Ale leje, ale leeeeje, ale leje. Błogosławieni, którzy pozostali w domach, albowiem oni nie ulegną przemoczeniu. Ale leje, ale leeeeje, ale leje, o poranku zaintonował głosem diakona Fred.
Spotkanie miałam umówione na 10:30, prawie wychodziłam przez próg domu, gdy dostałam telefon od Katriny, że w biurze nikogo nie ma i sprawa zostanie załatwiona online w późniejszym terminie (rzeczywiście papierologia pojawiła się na mojej poczcie po południu). Ech, i po co zrywaliśmy się tak wcześnie? Pożaliłam się mamie. Fred już się nie rozbierał z eleganckiego outfitu, bo i tak czekał go wyjazd do szpitali w Beaumont i Raheny na coroczny przegląd funkcji życiowych. Po wyjeździe Kochanego przyszła poczta, a z nią dwie lniane maseczki od Laurel Lodge, na które czekałam od miesiąca. W czasie robienia obiadu relaksowałam się Kradzieżą w Hotelu Grand Metropolitan (1993), odcinkiem kończącym piąty sezon. Cały dzień rozgrzebany miałam bólem głowy promieniującym od karku do oczu (albo w drugą stronę), a po południu wypełnianiem i skanowaniem papierów (zawsze odnoszę wrażenie, że trwa to wieki, pewnie mózg zalicza mi do tego czas, gdy się zbieram w sobie) — przy tym drugim mamrotałam i rzucałam wędliną. Potem z Fredem oglądamy Figuranta (1976) z Allenem, z przerwami, bo dwa razy wywala nas z sieci. Słuchamy składanki the bestów grupy Chicago (2002), a ja wcinam jeszcze dwie kanapeczki z polskim pasztetem pomidorowym, bo nagle potrzebuję czegoś nie na słodko. Teraz czuję się lepiej. Pewnie za dużo gapię się w ekran laptopa i odpoczynek od niego dobrze mi robi.