy także na Politajewa). Następnie wyskoczyliśmy do Lubomierza (tatko nie wziął swojego ekwipunku sądząc, że jeszcze wrócimy do hotelu), i zrobiliśmy nawet krótką inspekcję w kościele (po drodze jeden pan wychylił się z samochodu i pochwalił moją kamizelkę; bardzo nietypowe, bardzo miłe). Potem już droga na Świeradów Zdrój — zarezerwowany stolik na sześć osób w restauracji przy hotelu, gdzie kuchnią dowodzi dobry znajomy Freda. Przyjechaliśmy godzinę wcześniej, a ponieważ hotel był trochę daleko od centrum, poczekaliśmy na gości przy kawie. Pora obiadowa upłynęła w miłej atmosferze — pięciu dorosłych i nastolatka czytająca Zafóna. 

Podwożenie taty do domu trochę trwało, był krótki postój na Zakręcie Śmierci i korek w Jeżowie pod Bolkowem, który spowodował, że do S8 przebijaliśmy się przez jakowyś Pogwizdów i Kwietniki. W domu byliśmy po ósmej, zjedliśmy parę kanapek, zwinęłam zapomniane kosmetyki, i ziuuu w drogę powrotną. Nic nadzwyczajnego, oprócz tego, że już niedaleko naszego celu spotkaliśmy na środku drogi dwa zagadane jenoty.

Dzisiaj plan był luźny, ale się zagęścił. Rano jako jedyni zjedliśmy śniadanie, prawie jak jaśniepaństwo (obsługiwani przez pana Krzysia, dorodnego i kudłatego). Potem podjechaliśmy do centrum Miasteczka, Fred umówił się w domu kultury na spotkanie na jutro (w sali Michała była akurat wystawa zdjęć Piotra Dziełakowskiego Żuraw w lesie, poza tym na parterze wśród zdjęć pamiątkowych były fotki Fredowego wujka) i poszliśmy na spacer w poszukiwaniu idealnego domu. W rynku natknęliśmy się na ciocię eR wracającą z zakupów, a z ciocinej kawy i ciastka szybciej niż sądziłam zrobiła się dwunasta po południu. 

Wizytę w Jeleniej Górze zaczęliśmy od parkingu w piwnicach Nowego Miasta. Udało mi się kupić (na szczęście) tylko jedną książkę, Czarną owcę medycyny Liebermana. Spacer deptakiem został zwieńczony w Gitarą i Piórem posiłkiem tak zacnym, że nie było już miejsca na kawę (zresztą wydaje się, że Wojtek nie rozstał się w przyjaźni z obecnymi właścicielami kawiarni, którą mąż miał na oku). Więc tak trochę się plączemy, bo do godziny piątej po południu i zaklepanego spotkania z Anią zostało trochę czasu. Fred zabrał mnie na Górę Szybowcową, popatrzyliśmy sobie na świat z wysoka. A Ania, cóż, kolejny raz zrobiła Fredowi psikusa i wysłała mu oświadczenie w formie zapytania, że przekłada spotkanie, bo musi pomóc córce. Aa-aa.

Chleb kupiony, kabanosy w bagażniku, tymczasem proszona herbatka u cioci zamieniła się w regularną kolację z kiełbasą na gorąco i sałatką grecką. Dołączył do nas Mrzygłód z córką, których wczoraj gościliśmy na obiedzie. Z powodu ciągłego ruchu w interesie zapomniałam zadzwonić z pytaniem jak tata się ma po podróży. Teraz się relaksuję zachwycona odpływem pod prysznicem, który został udrożniony przez pana Krzysia w czasie naszej nieobecności. Plan na noc: doczytać do końca Emigrantów Mrożka (Noir sur Blanc, 2003) nawet chociaż mi się nie chce.