Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marksistka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marksistka. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 maja 2025

1989. Więcej ekscesów i powrót.

Obudziliśmy się na strychu, w XIX-wiecznym łóżku (pierwszy raz w życiu spałam pod kołdrą obciążeniową, dobre to), w mieszkanku, gdzie za blat kuchenny służy granit ze Strzegomia kupiony jako kamień nagrobny dziecięcy. Marksista zrobiła nam płyny poranne, po czym zaczęła tworzyć z Fredem hymn szczurzy na bazie hej kto Polak na bagnety. Po śniadaniu twórczym (dla mnie płatki kukurydziane na mleku, dla Freda pierogi z Biedry), wyszliśmy z Kochanym w kierunku Kiełkownicy (która dla reszty mieszkańców jest wieżą widokową).

Jako że Marksistka poleciła grzyby gatunku golden teacher i kościół pokoju w Świdnicy, poczuliśmy się wystarczająco zachęceni do tego drugiego: po czułych pożegnaniach (cesarz W jeszcze raz wsparł swoją cesarską łapkę na prowincji zamorskiej) wyjechaliśmy ok. południa, w deszczu i w deszczu poszliśmy zwiedzać. Piękny obiekt i jak reszta wydarzeń z dwóch dni, skłania do pewnych refleksji. Wychodząc za 15 zeta kupiłam płytę-składankę z muzyką organową (trochę Bacha, ale też Widor czy Händel).

Coś w mojej głowie nie stykało, bo zdawało mi się, że do Tcy jest strasznie daleko, tymczasem to trochę ponad godzinny rajd, częściowo autostradą. Tuż przed trzecią zapukałam do maminego biura i zaprosiłam ją na obiad. Podjechaliśmy z Kochanym do chińczyka, poczekaliśmy na rodziców, zrobiliśmy zamówienie. Po obiedzie rodzice pojechali na zakupy, a my z buta poszliśmy do Kota (samochód został pod kinem). W Kocie tą razą chemex z Indonezją, całkiem przyjemny.

Przed szóstą na powrót w domku pod lasem. Głównie relaks, nadrabianie pisaniny; aura uspokoiła się nieco, ale gdy z mamą i Maksiem wyszłyśmy na późny spacer, wróciłyśmy w podskokach uciekając przed burzową chmurą. Późna kolacja, trochę próbujemy przekazać myśli i przeżycia. 

Przez dwie ostatnie noce nasze łóżko było zajęte; znowu przyjdzie się nam rozpychać.

wtorek, 27 maja 2025

1988. Z prawa na lewo.

Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.

Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny. 

Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E. 

Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.

GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.

Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza. 



Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.

W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.

wtorek, 24 grudnia 2024

1834. Wilija'24.

Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:

Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;). 

Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.

Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:

W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem. 

Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.

czwartek, 24 października 2024

1773. Bulgotanie.

Tak pracować to mogłabym codziennie. Żadnych zakłóceń, na odchodnym zamknęłam Jamę i Kochany już na mnie czekał w bocznej uliczce (z prezentem w postaci trzech par skarpet, Pringlesy i RL), polski sklep i do domu. Na obiad miałam resztki z wczorajszej uczty. Irytująca jest jedynie kwestia wypłaty, payslip znowu się opóźnia. Oczywiście, moja głowa coraz bardziej się tym nakręca (ja pierdzielę, ile można spędzić czasu nad jednym papierkiem dla trzech osób), niemoctwo szefostwa coraz bardziej mnie wkarwia. Wszyscy pracują nad tym, żebym miała motywację do zmian :]

Kochany był znowu u dochtóra z oczkiem, i mu dochtór zmienił krople, najwyraźniej samozadowolony, że jego kuracja działa. Za trzy tygodnie ma być pięknie; lepiej dla dochtóra, żeby było.

Marksistka się odezwała i pokazała swoje trzy szczury, oraz przedstawiła je z imion. Mają już wyjebiastą kwaterę, plany hamakowe, i tak dalej, tylko nazwa dla centrum dowodzenia nie została jeszcze ustalona. Poza tym, gdy tak sobie wymieniamy opinie na messengerze, jako szybką reakcję Marksistka ustawiła trumienkę ⚰️. Halloween, indeed.

Z różnych możliwości wybraliśmy na seans wieczorny film Zaorskiego, Pokój z widokiem na morze (1977); no proszę państwa, pierwszorzędne kino psychologiczne o którym w ogóle nie słyszałam, how come? Nie planuję niczego czytać, głowa jeszcze nie ta, bulgocze mi pod deklem od różnych emocji, ale idzie ku lepszemu. Chyba. Maybe. Może i tak.

środa, 24 lipca 2024

1681. Za zasługi.

Dzień rozpoczęłam od krótkiej, messengerowej wymiany zdań z Marksistką. Bardzo się cieszę z jej zakupu. Nie dość, że dla szczurów kamienicznych zaczyna się nowa epoka (niewątpliwie kiedyś będzie nazywana Złotą), to jeszcze będziemy mieli gdzie wbić na kwadrat i spacerować okolicznie. 

Przed pracą poszliśmy z Kochanym do Czarnej, potem mąż na wieś, ja do swojej minionkowej roboty z kubkiem w dłoni (dzisiaj spisywałam i katalogowałam). Pracusiowanie minęło nawet fajnie; olałam sprawę spieszenia się z końcowymi poprawkami moich bezcennych komputeropisów, poza tym Katrin-asystentka się pojawiła, mogłyśmy mielić ozorami. Po południu Fred przyjechał do Drołdy zabrać mnie z pracy, zrobiliśmy tylko przystanek przy polskim sklepie, żeby kupić pierogi ruskie na obiad. Z obiadem sprawiliśmy się szybko, chcieliśmy zdążyć na wieczorną kawę w 3rd Place (poza tym Fred kupił u nich ziarna i filtry do aeropresu, moje dziwadełko). 

Chociaż obiecywałam sobie manie w dupie, wieczorem zakopałam się w papierach, żeby nadrobić wypełnianie stron tytułowych. Coś tam nadrobiłam. Ale męża to mam kochanego, naprawdę; pomiędzy wizytą w kawiarni i i papierzyskami Fred zabrał mnie jeszcze na chwilę do Blackrock, ot tak, żeby popatrzeć na bardzo daleki odpływ.


Szaro, ciepło.
Jak to jest, że mam tak dobrze? Sprawa jest bardzo prosta. Zasłużyłam sobie ;)

wtorek, 23 lipca 2024

1680. Nie w paluszek!

Kic, kic, kic, żeby nie stąpać na sinym paluszku. Z każdą godziną lepiej, mniej wkurwiająco. Mimo wszystko, kilka miłych rzeczy. U innych ludzi: Marksistka kupiła mieszkanko w Polsce i bardzo jest z siebie dumna, pierwsze widoki zostały nam przesłane; wyjazd Anne przeniósł się na wtorek, więc nie ma potrzeby robić zamaszystych ruchów z opieką nad Junoną z tyłu głowy, wrócimy to będziemy; Kochany przyjechał po mnie do centrum miasta (po zakończeniu swojej pracy na obrzeżach) i od razu wyjechaliśmy do El Paso, z postanowieniem, że jedziemy na obiad do restawranta. Tylko jeszcze chwilka (czyli jakaś godzina) dla Freda, żeby mógł się odświeżyć i podjechaliśmy zaparkować na Magnet Rd, a stamtąd do włoskiej perełki, Nonna Nenne. Ostatnio byliśmy tutaj cztery lata temu we wrześniu, w drodze powrotnej z Fair Head. Rozmawialiśmy chwilę z (jak się domyślam) właścicielami.

W ten sposób (poranna kawiarnia, popołudniowe centrum handlowe, wieczorne polegiwanie na sofie przy oknie) skończyłam czytać The Lighthouse P.D. James (Faber & Faber, 2020). Miałam robić coś ważnego, związanego z tutoringiem, ale na szczęście palec u nogi wyprostował mi priorytety.

wtorek, 9 lipca 2024

1666. Zmęczenie.

Wstaliśmy z Kochanym po piątej. Za oknem niebo zasnuwało się coraz bardziej. Gdy przyjechaliśmy do Drołdy, wysiadłam na głównej ulicy, żeby przynieść Kochanemu kawę, potem on do pracy, a ja czekając na swoją szychtę rozsiadłam się w Czarnej. Nic za wiele nie przeczytałam, bo zagadała do mnie Marksistka z historią, że kupuje mieszkanko w Polsce i będzie żyła na dwa kraje, przynajmniej przez jakiś czas. Mam nadzieję, że plany jej wypalą.

Przed południem byliśmy z grupą na kręglach. I gdy tak sobie grałam, Fred napisał do mnie z informacją, że umarł Jerzy Stuhr. Kilka minut później dostałam maila zapowiadającego odwołanie sierpniowego przedstawienia i zwrot pieniędzy. Szkoda, że nie zdążyliśmy zobaczyć go na scenie.

Another beautiful day in Ireland, powiedziała Alis otwierając parasolkę na schodach do Centrum.

Kochany przyjechał po mnie o umówionej godzinie i od razu pojechaliśmy do Pieseła. Zrobiłam makaronowy obiad, chwilkę rozmawialiśmy z mamą, potem dopadło mnie wielkie zmęczenie, które odgoniłam dopiero późnym wieczorem (Fred i Pieseł byli na spacerze beze mnie). Zmulenie nie pozwoliło mi znaleźć żadnego ciekawego filmu na Netflixie. Wszelkie sprawy papierowe też awrio (dostałam referencję od Saren, ale nie chciało mi się nawet otworzyć pliku), po prostu trzeba to wyspać.

czwartek, 6 czerwca 2024

1633. Jeszcze trochę.

Kochany wrócił z pracy z dwiema puszkami zielonej farby (gdy kończył szychtę, akurat natknął się na Annę, sąsiadka pochwaliła wybór kolorystyczny). Ja też byłam tam gdzie byłam, i zrobiłam, co zrobiłam. Korzystając z godzin poniedziałkowych mogłam skończyć pracę wcześniej i wracałam o trzeciej. 

Okazuje się, że mamy dwie wielkie walizki, Fred mi to uświadomił (bo się nagle zmartwiłam, że zarezerwowaliśmy loty z bagażem 2 x 20, a tu może nie być do czego się spakować). Jedna z walizek jest historyczna, Marksistka się do niej przymierzyła, gdy przesiedlała się do Irlandii (było to przed czasami kurii, wiele chomiczych pokoleń temu).

Czyli myślę o wakacjach. Wakacje! Wakacjować się! Żono, potrzebujemy urlopu, urlop, urlop (w Kuchniosalnie tulamy się i machamy rączkami). Ale na razie do pracki jutro. Żeby sobie osłodzić Friday's eve obejrzeliśmy mietczynskiego, odcinek Masochisty o filmie Labirynt świadomości (pełen słusznych odezw do scenarzystów).

czwartek, 2 listopada 2023

poniedziałek, 1 maja 2023

1232. Wpadłam.

Wyszłam w południe na morski obchód (ciepło, wiatrówka na T-shirt wystarcza), wracając spotkałam przy plaży zwiniętego w precelek i czekającego na swoje stado Cookeya. Myślałam o nim niedawno, zastanawiałam się, co tam u niego, bo kopę miesięcy się nie widzieliśmy. Starenia, z jakąś naroślą na środku czoła. Nie zawracałam mu głowy, widać było, że chce się zdrzemnąć na świeżym powietrzu.  

Kochany wybrał się do Trewiru, ale przez telefon za dużo nie zobaczyłam (czekam na foty robione aparatem). 

Odpaliłam trochę roboty w trzech znajomych tematach, a kiedy w porze obiadowej wyszłam na chwilę na dwór, żeby zrelaksować się pięknymi okolicznościami przyrody, Katlin mnie dopadła i sprzedała njusa: Anna jest już drugi tydzień w szpitalu, bo przewróciła się na spacerze. Nie wiem jakim cudem ominęło mnie to wydarzenie towarzyskie, wydawało mi się, że niedawno z nią rozmawiałam. I jeszcze, dom naprzeciwko, ten w którym mieszkała Rachel, będzie na sprzedaż. 

Poza tym Marksistkę drukują w GW. Poza tym spokojnie. A potem wpadam w statystykę i w czarną rozpacz. Oh, well.

czwartek, 22 grudnia 2022

1102. Dwudziestego drugiego.

Miłe domowe kręciołki. Rano wyjechałam do biblioteki uniwersyteckiej, ale znalazłam tylko jedną z trzech poszukiwanych książek. Byliśmy też z rodzicami w Tcy, żeby zawieźć Rozalkę do weterynarza i stanąć w kolejce po śledzie z ikrą. 

W domu zastała mnie smutna wiadomość u Marksistki: w najdłuższą noc w roku nastąpiło odejście abp Chomika. Jak zwykle z okazji długowieczności różnych istot, człowiek bywa śmiercią zaskoczony. Żegnaj, arcybiskupie.

Poza tym ruchu niewiele. Pogoda za oknem późnojesienna, objadamy się bigosem (wg mamy miał być nie za bardzo udany, a znikał w tempie ekspresowym), dyskutujemy o genealogii. Mała lokatorka piętra na chwilę zawitała na parterze, ale przede wszystkim leżakowała w babcinym pokoju, zajadała smaczki i popijała mleko. 


W tv leci Napisała: morderstwo (4.15), klikam, relaksuję się po zbyt obfitych posiłkach i nawet trochę zerkam na rozgrzebaną magisterkę.

czwartek, 3 marca 2022

807. To jeszcze nie koniec.

Długo gmyrałam się w łóżeczku. Wstawiłam pranie, zagotowałam wodę, weszłam na blogsferę (po pięciu minutach zgłosiłam jednego bloga za szerzenie fake newsów podważających procesy demokratyczne, bo taka już jestem), chwilę porozmawiałam z Fredem pijącym kawę w Dublinie i zagadałam się messengerowo z Marksistką o jakimś gościu, który będąc w Irlandii miał inne poglądy, teraz ma inne i właśnie zbiera na pomoc dla Ukraińców. Typowy mitoman, nie wiemy jak go zdemaskować, z pewnością kradnie cudze osiągnięcia. Przy okazji olśniło mnie, że niechęć mojej mamy do rozmów wideo to naprawdę może być objaw autyzmu. A tymczasem Ryszard grzeje się na parapecie okna sąsiada. Na śniadanie krewetki :E 
___
edit 14:15  Po śniadaniu wróciłam do rozmowy z Marksistką, tylko tym razem sprawy wagi państwowej były poruszane, jak dobrostan kota Ryszarda oraz abp Chomika. Chomik jest w wieku sędziwym, rozbudowuje swoją kurię metropolitalną, mnoży żądania i gryzie. Potem zadzwoniłam do taty, chwilę porozmawialiśmy o literaturze. Gdy wyszłam rozwiesić pranie trzask drzwi usłyszała Anna, zaszła więc do ogródka, żeby się ze mną  podzielić emocjami na temat tego co słyszy w irlandzkich mediach o wojnie. Ech, no. Wystawiłam narcyzy na pokaz, założyłam czapę (jeszcze chwilę popatrzyłam na dwie wrony, które przyleciały do kulek wystawionych w ogródku i deliberowały jak tu odlecieć z takim obciążeniem), aparat do ręki i poszłam. Wspólne geny, moje i Fredowe, są niechybnie związane z łażeniem. Początkowo chciałam tylko iść pod klify, żeby zobaczyć ptaki. Ale potem zapragnęłam lepiej zobaczyć królicze nory, to stwierdziłam, że podejdę pod górę. Gdy podeszłam, dlaczego by nie dojść do punktu widokowego na Północną? Gdy doszłam i tam, pomyślałam, że widać port i bez sensu jest wracać tą samą drogą :)
___
edit 18:15 Jak człowiek wychodzi do ogródka, zawsze można kogoś spotkać. I tak, Katlin się napatoczyła. Było oczywiście o wojnie. I jeszcze piesek Anny Emerytki zmarł w zeszłym tygodniu, taki mały, czarny, kudłaty. Słucham, jak Ganszyniec nawija o kulturze. W porządku jest. A Fred już w Drołdzie, jedzie do mnie.
___
edit 20:15 Skoro jesteśmy już po obiedzie, mogę napisać, że to był całkiem przyjemny dzień, pierwsze wiosenne koszenie traw na osiedlu. Choć oczywiście nadal jestem zdania, że dla dobra nas wszystkich Putin musi umrzeć.

wtorek, 7 grudnia 2021

721. Sztorm Barra.

Tak więc był w moim śnie Zalewski Krzysztof i Domogarow Aleksander, a pan Czesio wypożyczył mi aparat fotograficzny w kolorze seledynowym na 9 i ½ tygodnia (we śnie też bardzo mnie to rozbawiło, zanim się obudziłam o 4:03). 

Jakoś chwilę później przyszedł wiatr. Po 7 rano zatekstowałam do menadżerki z zapytaniem czy pracujemy, odpowiedziała mi po 8, gdy siedziałam w autobusie (sama jedna). Już wczoraj ogłoszono zalecenie zamknięcia szkół we wszystkich hrabstwach z czerwonym i pomarańczowym alarmem, nasz ośrodek technicznie rzecz biorąc szkołą nie jest i wolniej przetwarza takie informacje. W każdym razie przejechałam się i ok. 9:30 weszłam do stygnącego domu (chwilę wcześniej padł prąd), a kot przywitał mnie z parapetu zdumiony, że jestem, jak mnie miało nie być.

Na szczęście ostało się trochę zmielonej kawy i nie musiałam używać zębów jak Turecki. Więc jajecznica, kawa, koc (najpierw wyszłam w wichrze i deszczu przestawić przewrócony kosz i pozbierać graty, które wyturlały się na cały ogródek), zaopatrzyłam się w stosik książek z męką czytanych, mianowicie w Ginczankę, Diderota i Manna. Prąd wrócił wcześniej niż twierdzili, tym bardziej miód i orzeszki, Fred wrócił później, choć też wcześniej, bo miał we wsi trzecie szczepienie na covid.

Elizabeta potwierdza telefonicznie, że u niej wszystko w porządku oraz że zawsze mamy zaproszenie, dzwonimy też do hrabstwa Clare chłostanego wiatrem, rozmawiamy m.in. o facecie z sierpem, kretach, dżdżownicach i prawnikach z arcybiskupstwa. W głowie wędruję na zachód.

czwartek, 2 grudnia 2021

716. Hibernujący jeż i inni.

Taki oto jeż o imieniu Błajan:

Krótko po południu dorzucając ziaren do karmnika zorientowałam się, że pogoda jest całkiem przyjemna, stąd wyniknęła chętka na spacer, rozmowa z Ethanem o hibernującym jeżu oraz chat z Katlin do której po kilku minutach dołączył nasz kot:

Wzięłam drania pod pachę i odstawiłam do domu, bo naprawdę byłam już stęskniona za samotnym wyjściem nad morze (Fred ma dzienną zmianę w miasteczku obok). A tam piękny, spokojny odpływ:

Podobnie jak wczoraj, przez większość dnia nucę My Lovely Horse. Przypominam sobie, żeby nadrobić oglądanie odcinka 1000-lb Sisters i porozmawiać z rodzicami o stanie Mruczysława (jest poprawa).

Listonosze byli dziś jak domokrążcy, jeden przyniósł Fredowi bordowe Conversy (stare, bordowe trampy z dziurą idą na śmietnik), drugi zostawił pod drzwiami testy DNA z MyHeritage. W związku z tym tak sobie z Marksistką rozmawiamy:

No i cóż, pobrałam próbki, mam nadzieję, że wystarczające (potrafię się zestresować takimi myślami), posadziłam Fredowi szczepkę jego własnego drzewa i bujam się do płyty Showbiz Kidz: The Steely Dan Story 1972-1980 (2000). Kochany już w łóżeczku, zmęczony dzisiejszą szychtą w Drołdzie. Jutro do pracy ja, trzeba mi więc iść spać, brać przykład z kota.

niedziela, 31 października 2021

684. Halloween.

Z tej okazji dostaliśmy od Marksistki prezent, jej próbę tłumaczenia opowiadania George'a Moore'a, Teatr na pustkowiu. Oboje jeszcze trochę chyrlamy i jesteśmy zmęczeni. Po powrocie z zakupów spożywczych (jest słonecznie, mimo to ignorujemy inne powody do wyjścia na zewnątrz) obejrzeliśmy do końca drugi sezon Ojca Teda, a ja chybcikiem doczytałam tych kilka pozostałych mi stron Erystyki Schopenhauera (MG, 2020). Słuchamy Serca (1987/2005) Rezerwatu. Za oknem przynajmniej do ósmej na niebie sztuczne ognie odpalane z sąsiednich osiedli, u nas żadnych strachów, przebierania się i trick-or-treatingu, ambicję mam taką, żeby mieć spokój i nie myśleć o pracy. Rozmawiam z Marksistką, na początku o opowiadaniu, potem jak leci, chociaż sprawy kocie są oczywiście priorytetowe. 

sobota, 11 września 2021

634. Zapuszczam korzenie.

Dzień sie zaczął od rozmów różnych, zmęczona łaziłam od łóżka do biurka do łóżka dyskutując z Marksistką myjącą zęby w korytarzu. Chomicza kuria została w końcu wyniesiona przez Freda do samochodu, sąsiadki (Katlin, Anna, Anna Emerytka) odbyły rytuał pożegnalny i off they went.

Już wczoraj łażąc po Trimie wiedziałam, że nie odwiozę dzisiaj Marksistki do hrabstwa Clare razem z Fredem. Jestem psychicznie zmęczona, chcę robić proste rzeczy, sączyć małą kawę, siedzieć w cieple. Po dziesiątej dom zrobił się pusty i cichy, mogłam zebrać myśli, doszłam do wniosku, że po podróżach muszę zapuszczać korzenie, malutkie, chociażby jeden albo dwie podpory, nawet jeśli nie na stałe, to żeby zatrzymać wirowanie.

Fred pojechał, a ja snułam się po domu, najpierw z kawą, potem ze smoothie bananowo-jeżynowym (jeżyny zebrane przez Marksistkę), potem wyszłam na dwór popatrzeć na pranie (susząca się pościel zawsze nastraja mnie pozytywnie), porozmawiałam z Katlin (powtórzyła mi historię o tym jak Ethan odbierając telefon od dziadka pobiegł do naszego kota i przyłożył mu słuchawkę do ucha, żeby też mógł powiedzieć cześć) i zabierałam się właśnie do prac ogrodowych, gdy z Polski dostałam wiadomość, że umarła Zosia. Przestała jeść, gdy odjechaliśmy. Z pięciu Dziewczynek zostały dwie.

Pousuwałam trochę suchych pędów z naszej łączki i kilka wyjątkowo bezczelnych mleczy. Posmarowałam chleb marmoladą pomarańczową, którą Marksistka zostawiła w lodówce. Wieczorem rozmawiałam przez messengera: z tatą o psach, potem z Marksistką rozradowaną faktem, że w drodze do domu dotarła w TK Maxxie do działu z ubraniami i nabyła drogą kupna narzutkę z kapturem w kolorze musztardy dijon. Przeczytałam trzy króciutkie teksty Liama O'Flaherty'ego z Literatury na Świecie. Kochany wrócił tuż przed jedenastą, z nowym kaszkietem Failsworth.

piątek, 10 września 2021

632-633. Dwa dni z gościnią.

Praca w czwartek wyjątowo relaksowa, Luiza pojawiła się w realu z nogą niekulejącą, w drugiej części miałam czas dokończyć czytanie Mojego roku relaksu i odpoczynku Ottessy Moshfegh (Pauza, 2019). To była szybka, kuriozalna lektura o depresji i lekomanii w Nowym Jorku.

Fred podjechał pod siłownię z Marksistką i we troje udaliśmy się na obiad do Carlingford, w zasadzie rzutem na taśmę (byliśmy tam o czwartej) najedliśmy się do syta pieczonych kartofli, aby potem pójść na spacer po miasteczku, a następnie spełnić marzenie naszej gościni o zobaczeniu Irlandii Północnej. W przeciwieństwie do pogody u nas, już w czasie górskiej drogi do Carlingford zaczęła towarzyszyć nam mgła, która rozsiadła się od Slieve Foy na północ.

Północna ograniczyła się do Newry. Fred zaparkował samochód przy kanale na Merchants Quay. Po spacerze (mniej więcej do maciupkiego parku Michela i z powrotem) nie oparliśmy się wejściu do TK Maxxa. Fred kupił sobie jaskrawe szelki i sprezentował mi granatową koszulę Hilfiger Denim, taliowaną, ze wszech miar zajebistą. Wyszliśmy ze sklepu o zmroku wizualizując sobie różne rzeczy: Marksistka ceramikę dla chomika, Fred parę butów Dolce&Gabbana dla mnie, ja zaś w swojej wyobraźni szłam przez miasto w sztucznym futrze w kolorze zielonkawym w brązowe grochy (Jakke). Marksistka wróciła się po ceramikę.


śmierdzący camembert

Wieczorem w domu zapowiedź tego, co kontynuowałam dzisiaj — nareszcie miałam dostęp do platformy uczelnianej i zostałam przytłoczona nazwiskami potencjalnych promotorów mojej przyszłej pracy dyplomowej. 

Na piątkowe dzień dobry, do kawy i torta truskawkowego zaliczyłam cztery godziny online kursu pierwszej pomocy prowadzonej przez Rose z irlandzkiego Czerwonego Krzyża, co znudziło mnie solennie. 

Marksistka jest taką osoba, która w trakcie zwykłej rozmowy potrafi wypowiedzieć zdanie: Każdy pieróg będzie zachowywał swoją integralność. Po obiedzie (złożonym z pierogów z gęsiną) wyruszyliśmy z nią w podróż po okolicy. Wychodząc z domu myśleliśmy o innym miejscu, ale wyszło Trim:



Miejsce już z Fredem znamy. Tym razem spodobał mi się młody goth, który przybył pod wieżę wyposażony w grubą książkę, czarny kotek na szlaku i osły karmione przez dzieci.

Ponieważ Marksistka chciała też odwiedzić the Hill of Tara, więc ... halsując po prowincji przez przypadek natknęliśmy się na to:

Bective Abbey, niespodziewane miejsce, w którym kręciła się zadziwiająco spora liczba młodych ludzi. Potem już the Hill of Tara:


Gawrony kołują nad swoimi włościami przed zmierzchem, piesek o imieniu Polly łapie mnie ząbkami za palce (z ekscytacji, to dobry piesek), jakaś pani omadla i obębnia kilka leżących na ziemi osób.

Życie jest dobre, gdy się można najeść i jest ciepło, tyle przy lazanii mojej filozofii życiowej (już w domu).

Wieczorem mieliśmy z Marksistką oglądać Tajemnicę Filomeny (2013), ale po kilku minutach wstępu koleżanka poszła nam nad morze, a do mnie zatekstowała Anne, czy mogę wpaść na pogaduchy. Było to wydarzenie niezwykłe. 

Wpadłam (Junona pierwszy raz przyszła się do mnie pogłaskać), zostałam do "po jedenastej", po powrocie zrobił się nam z domu pokój w akademiku i mogłam potrzymać chomika.

środa, 8 września 2021

631. Dom.

Trudno było spać, wygramoliłam się z łóżka przed siódmą. Było ostatnie śniadanie kaszankowe (kaszanka na ciepło to hit tych wakacji), wizyta w wiejskiej aptece, gdzie NIE kupiliśmy Marksistce tableteczek na potencjał umysłowy, bo były horrendalnie drogie, oraz ostatni spacer z mamą i Maksiem. Jak na złość Polska się wyzłociła i ociepliła (zapowiadano u nas 27 stopni przez kilka następnych dni), a nam mus było już lecieć w kierunku mglistych wysp. Mam nadzieję, że słońce ogrzało dzisiaj Zosię, która bardzo cierpi z powodu postarzałych stawów i bólu zębów.

Podróż była na początku z małym poślizgiem, bo zablokował nas w gejcie lot do Lwowa opóźniony z powodu jakiegoś vipa. Potem wszystko potoczyło się sprawnie, nadganiając spóźniony wylot przemknęliśmy nad IJsselmeer, wschodnią Anglią i Liverpoolem (czytałam Moshfegh i robiłam zdjęcia).


Po wylądowaniu walizki pojawiły się błyskawicznie i nawet pięciu minut nie czekaliśmy na autobus do Drołdy. Oczekiwanie na autobus do naszej wsi nie zajęło nam więcej niż kwadrans. Po piątej witaliśmy się przed domem z Marksistką, Ryszardem, Katlin i małym Ethanem (z tym ostatnim było przybicie piątki). Głodni jak wilki pierwszy raz skorzystaliśmy z wiejskiej kebabowni. I oto jesteśmy, już najedzeni, nieco rozbici, ale weseli, gadamy jeden przez drugiego, a ja wącham chomika.
___
edit 22:50 Obejrzeliśmy z naszą gościnią pierwszy odcinek serialu Father Ted (1995-98). Będzie kontynuacja, bo jest cymes. Umyłam włosy i gadamy o patologiach.

wtorek, 24 sierpnia 2021

616. Reisefieber.

Fred już około szóstej wyjechał w kierunku Ennis, ja wstałam godzinę później i jeszcze zrobiłam ostatnie sprzątanie w kuchni przed godziną zero. Kochany zadzwonił, gdy był kawałek za Dublinem, sączył kawkę z Insomnii i świecił błękitnym niebem. Pogoda była udana przez cały dzień, mało wietrzna i ciepła (przed pracą wysłałam w końcu list do Kildare, a przy okazji, kupując kopertę a4, natknęłam się na Martaszkę).

Już w pracy, na parkingu przed siłownią poznałam w końcu Marksistkę, która kiedyś napisała pracę dyplomową o dżdżownicach, a obecnie od dwóch tygodni jest irish artist certyfikowany. Ponieważ Fred obwoził naszego gościa po Drołdzie i naszej wsi, postanowiłam wrócić autobusem. Tak się złożyło, że do przystanku odprowadzili mnie Kejti i Alex. Dobre dzieciaki. A może złe. Dla mnie są miłe.

Marksistka zjechała z kurią, czyli ogromnym pałacem chomiczym:

A w nim japoński kolowrotek cichobieżny i w ogóle, wypas, przestrzeń i sztuka użytkowa. Marksistka zainspirowala mnie pożądaniem posiadania klawiatury logitech K380 w kolorze magenta. Oraz zburzyła chomiczą norkę, żeby sprawdzić, czy biskup dobrze zniósł podróż :

Bluzę naszej gościówy (z maryjką) wstawię później, gdyż fotka nie chce się teraz załadować, a laptop trzeba by już zapakować do walizki. 

czwartek, 22 lipca 2021

583. Nadal gorąco.

Coś niby 28°C. Źle mi się spało, duchota i słabość. Odzwyczaiłam się od natrętnie gorącej pogody. Za to jest woda w kranie, być może nawet na stałe ;)

Kochany zrobił dla nas na śniadanie kalafiora w beszamelu i odwiózł mnie do pracy. Zadzwonił też w kociej sprawie do Marksistki. Gdy wróciłam z pracy, mieliśmy potwierdzenie: Marksistka i jej chomik przyjadą do nas w sierpniu w charakterze Rysiowych opiekunów. Jesteśmy oczywiście bardzo zadowoleni. Rezerwacji hoteliku jeszcze nie zwalniam, poza tym cieszę się rozsądnie, nauczona kilkoma lockdownami (w marcu zeszłego rok Ma&De były już zaklepane na opiekunki, i jak wiadomo, było z tego jajco).

W pracy krótko, jeszcze krócej. Wróciłam autobusem, zjadłam obiad i poszliśmy z Fredem na spacer z lodami. Po piątej słońce nadal opalało parząc ramiona. Potem Kochany zaczął się przygotowywać do wyjazdu na Dublin.

Jestem zafascynowana kwiatami łąkowymi w naszym ogródku przed domem. Choć nie są od kilku dni podlewane, nad ranem skrapla się na nich rosa. Skład kwitnącego towarzystwa jest na bogato: ciemnoróżowe malwy, nagietki, chabry, kosmaty ogórecznik, kąkol i kilka innych maleństw, których nie potrafię nazwać.

Fred wyjechał do pracy, gdy drzemałam po spacerze. Tak pięknie jest wieczorem na zewnątrz, wiatr ucichł prawie zupełnie, lato dojrzało. Przy kolacji Death and Dreams (2003), kolejny odcinek z panem Pokrzywą (soł, soł, za dużo zaburzeń). A u męża zmiana też raczej krótka, jedzie już do domu.