Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.
Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny.
Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E.
Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.
GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.
Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza.
Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.
W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.





