Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waldenburg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waldenburg. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 maja 2025

1989. Więcej ekscesów i powrót.

Obudziliśmy się na strychu, w XIX-wiecznym łóżku (pierwszy raz w życiu spałam pod kołdrą obciążeniową, dobre to), w mieszkanku, gdzie za blat kuchenny służy granit ze Strzegomia kupiony jako kamień nagrobny dziecięcy. Marksista zrobiła nam płyny poranne, po czym zaczęła tworzyć z Fredem hymn szczurzy na bazie hej kto Polak na bagnety. Po śniadaniu twórczym (dla mnie płatki kukurydziane na mleku, dla Freda pierogi z Biedry), wyszliśmy z Kochanym w kierunku Kiełkownicy (która dla reszty mieszkańców jest wieżą widokową).

Jako że Marksistka poleciła grzyby gatunku golden teacher i kościół pokoju w Świdnicy, poczuliśmy się wystarczająco zachęceni do tego drugiego: po czułych pożegnaniach (cesarz W jeszcze raz wsparł swoją cesarską łapkę na prowincji zamorskiej) wyjechaliśmy ok. południa, w deszczu i w deszczu poszliśmy zwiedzać. Piękny obiekt i jak reszta wydarzeń z dwóch dni, skłania do pewnych refleksji. Wychodząc za 15 zeta kupiłam płytę-składankę z muzyką organową (trochę Bacha, ale też Widor czy Händel).

Coś w mojej głowie nie stykało, bo zdawało mi się, że do Tcy jest strasznie daleko, tymczasem to trochę ponad godzinny rajd, częściowo autostradą. Tuż przed trzecią zapukałam do maminego biura i zaprosiłam ją na obiad. Podjechaliśmy z Kochanym do chińczyka, poczekaliśmy na rodziców, zrobiliśmy zamówienie. Po obiedzie rodzice pojechali na zakupy, a my z buta poszliśmy do Kota (samochód został pod kinem). W Kocie tą razą chemex z Indonezją, całkiem przyjemny.

Przed szóstą na powrót w domku pod lasem. Głównie relaks, nadrabianie pisaniny; aura uspokoiła się nieco, ale gdy z mamą i Maksiem wyszłyśmy na późny spacer, wróciłyśmy w podskokach uciekając przed burzową chmurą. Późna kolacja, trochę próbujemy przekazać myśli i przeżycia. 

Przez dwie ostatnie noce nasze łóżko było zajęte; znowu przyjdzie się nam rozpychać.

wtorek, 27 maja 2025

1988. Z prawa na lewo.

Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.

Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny. 

Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E. 

Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.

GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.

Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza. 



Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.

W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.