środa, 27 maja 2026
2353. Rada: nie machać łapulkami.
środa, 20 maja 2026
2345-2346. Trzeba sobie jakoś radzić.
Wczoraj (wtorek) nie chciało się mi nic pisać — dzień był długi, szary, Kochany pracował do siódmej, więc wracałam do domu autobusem, a po powrocie na wieś wychynęłam jeszcze tylko raz, żeby w sklepie za rogiem kupić sos pomidorowy do obiadu. Kiedy jedliśmy, dziewczynom udało się otworzyć drzwi i wyjść na chatę. Kochany zauważył incydent dopiero, gdy odebrał telefon od gościa, który wpraszał się na dzisiaj do mierzenia okien i drzwi, albo czego tam. Poza tym pamiętałam i pamiętałam, ale wieczorem dopiero Fred przypomniał, żeby zadzwonić do mamy z okazji jej urodzin. Mama zjadła 1/4 tortu i podliczyła, że ma lat dokładnie 15 (to mniej niż ostatnio, ale przecież bywa i tak). Po rozmowie nie bardzo chciało mi się cokolwiek innego poza prysznicem i książką. Pozwoliłam sobie na dłuższą lekturę, bo budzik nastawiłam dopiero na siódmą.
Powód późniejszej pobudki taki, że rano miałam kolejne pobranie krwi. Skoro o dziewiątej byłam oczekiwana na czczo, motywacji do zrywania się przed świtem brak. Wbrew obawom procedura pobrania była tym razem ekspresowa, z piętnaście sekund i git (inna kobieta pobierająca, mniej współczująca, za to szybka jak perszing). Spóźniłam się do pracy o wiele mniej niż zakładałam. Pierwsza część dnia jak w malignie, pewnie z powodu braku śniadania, a może z natłoku myśli. Teresa genialnie ogarnęła kołchoz, szefowa wpadła przed jutrzejszym audytem; wyszłam kupić burrito i kawę u Turka. Tymczasem Fred miał multum spraw w rozjeździe: wyjazd do mechanika, żeby uregulować rachunek (El Paso), powrót do domu, bo się trzeba było zaopiekować panami od mierzenia spraw, spotkanie z Dżakiem w temacie monodramu (Drołda), odebranie skołowanej żony z pracy ;)
Podczas spaceru z myszkami znalazłam resztki jasnoniebieskiej skorupki w bladobrązowe ciapki. Googiel mówi: kos. Możliw, bo rzeczywiście pan kos wpada do nas regularnie, także tego popołudnia, na sałatkę jabłkową.
Kochany długo robił gulasz, na ten czas wyniosłam się do salonu, cebula dawała ponad moje możliwości. Wzięłam ze sobą koteczki, za bardzo się jednak kręciły. Wieczór: obiadokolacja z deserem (środa = świeże tartaletki), obgadywanie świata. Nie chce mi się myśleć o jutrze, więc nie myślę i już.
poniedziałek, 6 kwietnia 2026
2302. Mruczymy ...
... sobie do uszu jak dwa stare niedźwiedzie. To ile masz latek teraz? pokaż na palcach. Mąż liczy na jednej dłoni, ale rezygnuje. Wstać trzeba, myszy w Kuchniosalonie już niespokojne, jeść, kupa, kochać. Gdy Kochany obrządza koty, dzwonię do rodziców, którzy są już po śniadaniu. Składają Fredwi życzenia, potwierdzają, że wieje.
Po śniadaniu (żur á la Fred) jedziemy do Kildare, najpierw do centrum miasta w nadziei zainstalowania się w dobrej kawiarni. Niestety w Square pocałowaliśmy klamkę. Trudno, poszliśmy do The Ball Alley, na kawę i ciastko (ciastko było na pewno z mlekiem, teraz pozostaje mi wyczekiwać efektów; w tle Nina Simone, tylko patrzeć jak mi vloga zablokują):
Następnie pojechaliśmy do Village, gdzie Kochany szukał prezentu dla siebie. I znalazł! W Gant dwie pary rękawiczek wyściełanych kaszmirem, u Armaniego koszulę w ulubionych kolorach. Na deser hot dogi (zjadłam połowę, dla mnie zbyt hot) i jadziem do domu. Niby takie hop siup, nic się nie działo, a tymczasem jest już dobrze po piątej.
Z życzeniami dzwoni najpierw Usz, potem Wu. Jemy białą kiełbasę, ja tylko trochę, bo znowu za dużo przypraw (nie wiem, co ludzie mają z tymi przyprawami), więc wieczorem w erfrajerze robię frytki (Kochany już idzie spać, dobranoc, pchły na noc).
sobota, 4 października 2025
2118. Urodzona w szabes …
… podobno o 1:40. Czyli wylądowałam w Polsce nowo narodzona (akurat zapadałam w kolejny mikrosen, gdy koła podwozia zaboksowały w lądowisku o godzinie 1:44). Jak na narrację sztormową, lot był spokojny; w czasie podróży zaczęłam czytać Prawiek i inne czasy. Reszta wydarzeń równie gładka, szybko przeszliśmy przez granicę, Fred błyskawicznie odebrał bagaż, chwila i już witaliśmy się z rodzicami. Kochany przejął od tatki kierownicę i chodu przez Wrocław (mama jeszcze nie czytała o śmierci Hiacynty Bukiet i był to jeden z tematów podróżnych).
Pod lasem niebo usiane gwiazdami, wokół domu nowy chodnik ułożony przez tatkę; w środku przywitała nas czarna banda (pierwsza była wścibska Józia). Zębów mycie i sen (trzecia czasu lokalnego).
Wstałam o ósmej, oczywiście czarna banda zaraz mnie dopadła, Bronek i Frania bez pardonu zaczęli się pakować w cudze śniadanie, gorsze to to od szarańczy.
(Józia z mamą też plątały się to tu to tam). Tymczasem za oknem poranna loża krytyków (Maciej jest już chyba głuchy, nie reaguje na stukanie w szybę):
Zmiany pokoleniowe są bardzo zauważalne: Maksiu ledwo chodzi, Wojciech i Niunia głównie śpią (pociesza fakt Niuniowej puchatości, koteczka jest znacznie grubsza niż przy poprzedniej wizycie, co ma znaczenie, bo wrażliwość jej brzuszka od kilku miesięcy jest dużym problemem zdrowotnym); Rózia, Rozalka i Zosia nie pogodziły się z obecnością w domu czarnej bandy, Gosi Koty i trójki jej dzieci, złodziei obierek ziemniaczanych i kolekcjonerów cudzych skarpet; Filemon ciężko choruje i odmawia leczenia. Poniżej cień Filemona za płotem, na pierwszym planie Gosia Pies z Mruczysławem kopiują układ choreograficzny ze starej foty Macieja i Malinki:
Rozmowy z rodzicami, idealne prezenty Fredowe (cztery książki Fossego, mnóstwo filmowej klasyki na dvd oraz muzyka na cd); od razu przeczytałam książkę Fossego Dziewczynka ze skrzypcami, króciutką historię ilustrowaną dla dzieci. Rodzice pojechali na zakupy. Odbyłam urodzinowe wideokonferencje ze świekrą i z Celtem. Plany miałam na dzisiaj trochę inne, ale byłam zbyt zmęczona na wymyślanie wysublimowanej aktywności kulturalnej — są takie dni, że jedzenie, rozmowy i drzemanie wystarczą (wyszłam na dwór tylko na chwilę, stąd foty Mruczysławowo-Gosiowe; drzewa szumiały).
Zjedliśmy bigos, na deser zdmuchnęłam świeczki z liczbą 50 na torcie śmietanowym z malinami. Dostałam od rodziców piękną, złotą bransoletkę z miasta Łodzi i kubek z napisem motywacyjnym, z którym zgadzam się po całości. Tak miło się zrobiło, że musiałam udać się na drzemkę. Prosz (Wojtuś wyleguje, na ręce wspomniana bransoletka):
wtorek, 27 maja 2025
1988. Z prawa na lewo.
Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.
Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny.
Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E.
Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.
GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.
Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza.
Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.
W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.
poniedziałek, 19 maja 2025
1980. Poniedziałunio.
Moje Kochanie kilka minut temu przywitało się z rodzicami na lotnisku we Wro; pilotowałam tę sprawę z obydwu stron, bo najpierw na messengerze dywagowałam z rodzicami czy kto wychodzi i co tak długo, a potem odebrałam wideo od Freda. Wszystko pod kontrolą ;)
Czyli siedzę w domu sama po późnej kolacji złożonej z dwóch jaj na miękko podanych w podstawkach w kształcie świńskich ryjków. Rano Kochany postanowił mnie podwieźć do pracy, a dopiero potem dokończyć pakowanie; po południu już się nie zobaczyliśmy, małżonek przemieścił się do stolicy zanim skończyłam pracę.
Aura nie najlepsza, słońce oszukuje, wiatr zimny. Po powrocie do domu kilkakrotnie rozmawiałam wirtualnie a to z Kochanym, a to z mamą-solenizantką (która myślała, że tatko zapomniał, ale nie zapomniał, i tort śmietanowy wjechał na stół). Nastawiam budzik i wskakuję pod kołdrę z mocnym postanowieniem doczytania Sacksa na tyle, żeby jutro lekturę definitywnie skończyć i poważnie zająć się czymś innym.
niedziela, 6 kwietnia 2025
1937. Przedostatni.
Ach, rano zupełnie przez przypadek natknęłam się na pierwszy odcinek Robina z Sherwood z Michaelem Praedem. Wielki sentyment.
Temperatura bardzo niska, przed południem z nieba spadł pierzasty śnieg; nie było go dużo, ale sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie, pierzaste, białe ciapki fruwające na wietrze. Zostaliśmy w domu; czas spędziliśmy na gadaniu, szuraniu w genealogii i zerkaniu w odbiornik tv.
Zjadłam pyszny rosół i wyszłam na chwilę pomyszkować w obejściu. Znalazłam stare wydanie Pałacu Myśliwskiego, które zamierzam wziąć do domu na poczytanie i oddanie.
Wieczorem zafascynował mnie dokument Zagadka egipskich hieroglifów i bracia Champollion (2022). Tak się zajęłam rozkminkami umysłowymi, że rozmawiając po raz pierwszy z Kochanym zupełnie nie zatrybiłam, dlaczego wszyscy do niego dzwonią (choć wiedziałam to jeszcze rano). Jeden z plusów wieku: można zwalić na starość. Happy birthday, my love.piątek, 4 października 2024
1753. Happy b-day 2 me.
Budziłam się nad ranem z trzy razy, najpierw około szóstej, potem po siódmej, i tak się kręciłam jak jeżyk zawijający się w kulkę, i nawijałam na siebie kołderkę, że kiedy nareszcie postanowiłam coś zrobić z tym porankiem, Freda obok nie było, a na zegarku stała 9:40.
Przy herbacie i granoli odbierałam hołdy na FB i poza. Kochany odpalił Tatę Kazika Kultu. Tatko zadzwonił z życzeniami, przy okazji podzielił się ze mną odkryciem, że prof. Reinert u którego kiedyś pracował, zmarł jeszcze w 2017 roku (27.11).
Na obiad po pół porcji łazanek z polskiego sklepu i po drugiej wyjechaliśmy w siną dal. Tzn. nie aż taką znowu siną, bo do El Paso na urodzinową kawę i równie urodzinowe naleśniki. Chociaż może troszkę, bo im bardziej na północ, tym bardziej mżawka zmieniała kolory krajobrazu. Naleśniki z syropem klonowym zjadłam tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia ;D Potem poszliśmy z Kochanym do księgarni i takie oto książki urodzinowe wybrałam:
Powód dokonanego wyboru jest taki, że łączy je królik na okładce :D Dobry powód, moim zdaniem. Dopiero potem zauważyłam, że jedna dostała Bookera, a druga była na liście do tej nagrody. Well. Gdy wracaliśmy do samochodu, jakiś Irlandczyk na chwilę zawiesił na nas wzrok; Young love! orzekł ;D
Byliśmy na wieczór umówieni z Ka & Jot; ponieważ zostało trochę czasu do wizyty, najpierw udaliśmy się w gęstniejącej deszczomgle do Newry, gdzie Kochany kupił sobie ciekawą marynarkę, koszulę dla taty i szkicownik dla mnie, a w innym miejscu zimowy zapas ziarna dla ptaków. Potem wróciliśmy do El Paso i na godzinkę weszliśmy do suszarni. U przyjaciół siedzieliśmy do dziesiątej wyjaśniając sobie w chaotycznych dyskusjach, co to jest gender identity, i różne takie inne. Bardzo dobry dzień. Słuchamy Faun Fables, Kochany już sposobi się spać (gdyż jutro musi do pracy, blee).
wtorek, 28 maja 2024
1624. Skleroza, mówią, nie boli.
Obudziłam się z bólem krtani, mało finezyjnym, jakby w nocy przeskoczyła mi jakaś chrząstka w głębi mojego jestestwa. No ale co zrobić, trza się było turlać. Kochany nadal pracuje w Drołdzie, więc znowu zabrałam się z nim rano, żeby dłużej niż zwykle siedzieć w kawiarni i ostentacyjnie mieć wszystko w nosie. W przerwie na lunch zaszłam za to do B&B i ucięłam sobie pogawędkę z miłą, starszą panią o tym, co w życiu najważniejsze. The same to you, don’t work too hard, trąciła mnie na odchodnym Joan Flanagan/Fannigan z Carlingford. Nie zamierzałam, he he (tym bardziej, że ciągle szukałam swojego klucza do biura, z pięć razy najmniej).
Majkel zabrał się z miasta tym samym autobusem co ja, przygaszony, wstawiony, sunący krokiem staruszka z parkinsonem. Wysiadł przy Mace i dotarł do domu akurat, gdy Kochany był już na miejscu. Nie sądzę, żeby sąsiad przygotowywał się do przeprowadzki. A tu maj kończy się bezlitośnie.
Obiad mieliśmy przedziwny, krokiety ze sklepu i jogurt z granolą. Kiedy tak jadłam ten jogurt, w telefonie odpalił jakiś dings, a kiedy odpalił dings, pomyślałam sobie, czy to poniedziałek. Nie poniedziałek, gdyż poniedziałek był w poniedziałek, czyli po niedzieli, a ta była przedwczoraj. Zapomniałam o urodzinach tatki! Więc jeszcze z ustami pełnymi granoli zadzwoniłam z życzeniami kajając się solennie. I tak sobie rozmawiając, a to z solenizantem, a to z mamą, spędziłam prawie godzinę na pogaduchach o stanie świata. Całkiem możliwe, że mama zaczyna właśnie swoje ostatnie trzy miesiące pracy ever (ciekawe jak się ułoży, bo jej aktualna niepewna sytuacja pracownicza ma mniej wspólnego z wiekiem, od dekady zaawansowanie emerytalnym, a więcej z pisowym bezhołowiem).
No i tak to; filcowy bąbel do klucza pracowniczego przyszyty (daj jeżu, żeby to pomagało w lokalizacji artefaktu); rozmowa Freda z Ka podsłuchana (przyjaciele zmieniają samochód); jeszcze jasno, ale powoli trzeba zacząć się mościć.
niedziela, 19 maja 2024
1615. Zmęczenie.
Śniadanie było raczej późno (Kochany nie czuł się w nocy za dobrze, chorował, nie wiadomo, co mu zaszkodziło). W końcu około południa zdecydowaliśmy się na spacer nad morze; na plaży były obchody 125-lecia stacji łodzi ratunkowej, minęliśmy gęstniejący tłum i poszliśmy w kierunku Termon. Siedząc na falochronie zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia urodzinowe.
Słońce raźnio przyświecało, odpływ był ogromny, więc mogliśmy oddalić się od brzegu i podziwiać zakwitłe glonami rumowiska. Po powrocie do hangaru Majkela stanęliśmy w kolejce po lody i chwilę jeszcze kręciliśmy się w okolicy (zespół grał szanty, był konkurs na najlepszy zamek z piasku, na scenie stanął w końcu chór męski z panami w wieku mocno średnim; spotkaliśmy Lisę, potem Majka z wnukiem i Katlin). Zmęczyła mnie ta przygoda, po powrocie do domu padłam jak kawka, poza momentem przytomności z okazji mężowskiego obiadu, nie byłam w stanie wykrzesać z siebie więcej energii. Wszystko odkładam na jutro, dobranoc.
sobota, 6 kwietnia 2024
1572. Urodzony do świętowania.
Fred pochował kosa jeszcze wczoraj. Do popołudnia prawie wcale nie wychodzę z domu, tylko na chwilkę wyskakuję, żeby przestawić dwie doniczki z wybujałymi narcyzami w pełni kwitnienia, bo wiatr siekł je bezlitośnie (nad wybrzeżem przechodził sztorm Kathleen). Kochany zaś przyjmował hołdy. Zadzwonił Wu, Perlisty, świekra z Usz.
— Znowu ten smutny dzień, zaintonował Perlisty.— Skup się na tym, że to rocznica abdykacji Napoleona.
Stolik był zarezerwowany na piątą. Ładnie się ubraliśmy i pognaliśmy do Drołdy, żeby pod numerem 52 na przystawkę zjeść arancini i pasztet z kaczki, na główne morszczuka na ziemniaczano-porowym puree ze szparagami, a na deser podzielić się sernikiem z białą czekoladą. Kawy nie robią tam za dobrej, niestety. Wracamy, jest jeszcze jasno.
środa, 4 października 2023
1388. Czwarty października.
Znowu założyłam do wyjścia grube skarpety martensa, niech to będzie podsumowanie samopoczucia. Wczoraj dopiero późnym wieczorem się mi przypomniało, że w ciągu dnia dostałam zawiadomienie o zaliczeniu drugiego kursu TT, tym razem na "distinction" (jakim cudem, skoro świadomie ominęłam jedno albo dwa zadania?). Przeczytałam je i po pięciu minutach mózg wykasował informację. Oh, well, ***** *** i do przodu.
___
edit 17:30 Gdy rano siedziałam w autobusie, tatko zadzwonił z życzeniami i wspomnieniem, że to była sobota, a dwa dni później owinięta w kocyk ruszyłam w swoją pierwszą podróż, samochodem marki Żuk wyprodukowanym w Lublinie.
W pracy spoczko. Chodzę jak śnięta pomimo porannej kawy wypitej w Czarnej. Na lunch wybyłam do Moorlanda, po powrocie koledzy zaskoczyli mnie gromkim odśpiewaniem happy birthday i konsumpcją tortu czekoladowego. A to moja grafika urodzinowa powstała z nudów między drugą trzydzieści a trzecią:
wtorek, 18 lipca 2023
1310. Sąsiedztwo, kolendra, świekra, buty.
Z idiotyzmów: poprosiłam Anne, żeby sprawdziła, czy wyłączyłam palnik w kuchni, chociaż byłam prawie pewna, że tak zrobiłam. Najprawdopodobniej mój mózg się nudzi (wysłałam do sąsiadki tekst, gdy rano popijałam kaffkę na mieście).
Z rzeczy fajnych: pomidor i ogórek w kostkę, trochę posiekanej kolendry, kilka krążków czerwonej cebuli, łyżka soku z cytryny i łyżka oliwy, pieprz do smaku. Bardzo dobra sałatka do kilku plastrów wołowiny i kajzerki (lunch; staram się).
Ze spraw sąsiedzkich: kiedy wyglądałam przed domem, czy Kochany już jedzie, wypatrzyła mnie Katlin i przekazała mi paczkę, którą dostawca zostawił w deszczu pod frontowymi drzwiami. Przy okazji dowiedziałam się, że Anna Emerytka jest w szpitalu (ostatnio pluła krwią i generalnie to nie jest dobra sytuacja). Podzieliłam się z sąsiadką wypadkami rodzinnymi, njusem, co Anne robiła rano w moim ogródku i gdzie jest klucz, gdyby ktoś go potrzebował.
Jeszcze przed obiadem (ruskie pierogi, sałatka z pomidorami i kolendrą) Kochany zadzwonił do mamy i życzyliśmy jej urodzinowo. Świekrę zawiało, pomimo tego rozmowa trwała z pół godziny. Okazuje się, że w czasie naszego pobytu w Polsce nie spotkamy się w NA, bo Fredowa mama jedzie nad morze. Jeśli będziemy chcieli zatrzymać się w mieście, to chata wolna i możemy się rządzić jak pijane zające (zaskakujący obrót spraw).
Wisienka: w paczce przyszły trzewiki dr Martensa. Takie o, sekretnie zamówione przez małżonka, który (jak mu je podstawiłam pod nos, gdy przed wejściem do domu debatował z sąsiadką) powiedział surprise!:
sobota, 27 maja 2023
1258. Dookoła komina.
Tatko przyjął życzenia, zadowolony, zmachany, bo ciął żywopłot przed domem. W Polsce już bardzo ciepło, temperatura przekracza 25 stopni. Poza pisaniem (ach, jak mi się nie chce, także o tym mówić), spacery dwa: naokoło komina z kotem, oraz spacer nad morze. Z kotem, bo nie dało się go ominąć, odpoczywał w cieniu samochodu i czekał:
Jeszcze dwie fotki z drogi powrotnej, ptaszek ...
piątek, 19 maja 2023
1250. Lekko.
Pobudka z kotem na brzuchu. Dzień dobry. Zamiast klikać dla Gronji, miłe popołudnie z Sziwan i Saren. W ogóle, kolejny dzień pozytywnie spędzony na lekkiej pracy. Gdybyż jeszcze lepiej płacili ... Kochany w czasie mojej nieobecności złożył dwie półki, przed obiadem powiesił jedną nad drzwiami (na kubeczki), a gdy drzemałam wsadził przed domem krzaczek hebe (strawberries & cream, od wielu tygodni czekający na swoją kolej) oraz skosił trawę. Ja tymczasem z rzeczy pożytecznych podskakiwałam obok męża w drodze do Lidla, a potem zjadłam obiad (gulasz, kopytka, ogórce małosolne). W Polsce mama obchodziła urodziny, po swojemu, kameralnie, z ulubionym tortem śmietanowym i ulubionym mężem. Pod wieczór powolutku, o lasce, przyszedł do nas Thomas z prezentem: wędzoną rybą. Mówił, że skończyło się, nie będzie już kosił trawy, sił brak, był trzy tygodnie w szpitalu i nic więcej mu nie pomogą, musi być tak, jak jest. Na koniec: językowo się za bardzo nie rozwinęłam i przed poniedziałkowym egzaminem wykluwa się u mnie coś na kształt paniki, yh, zwierzątka oswojonego, ale z szorstką sierścią.
czwartek, 6 kwietnia 2023
1207. Obchody.
Coś mi znowu weszło w plecy, ale rozchodziłam to do południa. Sprawy związane z jednym kursem TT dograne, teraz tylko doprodukować teorię i wysłać zadania. Jubilat przyjechał po mnie o czwartej, podarował mi świeżo kupioną książkę, We Don't Know Ourselves Fintana O'Toole'a; zjedliśmy obiad w Cedar Gate i poszliśmy na kawę/herbatę do Czarnej.
Gdy wyjeżdżaliśmy do Woodiesa (kupić dwie hebe Veronica: rhubarb & custard oraz strawberries with cream), przez messengera zadzwonił Celt z życzeniami urodzinowymi. Przeszliśmy się z nim po sklepie ogrodniczym, wracając do domu pokazaliśmy mu naszą prowincję oraz zapoznałam Celta z Anne i Majkelem, bo sąsiedzi wyszli na ulicę śpiewając Kochanemu Happy birthday (+ chcieli zapytać z czym się je polski twaróg). Ryszarda nie było w domu od rana, więc korzystając z okazji, że jesteśmy ubrani wyjściowo pociągnęliśmy jeszcze Celta na krótką rundkę dookoła komina w celu nęcenia kota. Tak, że ten ... przyjaciel został wirtualnie wyspacerowany do imentu i przy okazji miał okazję doświadczyć, dlaczego lubimy tu mieszkać.
W domu czekał na mnie zajebisty kubek z rudym kotem (z serii Typerary Crystal; Kochany argumentuje, że naprawdę nie mamy miejsca, ale ten jeszcze da radę). Mąż odebrał życzenia od Stu (bratankowie, w tym pan lat cztery i pół, zaintonowali sto lat), potem od Wu. Mama Freda, Usz i mój tata dzwonili w ciągu dnia, moja mama wypowiedziała się na fejsbuku. Gdy wszystko już było przyklepane, a życzonych lat zebrało się z tysiąc, zasiedliśmy do ostatniego odcinka Drogi (i tu pozytywna niespodzianka, bo przynajmniej dziecięcy aktor grał bardzo naturalnie).
Dużo dzisiaj mówiłam i jestem zmęczona własnym nadawaniem. Pogoda była zdradliwie ciepła (przez co teraz kicham), jutro zaczynamy długi weekend (Fred jeszcze musi skoczyć o brzasku do pracy, u mnie wolne), więc liczę na utrzymanie się dobrej aury i związane z tym ekscesy pralniczo-ogrodowe. Koniec gadania, mózg chce odpocząć.
niedziela, 2 kwietnia 2023
1203. Jaśniej.
91 urodziny babci Mani.
Pobudka, śniadanko, panika przygotowawcza krótkiego wystąpienia na jutro. Fred zaproponował, że jeśli dalej chcę szukać dla niego prezentu, możemy się udać do Blanchardstown. Pewnie pozazdrościłam rodzicom, którzy właśnie wyjeżdżali do Wro, więc ... pojechalim. Kupiłam Miłemu w TK Maxxie dwie kraciaste koszule (Diesel i lniany Simon Carter) oraz ciemno-błękitną bandanę (również Diesel). Poszliśmy do Milano na pizze, kawy i ciastko z gałką lodów waniliowych.
Było już dobrze po południu i w drodze powrotnej zmorzył mnie sen. Gdy się obudziłam okazało się, że zostałam przez męża porwana na spacer. Tak więc wzgórze:
wtorek, 11 października 2022
wtorek, 4 października 2022
1023. Kolejny raz wokół słońca.
Lipa zrzuciła mnóstwo liści, w poszyciu zajączki wystawiają łby (grzyby takie, xerocomus subtomentosus), ptaki wędrują.
Babcia Mania większość dnia leży. Nie widzi już wcale, w jej pokoju jest włączone radio dla towarzystwa. Mówi całkiem do rzeczy, tylko jest bardzo słaba.
Na drugą byłam umówiona do fryzjera, zrobiłam sobie na głowie shaggy'ego. Potem szłam przez miasto. Dziwne uczucie czuć się turystą w miejscu w którym spędziło się kawał życia. Dziwne, ale też miłe, oniryczne. Od czasu do czasu zarzucałam szalik na szyję, choć dzień był jako tako ciepły i słoneczny.
Rodzice opowiedzieli o wizycie kuzyna Grega i cioci Ksty sprzed jakiegoś tygodnia. Chyba ścigają ich (albo raczej jego) problemy finansowe, mieszkanie które kupili zaledwie kilka lat temu zostało wystawione na sprzedaż. Jaki był cel wizyty, trudno powiedzieć, przyjmijmy optymistycznie, że to próba podtrzymania rodzinnych więzi.
Ach, i tort był, zjedliśmy go wieczorem pomiędzy odcinkami Columbo z trzeciego sezonu (4 i 5, starsze ode mnie). Była rozmowa z Kaś Matką Kotom, życzeniowo-aktualizująca.
Działo się nie za wiele, szybko kładę się spać (jak na mnie). Dzisiaj się urodziłam, trzeba odpocząć.
niedziela, 2 października 2022
1021. Niedziela przed poniedziałkiem.
Fred coś nie czuje się najlepiej, nie ma gorączki, ale organizm z czymś walczy. Rano wracaliśmy myślami do wczorajszego spotkania z przyjaciółmi, widać, że się nie dogadują i jedna strona zamiast podjąć samodzielne decyzje szuka sprzymierzeńców w dowaleniu partnerowi. Zmilczeliśmy (gdy Jot wyszła nie kontynuowaliśmy z Ka tematu). To ich sprawy, muszą sami dać sobie radę. Przecież nie powiem Jot, że kopie dołek w który najprędzej wpadnie sama (i tak nie posłucha).
Śniadanie było oszczędne, bo już po dwunastej byliśmy umówieni na obiad z Anne i Majkelem. Ach, i ból zniknął (podczas oglądania wczorajszego filmu długo się gnieździłam, poprawiałam i przeciągałam, żeby było mi jak najwygodniej, takoż i cud nastąpił).
Do miasta pojechaliśmy we czwórkę naszym samochodem. Sąsiedzi zachwyceni są Cedar Gate, jedzenie i ceny bardzo im podpasowały. Spróbowałam baba ganouj, tabbouleh i halloumi (ser był całkiem oscypkowy; na danie główne wybrałam mixed grill, bo już wiedziałam, że zostanie mi trochę na jutro).
Rozmowy były o rzeczach różnych, Irlandii, ojcu Tedzie, języku. Bardzo przyjemnie spędzony obiad, mogę tak co niedzielę. Po powrocie na wieś weszłam do domu tylko po to, żeby zostawić resztki z lunchu i wyszliśmy z Kochanym na plażę, bo pogoda była dobra (Fred zauważył, że fale były w sam raz na surfing dla chomików). Wracając przez caravan park znowu spotkaliśmy Majkela
(wydaje mi się, że przed obiadem poszedł dyskretnie się napić, a teraz też szedł na piffkowinko w celu podtrzymania odpowiedniego składu krwi ... well, jego życie).
Zapowiada się, że po "wakacjach" może wrócę do jogi na mieście (jeśli Anne będzie jeździła), na razie powstrzymuję się od zbyt odległego planowania, bo nawet nie wymyśliłam w co się jutro ubieram, nie mówiąc już o odprawieniu biletu. Kochany drzemie poobiedniospacerowo.
___
21:13 Żem se w końcu WhatsAppa na smartfona ściągnęła. Cywilizacja dotarła pod moją spersonalizowaną strzechę.

























