Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poirot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poirot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2026

2399. Dzień trzeci.

Dzień zaczęłam od umycia włosów, coś mi przeskoczyło w plecach przy tej okazji, na szczęście rozeszło się po kościach. Rosół domowy, niespodziewana drzemka, obiad o drugiej, wyjazd do Tcy (Kot, bazylika przed mszą, park, Markiza); przez całą niedzielę zbierało się na deszcz i w końcu się zebrało, akurat w czasie, gdy na powrót byliśmy na wsi. Ploty o szkole przy kanapeczkach wieczornych. Poirot 4.03. & 5.01 (nadal zerkam). Spokojny dzień, nadrobiałam ostatnie niedospania, pozbierałam myśli, jutro lecim dalej, bardzo dobrze :)






sobota, 11 lipca 2026

2398. Sobota we Wro.

Spóźniłyśmy się na szynobus, potem wysiadłyśmy z tramwaju nr 18 nie na tym przystanku co trzeba, ale poza tym sztos. Byłyśmy we Wro przed otwarciem muzeum narodowego, więc najpierw archikatedra. Następnie muzealna kawiarnia (ja-go-dzian-ka!!) i muzeum też (fotografowanie piesków i kotków) → spacer i grecka restauracja w Rynku → sklep z minerałami w którym kupiłam bransoletkę z akwamarynami → kawa w Cherubinowym Wędrowcu i lody dla mamy → na szybko katedra Marii Magdaleny → tramwaj nr 6 → gołębie w parku Staszica. W tym czasie Kochany wędrował z tatką po suszarni i kawiarni w Tcy. Spotkaliśmy się wszyscy o piątej, gdy minibusem wróciłyśmy ze stolycy do miasta powiatowego. Siedzieliśmy chwilę pod nowymi tężniami.







W domu opycham się ciastem, robię z mamą kanapeczki, zajadam, wieczorem gapię się na trzeci sezon Poirota (8, 9 i 10). Nieróbstwo i hedonizm, własna banieczka. Są, owszem, jakieś przeszkadzajki niewielkie, np. z rana widzę, że nie widzę, kamerka w Kuchniosalonie irlandzkiego domu nie działa, ale na szczęście to jakaś bzdurousterka. Nóżki mnie bolą, mam spuchniętą i siną kostkę palca wskazującego lewej dłoni, oraz bardzo jestem zadowolona.

niedziela, 23 listopada 2025

2168. Powrót do niedzieli.

Czyli jest oczywiste, że wstaliśmy późno. Większość dnia poświęciłam na słuchanie Hugh Frasera, który czytał specjalnie dla mnie audiobook Agathy Christie, Peril at End House. Za to na wieczór zapodaliśmy sobie z Kochanym Orły Temidy (1986) z Redfordem. Czuję się zupełnie zresetowana. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2025

1938. Przed lotem.

Pozwoliłam sobie dłużej poleżakować, wstałam dopiero po dziewiątej. Zjadłam zupę pomidorową, spakowałam się w pięć minut, przejrzałam trochę książek z intencją znalezienia jeszcze jednej do "wypożyczenia". W końcu znalazłam: nieprzeczytane nigdy Ostatnie kuszenie Chrystusa Kazandzakisa. Zaintrygowało mnie, że powieść miała tylko jedno polskie wydanie, w roku 1992. Sądząc z daty na ostatniej stronie, kupiłam ją wiedząc już, że dostałam się na studia, po czym odłożyłam ją na później; książka w idealnym stanie, przemówiła do mnie dopiero teraz, po trzydziestu latach :) Biere.

Mama w pracy; wyjechaliśmy po nią z tatkiem trochę wcześniej, żeby jeszcze raz pójść do Kota na kawę i ciastko. Zanim to nastąpiło był jeszcze Poirot, Appointment with Death (do połowy, bo zdecydowanie nie była to historia na dzisiaj). W mieście padał deszcz, żaden problem, gdy siedzi się w kawiarni. Przy kawie z Kenii (syfon) i ciastku marchewkowym rozkminialiśmy z tatkiem sprawy z przeszłości. Kochany zadzwonił z pracy; jeszcze chwila marudzenia i trzeba było jechać po mamę.

W domu obiad (młoda kapusta), genealogia, powolne dopakowywanie i krążenie. Wyjechaliśmy o wiele wcześniej, głównie po to, żeby we trójkę posiedzieć przed podróżą. W drodze znowu padał deszcz. Na lotnisku zaskakująca cisza, niemrawy ruch, tylko grupka panów grała w karty. Pięć przed dziesiątą zebrałam się do kupy. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że sama samiuteńka byłam na sprawdzeniu bagażu. Nikogo przede mną, nikogo za mną, spokój, więc wszystko przebiegło w zrelaksowanej atmosferze.

Samolot miał być nieco opóźniony, ale teraz nic na to nie wskazuje. Czas lokalny 22:22.

piątek, 4 kwietnia 2025

1935. Obiboctwa ciąg dalszy.

Obudziłam się dość wcześnie, nic w tym dziwnego, bo mama szykuje się z rana do pracy, więc dźwięków pobudki nie da się uniknąć. Po śniadaniu i sugestii Kochanego, zadzwoniłam do cioci Ksty, rozmawiałam z nią chwilę, ale nie udało się nam zgrać i wyszło, że nie spotkamy się w mieście. Trudno. W południe wyjechaliśmy z tatkiem na włóczęgę: Kot, bazylika, spacer wokół stawów zdrojowych.


Popołudnie i wieczór z dobrym jedzeniem i drzemką w środku odcinka Murder on the Links. Trochę dyskusji bardzo żwawej o genealogii (to u nas zawsze rozpala emocje). Z powodu drzemki poobiedniej jeszcze nie chce mi się spać. Dzień był bardzo ciepły, temperatura przekroczyła 20°C, jutro ma być spora zmiana aury.

niedziela, 30 marca 2025

1929. Skrót po północy.

W nocy jakiś ciężki koszmar.
Do sobotniego popołudnia w domu.

Duchy w Wenecji (2023), czyli Poirot z Branaghiem, takie sobie, w sam raz na prasowanie w środku dnia. W międzyczasie zadzwonił do nas Ka z zaproszeniem-przypomnieniem, czy nie wpadlibyśmy na wieczór. A wpadlibyśmy, owszem. Kochany zrobił obiad, ja zrobiłam się na boginię (tzn. włosy suszyłam trzy godziny czytając przy tym książkę); rozmowa z mamą.

Wieczór z Ka, ploteczki, potem oglądamy na Netflixie Emilię Pérez (2024); film dziwny, ale ciekawy. Wróciliśmy około północy. Już trzydziesty marca i zmiana czasu na letni.

niedziela, 9 lutego 2025

1881. Dół lutowy.

Kochany na dziewiątą do pracy, wygramoliłam się z łóżka, żeby mu towarzyszyć przy porannych rozkminkach i nakleić plaster. Znowu nie zdecyduję się na spacer. Pogoda meh. 

Do śniadania obejrzałam na RTÉ Player pierwszy odcinek The ABC Murders (2018) z Malkovichem. Miałam zamiar na tym poprzestać, ale po dodaniu dwóch do dwóch, zjedzeniu kabanosów i przygotowaniu sobie kawy, reszta weszła o wiele gładziej. Nie no, spoko.

Wieczorem za to, również na RTÉ, obejrzeliśmy z Kochanym dokument Rory Gallagher: Calling Card (2024). Bardzo przyjemny, nawet się nam przypomniało, że byliśmy w Ulster Hall (mąż się wzruszył, bo on się wzrusza :)).

U grubasinki ekspresowo, dziewczyna już chodziła w tę i z powrotem, włączając światła w korytarzu (z głodu przecie umierała ;)). Mam nadzieję, że prysznic mnie ożywi, bo czuję się jak martwa krewetka.

poniedziałek, 30 grudnia 2024

1840. Już czas.

Pobudka dość irytująca (dobrze, że wpadło mi do głowy odprawić się przed czasem, dzięki temu zauważyłam, że mam literówkę w nazwisku; trzeba było zmienić nazwisko na bilecie, czyli wyskoczyć z kasy; żebyś zdechł, panie O'Leary!).

W powietrzu czuć zmianę, zamiast słońca szarówka. Zanurkowałam w szafę w poszukiwaniu szalika z kaszmiru (in vain, przypuszczam, że niefrasobliwie wyrzuciłam go w czasie jednej z czystek ubraniowych). Zamiast tego znalazłam prezent od babci Mani, wiejską chuścinę z czystej wełny, ponadgryzaną już przez mole. Biorę ze sobą do domu, razem z maminymi radami jak cerować dziury cieniusimi nitkami ze starych skarpetek.

Ach, i płarotek się pojawił, jeden z tych całkiem udanych, 6.04, Dumb Witness (1996), poza tym kojaki i midsomery. Nie czytam, nie kombinuję umysłowo, zalegam i zbieram się w sobie, czas na mnie, poleruję skrzydła; już przed południem zrobiłam próbne pakowanie walizki (prawie wszystkie książki się zmieściły). Wieczorem Kochany potwierdził, że będzie na mnie czekał na lotnisku.

środa, 30 października 2024

1779. W domu.

Dzień bardzo jesienny, szaro, dość ciepło, w tle ciągle słychać świst sztucznych ogni (dzieciaki już świerzbi, noc halloweenowa rozlewa się na cały tydzień). Bán nas odwiedził, najwyraźniej dyskretnie patroluje ogródek po wujku Rysiu, zajrzał też na chwilę do domu (tym razem zaproszony):

Śmierć lorda Edgware'a (1985) z Ustinovem to taki film, że wymaga prasowania, albo jakiegoś innego zajęcia; tak też się stało, nieco odgruzowałam tapczan na którym zalegało pranie z ostatnich kilku tygodni.

Korzystając z ciepłej szarości wyszłam na chwilę do ogródka, żeby odchwaścić donice ze sparaksisami (podłużną) i iksjami (okrągłą). Podpisałam je nawet, mam nadzieję, że deszcz nie zatrze śladów do nowej wiosny.

Kochany zrobił obiad, upichcił gulasz wołowy na jutro i wyjechał kupić chleb; wrócił po ćmoku z bukietem białych róż za pazuchą. Po mojej stronie trochę papierologii, ale krótko, postanawiam nie iść przed wozem i nie robić więcej, niż ma to sens. Kilka razy odpowiedziałam na wiadomości od Safron, która zaczęła coś za mną tęsknić; zadałam szefowej jedno pytanie na które oczywiście nie umiała mi odpowiedzieć; książka na dobranoc.

środa, 18 września 2024

1737. Środa w odcinkach.

Wieczorna niedyspozycja mężowska była na szczęście chwilowa (połączenie zmęczenia z bólem zatok i z wzięciem tabletki, która początkowo bardziej zaszkodziła niż pomogła). 

Wracam do wiadomości powodziowych; fala przesuwa się w kierunku Wrocławia, ale prognozy dla największego miasta, po tym jak Opole nie zostało zalane, są optymistyczne.
___
edit 17:30 Obiadu dobrego pełna (stek, kartofle, marchewka ze słonecznikiem, brokuły smażone na maśle) mogę opowiedzieć, co robiliśmy wcześniej. W południe pojechaliśmy z Fredem, mężem moim najlepszym, do miasta w celu kupienia czegoś na obiad. Plan spożywczy był mętny, za to nabyliśmy kilka drobiazgów do domu: nową mydelniczkę, tarkę do warzyw, apteczkę, dwie poszewki na kwadratowe poduszki (chciałam zielone, wzięliśmy jakie były) oraz niewielką szafkę na buty. W Jysku zachwyciliśmy się rozkładaną sofą, która mogłaby nam bardzo ułatwić życie; od myślenia jakby ją tu ustawić boli głowa. Cóż. Wczoraj zaczęłam słuchać The Mystery of the Blue Train w czytaniu Hugh Frasera; Agatha wróciła do wysokiej formy.
___
edit 21:30 Włosy umyte, plan na jutro rozrysowany, lekarstwa ułożone w nowej apteczce, dziesięć innych rzeczy nie zrobionych, ale jak mi się nic nie chce, to się przecież nie rozerwę :]. Fred rozmawiał telefonicznie z Kolegą Z Bloku, którego dla odmiany nie zalało. Kolega podzielił się też innymi dobrymi wieściami, których nigdy nie za wiele (jego mamie, dobrej kobiecie, polepszyło się).
___
edit 21:55 Wieczorami siedzę w domu jak ten kret, nic dziwnego, że prawie przegapiłam wrześniową pełnię. Ależ ten czas leci. W ciemności dzieciaki taszczyły przez osiedle palety, jak co roku o tej porze mali piromanii zbierają materiał na wielki ogień.

poniedziałek, 16 września 2024

1735. Poniedziałek chyba w odcinkach.

Jeszcze leżąc w cieple łóżka przeczytałam na FB u Justy, że ich dom zalało. W ten sposób dowiedziałam się, że Miasteczko poszło w nocy pod wodę. Wały puściły za ośrodkiem należącym do sióstr zakonnych. Wczoraj Kochany powiedział mi, że swego czasu siostrzyczki chciały dostać kasę za budowanie wałów na ich terenie. Trzeba było je zostawić za wałem, powierzyć Opatrzności. Ta myśl razem z obserwacją, że dziennikarze bezmyślnie powtarzają tekst o kontrolowanym zrzucie z zapory (czytam to, co piszę, dlaczego ludzie zarabiający na pisaniu tego nie robią?) postawiło mnie na nogi. Szpetny poniedziałek, tam daleko, tam blisko mojemu sercu.
___
edit 14:00 Kochany w pracy; snuję się, a jako, że się snuję, rozwieszam pranie i słucham audiobooka. Dokończyłam The Big Four, nareszcie, bez satysfakcji, ta intryga nigdy mnie nie fascynowała (odrzucam teorie spiskowe nawet w formie rozrywkowej). Rozmawiałam z tatkiem (też zmartwił się zalaniem regionów, które z nami odwiedzał). Pogoda słoneczna, przyjemnie ciepła, babioletnia, nasilającą moją nostalgię.
___
edit 21:30 Fred od powrotu z pracy do tej pory nic nie jadł (poza ciasteczkami podczas oglądania filmu, ale to się nie liczy). Za to przymierzył kaszkiet od Anne, ja też przymierzyłam mniejszy rozmiar, nie skusiliśmy się jednak na dłuższe zobowiązanie wobec nakryć głowy (sąsiadka przyniosła zbędne części kostiumów teatralnych, bo zrobiło się jej żal, że są wyrzucane). Na poprawę nastroju obejrzeliśmy Drobnych cwaniaczków (2000) Woody'ego Allena (nie najgorszych, ale i nie z tych lepszych).

Sytuacja w Miasteczku wydaje się normować, poziom wody na zaporze trochę spadł (i na nowo rozkwitła turystyka powodziowa). Gdzie indziej jest ciężko.

Nie zrobiłam dzisiaj niczego pożytecznego i nie dokończyłam tego, co zaczęłam: zapomniałam ściągnąć pranie. Kochany zrobił to dopiero teraz, w ciemności, brodząc po omacku w wysokiej trawie. Z ubraniami wszedł do Kuchniosalonu zapach chłodnej świeżości, czystego wieczornego powietrza. Rysiu tak pachniał, stwierdził Fred. Prawda.

piątek, 13 września 2024

1732. Zwyklak.

Dzień upłynął mi na miłych drapaniach się po brzuszku: zjedliśmy znośne śniadanie, Fred przygotował kurczaka na rosół, do którego od czasu do czasu zaglądałam dorzucając ingrediencje; tatko zadzwonił przekazując grafik swoich przeprowadzek i informując nas o nadciągającej do Dolnego Śląska wielkiej powodzi; zaczęłam słuchać The Big Four (kolejny audiobook z głosem Hugh Frasera).

Przed wyjazdem do przyjaciół zajrzałam do Junony, żeby zaaplikować jej homeopatyczne krople wraz z kocią kolacją.
___
edit 23:35 spotkanie przy bezie z owocami i zielonej herbacie minęło jak z bicza strzelił. Nie oglądaliśmy żadnego filmu, przyjaciel zachęcał nas do obejrzenia debaty Trump vs Kamala, ale to za ciężkie działa na towarzyskie posiedzenie. Pieseł wtulił się w nas i chrapał, dobry pies. 

W Wyborczej zerkam na wątek powodziowy.

czwartek, 12 września 2024

1731. Lejter.

No proszę, Stokrotka wyśle mi swoją książkę zatytułowaną Zwariowałam, wygrałam ją w blogowym konkursie, którego nie wzięłam na poważnie. Chyba pierwszy raz mam taką sytuację :)

Kochany zawiózł mnie do pracy i przywiózł z powrotem (zajęcia przebiegły bez zakłóceń), zrobił zakupy i sprezentował mi mięciutki, szary T-shirt (Majestic Filatures). Gdy mąż przygotowywał obiad, dokończyłam słuchanie The Murder of Richard Ackroyd Christie. Ścinało mnie dzisiaj z nóg; po obiedzie już miałam iść spać, ale odebrałam wiadomość od Anne i wpadłam do sąsiadki, żeby pokazała mi co i jak z Junoną tym razem. W ramach walki ze snem (może to coraz zimniejsza pogoda tak nas oboje nastraja łóżkowo?) obejrzeliśmy też z Kochanym nowszego Jarmuscha, Truposze nie umierają (2019); mnie się podobał, lubię ten rodzaj humoru. W głośnikach album Variété (1993) i koncertowy Perfect (1983). Myślenie co z szafkami, co z cv, co z tym i owym zostawiam sobie na jutro.

poniedziałek, 9 września 2024

1728. Korby.

Rano odsłuchałam do końca Poirot Investigates, całkiem przyjemne wykonanie Sucheta (podobno z 1990 toku). A ponieważ okazało się, że słuchanie podczas rozglądania się po mieszkaniu i szukaniu sobie roboty bardzo mi konweniuje, rozpoczęłam następnego audiobooka, The Murder of Roger Ackroyd w wykonaniu Hugh Frasera. A jakież to korby mnie dopadają? Otóż, kobiety semi-bezrobotnej: są mi potrzebne dwie zielone poszewki na poduszki, i może by tak przemalować na seledynowo drzwiczki od kuchennych szafek? Kącik kawowy, gdzie w jednym miejscu naszego Mikrokuchniosalonu można trzymać młynek, filtry i utensylia kawowe już jest. Teraz tylko mus poprzestawiać wszystko inne.

Anne zapytała, czy w sobotę oraz niedzielę rano któreś z nas może zajrzeć do Junony. Nie ma problemu. Kochany wrócił z niewielkim poślizgiem (korek), zjedliśmy dobry obiad (rozmowy o wszystkim, o rudym kocie z osiedla po drugiej stronie rzeki, który chodzi tak, że to może być kuzyn Rysiowy, o spodziewanych przymrozkach, o blogowych dyskusjach, które ścinają nam krew). Jeszcze chwila, jeszcze zagłębiam się w średnich lotów metafory pana Zająca.

niedziela, 8 września 2024

1727. Ósmy, niedziela.

Z początkiem września zaczął się nowy sezon sztormowy, jest więc i nowa lista imion. Najbardziej podobają mi się Otje i Wren, ale pewnie jak co roku imiona z drugiej części listy się nie przydadzą (w minionym sezonie doszliśmy do Lilian, letniego sztormu, który w sierpniu dotknął głównie Cork i nawet nie został zauważony na tym blogu).

Muszę sobie kupić pas na banany, rzecze mąż na wychodnym.
Nie mogłam lepiej trafić, rzecze żona, ogólnie oraz w temacie męża.

Kochany zaczynał pracę o dziewiątej, więc załapał się jeszcze na moje emocjonalne opowiadanie o wczorajszej lekturze. Znowu kręcę się po domu z gołym tyłkiem, w ten sposób wysłuchałam kolejnych czterech historyjek z książki Poirot Investigates. W międzyczasie jakieś małe domowe rzeczy; zaczęłam czytać Annę i Pana B. Jakuba Zająca (Wielka Litera, 2023); w trakcie późnego obiadu zerkaliśmy z Fredem na pierwszy dzień Aki-basho live. 

Liczyłam, że bardziej zmotywuję się do działania, ale bez obecności drugiej osoby robię się gnuśna i głodna. Pracowniczo stagnacja, kilka dni temu dostałam emilka z Centrum, że zaczynamy najwcześniej za dwa tygodnie (no good, dobrze, że jest chociaż Jama); może po prostu trzeba pisać powieść.

sobota, 7 września 2024

1726. Five.

Kochany przed wyjściem przypomniał mi, że dzisiaj jest nasza piąta rocznica ślubu.

Ależ ci ludzie łażą. Najpierw zwlekli mnie z łóża (musiałam założyć spodnie) Świadkowie Jehowy z broszurką How do you view your future (bardzo młody, czarnoskóry chłopak i starsza pani; on mówił, widocznie miał się uczyć), potem naganiacz polityczki z Fianna Fáil, też z broszurką (znowu musiałam założyć spodnie). Gdy byłam już na ostatniej stronie Lata polarnego Anne Swärd (Czarne, 2007), zadzwonili rodzice, żeby mi pokazać, że właśnie siedzą w rozsłonecznionym kącie ogrodu i piją za nasze zdrowie jägermeistera (Maciej się dołączył, nie do picia, ale do wpychania głów w kamerkę). Tym razem założyłam spodnie na dobre (kwestia zakładania spodni wynikała z tego, że cały czas piszę o sytuacji czytania książki w łóżku jako tle wydarzeń); zrobiłam sobie kawę z aeropressu, rozwiesiłam pranie w ogródku, dokończyłam czytać ostatni akapit książki. To ile lat do złotych godów? Oj tam, oj tam.

Po skończeniu jednej książki, zaczęłam inną: słucham Poirot Investigates czytaną przez Davida Sucheta (dzisiaj trzy pierwsze nowelki).

Wieczór bardzo Rysiowy. Gdy Kochany wrócił z pracy i po obiedzie ściągał pranie, zastanawialiśmy się razem, co Rysio napisałby na ten temat na blogu. Mamy dżunglę, może pojawią się szczury. Czy też chcielibyście mieć szczury w ogródku? Nie mogę się doczekać, tak mógłby zacząć. I o rocznicy rozmawialiśmy. Pięć lat temu o tej porze dnia było już po, nawet po tych najbardziej wybuchowych wydarzeniach kurz właśnie opadał. I zaczynał się najgorszy rok w życiu Wu.

Kolejny raz z dużym poślizgiem obejrzałam sumacze podsumowanie, Nagoya-basho (wygrał Terunofuji). 

Dzień kończymy zachwycając się albumem Świnie (1985).

piątek, 29 grudnia 2023

1474. Odnajdywanie rytmu.

Przez resztę czwartku było pisanie lub czytanie oraz leżakowanie w łóżku. Przed wyjazdem obniżyliśmy temperaturę na termostacie, więc dom był bardzo wychłodzony. 

I po co ja wyłażę tak wcześnie z pościeli? Obudziłam się dzisiaj o naszej szóstej, wstałam, gdy usłyszałam, że piec ruszył i zaraz grzejniki będą ciepłe. Napiłam się herbaty, zjadłam owsiankę z podchoinkową czekoladą (z kandyzowaną skórką pomarańczy), czytałam wywiad z Masłowską, coś tam pisałam, zrobiłam kawę Kochanemu, znowu czytałam. Teraz parzę małą kawę dla siebie i właśnie przypomniało mi się, że chciałam pojechać na jarmark bożonarodzeniowy we Wrocławiu i o tym zupełnie (aż do dzisiaj) zapomniałam. Ha! Mam problem z życiem w gołej teraźniejszości. 

Może dodam zdjęcia do poprzedniego posta :) Na razie kawa i toffifee,
___
edit 17:15 wywiad Drotkiewicz z Masłowską, Dusza światowa (WL, 2013) dokończyłam czytać jeszcze przed południem. Z powodu ebookowego bogactwa treści prawie natychmiast wzięłam się za następną Christie, Morderstwo na polu golfowym (wyd. Dolnośląskie, 2012). Znużona domowym chłodem (dopiero teraz jest jako tako cieplej) pochłonęłam za dużo słodyczy, zdrzemnęłam się, a gdy wstałam, Freda nie było w domu. Kochany nie chcąc mnie budzić, zjadł cokolwiek i wybył do pracy w Dublinie. 

Trudno jest się pozbierać. 
___
23:45 Właśnie skończyłam czytać Morderstwo. Zdecydowanie muszę przystopować z pochłanianiem fabuł ;) Jutro będzie normalniej.

niedziela, 10 grudnia 2023

1455. Dziesiątego grudnia.

Poranne słoneczko przeszło w szary, porywisty wiatr. Po śniadaniu obejrzałam postępy mieszkaniowe Karoliny, skończyłam lekturę szkiców Dymkowskiego (Avalon, 2020) i zaczęłam słuchać Tajemniczej historii w Styles Agathy Christie (czytanej przez Macieja Słotę; Wydawnictwo Szkolne Omega, 2010). Nad wybrzeżem przeszedł kolejny sztorm, Fergus. Może z powodu związanych z tym zmian ciśnienia położyłam się na drzemkę trwająca dwie godziny. Kochany zrobił w tym czasie pranie, a po mojej pobudce uraczył nas oboje obiadem i w ciemności wyjechał do miasta po prowiant. Słuchanie audiobooka zajęło mi z przerwami większość dnia, rozmawiałam też z rodzicami (żeby się nie wygadać mamie, co dla niej kupiłam, ciągnęłam dyskusję o pogodzie, bigosie i dokazujących kotach) oraz wysłuchałam z Fredem piątkowego pożegnania Shane'a McGowana (trochę się porozklejaliśmy). W weekend nie zrobiłam nic związanego z pracą i pewnie dopiero jutro przy śniadaniu zacznę przeglądać arkusze egzaminacyjne. Git, zostało pięć dni do urlopu.

niedziela, 26 czerwca 2022

922. Na horyzoncie.

Mam zniżkę formy, nie mogę dospać i budzę się przed dziewiątą. Dodatkowo dzień nam się zważył informacją od teściowej, która przypuszcza, że z Wu jest gorzej. Nie bardzo wiadomo co zrobić z taką wiadomością, skoro na razie nijak da się to zweryfikować, próbujemy analizować ostatnie rozmowy i zachowania, tylko tyle, bardziej ma to pomóc nam niż komukolwiek innemu. Fred wyjeżdża po południu do pracy, ja z kolei z ociąganiem zaczynam przeglądać materiały do następnego testu. Jako małą ucieczkę włączam odcinek The Affair at the Victory Ball (1991). Pod wieczór Ryszard przyszedł poleżeć w łóżku, wiadomo, że głównie z powodu deszczu, ale zawsze to miła odmiana po kilku dniach ciągłego nawiewania z domu. Na horyzoncie wiszą bure chmury, jednak promyki słońca po raz kolejny robią szturm na trawnik.

wtorek, 5 kwietnia 2022

839-840. Dół, góra, dół.

Już przed szóstą stojąc na golasa w sypialni obserwuję jak ktoś pomyka między blokami. Jasno. I duszno. Trudno wrócić do snu. Tak się nam zaczął poniedziałek wyjazdowy. Bo w końcu trzeba się było ruszyć z domowego ciepełka, by przejechać do kolejnego domowego ciepełka. Naładowaliśmy samochód dobrami jak rumuńska rodzina i jeszcze przed dziesiątą ruszyliśmy z darami dla chłopaków z Dragan. Dotarliśmy do nich bez większych przeszkód, ubrania zostały przekazane, wypiliśmy po kawie, porozmawialiśmy o genealogii i katolicyzmie (panowie są franciszkanami świeckimi, albo będą) po czym Andrzej zaproponował miejsce, w którym moglibyśmy zjeść obiad — Klemensów. Bardzo mnie to ubawiło, muszę powiedzieć, że co się obśmiałam w duchu jak norka, to moje. Byliśmy więc w restauracji Klemens (mieszczącej się w dawnym domu dyrektora cukrowni), a po obiedzie odwiedziliśmy znajdujące się obok małe muzeum różności. Potem chłopaki zaproponowały wizytę w radecznickiej bazylice Andrzeja i kapliczce na wodzie. Było trochę zimno, czas minął nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się piąta i czas był na nas pędzić w kierunku Zielonki, czyli znowu do góry mapy, po drodze machając pojawiającym się i znikającym kominom Azotów. Doturlaliśmy się do miejsca przeznaczenia po siódmej wieczorem, gdy wieczerza już się rozpoczęła. U Andrju z żoną i córką byli Jackowie, posiedzieliśmy trochę i jedząc jajka w majonezie pogadaliśmy o starych Polakach. Bardzo nam się spodobał nowy dom przyjaciół, łazienka pełen luksus, w hotelu to pewnie byłoby 250 za noc.

Komu w drogę temu kopa we wtorek rano. Obudziliśmy się po siódmej, Andrju zrobił nam śniadanko, zjedliśmy je z Natką. Jeszcze trochę pogadaliśmy z panią domu, która przygotowywała się psychiatrycznie do pracy i po dziewiątej pora była na nas. Teoretycznie mieliśmy jechać cztery godziny, niestety w okolicach Łodzi niechcący zgubiliśmy S8 i musieliśmy omijać Bełchatów przez paskudną odkrywkę węgla. Nom, nie było wygodnie, na dodatek wkurzyła mnie wiadomość z pracy na temat kursu dokształcającego (nie denerwuj mnie, Bridżet, zajęta jestem). W dalszej drodze okazało się, że puławianki smakują nawet lepiej drugiego dnia po zakupie (lubelski cebularz też dawał radę). Na wieś dojechaliśmy po trzeciej, gdzieś po drodze na Dolny Śląsk zniknął śnieg, rodzice wrócili po piątej (z kichającym kotem, bo Rózia chorenia i miała inhalacje u weterynarza). Przywitali nas Malineczka i Maksiu, zupełnie zaskoczona babcia Mania, Mruczysław, który od razu wbił na kwadrat, żeby mieć informacje z pierwszej łapy. Jest dobrze, Fred pokazywał rodzicom swoje podobizny z czasów najwcześniejszej, bezzębnej młodości. Mama się zrewanżowała i wyciągnęła antyczny album z bezzębną moi. Po kolacji jest Poirot oczywiście, 1.3, i oglądanie wiadomości z wojny w Ukrainie. Domowo. Dopijam kubek przegotowanej wody, chyba pora na sen.