Obudziliśmy się na strychu, w XIX-wiecznym łóżku (pierwszy raz w życiu spałam pod kołdrą obciążeniową, dobre to), w mieszkanku, gdzie za blat kuchenny służy granit ze Strzegomia kupiony jako kamień nagrobny dziecięcy. Marksista zrobiła nam płyny poranne, po czym zaczęła tworzyć z Fredem hymn szczurzy na bazie hej kto Polak na bagnety. Po śniadaniu twórczym (dla mnie płatki kukurydziane na mleku, dla Freda pierogi z Biedry), wyszliśmy z Kochanym w kierunku Kiełkownicy (która dla reszty mieszkańców jest wieżą widokową).
Jako że Marksistka poleciła grzyby gatunku golden teacher i kościół pokoju w Świdnicy, poczuliśmy się wystarczająco zachęceni do tego drugiego: po czułych pożegnaniach (cesarz W jeszcze raz wsparł swoją cesarską łapkę na prowincji zamorskiej) wyjechaliśmy ok. południa, w deszczu i w deszczu poszliśmy zwiedzać. Piękny obiekt i jak reszta wydarzeń z dwóch dni, skłania do pewnych refleksji. Wychodząc za 15 zeta kupiłam płytę-składankę z muzyką organową (trochę Bacha, ale też Widor czy Händel).
Coś w mojej głowie nie stykało, bo zdawało mi się, że do Tcy jest strasznie daleko, tymczasem to trochę ponad godzinny rajd, częściowo autostradą. Tuż przed trzecią zapukałam do maminego biura i zaprosiłam ją na obiad. Podjechaliśmy z Kochanym do chińczyka, poczekaliśmy na rodziców, zrobiliśmy zamówienie. Po obiedzie rodzice pojechali na zakupy, a my z buta poszliśmy do Kota (samochód został pod kinem). W Kocie tą razą chemex z Indonezją, całkiem przyjemny.
Przed szóstą na powrót w domku pod lasem. Głównie relaks, nadrabianie pisaniny; aura uspokoiła się nieco, ale gdy z mamą i Maksiem wyszłyśmy na późny spacer, wróciłyśmy w podskokach uciekając przed burzową chmurą. Późna kolacja, trochę próbujemy przekazać myśli i przeżycia.
Przez dwie ostatnie noce nasze łóżko było zajęte; znowu przyjdzie się nam rozpychać.


























