Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opolskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opolskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 maja 2025

1988. Z prawa na lewo.

Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.

Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny. 

Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E. 

Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.

GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.

Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza. 



Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.

W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.

poniedziałek, 26 maja 2025

1987. Poniedziałek zygzakiem.

W nocy padał deszcz, powietrze o poranku było wilgotne. Wykaraskaliśmy się z łóżka już po tym, gdy tatko zawiózł mamę do pracy. Mieliśmy plan na dzisiaj i jutro, walizki spakowane, więc tylko trzeba było nam wskoczyć do starego opla i pojechać najpierw w kierunku Wro, bo byliśmy na jedenastą umówieni z Ewelką w Magnolii. Oczywiście wysłałam mamie na FB życzenia z okazji dnia matki. 

Ewelka zaskoczyła mnie w Empiku (po tym jak zaskoczyła mnie pani sprzedająca, która trzy razy wyraziła zachwyt nad moimi włosami); we troje usiedliśmy w cukierni Sowa przy kawach, potem przeszliśmy się na spacer w celu znalezienia prezentu dla wujostwa (zestaw herbat i żeliwny czajnik z Five o’clock).

Na drugą miałam wizytę u dentysty; przeszłam się tam na piechotę, bo to w sumie rzut beretem. Byłam kwadrans wcześniej i wszystko odbyło się raz dwa. Wynik: korzeń do usunięcia, ale nie mogłam tego zrobić teraz. W najbliższym czasie korona (tak postanawiam), a na razie piaskowanie. Z siekaczami olśniewającymi bielą udałam się po dalsze przygody.

Wróciłam do Kochanego, jeszcze raz uścisnęłam Ewelkę (na pasach dla pieszych, bo tak się złożyło, że razem z Fredem zmierzała w moim kierunku) i w drogę, do wujostwa, zobaczyć co tam u nich. Pojawiliśmy się w opolskim o piątej, wujostwo w proszku, bo oczekiwali nas godzinę później. Podziwiałam zaopiekowane koty oraz kilka odmian hortensji w pełnym rozkwicie; wszystko pięknie, obejście na tip top.

Ciocia zaserwowała pyszny obiad przepraszając kilkakrotnie, że nie jest dość ekskluzywny. Drzemka, kochany z wujem i psem spacerują. Ciocia Ce serwuje wspaniałą kolację przepraszając, że nie jest wystarczająco wspaniała. Siedzimy do jedenastej wieczór przy stole. Staramy się robić jak najmniej zamieszania, ale pomóc nie możemy.

poniedziałek, 4 września 2023

1358. Chata wolna.

Znowu spałam raczej słabo, tym razem z napięcia, okno było uchylone i do środka wpadał przyjemny, nocny chłód. Wstałam o szóstej, więc mogłam pożegnać się z mamą, która wybywała do pracy, zjadłam pomidorówkę jeszcze zanim Kochany wygrzebał się z wyrka. Mycie włosów, jajecznica na śniadanie, picie kawy ze szklanki z różą (to babci Mani), pakowanie się pobieżne (w końcu nie wyjeżdżamy na księżyc, jakieś rzeczy do wzięcia na później zostają).

Wyjechaliśmy przed zaplanowanym czasem, ale dzień jakoś się rozlazł. Już o 10 śmigaliśmy S8, a przed dwunastą podjechaliśmy pod dom cioci Ce. Jak można było się spodziewać, ciocia przygotowała wszystko na tip top; ciasto najlepsze z możliwych, obiad dwudaniowy (mieliśmy wpaść tylko na herbatę). Zasiedzieliśmy się do po trzeciej, wujek zabawiał nas rozmową o Polsce suwerena (głośno się zastanawiał, czy nie warto byłoby zwiać do Czech i dziwił się swoim dzieciom, że same gdzieś nie zwiały), ciocia była mocno zniknięta w swojej skrytce kuchennej. Dopiero, gdy wychodziliśmy, pojawił się temat wiadomy. Trudno o tym rozmawiać, chyba jeszcze się nie da. Zapakowałam dwa kawałki jabłecznika, które zjedliśmy przy kawce na mopie w Wiśniowej Górze.

Do NA dojechaliśmy o zmierzchu. Gdy sapiąc wdrapaliśmy się po schodach, żeby odebrać klucz od sąsiadki z góry, słońce właśnie zaszło na dobre. Kochany wziął mnie jeszcze na spacer po nocnym mieście; zrobiliśmy trasę do Okrąglaka i z powrotem; gdy wracaliśmy nad blokiem świecił Wielki Wóz. Świekra przez telefon podała nam hasło do wifi. Nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy tu razem zupełnie sami.